Posted tagged ‘Tatry’

Zakopane z Yodą (4).

4 stycznia, 2012

Dzień dobry.

Zaległości doprawdy straszne, ale nie mam jakoś ostatnio serca do siedzenia przed monitorem. I czasu też jakoś nieszczególnie dużo 🙂

Ostatnio skończyłam na zimnej, ale świątecznej atmosferze w Dolinie Jaworzynki, a tu już po Świętach i w dodatku w Nowym Roku. Mam nadzieję, że dla Was wszystkich będzie to dobry rok.

Ostatniego dnia naszego pierwszego pobytu w Zakopanym z Yodą wybraliśmy się… na Słowację. Ja wolałam iść do Morskiego Oka, ale Big B jakoś bardzo wyraźnie nie miał na to ochoty, więc postanowiliśmy udać się tam, gdzie już raz bardzo nam się podobało, ale nie mieliśmy okazji pozostać tam dłużej. W 2009 nad Szczyrbskimi Jeziorami złapał nas deszcz.

Tym razem nie.

Pogodę mieliśmy naprawdę piękną, ale przyznać trzeba, że tylko my: Szczyrbskie Jeziora położone są na wysokości 1315-1385 metrów i tak mniej więcej do wysokości 1300 metrów mgły i chmury panowały okrutne, także wielka była moja radość, kiedy wyjechaliśmy prosto w piękne słońce, tak miło i ciepło grzejące, że obiad zjedliśmy na restauracyjnym tarasie. A doły tak wyglądały – dla nas pięknie, dla tych co pod spodem, gorzej.

Po obejściu jeziora szlakiem dla prawdziwych twardzieli, czyli wygładzoną, płaską, świetnie utrzymaną drogą…

… doszliśmy do wniosku, że Szczyrbskie są miejscem, gdzie można się nieźle lansować. Pobudowane apartamentowce, gdzie nabyć można metry w cenach iście królewskich; knajp co-nie-miara; stacja kolejowa; i sklepy i sklepiki i całkiem, całkiem spory tłumek, dość nawet przerażający w pierwszej chwili. Polecam więc Jeziora, bo pięknie jest naprawdę, ale jeśli możecie, unikajcie weekendów i sezonu.

Wnikliwie opisaną panoramę znad Jeziora znajdziecie tutaj.

I dnia ostatniego, jak zawsze, pożegnaliśmy Tatry z Olczańskiego Wierchu. U AardvarKa, u mnie, bywa się tam, bo widoki zawsze przecudne.

Tylko ten smog nad Zakopanym…

My go oczywiście wcześniej czuliśmy, bo mieszkamy trochę ponad Zakopanym (kto chciałby mieszkać przy Krupówkach?!) i wjeżdżając tam człowiek ledwo dyszał, naprawdę. Pogody mieliśmy bezwietrzne, więc nad naszym uzdrowiskiem cała ta chmura wisiała i wisiała i wisiała… Ale w Tatrach Yodzie katar przeszedł, a wcześniej nie przechodził ponad trzy tygodnie.

pikfe

Zakopane z Yodą (1).

22 listopada, 2011

Dzień dobry.

Nie bywam ostatnio zbyt często w Sieci, a co za tym idzie – na blogach i na blogu. Najgłębsza przyczyna tego stanu rzeczy to oczywiście Yoda – a jest mi szkoda każdej minuty. Poza tym w ostatnim tygodniu udało się nam wyskoczyć do Zakopanego. W gruncie rzeczy spowodowała to Yoda, a ściślej rzecz ujmując jej nieprzemijający katar. Postanowiliśmy udać się „do gór” w celach sanatoryjnych, ale i ku własnej przyjemności.

Jak to zwykle nam – nie chwaląc się za bardzo – pogoda dopisała, tak więc już pierwszego dnia zapakowaliśmy Yodę w ciepłe ubranka i pognaliśmy do Doliny Kościeliskiej.

Od razu na wstępie zaznaczę, że chciaż mój blog nigdy nie był piękny fotograficznie, to w tym przypadku może być nawet nieco gorzej. Zabrałam ze sobą tylko naszą malutką idiotkamerę i po prostu pstrykałam fotki.

Tego pierwszego dnia Yoda dość długo była aktywna i chociaż widoki nie robiły na niej żadnego wrażenia ;), to świerki – i owszem. Bardzo się jej podobały i nawet próbowała do nich zagadywać.

W schronisku Ornak PUSTO, co było fantastyczne. Wysiedzieliśmy się w słońcu, a Yoda – bez wątpienia w najbardziej luksusowych warunkach, bo w wózku i pod ciepłą pierzyną, się w tym słońcu wyspała. Spotkaliśmy też inną małą Yodę, już dwuipółletnią, która dzielnie zasuwała z rodzicami w kierunku Iwanickiej Przełęczy, co dało nam nadzieję, że i my niebawem nie będziemy musieli posuwać się tylko po dolinkach.

Następnego dnia wybraliśmy się do Doliny Chochołowskiej – oczywiście, ludzi prawie nie było, chociaż dostarliśmy tam dobrze koło dziesiątej. Trafiliśmy idealnie – na całkiem martwy sezon i na przepiękną pogodę.

W schronisku zadawaliśmy szpanu, żeśmy wleźli z wózkiem, ale naprawdę – to nie był jakiś wielki problem. Może dlatego, że nastawiliśmy się na mozół, a w sumie poszło bardzo ładnie? W Chochołowskiej jedyne dwa ciężkie fragmenty prowadzą po kocich łbach – niezbyt to komfortowe dla dziecka, ale na szczęście nasz wózek sprawdził się idealnie.

Na Polanie Chochołowskiej było naprawdę przepięknie.

A pod sam koniec okazało się, że Yoda ma już poczucie humoru, choc może nieco jeszcze dziwne. Big B pognał z wózkiem do auta, a ja szłam wolniej z Yodą na rękach i podziwiałyśmy zachód słońca u wylotu doliny.

Postanowiłam zrobić nam zdjęcie z ręki, co doprowadziło moją córkę do spazmów śmiechowych 🙂

pikfe

Ratownikiem być.

14 października, 2010

Dzień dobry.

Cieszę się – i pewnie nie jestem w tym osamotniona – że udało się wydostać na powierzchnię chilijskich górników ( choć podobno niektórzy z piekła pod ziemią trafiali wprost do piekła na ziemi: oczekujących żon i oczekujących kochanek). Wysiłek, jaki włożono w to, żeby wyciągnąć ludzi z wnętrza Ziemi i pomóc im przetrwać, jest naprawdę imponujący i świetnie, że wszystko dobrze się skończyło.

Rozmawiałyśmy o tym wczoraj z Olinusem Prime i zeszło nam na ratowników: że ten, który zjeżdża na dół, nie ma za fajnie, że jednak strach, że nie ma pewności, że się uda, a chłop ryzykuje życie, żeby innym pomóc wpakować się do kapsuły.

Z drugiej strony – to jego zawód, taką drogę wybrał.

I przypomniał mi się wówczas trzydziesty numer kwartalnika Tatry.

Doszłam do wniosku, że w sumie ten chilijski ratownik miał super: ryzykował swoje życie, ale nie dla ludzi, którzy sami zawinili i którzy potrzebowali pomocy z powodu swojej porażającej głupoty. Katastrofa była niezależna od nich; wykazali wielką siłę ducha siedząc pod ziemią przez te pierwsze dni. Być może, jak mówią, nie są bohaterami, ale – co może strasznie brzmi – zasłużyli na ratunek.

Bo niby każdy zasługuje, tak? Ale za coś się te Nagrody Darwina przyznaje.

I wracając do Tatr – zamieszczana jest tam zawsze kronika wypadków TOPR i HZS (słowacki odpowiednik )i w numerze, który przeglądałam, opisane wypadki były naprawdę kuriozalne.

Wpół do dziesiątej, w drugiej połowie sierpnia, do ratowników dzwonią turyści, mówiąc, że utknęli gdzieś pod Rysami i potrzebują pomocy. Zostają uratowani. Okazuje się, że wyszli znad Czarnego Stawu około szóstej po południu, nie znali terenu i nie mieli ze sobą latarek.

TOPR zostaje poinformowany, że pod wierzchołkiem Kościelca siedzi osłabiony turysta, który wymaga pomocy. Pomoc zostaje mu udzielona. Okazuje się, że pomysłowy warszawiak zaraz po przyjeździe w Tatry, udał się na Kościelec, nie wziąwszy ze sobą nawet jedzenia.

W pierwszej połowie września w kopule szczytowej Giewontu ginie mężczyzna porażony przez piorun. Okazuje się, że wychodził na Giewont podczas burzy (z piorunami).

Ale tym razem Nagroda Darwina wędruje do pewnego Słowaka, który na szczycie Czerwonej Turnii (wiecie, nie wygląda jak byle pagórek) zapragnął zrobić zdjęcie grupie, z którą wchodził, chciał biedaczysko wszystkich zmieścić w kadrze, cofał się i cofał, ale do tyłu nie spojrzał, wrzasnął, spadł i się zabił.

Podziwiam ratowników. Naprawdę. Podziwiam ich siłę, odwagę, umiejętność pracy w zespole, zdolności etc. Ale przede wszystkim: ich cierpliwość.

Wiecie, ja rozumiem – nagle przychodzi burza (choć z Big B nie raz widzieliśmy turystów prących na szczyt mimo okolicznego walenia piorunów – niektórzy to nawet z dzieciakiem szli); ktoś się poślizgnie i złamie nogę (i nie ma na nogach japonek); ktoś doznaje nagłego ataku paniki (choć chodził po górach wcześniej i myśli, że jest przygotowany na dużą ekspozycję); ktoś inny dostaje udaru; ktoś nieuważnie postawi stopę i spadnie. Tak, wypadki w górach się zdarzają i to jest nieuniknione, ale jak ktoś włazi na Giewont z czasie burzy, to ja się pytam: czego on oczekuje?!

Ale ratownik przysięgał i nie dość, że musi lecieć i ryzykować życiem, to jeszcze potem nie może takiemu (zakładam, że uratowanemu) strzelić w gębę za głupotę.

Również z tego powodu (i wielu, wielu innych) nie mogłabym zostać ratownikiem, bo ja niejedną mordę bym obiła, tak, żeby się gór odechciało.

pikfe

Zdziwienie.

3 lipca, 2010

Dzień dobry.

Tak sobie przeglądałam demotywatory…

Źródło: http://demotywatory.pl/1825144/Japonki-9.99-dzinsy-99.90

Ona NAPRAWDĘ ma japonki!

Nie to, żebym nie wiedziała; kiedyś chyba nawet widziałam hard-core’a tego typu, ale wymazałam to ze swojej pamięci.

Jednak widać jak na dłoni, że głupota ludzka nie zna granic. Pozostaje tylko wierzyć, że się wycofała, ale:

a) i tak za daleko zaszła;

b) nie wygląda na taką, co by się do odwrotu szykowała.

Kiedyś wybuchła dyskusja o tym, czy akcje ratowników GOPR powinny być płatne. Ludzie dostali szału na samą wzmiankę o tym, a jeszcze bardziej rozwścieczyło ich, że w nowych prawach turysta będzie zobowiązany do posiadania odpowiedniego sprzętu oraz umiejętności. Czyli – idziesz zimą w góry, masz raki, a nie deskę nabijaną gwoździami; idziesz latem – buty za kostkę. Ja przynajmniej tak to rozumiem. No dobrze, chociaż adidasy.

Ludzie, którzy wybiorą się w góry, a nie zadbają o to minimum, będą płacić za akcje ratunkowe.

Nie, nigdy w życiu takich przepisów! Bo ratownicy GOPR będą ścigać za brak kurtki z Gore-Texu albo butów na podeszwie Vibram. I ucierpią na tym dzieci z biednych rodzin (lepiej, żeby zabiły się w japonkach) oraz ludzie będą trzęśli tyłkiem, że może im się wypadek przytrafić i do końca życia się nie wypłacą – więc w góry nie pójdą (hm… to nawet lepiej 😉 )

Niezdrowe emocje wzbudził zapis, że  sport i turystykę w górach uprawia się „na własną odpowiedzialność”.

I ja tu swoje trzy grosze: ja chodzę w góry na własną odpowiedzialność i zawsze robię wszystko, żeby ratownicy nie musieli ryzykować dla mnie zdrowia i życia. Mam wygodne buty i ciepłe rzeczy w plecaku. Zawsze, nawet w upały niosę czapkę, rękawiczki, szalik, sweter, długie spodnie i kurtkę. Mam koc izolacyjny, podstawowe leki, sporo jedzenia i naładowany telefon. Nie wybieramy się na kilkunastogodzinne wycieczki dzień po przyjeździe, dajemy naszym organizmom szanse, żeby sobie przypomniały góry. Jeżeli nie czuję się pewnie na łańcuchach, nie planujemy takich wycieczek (z tego powodu, jak do tej pory, omijaliśmy Tatry Wysokie). Wychodzimy wcześnie rano i nie wracamy po zmroku. Zawsze mamy mapę i przestudiowany wcześniej szlak. Zimą nigdy nie chodzimy w wyższe partie gór, ponieważ nie jesteśmy na to przygotowani, a latem bierzemy pod uwagę warunki atmosferyczne i kiedy zbliża się burza, schodzimy na dół (niestety nie jest to reguła; byliśmy świadkami, jak w czasie burzy ludzie podchodzili pod szczyt).

To wszystko nie wynika z tchórzostwa, tylko z szacunku – do ratowników, do gór, do siebie. Bo uważam nas za dorosłych ludzi, którzy potrafią zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby spędzić wakacje bezpiecznie. I nie boją się brać za to odpowiedzialności. Skoro zakładam, że ratownik zrobiłby wszystko, żeby mnie uratować, ja mogę zrobić wszystko, żeby on miał spokojny dyżur. Zdaję sobie sprawę, że mimo wszystko coś może się nam w górach przydarzyć – takie są góry – i zakładam, że ktoś mnie wtedy uratuje.

W mojej opinii taka pańcia, jak ta ze zdjęcia, dla własnego dobra powinna za lot śmigłowcem zapłacić. Bo głupota boli. I powinna boleć, żeby potem idioci i idiotki nie rozpowiadali o swoich idiotycznych wyczynach.

Tyle, że… skoro jest tak głupia, że w takim stroju wybiera się w Tatry Wysokie, to trzeba założyć, że jest również tak głupia, że wiedząc, że GOPR wystawi jej rachunek (mózgi pewnych ludzi dopiero w ekstremalnych sytuacjach kojarzą pewne fakty), ze strachu/ oszczędności/ wstydu po ten śmigłowiec nie zadzwoni i na własną rękę (nogę) będzie jednak próbowała sama. I co wtedy?

Czy jednak bezpłatnie ją zabrać na dół czy nominować potem do Nagrody Darwina?

pikfe

Zakopane w lutym. Część pierwsza.

4 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Tęskno mi już za górami. W ogóle zaczynam sądzić, że Tatry są jakimś przekleństwem i uzależnieniem. W końcu wychodziłam się latem tak, że myślałam o urlopie na Malediwach lub Seszelach, ale już czuję zew gór i już chętnie bym tam wróciła. Stąd powrót chociaż wirtualny. Dodałam parę zdjęć i opisów, są zaznaczone kursywą. I filmik też jest. Nudy okropne 😉

24 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część pierwsza.
Dzień dobry.

Ze Wsi wyjechaliśmy późno, bo dopiero po dwunastej – a to zakupy, a to coś do załatwienia, a to czegoś się zapomniało i tak nam zeszło przedpołudnie. Pogoda była okropna, padał śnieg z deszczem i dlatego Big B zdecydował, że pojedziemy autostradą A4 i dalej Zakopianką. Autostrada oczywiście była remontowana, jak zawsze, ale naturalnie zapłaciliśmy pełną kwotę, jak zawsze. Na Zakopiance robią Cuda, budują Mega Drogę w Tatry, co nas osobiście bardzo zmartwiło – mieliśmy okazję popatrzeć, bo środy wieczór staliśmy w korkach. Dla miejscowych to musi być jakiś koszmar.

Pierwsze zdjęcie, jak zwykle – Mała Łąka.

Pierwszy dzień był leniwy. Na ten wyjazd kupiliśmy sobie termos i mieliśmy radochę przez cały wyjazd, a pierwszego dnia w szczególności. Zasiedliśmy na ławeczce w Małej Łące, przy strumyku i piliśmy herbatę prowadząc mniej i bardziej wesołe dyskusje o naszej przyszłości, a ponieważ rozmowa była sensowna i do rzeczy nie mieliśmy poczucia zmarnowanego dnia.

Szósty luty był już bardziej aktywny, choć prowadzone rozmowy i dyskusje dużo mniej sensowne i całkiem od rzeczy. Rano pogoda była piękna, herbata w termosie ciepła, ludzi – jak zwykle zimą – mało. Poszliśmy Małą Łąką na Przysłop, gdzie długo popasaliśmy przy herbacie i w ciepłym, zimowym słońcu podziwialiśmy widoki.

Stamtąd udaliśmy się naszą ulubioną stałą trasą na Wielką Polanę Małołącką – nie wiem czemu, ale uwielbiam to miejsce.

Posiedzieliśmy tam chwilę, ale przyszło dużo ludzi, więc zwinęliśmy się na Przełęcz Grzybowiec, gdzie nasze dyskusje stały się całkowicie pozbawione sensu,a my popsuliśmy sobie humory i tym samym spacer. Zeszliśmy tłumną Doliną Strążyską i markotni wróciliśmy do domu Ścieżką pod Reglami.

Kolejny dzień zaczął się pięknie – od wizyty na Olczańskim Wierchu, skąd jest przepiękny widok na całe Tatry. Mieliśmy w planach wstać na wschód słońca jak AardvarK w listopadzie, ale rozeszło się po kościach i nie wstaliśmy.

Kto oglądał galerię AardvarKa, ten dostrzeże upływ czasu.

Z Olczańskiego pojechaliśmy na Cyrhlę, ale nie było miejsca do zaparkowania, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy nad Morskie Oko, ale stwierdzilismy, że jest za późno, więc wybraliśmy Chochołowską, ale Big B stwierdził, ze musi najpierw jechać do McD!!! Taki kawał drogi! Oczywiście – była sobota, tłumy jechały Zakopianką, więc staliśmy w korku, a ja myślałam, że eksploduję ze złości i ciągle się awanturowałam (chociaż starałam się nie). Powrzaskiwałam, że:
a) zaszło słońce i już nie będzie świecić (a my w aucie pod McD!);
b) marnujemy piekny dzień (w aucie pod McD; w aucie w korkach przez McD);
c) nie mogłeś zjeść w domu?! (ja zjadłam);
d) czemu tam nie skręciliśmy?!
e) w Chochołowskiej będą tłumy ludzi, a ja nie cierpię chodzić w tłumie!

(chwila ciszy; Big B uśmiecha się mniej lub bardziej otwarcie)

a, b, c, d, e – od początku, Big B sugeruje, że złość wzmagała się z każdą chwilą.

Dotarliśmy w końcu do Doliny Chochołowskiej, gdzie… prawie nie było ludzi. Big B żartował sobie z dzikich tłumów aż do samego schroniska: „Kochanie, przesuń się, wpadasz na ludzi.”, „Kotek, ale tłumy, wracamy do domu!”, „Czy widzisz tych wszystkich ludzi?!”. Oczywiście miałam ochotę go zabić, ale należało mi się, więc trochę się nawet śmiałam – sama z siebie.
My jednak wiemy, czemu tych ludzi tam nie było. Otóż w Dolinie jeżdżą sanie. Sanie są ciągnięte przez konie. Konie robią kupę. Kupa nie jest sprzątana. Niesprzątana kupa płynie oraz sunie całą długością Doliny, rozdeptywana i rozjeżdżana.

Big B i pikfe nie polecają spaceru w Chochołowskiej zimą, dlatego też innych zdjęć z Doliny nie będzie.

Ósmy luty był rajski – AardvarK wymyślił nam Dolinę Lejową i to był bardzo dobry pomysł. Tam jest naprawdę pięknie. I głucho, przynajmniej o tej porze roku.

Nie spotkaliśmy nikogo po drodze, siadaliśmy na ławkach, żeby napić się herbaty, zjeść czekoladę, pogadać albo posiedzieć chwilę (ale naprawdę tylko chwilę, bo jestem gadułą) w ciszy. W czasie drogi snułam piękną i romantyczną wizję naszego żywota. Otoczenie sprzyjało.

I strumyk płynął.


Najdłużej siedzieliśmy przy kulturowych wypasach (owiec) na Przysłopie Kominiarskim, gdzie było naprawdę cicho i momentami dość wiosennie.

Oglądaliśmy strumyki i widoki.  Fotografowaliśmy strumyki, fotografowaliśmy widoki, a nawet nakręciliśmy nudny filmik. W roli głównej Lejowy Potok.


Śniegu prawie nie było… a przynajmniej były takie miejsca, już bardzo, bardzo wiosną pachniało.

W końcu doszliśmy do znacznie bardziej ludnej Kościeliskiej – ale to i tak pestka w porównaniu z latem.

Pierwsze dni mieliśmy prawie wiosenne, lecz pogoda w górach ma to do siebie, że szybko się zmienia i zima wróciła z dnia na dzień, całkiem niespodziewanie, bo głównie w nocy.

W drodze do Murowańca dnia następnego, już zimowego.

cdn nastąpi jutro 🙂

pikfe

Zakopane. Część pierwsza.

31 lipca, 2009

Dzień dobry.

Miło jest pisać o wakacjach w Zakopanem, nie zaprzeczam. Wolałabym jeszcze tam być i chodzić, ale przecież dwa tygodnie to i tak duuużo.Widać to po ilości zdjęć, które zrobiliśmy, nieco ponad tysiąc (choć to podobno nie jest dużo) i dlatego właśnie wpis z Zakopanego będzie się ciągnął jak ciągutek przez dni parę. Pratchett co prawda zalicza oglądanie cudzych zdjęć z wakacji do tortur piekielnych, ale tu każdy może w każdej chwili uciec nie urażając opowiadającego.

Dzień przyjazdu.

W sobotę rano, jedenastego lipca, podskakiwałam z podniecenia jak piłka. Nie wiem, czy już o tym nie pisałam, ale uwielbiam jeździć z Big B samochodem i jednym z naszych przyjemniejszych wspomnień jest podróż do Dunkierki, 1300 kilometrów jednego dnia. Dzień na podróż wypadł dobry, nie gotowaliśmy się w aucie, ale też nie padało. Przy samym Zakopnem zaskoczenie – nie można jechać przez Chochołów, remont mostu, więc zawracamy do Nowego Targu, zwykle usilnie omijanego i ostatni odcinek pokonujemy w ogonku.

Ale zaraz potem spacer w Dolinie Małej Łąki.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 013

Iść po południu na spacer do doliny, bajkowo po prostu. W moich nowych butach i w doskonałym humorze miałam wrażenie, że unoszę się nad ziemią.

Dzień drugi.

Dziś tak zwane rozchodzenie. Zwykle wystarczała nam Ścieżka  nad Reglami, ale Big B postanowił wprowadzić pewne modyfikacje i w ten sposób wylądowaliśmy raniutko, chwilę przed szóstą, na Toporowej Cyrhli.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 016

I stamtąd szybkim krokiem na Kopieniec, na którym Big B jeszcze nie był, a ja już byłam, razem z Owcą, AardvarKiem i Stalkerem. Widziałam wtedy nieprawdopodobnie przystojnych górali w rozchełstanych koszulach, jadących na pięknych, czarnych koniach i słyszałam spiewające góralki i ich głos pasuje do Tatr. Tym razem było cicho i spokojnie, pół człowieka.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 017

I choć może tego nie widać, było chłodno. Idealny ranek na przekąskę na Kopieńcu i na podziwianie widoków.

Obraz 017

Schodząc na stronę góralskich chałup na polanie, dopiero zaczynamy nasze rozchodzenie i chociaż teoretycznie wiem, co mnie czeka, to w praktyce jedynie mgliście to sobie wyobrażam. Przez Psią Trawkę idziemy do Poalny Waksmundzkiej, a ludzi dość mało – jak na Tatry, jak na lipiec. No… na szlaku z Cyrhli chyba zawsze jest mało ludzi. Zastanawialiśmy się z Big B czemu, przecież tam jest pięknie.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 037

Tatry_lipiec_2009_IXUS 036

Ścieżka ma dwie wady – pierwszą jest jej czasochłonność, a drugą fakt, że w zasadzie nigdzie nie prowadzi – na szczyt żaden, nad staw żaden, nawet nie do jakiejś znanej doliny. I jest pusta. Ale, ale – ludzi nie było zbyt wielu nawet na dojazdowej drodze do murowańca, a to nastraja pozytywnie. Szliśmy sobie spokojnie aż do Polany Waksmundzkiej, gdzie nie poszliśmy skrótem, a ja uratowałam dwa topiące się robaczki. Jak by Lisica powiedziała, pikfe w umiłowaniu do szczegółu, co także na zdjęciach dobrze widać:)

Tatry_lipiec_2009_IXUS 056

I Polana Waksmundzka, właśnie przez nią prowadzi dziki skrót do szlaku do Murowańca, który wije się wśród drzew.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 040

Stamtąd, nie siedząc zbyt długo (owady latające!) udaliśmy się do Murowańca, ale nie przez przełęcz Krab, jak poprzednim razem, ale szlakiem zielonym. Mimo tego – zachwycające Dolina Pańszczycy.

Obraz 022

Obraz 029

W Murowańcu lepiej nie mówić, co się działo. Weszłam po stempelek i uciekłam, Big B nawet nie ryzykował wejścia. Dziki tłum stojący w duchocie i gorącu po miskę strawy, masakra. A potem już nudy – drogą dojazdową do Psiej Trawki i na Cyrhle. Nie powiem, byłam nieco zmęczona. Jak na rozchodzenie, to wycieczka trochę za długa, ale cały dzień piękny, na szlaku spokój, więc wróciliśmy w szczęściu.

pikfe

O Zakopanem pisałam na starym blogu, można porównać parę zdjęć. Ja to uwielbiam.

P.S. 1 Kota na Cyrhli nie było, a ja miałam ze sobą saszetkę – przez całą wycieczkę…