Posted tagged ‘Tiziano Terzani’

Wegetarianizm?

14 Maj, 2010

Dzień dobry.

NIGDY o tym nie myślałam. Wręcz przeciwnie – naprawdę bardzo lubiłam mięso. W sumie to nadal lubię, ale nie jestem już taka pewna, czy chcę je jeść. Nie potrafię jeszcze zrezygnować, ale nie jem już z chęcią. Dawno temu praktycznie zrezygnowaliśmy z wędlin – taki przykład.

Czytam u Ritzera o cielakach, które trzymane są w tak ciasnych boksach, że nawet nie mogą się odwrócić. Karmią je wodnistą cieczą (odżywką), dzięki której cielak szybciej rośnie i szybciej można go zabić.

Wiecie, to nie jest to wesołe, młode zwierzę, które hasa sobie po łące i od czasu do czasu pociągnie z krowiego cycka. A przecież to właśnie jest cielak – łąka, zielono, słońce i małe, szczęśliwe zwierzę.

Teraz cielak ma jednak inny los. Najbardziej ucieszyłoby producentów, gdyby rodził się już poporcjowany, na tackach. I dla niego też pewnie byłoby najlepiej. To zwierzę traktowane nieludzko.

Czytam tu takie zdanie: W największej rzeźni świata – należącej do Smithfield – w Karolinie Północnej ubija się 32 tysiące świń dziennie, czyli 1333 na godzinę, czyli 22 na minutę. Non stop, całą dobę. I nie jest to fabryka śmierci?

Czytam o fermach kurzych – kury nurzające się we własnych odchodach; z odciętymi dziobami; ściśnięte nieludzko w klatach; karmione odżywką. Nioski, które wziąłem [w Anglii można za darmo adoptować kury z ferm] były pierwszymi kurami z fermy, jakie w życiu widziałem. Byłem wstrząśnięty ich stanem. Grzebienie na ich głowach były bladoróżowe, właściwie białe i oklapnięte, podczas gdy powinny być być czerwone i sterczące. Również ich łapy były w opłakanym stanie, ponieważ ptaki nie mogły stać na płaskim podłożu (spróbuj sobie wyobrazić, że przez ponad rok jesteś zmuszony stać na podłodze z rzadko rozstawionych drutów). Ich pazurki były długie i zakrzywione, ponieważ nie ścierały się w wyniku grzebania w ziemi. Ich pierze było zupełnie wysuszone i przerzedzone, a czubki dziobów ucięte. Przez pierwsze dni nioski były osowiałe i sprawiały wrażenie kompletnie otumanionych. Nikt nie powinien traktować w taki sposób żywych stworzeń.

Widzę tiry pełne świń – gnające po drogach, nieistotne, czy jest -10 czy +40, warunki przewożenia zwierząt są zawsze takie same.

A pamiętacie jeszcze chorobę wściekłych krów? Oto, co Terzani ma na ten temat do powiedzenia: Dlaczego nie można myśleć, że źródłem choroby wściekłych krów jest to, iż przez całe lata zmuszaliśmy te najbardziej wegetariańskie ze wszystkich stworzeń, z natury niegwałtowne i dlatego najświętsze w oczach Hindusów, do codzienne żywienia się paszą składającą się między innymi z mięsa i kości innych zwierząt? Z naukowego punktu widzenia może to być argument bez wartości, ale według mnie jest bardzo przekonujący: przeżuwanie przetworzonych zwłok innych zabitych istot doprowadziło krowę do szaleństwa.

Mam odczucie, że my, ludzie, prędzej czy później też doprowadzimy się do szaleństwa.

Mamy u nas coś na kształt lokalnego rzeźnika – chłopi zwożą do niego swoje świnki, ciągnąc je w przyczepkach, najczęściej pojedynczo. Te świnie widzą w swoim życiu słońce. Jeszcze tam kupuję. Ale otworzyli ostatnio wielką rzeźnię. I nie wiem, jak długo będę kupować w lokalnego rzeźnika. I wiecie, co ja sobie myślę? Że wolałabym mieć swoje świnie, nawet, gdybym musiała je potem zabić. Ale coś bym im dała – świeżej wody; zielonej trawy; ciepłego słońca; brunatnego błocka. Wolałabym zabić je sama niż uczestniczyć w czymś tak nieludzkim. Wiem, że to są zwierzęta, nie ludzie. Ale zwierzę też może być szczęśliwe albo zrozpaczone, choć może do końca nie ma tego świadomości.

pikfe

Pisząc sięgałam po Nic nie zdarza się przypadkiem Terzaniego; Makdonaldyzację społeczeństwa Ritzera; artykuł z Przekroju http://www.przekroj.pl/wydarzenia_swiat_artykul,6546,0.html; książkę kucharską Jamiego Olivera Jamie w domu (o kurzych fermach), fragment o rzeźniach w Auteczku Hrabala zmusił mnie do myślenia.

Coś mądrzejszego? 3/3.

14 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

I kończąc tym razem.

W jednej jeszcze rzeczy jest mi Terzani szczególnie bliski – umiał cieszyć się życiem i konsekwentnie podążał swoją ścieżką. Zauważał rzeczy, które my tak często mijamy – piękno każdego dnia, uśmiechy ludzi, dziwaczną bajkowość orientalnego świata. Cenił to, co miał i jednocześnie był pogodzony z życiem, nie tracąc nic z ciekawości świata. Był reporterem, to jasne, że starał się dotrzeć tam, gdzie coś się działo. Jako jeden z nielicznych zachodnich dziennikarzy widział upadek Sajgonu i to jego artykuły jako pierwsze pojawiły się w europejskiej prasie; był świadkiem okrutnej rewolucji w Kambodży i omalże nie został zastrzelony przez Czerwonych Khmerów. Mieszkał w Chinach (gdzie później został tymczasowo uwięziony i wydalony z kraju), w czasie, kiedy zagraniczni dziennikarze nie byli tam mile widziani. Kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja, odwiedził Sachalin i Wyspy Kurylskie. Relacjonował pogrzeb cesarza Hirohito i przejęcie przez Chiny Hongkongu. Rozmawiał z Matką Teresą i Dalajlamą. Jednym słowem, relacjonował wiele wydarzeń mających kluczowe znaczenie w historii Azji i mógłby po prostu spocząć na laurach, ale on pozostał ciekawy świata, nawet kiedy z powodu choroby decyduje się porzucić pracę dziennikarza – co zresztą czyni z ulgą. I nawet wtedy, jeśli jechał gdzieś, obchodził miasteczko czy wieś, a nie zaszywał się w hotelu; nawiązywał kontakty z mieszkańcami i nawet w biednym stanie indyjskim znajdował w ruinach budynku mieszkalnego osobę mającą dostęp do Internetu. Świat bezustannie go zadziwiał – ludzie, widoki, zapachy, wydarzenia dnia codziennego. To był świat, któremu Terzani nie był się w stanie oprzeć i z którego całymi garściami czerpał doświadczenie i tematy do swojego pisarstwa. Sam zresztą daje temu dowód, kiedy  relacjonuje swój pobyt w aśramie. Z jednej strony pisze, że wybrał aśram „do odbycia nowego typu podróży: do środka, a nie na zewnątrz. Jej celem nie był jakiś fizyczny punkt na mapie, ale miejsce w umyśle, stan ducha, odnalezienie spokoju wewnętrznego i w stosunkach ze światem, czego pragnąłem bardziej niż czegokolwiek innego.” (Nic nie zdarza się przypadkiem, strona 421). Po paru miesiącach mieszkania tam, medytacji i nauk pod okiem guru jego nastawienie się zmienia, a raczej może Terzani zaczyna pewne rzeczy widzieć w innym świetle: Koniec końców, z całą moją ciekawością i sympatią do „innego”, byłem i pozostawałem Europejczykiem. Czułem jak narasta piękna i ciekawa, zasadnicza sprzeczność między naszym sposobem bycia w świecie, a tym, jak podchodzą do tego Hindusi: dla nas najwyższą wartością  życia jest samo życie; dla nich – nieżycie. Moksza, uwolnienie się od powtórnych narodzin, to wielkie dążenie tej cywilizacji. (…) Podobało mi się oderwanie, ale nie obojętność. Byłem przekonany, że – szczególnie w moim wieku – najlepszym sposobem cieszenia się rzeką jest przebywanie poza jej nurtem, ale chciałem przynajmniej móc usiąść nad brzegiem, popatrzeć na wodę, słyszeć, jak przepływa. A wszystko to zdawało mi się bardzo odległe od aśramu. (Nic nie zdarza się przypadkiem, strona 514.)

To jego umiłowanie życia i ciekawość świata dawały mu mnóstwo siły do walki z nowotworem, ale jednocześnie pozwalały docenić to życie, które miał już za sobą i na tyle, na ile jest to możliwe – pogodzić się ze śmiercią.

Moim zdaniem jego geniusz jako reportażysty tkwi w umiejętności balansowania między zdobytą (i rzetelną) wiedzą, byciem-tam-na-miejscu i całkowicie subiektywnym spojrzeniem wrażliwego na otaczającą rzeczywistość autora. Terzani nie był tylko dziennikarzem – był podróżnikiem i pasjonatem, człowiekiem wrażliwym na piękno i na cierpienie, a jednocześnie kimś, kto potrafił to wszystko opisać w taki sposób, że czytelnik chce więcej i więcej. Terzani był człowiekiem, z którym chciałabym usiąść nad brzegiem rzeki i pogadać o życiu.

pikfe

Coś mądrzejszego? 2/3.

13 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Kontynuując wczorajszy temat…

Terzani był także surowym krytykiem współczesnej cywilizacji Zachodu i to ważny nurt w jego książkach, pogłębiający się (momentami – moim zdaniem – aż do granic przesady) wraz z rozprzestrzenianiem się kapitalizmu, a także wraz z rozwojem duchowym pisarza. Z jego opiniami można się nie zgadzać, ale warto je znać, ponieważ są to spostrzeżenia człowiek, który był na miejscu i widział, jak przebiegają transformacje zgodne z duchem kapitalizmu. To głos, który w dyskusjach o globalizacji i kondycji duchowej współczesnych społeczeństw trudno pominąć. Z jednej strony pisarz krytykował Zachód, głównie za jego wyjaławiający materializm i pęd do konsumpcji, która w powszechnym mniemaniu ma zapewnić człowiekowi szczęście. Sprzeciw Terzaniego jest głośny.

Zauważa tragedie poszczególnych ludzi – pozbawionych swojego miejsca, trwałego systemu wartości, celu i priorytetów – którzy w dniu, kiedy dowiadują się, że są chorzy na raka (sam Terzani chorował), dostają od swoich – jakże kochających – współmałżonków papiery rozwodowe.

Opisuje smutnych trzydziesto- i czterdziestolatków, samotnych i sfrustrowanych, którzy szukają pociechy i mistycyzmu na kursach organizowanych przez fałszywych guru.

Pokazuje zagubionych podróżników, bezskutecznie poszukujących w Azji swojej tożsamości i wierzących, że jest to coś, co można nabyć od odpowiedniego przewodnika duchowego.

Choć docenia dorobek cywilizacyjny Zachodu (poza który zresztą nie potrafi wyjść, a w każdym razie nie do końca – mistyczne doznania Indii pozostają dla niego w dużej mierze całkowicie obce.  Mówi wtedy o swoim florenckim racjonalizmie.), uważa też, że zatraciliśmy się w materializmie, który tylko złudnie daje szczęście. Oferuje miliony wyborów, ale tak naprawdę zapominamy o tym, kim sami jesteśmy i nie potrafimy już docenić tych drobnych rzeczy, które czynią człowieka częścią świata, w harmonii z naturą. Ciągle stawiamy sobie jakieś cele, za którymi gonimy, mijając w pośpiechu najważniejsze i najpiękniejsze momenty naszego życia.

Kapitalizm, a przede wszystkim materializm kultury zachodniej przerażają Terzaniego. Uznaje on – w czym zapewne nie jest osamotniony – że pieniądze nie dają szczęścia, a już zwłaszcza nie pogoń za nimi. Nie dają szczęścia rozumianego jako spokój, harmonia, pogodzenie się z samym sobą i zaakceptowanie otaczającej rzeczywistości. (Przy czym należy zauważyć, że Terzani na brak gotówki nie narzeka – kurację antynowotworową podejmuje w jednym z najlepszych szpitali świata; wynajmuje mieszkanie z widokiem na Central Park; podróżuje po całym świecie).

W innych kulturach – tak odległych od amerykańskiej i europejskiej – kapitalizm ukazuje swoją jeszcze bardziej przerażającą – według Terzaniego – twarz. Narody tracą swoją tożsamość, bez reszty podporządkowując się prawom wolnego rynku i zachwycając wszelkimi nowościami, które przybywają z Zachodu. W zagubionym w Himalajach księstwie widzi Terzani chłopców w czapeczkach Bossa, dziewczynki z plastikowymi lalkami i ludzi gapiących się bezmyślnie w telewizor i tracących więź z własną kulturą i religią, nad czym ubolewa ich władca i wie jednocześnie, że nie jest w stanie temu zaradzić. „Udało się nam przekonać Azjatów, że przetrwają tylko wtedy, jeśli będą nowocześni, a jedyną postacią nowoczesności jest nasza, zachodnia. Prezentując siebie jako jedyny prawdziwy model ludzkiego postępu, Zachodowi udało się wytworzyć ogromny kompleks niższości u tych, którzy według jego miar nie są ‚nowocześni’; udało mu się zatem coś, czego nie osiągnęło nawet chrześcijaństwo! I oto teraz Azja odrzuca wszystko, co swojskie, aby przejmować wszystko, co zachodnie, czy to w oryginalnej postaci, czy też w formie lokalnych – japońskich, tajlandzkich czy singapurskich – imitacji. (…) Dzisiaj żadna już azjatycka kultura nie potrafi przeciwstawić się temu trendowi. Nie ma dziś zasad czy ideałów, które mogłyby rzucić wyzwanie ‚nowoczesności’. Rozwój stał się dogmatem; postęp za wszelką cenę stał się hasłem niedopuszczającym wyjątków. Niemożliwe stało się w Azji stawianie chociażby tylko pytań o sens tej drogi, o jej etyczność, o jej konsekwencje.” („Powiedział mi wróżbita„, strona 64)

W pierwszej kolejności w takie gotowe do zasymilowania społeczeństwo trafiają narkotyki, zorganizowana przestępczość, korupcja i seksturystyka. Pieniądz i interesy stają się głównym tematem rozmów. Dalekowschodnie miasta tracą swoją magiczną, orientalną urodę, sztucznie upodabniając się do swoich amerykańskich odpowiedników i tracąc przez to na autentyczności. Rdzenna kultura znika, pozostawiając po sobie tylko to, co da się sprzedać wszystkożernym, zagranicznym turystom. Opis Singapuru, który Terzani ponownie odwiedza po kilkunastu latach mógłby na dobrą sprawę być również opisem Nowego Jorku – nikt nie nosi już tradycyjnych strojów, wszyscy w milczeniu pędzą do pracy w garsonkach i garniturach; coraz rzadziej jada się pałeczkami, gdyż uchodzi to nienowoczesne; miasto straciło nawet swój zapach, a na ulicach już nikt z nikim nie rozmawia. Terzani, kiedy po raz pierwszy był w Singapurze, zapamiętał zupełnie inne miejsce – wielokulturowe, pachnące, jazgotliwe, kolorowe, wesołe. Twierdzi, że nic z tego nie zostało.

Społeczeństwa wyjaławiają się – szukanie skierowane jest na zewnątrz, szczęście dostrzega się w przedmiotach otaczających, w kartach kredytowych drzemiących w portfelu. Duchowość (niekoniecznie związana z Bogiem czy bogami) spłyca się, najczęściej stając się byle jaką, sztuczną atrakcją turystyczną – czyli miejscem, gdzie można coś kupić, a nie coś przeżyć.

To najwyższa, najświętsza, najpiękniejsza góra Japonii. Kraj u jej stóp, widziany z trzech tysięcy siedmiuset siedemdziesięciu sześciu metrów, okolony lśniącym morzem i zmieniającymi się odcieniami niebieskości odległych łańcuchów górskich wydaje się dokładnie taki, jak w mitologii: wspaniały, nietknięty, wieczny – niczym ziemia bogów.

Niestety, sama Fudżi nie jest zupełnie taka, jak być powinna (…) Gęste słupy dymu nad krawędzią krateru nie wydobywają się z wnętrzności wulkanu, lecz z cuchnących stosów śmieci, które muszą być cały czas palone… Daleki, łagodny głos kobiecy szemrzący w środku nocy na szczycie nie należy do litościwej bogini, która według legendy ma tam swoją siedzibę, lecz do automatycznego dystrybutora, który dziękuje spragnionemu, cierpiącemu na bezsenność klientowi, że kupił sobie napój. W ciemności różnokolorowe światełka urządzenia jaśnieją mocniej niż wszystkie gwiazdy.

Po drodze na szczy można zrobić sobie postój, odpocząć i poobserwować malejący powoli świat. Każda stacja nosi romantyczną nazwę – Oberża Białych Chmur, Pawilon Pierwszego Światła – ale na koniec z tych miejsc pamięta się tylko gryzący odór uryny.

Co rok piętnaście milionów Japończyków wspina się na Fudżi. Tylko trzysta tysięcy dociera na szczyt, ale wszyscy zostawiają po sobie jakiś ślad. Puste puszki, butle tlenowe, wyładowane baterie, berety, ręczniki, stare gazety i kolorowe plastikowe opakowania z okruchami wszelkich specjałów, jakie produkuje Japonia, czynią z góry wysypisko śmieci. („W Azji„, „Japonia widziana z góry„, strona 335 – 336.)

Terzani pisze oczywiście o Fudżi, ale czy ten fragment – jak zresztą wiele innych – nie ma charakteru uniwersalnego?

cdn. jutro

pikfe

Coś mądrzejszego? W trzech częściach. 1/3.

12 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Na samym początku dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi rozwiązać zagadkę jeżogłówki pokrewnej 😉 Wczoraj znów statystki wywindowały się bardzo wysoko, jak na standardy tego bloga – 243 wejścia 😉

Dziś tytułem wstępu – bo będzie o czymś innym – napiszę, że postanowiłam w inny sposób spojrzeć na brak Internetu w swoim domu. Kiedyś już pisałam, że za dużo czasu spędzam myszkując po Sieci i czytając jakieś głupoty, więc może to jest okazja? Taaak, brakuje mi blogów, które czytam i mojej skrzynki pocztowej; paru Demotywatorów i Kotburgerów na poprawę nastroju; informacji z Wikipedii i internetowych słowników. Ale generalnie – da się żyć. Pisać można odręcznie albo w notatniku. I tak postanowiłam, że z racji braku Internetu zbiorę się w sobie i wreszcie napiszę coś, co nie będzie pasowało pod kategorię Pitu-Pitu. Czy będzie mądre, tego nie wiem, ale mam nadzieję, że sprawi choć trochę radości.

Dziś o pisarzu, który stał mi się ostatnio bliski – Tiziano Terzanim, Włochu, florentczyku, już nie żyjącym wspaniałym włoskim reportażyście. Natknęłam się na niego zupełnym przypadkiem – czytałam kiedyś w pociągu książeczkę ……, której nie kupiłam nawet dla siebie, tylko w prezencie. Tam, w jakimś wspomnieniu natknęłam się na nazwisko Włocha, którego Kapuściński bardzo ponoć cenił. Myślę, że cenił on wielu autorów, a ponadto zdanie innych – choćby byli Kapuścińskimi – nie jest dla mnie wystarczającą rekomendacją. Jest za to informacją. Gdzieś mi się w zwój mózgowy to nazwisko wryło – że tak brzydko powiem – i całkowicie o nim zapomniałam (jak zwykle). Aż któregoś zimowego dnia, w zadymkę potężną, Big B i pikfe pojechali sobie do Płocka, a tam w Płocku jest przedziwny Empik. Mały i duszny, z ponurymi sprzedawcami i opustoszałym piętrem. Na owym piętrze można znaleźć książki, które w dużych, gwarnych i sztucznie uśmiechniętych Empikach znikają z półek i trafić na nie można jedynie czystym przypadkiem. I tak uderzyło mnie po oczach nazwisko Terzaniego z okładki książki „Powiedział mi wróżbita”. Spogląda z niej sympatyczny starszy pan z przecudnym, ciepłym uśmiechem, a sama książka dotyczy jego rocznej podróży po Dalekim Wschodzie, w trakcie której nie zamierza korzystać z samolotów. Decyduje się na to ponieważ dawno, dawno wróżbita powiedział, że w 1996 czeka go śmierć w katastrofie lotniczej. Terzani nie jest przesądny i generalnie nie wierzy w przepowiednie, ale postanawia skorzystać z okazji. I ani przez moment nie żałuje. Ja też ani przez moment nie żałowałam, że w Płocku sięgnęłam właśnie po tę książkę.

Pisarstwo Terzaniego charakteryzuje się cechą, którą niezmiernie cenię – włoski dziennikarz bez wątpienia był erudytą. Spędził w Azji kilkadziesiąt lat. To dość, aby – będąc pasjonatem jak on – poznać bardziej niż pobieżnie mentalność i kulturę Dalekiego Wschodu. Wiedza Terzaniego wzbudza we mnie zachwyt, obcowanie z takim autorem jest zawsze wielką przyjemnością – jego znajomość przeróżnych podań i legend; miejsc, do których zwykle się nie trafia; historii krajów, po których podróżuje. Nie podaje jednak Terzani suchych faktów i nie streszcza historycznych książek.

Jego artykuły są precyzyjnie skonstruowane, obserwacja miesza się w nich z faktami (ale nie tak, żeby nie można było ich rozróżnić); kiedy można, jest dowcipnie, kiedy trzeba – ironicznie; brakuje patosu, ale jest szacunek i zrozumienie dla Innych. Jest dystans, ale też przemożna chęć zrozumienia i tolerancji dla wielu zjawisk dla Europejczyków niezrozumiałych.

Choć w głębi serca był samotnikiem, Terzani interesował się ludźmi, jakby bez tego zainteresowania wiedza pozostawała tylko suchym zbiorem faktów. Przez jego książki przewija się cała galeria postaci – od nowojorskich lekarzy, poprzez dziennikarzy, aż po taksówkarzy, gangsterów, ulicznych sprzedawców, guru i wróżbitów. Ludzie, ich opowieści, ich opinie, ich spojrzenie na otaczającą rzeczywistość są istotną częścią twórczości Terzaniego; częścią, która uzupełniała jego erudycję, czyniąc ją żywotną, umieszczając ją w kontekście danej chwili.

Częstuje co chwila  orientalnymi opowieściami, choćby taką: „I czymże jest ta błogosławiona wolność, o której wszyscy tak wiele prawimy? W Azji odpowiedź na te pytania można znaleźć w znanej od wieków historii: Pewien człowiek udaje się do słynącego z wielkiej mądrości króla i pyta:

– Panie, powiedz, proszę, czy w życiu istnieje wolność?

– Oczywiście – odpowiada tamten. – Ile masz nóg?

Człowiek patrzy na niego, zdziwiony pytaniem.

– Dwie, mój Panie.

– A zdolny jesteś stać na jednej?

– Oczywiście.

– Spróbuj więc. Zdecyduj, na której.

Człowiek zastanawia się przez chwilę, po czym podnosi do góry lewą nogę, opierając cały ciężar ciała na prawej.

– Dobrze – rzecze król. – A teraz podnieś również tę drugą.

– Jakże to? To niemożliwe, mój Panie! – Widzisz? To jest wolność. Jesteś wolny, ale tylko wtedy, gdy podejmujesz pierwszą decyzję. Potem już nie.” (Nic nie zdarza się przypadkiem, strona 41- 42).

Terzani należał jeszcze do tej starej szkoły dziennikarstwa, która czerpała wiedzę z książek i ze świata, jedno podpierała drugim, relacjonowała rzetelnie, nie powtarzając zasłyszanych pogłosek byle jak, bez sprawdzenia. Nie siedział w hotelu, ale wychodził na linię frontu, żeby móc rzetelnie opisać wojnę w Wietnamie. Znał nie tylko historię, ale także literaturę (czego daje świadectwo cytując w swoich książkach rozmaitych autorów) – zarówno literaturę piękną danego kraju, jak i literaturę tematu. Obecnie, jak niestety widać w mediach (choć oczywiście zdarzają się wyjątki i tu na myśl przychodzi oczywiście Wojciech Jagielski), przestało to być regułą, a stało się raczej wyjątkiem.

cdn. jutro

pikfe