Posted tagged ‘Zakopane’

Zimowe pory Na Wsi.

Grudzień 18, 2009

Dzień dobry.

Nooo, spadło trochę tego śniegu, ale nie jest to ilość, która mnie zadowala. Chciałabym, żeby tak porządnie sypnęło, żeby przysypało Wieś, żeby śnieg wszystko przykrył, a nie tylko lekko nakrył.

Lepsze to oczywiście niż ostatnie mgły, ale pozostaje pewien niedosyt. Jakby tylko przystawka do głównego dania. Pamiętacie, jak kiedyś napadało w Sylwestra? To by było dobre 🙂

Wiecie, co mi się marzy? Ze dwa dni padania śniegu, ale nie tych drobinek, które lecą z nieba, tylko porządnych, dużych płatków, potem mróz i słońce, taka prawdziwa mroźna, zimowa, słoneczna Wigilia.

Do tego marzy mi się, żebyśmy siedzieli w naszym domku i patrzyli przez okno, jak sypie śnieg, a koty leżały obok nas i mruczały przez sen. Kocyk, herbatka, cisza i spokój.

Nie miałabym też nic przeciwko temu, żeby być teraz w Zakopanem, ale tym razem to szczęście przypadło Ani Nowakowskiej.

I dobrze, czasem można się Tatrami z kimś podzielić 😉 Pięknie, pięknie jak zawsze.

fot. Krzysztof Nowakowski

Pomimo okropnych zapowiedzi (plusowe temperatury! deszcz!) ja nadal mam nadzieję na prawdziwą zimę. Co prawda niewiele osób podziela moje pragnienie, ale trudno, w tej kwestii pozostaję outsiderką, odkąd mieszkam Na Wsi.

pikfe

Tatry zeszłego roku w listopadzie.

Listopad 11, 2009

Dzień dobry.

Dzień podły, więc dziś – zgodnie z zapowiedzią – wspomnienia z Zakopanego, z pięknego listopada 2008.

Więcej bardzo fajnych zdjęć z tego wyjazdu znajdziecie u AardvarKa.

13 listopada 2008

Zakopane.

Dziś nieodległe jeszcze wspomnienia z Zakopanego, gdzie – wbrew zapowiedziom – dopisała nam fantastyczna pogoda i skąd grzechem było wracać do Łodzi, gdzie najtrudniejszy szlak prowadzi z domu do pracy.
W piątek dojechaliśmy bardzo późno w nocy, za Oświęcimiem (nie jeździmy pełnopłatną, choć wiecznie remontowaną autostradą i zakorkowaną Zakopianką) spotkały nas niespodzianki w postaci remontu nawierzchni i ruchu wahadłowego. Bajecznie, ale i tak byłam bardziej wyluzowana niż Big B. AardvarK też specjalnie się nie skarżył, choć wiadomo było, że każde z nas wolałoby już być na miejscu. Plus taki, że stojąc w korku dobrze się pali. My znowu próbujemy rzucić, AardvarK nie pali 😉

Sobota była w zasadzie leniwa – wstaliśmy późno, odsypiając tydzień, choć tylko Big B i ja, AardvarK dzwonił już o ósmej, pytając się, czy gdzieś się wybieramy, ale słabo pamiętam ten telefon. On był już na spacerze. Szacun 🙂
Do wylotu Małej Łąki dowlekliśmy się dopiero około 13, ale ku naszemu miłemu zaskoczeniu prawie wcale nie było tam ludzi, choć aura jak na zdjęciu 🙂

mala_laka

O dziwo doszliśmy do Wielkiej Polany nie wypruwając sobie flaków, co zwykle następuje pierwszego dnia – mnie chyba tak cudownie nastroiła pogoda. Z AardvarKiem spotkaliśmy się już po zejściu z Grzybowca (odnowili kawałkami szlak!), narodziły się wspaniałe plany wejścia na Sarnią Skałkę, może nawet dojścia do Kalatówek, ale szybko i bezwzględnie zostały uśmiercone przez grzane wino w herbaciarni w Dolinie Strążyskiej 🙂 I tak jeszcze przed zmrokiem zdążyliśmy zejść z gór w bardzo dobrych humorach i ze wspaniałymi planami na kolejny dzień.
W Zakopanem okazało się, że w kinie Giewont grają już Quantum of Solace, ale zaprotestowałam, chociaż Big B i AardvarK wyrazili ochotę. Umówiliśmy się, że pójdziemy, ale może następnego dnia.

W niedzielę nie mieliśmy już siły, żeby znów nie iść w góry – o 6.20 pojechaliśmy po AardvarKa i przed siódmą czekaliśmy już w Kuźnicach na kolejkę na Kasprowy. Ludzi bardzo mało w porównaniu z sezonem, ledwo kilkanaście osób, które jednak zostały po jakimś czasie ukarane za zbyt wczesne wstawanie. Lodowaty głos z megafonu ogłosił, że kolejka nie będzie kursować z powodu zbyt silnego wiatru i następny komunikat zostanie przekazany dopiero koło godziny dziewiątej. Nie zastanawiając się zbyt długo, aczkolwiek lekko zawiedzeni, ruszyliśmy przez Boczań i Skupniów Upłaz do Murowańca. Wlekąc się z lekka i zachwycając pogodą dotarliśmy tam koło dziesiątej. Zdjęcie prawie tuż sprzed schroniska.

murowaniec

W Murowańcu zasiedzieliśmy się trochę jedząc bardzo wczesny obiad i spotykając kolegę Maćka z Łodzi, zawiedzionego pogodą – liczył, że użyje raków i czekana. Ja cieszyłam się, że nie ma takiej możliwości 🙂 Plan dalszej wycieczki skrystalizował się przy obiedzie – pogoda trochę się popsuła, wysokie Tatry zaszły chmurami i zaczęło wiać dość lodowato i nieprzyjemnie, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby wracać. Ruszyliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy.
Tu AardvarK nad Stawem, w chmurach Kościelec.

aardvark

Stamtąd podeszliśmy na przełęcz Karb (dla mnie Krab) – bałam się trochę stromizn, bo nigdy wcześniej tam nie byłam, a Kościelec kojarzy mi się wyjątkowo morderczo, ale okazało się, że kompletnie nie było czego się bać, a widok z góry na Czarny Staw jest przepiękny. Tymczasem niepogoda nie dawała za wygraną, chmury były coraz niżej i coraz bardziej wiało, ale my nadal tak bardzo cieszyliśmy się z wycieczki, że nie sprawiało nam to specjalnej przykrości. To prawda, że widoki w Tatrach są piękne, ale muszę przyznać, że jeżdżę tam głównie po to, żeby chodzić, a widoki są miłym dodatkiem. Mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć „pojezierze gąsienicowe” – jako dziecko widziałam, ale zupełnie zapomniałam jak tam jest pięknie, nawet, kiedy szczyty skrywają się w chmurach.

pojezierze

Zeszliśmy z Przełęczy, mocno już wiało lodowatym wichrem i chmury nadal schodziły coraz niżej, ale my nadal mieliśmy ochotę chodzić, a mgła nie przedstawiała się przerażająco – widoczność nie była oczywiście taka, jak w piękny, słoneczny dzień, ale z Big B postanowiliśmy, że pójdziemy przez Świnicką Przełęcz, a AardvarK zdecydował się wejść na Kasprowy zielonym szklakiem, chociaż ostrzegaliśmy go, że jest długi, mozolny i do wchodzenia go nie polecamy. Umówiliśmy się, że spotkamy się na Kasprowym i zjedziemy na dół kolejką. Po wypaleniu rozchodniaka jak zawsze zaczęliśmy gnać w górę jak psychopaci, co natychmiast poskutkowało przestojami na złapanie oddechu. AardvarK chodzi wolniej, ale równym tempem i idąc z nim nie męczyliśmy się jak nienormalni 😉 Stwierdziliśmy, że czasu mamy dużo – zanim on się tam wdrapie, ho, ho, jeszcze będziemy na Kasprowym czekać.
Droga na Przełęcz cudowna – nie wiało, było cichutko, wszystko utopione w białej mgle – czułam się jak w dekoracjach do „Władcy Pierścieni”. Praktycznie nie było ludzi, co zawsze jest miłe i zawsze-zawsze zaskakujące w polskich Tatrach. Szło się nam bardzo dobrze (dysząc i sapiąc, a jakże!) aż do momentu wyjścia na samą Przełęcz, gdzie lodowaty wiatr wiał okrutnie. Ukryci za głazem zapaliliśmy papierosa i spokojnie poszliśmy w stronę Kasprowego. Cóż się okazało? AardvarK – choć twierdzi, że prawie tego nie przeżył i że następnym razem zabiera zestaw reanimacyjny – już szedł w stronę Liliowych, bo nie chciało mu się na nas czekać! Hm… Stalker stwierdził, że AardvarK wygląda (na zdjęciach) jak „zgrzybiały mistrz kung-fu”, ale chyba nie jest jeszcze taki zgrzybiały. Albo my jesteśmy.
Na Kasprowym pięć metrów śniegu – jak zauważył AardvarK – sześciennych 🙂
Udało nam się zjechać kolejką, a o 19 poszliśmy na nowego Bonda, ale o tym kiedy indziej. Po filmie zawieźliśmy AardvarKa do jego kwatery, wróciliśmy do siebie i padliśmy. Na kolacji byliśmy w mojej ulubionej zakopiańskiej restauracji Sopa, gdzie jak zawsze zjadłam przepyszne polędwiczki z bundzem w sosie pomidorowym (34 zł) i dwa naleśniki z serem i rumem (12 zł). Naprawdę polecamy wszystkim. Warto.

Następnego dnia pobudka znów o jakiejś strasznej godzinie – o 6.40 byliśmy po AardvarKa, żeby podjąć kolejną – tym razem udaną – próbę dostania się na Kasprowy kolejką. Mieliśmy szczęście, że wczoraj nie jeździła, ponieważ ze szczytu mogliśmy podziwiać takie widoki.

kasprowy_szczyt

Postanowiliśmy przejść wszystkie Czerwone Wierchy, co może nie jest szczególnym wyczynem, jeśli wjeżdża się kolejką, ale jest niezłym pomysłem w piękny listopadowy dzień, kiedy wiadomo, że nie będzie chodzić się w kolejce.
Dzięki pięknej pogodzie i chmurom widocznym na zdjęciu spełniło się moje górskie marzenie – widziałam widmo Brockenu.

widmo

Gdyby ktoś był bardziej zainteresowany odsyłam do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Widmo_Brockenu
Wycieczka fantastyczna, choć Big B i AardvarK znaleźli w sobie wspaniałych kumpli do palenia, więc paliliśmy na każdym szczycie – kto był, wie, jak często 🙂 Poza tym kozice przywykły już do ludzi 🙂

kozica

Nie robiłam tego zdjęcia super aparatem, tylko zwykłą  idiot-kamerą i myślę, że mogłabym nawet  podejść bliżej, ale one jednak mają rogi, więc ja miałam stracha. Zatem: Kopa – fajka, Małołączniak – fajka, Krzesanica – fajka. I jak zwykle popas 🙂

popas

Na Ciemniaku odpuścili z paleniem, ale Big B był chyba trochę zawiedziony tym faktem.
Schodziliśmy przez Adamicę – miałam ochotę na zejście przez Tomanową, ale nie liczyłam, że w Dolinie Kościeliskiej również nie będzie ludzi. Nie przepadam schodzić przez Adamicę, bo to dość zabójcze zejście dla moich kolan, ale z drugiej strony spacer Kościeliską w tłumie ludzi jest zabójczy dla dobrego samopoczucia. Cóż, każdy chciałby mieć Tatry tylko dla siebie.
Na postoju wygrzewaliśmy się w słońcu, Big B zasnął na trawie i za nic w świecie – jak zawsze – nie chciał się obudzić, a ja podziwiałam piękną tatrzańską przyrodę w listopadzie.

Myślałam, że z Adamicy nigdy nie zejdziemy, ta droga bardzo dłużyła się mnie i moim kolanom, choć na stokach podziwialiśmy jeszcze stada kozic. Nie polecam tej drogi ani w dół, ani w górę – na Ciemniak idzie się „przepisowo” trzy godziny czterdzieści pięć minut i nie jest to lekki spacerek, jeśli mamy przeciętną kondycję mieszczucha.
W Kościeliskiej jak zawsze było dużo ludzi, ale na szczęście został tylko mały kawałek do przejścia. Potem polansowaliśmy się na Krupówkach – zjedliśmy obiad w Kolorowej (AardvarK poleca placek po zbójnicku, 20 zł) i wróciliśmy do domu, gdzie padliśmy.

Wycieczkę w dzień wyjazdu zaplanowaliśmy ambitną, zwłaszcza, jeśli wliczyć w to czas naszych częstych popasów na papierosa – zostawiliśmy auto – już z bagażami – na Toporowej Cyrhli i stamtąd udaliśmy się przez Psią Trawkę na Polanę Waksmundzką. Znam tę drogę dobrze i bardzo ją lubię – nie jest w ogóle męcząca i nawet latem nie ma tam zbyt wielu ludzi, za to jest naprawdę pięknie.

strumyk

Później zdecydowaliśmy się na szlak, którego nie znaliśmy, choć później AardvarK przypomniał sobie, że tam był 😉 Szliśmy z Polany Waksmundzkiej  zielonym szlakiem w stronę Murowańca, żeby później odbić na czarny i żółty szlak prowadzący na Krzyżne.
Dolina Pańszczycy zapiera dech w piersiach, moim zdaniem jest to jeden z najpiękniejszych szlaków w Tatrach. „Dolina Pańszczyca jest odgałęzieniem Doliny Suchej Wody, na południowy wschód od Hali Gąsienicowej. Skaliste szczyty Żółtej Turni, Wierchu pod Fajki i Granatów od zachodu – Orlej Baszty, Buczynowych Turni i Przełęczy Krzyżne od południa oraz rozległy grzbiet Koszytej i Małej Koszystej od wschodu ograniczają tę piękną i malowniczą dolinę. W górnej jej części rozpościerają się pola maliniaków (wielkich głazów) – niżej gęste zarośla kosówki i lasy. W środkowej części doliny leży nieduży Czerwony Stawek, poniżej niego Potok Pańszczyca spływa przez halę tejże nazwy ku północy” (Tadeusz Zwoliński, Tatry Polskie, 1951).

a

b

Dotarliśmy do Czerwonego Stawku, gdzie naturalnie popasaliśmy. O Krzyżnym oczywiście nie mogło być mowy, więc wróciliśmy kawałek i skierowaliśmy się w stronę Murowańca, gdzie popasaliśmy (placek po zbójnicku gorszy niż w Kolorowej). Stamtąd wracaliśmy niezbyt atrakcyjną drogą dojazdową do schroniska aż do Psiej Trawki, skąd zboczyliśmy na szlak prowadzący na Cyrhlę.
Uwaga, jeśli ktoś z Was będzie kiedyś tamtędy szedł, jest tam kot, który żebrze o jedzenie, więc pakując się pamiętajcie o nim 😉 Jest już nieźle wyuczony – mruczy, łasi się i ociera, idzie przy nodze jak pies. Tak zwane – z racji miejsca zamieszkania, odległego od świata cywilizacji – Sybiraki też były przez niego zaczepiane jakiś czas temu w podobny sposób, który – sądząc po kociej tuszy – jest skuteczny 🙂 Oto i on (kot, nie sposób) 🙂

kot

W drodze  do Łodzi – jakie wspaniałe zakończenie dnia! 😦 – wstąpiliśmy do Sopy, a potem bez problemów dojechaliśmy do domów.
Smutek, że tak krótko. Smutek, że tak płasko. Smutek, że znowu codziennie najtrudniejszy szlak – rutyna.

pikfe

Jej, znów mam ochotę na Tatry 🙂 W zeszłym roku Big B był już po zbiorach (ja jeszcze nie mieszkałam Na Wsi), AardvarK chciał z nami jechać (hmmm…. ciekawe, czy teraz też by chciał? 🙂 ), zapakowaliśmy się do auta i pomknęliśmy w góry. I to był naprawdę bardzo fajny wyjazd, a pogoda po prostu wymarzona. Nie to, co dzisiaj.

pikfe

Wróciłam.

Sierpień 25, 2009

Dzień dobry.

Uff, wróciłam.

Było śmiesznie.

Dowiedziałam się od Uiala, że mam kiełbie we łbie i że w związku z tym myślę rybami.

Sybiraczka ma martwe mule we łbie.

AardvarK ma ołów we łbie, a w środku wołowinkę.

Na szczęście nie byliśmy na Giewoncie, za sobą mamy za to Małołączniak, Krzesanicę, Ciemniak i Ornak, a z eskapad trochę Słowackiego Raju.

Podobno w Zakopanem brakowało chleba i na obiad czekało się godzinę, ale to chyba na Krupówkach, gdzie moja noga nie stanęła, czego pewnie Sybiraczka mi nie zapomni, bo nie była w tym roku na straganach. Ja byłam z Big B i więcej nie chcę. W Sopie nie czekaliśmy na obiad tyle, co frajerzy na Krupówkach, a pewnie był i lepszy i tańszy. W Sopie fenomenalne jest to, że chodzimy tam od czterech lat, a jedzenie wciąż jest tak samo dobre. Frajerzyliśmy się za to w Harnasiu, gdzie raz czekaliśmy pewnie czterdzieści minut, aż podejdzie do nas kelnerka (ludzi nie było), ale w Harnasiu był nie lada przysmak Uiala – kurczak panierowany z frytkami. Uial lubi sobie tak oryginalnie podjeść 😉

Poza tym juhas poczęstował mnie żentycą prosto z szałasu w Dolinie Lejowej. Bardzo miły i sympatyczny człowiek.

Uial boi się baranów i miał w Tatrach detoks, bo nie zabrał komputera.

Sybiraczka boi się kładek, ale dawała radę. Najbardziej zaszedł jej za skórę paznokieć, który uniemożliwił dwa spacery, a trzeci bardzo utrudnił.

AardvarK chyba niczego się nie bał i nie powiedział Uialowi, jak robi się bombę. Powiedział za to, że możliwe jest, że włosów mu trochę wypadło po zabawach ołowiem w dzieciństwie, z czego Uial wyciągnął odpowiednie wnioski: „Wiesz, pikfe, ja na pewno nie będę się bawił ołowiem.” Bombą pewnie by chciał, zwłaszcza kiedy się dowiedział, że AardvarK wysadził w powietrze… ognisko. Chcę mieć córeczki!

Szczegółową relację zamieszczę, jak tylko zbiorę od wszystkich zdjęcia. Na razie tylko kwiat. Można przeczytać o nim także w wikipedii.

IMG_4636pikfe

Zakopane. Część pierwsza.

Lipiec 31, 2009

Dzień dobry.

Miło jest pisać o wakacjach w Zakopanem, nie zaprzeczam. Wolałabym jeszcze tam być i chodzić, ale przecież dwa tygodnie to i tak duuużo.Widać to po ilości zdjęć, które zrobiliśmy, nieco ponad tysiąc (choć to podobno nie jest dużo) i dlatego właśnie wpis z Zakopanego będzie się ciągnął jak ciągutek przez dni parę. Pratchett co prawda zalicza oglądanie cudzych zdjęć z wakacji do tortur piekielnych, ale tu każdy może w każdej chwili uciec nie urażając opowiadającego.

Dzień przyjazdu.

W sobotę rano, jedenastego lipca, podskakiwałam z podniecenia jak piłka. Nie wiem, czy już o tym nie pisałam, ale uwielbiam jeździć z Big B samochodem i jednym z naszych przyjemniejszych wspomnień jest podróż do Dunkierki, 1300 kilometrów jednego dnia. Dzień na podróż wypadł dobry, nie gotowaliśmy się w aucie, ale też nie padało. Przy samym Zakopnem zaskoczenie – nie można jechać przez Chochołów, remont mostu, więc zawracamy do Nowego Targu, zwykle usilnie omijanego i ostatni odcinek pokonujemy w ogonku.

Ale zaraz potem spacer w Dolinie Małej Łąki.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 013

Iść po południu na spacer do doliny, bajkowo po prostu. W moich nowych butach i w doskonałym humorze miałam wrażenie, że unoszę się nad ziemią.

Dzień drugi.

Dziś tak zwane rozchodzenie. Zwykle wystarczała nam Ścieżka  nad Reglami, ale Big B postanowił wprowadzić pewne modyfikacje i w ten sposób wylądowaliśmy raniutko, chwilę przed szóstą, na Toporowej Cyrhli.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 016

I stamtąd szybkim krokiem na Kopieniec, na którym Big B jeszcze nie był, a ja już byłam, razem z Owcą, AardvarKiem i Stalkerem. Widziałam wtedy nieprawdopodobnie przystojnych górali w rozchełstanych koszulach, jadących na pięknych, czarnych koniach i słyszałam spiewające góralki i ich głos pasuje do Tatr. Tym razem było cicho i spokojnie, pół człowieka.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 017

I choć może tego nie widać, było chłodno. Idealny ranek na przekąskę na Kopieńcu i na podziwianie widoków.

Obraz 017

Schodząc na stronę góralskich chałup na polanie, dopiero zaczynamy nasze rozchodzenie i chociaż teoretycznie wiem, co mnie czeka, to w praktyce jedynie mgliście to sobie wyobrażam. Przez Psią Trawkę idziemy do Poalny Waksmundzkiej, a ludzi dość mało – jak na Tatry, jak na lipiec. No… na szlaku z Cyrhli chyba zawsze jest mało ludzi. Zastanawialiśmy się z Big B czemu, przecież tam jest pięknie.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 037

Tatry_lipiec_2009_IXUS 036

Ścieżka ma dwie wady – pierwszą jest jej czasochłonność, a drugą fakt, że w zasadzie nigdzie nie prowadzi – na szczyt żaden, nad staw żaden, nawet nie do jakiejś znanej doliny. I jest pusta. Ale, ale – ludzi nie było zbyt wielu nawet na dojazdowej drodze do murowańca, a to nastraja pozytywnie. Szliśmy sobie spokojnie aż do Polany Waksmundzkiej, gdzie nie poszliśmy skrótem, a ja uratowałam dwa topiące się robaczki. Jak by Lisica powiedziała, pikfe w umiłowaniu do szczegółu, co także na zdjęciach dobrze widać:)

Tatry_lipiec_2009_IXUS 056

I Polana Waksmundzka, właśnie przez nią prowadzi dziki skrót do szlaku do Murowańca, który wije się wśród drzew.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 040

Stamtąd, nie siedząc zbyt długo (owady latające!) udaliśmy się do Murowańca, ale nie przez przełęcz Krab, jak poprzednim razem, ale szlakiem zielonym. Mimo tego – zachwycające Dolina Pańszczycy.

Obraz 022

Obraz 029

W Murowańcu lepiej nie mówić, co się działo. Weszłam po stempelek i uciekłam, Big B nawet nie ryzykował wejścia. Dziki tłum stojący w duchocie i gorącu po miskę strawy, masakra. A potem już nudy – drogą dojazdową do Psiej Trawki i na Cyrhle. Nie powiem, byłam nieco zmęczona. Jak na rozchodzenie, to wycieczka trochę za długa, ale cały dzień piękny, na szlaku spokój, więc wróciliśmy w szczęściu.

pikfe

O Zakopanem pisałam na starym blogu, można porównać parę zdjęć. Ja to uwielbiam.

P.S. 1 Kota na Cyrhli nie było, a ja miałam ze sobą saszetkę – przez całą wycieczkę…