Posted tagged ‘Rohacze’

Ziarska Chata. Część druga.

Sierpień 13, 2009

Dzień dobry.

Babcia kochana w szpitalu, więc życzcie jej zdrowia.

Dziś Rohacze i naprawdę długa wycieczka, aż nas prawie wywinęło na drugą stronę, ale oczywiście było warto, choć miałam pietra oczywiście. Po powrocie z Trzech Kop łapczywie rzuciłam się na przewodnik, żeby doczytać, gdzie też myśmy się wpakowali i cóż zobaczyłam? „Orla Perć Tatr Zachodnich”, „droga o znacznych trudnościach”, „odcinki przepastne”, „wymagana sprawność ruchowa i obycie ze skałą”, „duża ekspozycja”, „forsujemy nie bez emocji” etc, etc, więc znów trochę się bałam tego, co mnie na Rohaczach spotka albo spotkać by mogło przy odrobinie nieszczęścia. Ale ruszyliśmy, Big B marzył o tych szczytach od dwóch lat.

Doszliśmy sobie spokojnie do Ziarskiej Przełęczy, gdzie spotkaliśmy trzy osoby i stamtąd skierowaliśmy się na Rohacza Płaczliwego. Podejście jest bardzo spokojne, żadnych trudności, coś jakby Starorobociański, tylko much mniej. Naprawdę nie ma trudności, więc byłam spokojna. Widok na Rohacza Ostrego. Troszkę na prawo od szczytu widać „szczycik” Giewontu.

Obraz 543

I z bliży.

Obraz 545

Widok na Dolinę Rohacką.

Obraz 541

o Rohackiej Przełęczy trzymałam się nieźle. Później było już trochę gorzej, bo „w pewnym miejscu szlak wiedzie nad czeluścią skalną” (Józef Nyka, Tatry Słowackie), ale jakoś dałam radę. Momentami musiałam złapać się troka plecaka Big B, co ani mnie by nie uratowało, ani jego, ale jakoś lepiej się wtedy czułam i popiskiwałam tylko trochę. Ogólnie podejście pod Rohacz Ostry nie zostawiło w mojej pamięci jakiś traumatycznych śladów. Rochacz Płaczliwy.

Obraz 548

Wołowiec i szczyt Rohacza Ostrego.

Obraz 556

Tuż przed zejściem (no… to tak wygląda, jakby góra się kończyła) jeden pan powiedział, że teraz to będzie naprawdę ciężko, co mnie trochę zesłabiło, a Big B dodał radośnie: „Jak spadnę, to wiedz, że cię kochałem.” I miał awanturę na szczycie, nawet nie chciało mi się patrzeć, jak pokonuje tego cholernego konia. Sama szeptałam do siebie idąc, że to już na pewno mnie zabije, ale jakoś ocalałam, nawet się nie poślizgnęłam, nie wisiałam nad przepaścią trzymając się jedną ręką łańcucha i w ogóle nic z tych rzeczy. Dobrze było i tak mnie to podbudowało, że w jednym żlebiku Big B trochę strefił, a ja się zastanawiałam, co tam trudnego. No dobra, on zszedł bez pomocy łańcucha, a ja oczywiście wisząc na tym łańcuchu prawie, ale on ma dwa metry, więc mu łatwiej.Tu właśnie z lekka trefi.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 259

Dalej poszło już łatwo, choć w tłumie ludzi i po bardzo rozchodzonym szlaku. Po chwili widzieliśmy Rohacza od drugiej strony.

Obraz 569

Zeszliśmy na Jamnicką Przełęcz i stamtąd poszliśmy na Wołowca, górę, która dwa lata temu umknęła naszym nogom z powodu nagłej burzy. Wołowiec już po stronie polskiej, co widać. Ponieważ na szczycie odbywał się regularny piknik oraz kąpiele słoneczne, nie cieszyliśmy się pobytem na szczycie zbyt długo i tą samą drogą wróciliśmy z powrotem na Jamnicką Przełęcz, z kuszącą myślą na ramieniu – a może dłuuuuugi popas nad Jamnickimi Stawami?

Tatry_lipiec_2009_IXUS 284

Masyw Rohaczy widziany z Wołowca.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 286

Skręciliśmy na Jamnickie Stawy, gdzie żywej duszy nie było, tłumy za to przewalały się Liptowską Granią, kiedy myśmy leżeli, słuchali szumu wody i świstu świstaka nad Niżnim Jamnickim Stawem.

Obraz 635

Podziwiając Rohacz Ostry z jeszcze innej strony.

Obraz 609

Fotografując przyrodę.

Obraz 657

Kwitnące jagody.

Obraz 647 Glony.

Obraz 661

Oj, żeśmy się tam wyleżeli w górskim słońcu, nie powiem. Było tak przyjemnie, cicho, spokojnie, ciepło, że naprawdę nie chciało się nam ruszać. Najedliśmy się, wymościliśmy, od czasu do czasu pomoczyliśmy stopy i wygrzewaliśmy się w słońcu – kto by miał dosyć? A droga do domu wcale niekrótka. W końcu jednak trzeba było się zwlec i pomykać do Doliny Jamnickiej, żeby stamtąd z powrotem wspiąc się na Żarską Przełęcz. Było pięknie.

Obraz 680

Tylko, że jakoś nam się z głów wybiło, że trzeba będzie zejść na dno Jamnickiej i stamtąd gnać pod górę na Żarską Przełęcz. Niewielu lubi schodzić, ale wychodzenie ostro do góry pod koniec wycieczki też nie jest czymś najwspanialszym na świecie. Byliśmy trochę zmęczeni, tym razem Big B bardziej niż ja, To był dzień mojego trzymania fasonu. Dno doliny, teraz zostaje nam wspinaczka, a tu jeszcze napisali, że to niedźwiedziowy region. Oj, szłam szybciej i baczniej się rozglądałam. Kiedy miś napycha się jagodami przy Murowańcu i gapi się na niego co najmniej pięćset osób, to nie wydaje się być straszny, ale kiedy człowiek jest na tym szlaku sam, a niedźwiedź może wychynąć zza krzaka, to już tak jakby mniej pewnie.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 292

Z Doliny Jamnickiej na Żarską Przełęcz prowadzi przepiękny szlak i wcale się nie dziwię, że niedźwiedź postanowił tam zamieszkać.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 293

I dalej, „zwróciwszy się w prawo, ścieżka podchodzi do wylotu wiszącej dolinki polodowcowej, wgłębionej do stóp obydwu Rohaczy, zwanej Rohackim Kotłem (…) Cyrk pod Rohaczem jest jedną z najpiękniejszych tego rodzaju form w Tatrach Zachodnich (…) Trawy przeplatają się z połaciami piargów i kępami kosówek” (Józef Nyka, Tatry Słowackie).

Tatry_lipiec_2009_IXUS 295

Obraz 708

I znów Rohacz Ostry. Schodzący w dół turyści podzielili się z nami radosną nowiną, że będąc na Rohaczu widzieli niedźwiedzia i że do Żarskiej Przełęczy to jeszcze ho!ho! daleka droga. Ho.Ho.

Obraz 707

Obraz 705

Kiedy spojrzałam na miejsce, gdzie mamy dojść… zrobiło mi się trochę słabo, ale to ja trzymałam fason, tak? „Oj, zobacz, już niedaleko!” Big B posłał mi urokliwe spojrzenie. Może w tym fasonie nie było mi najbardziej do twarzy?

Obraz 712

Ale, ale – widać śnieg? Przy śniegu mieliśmy długi i nieplanowany popas z racji spotkania – a to już bliskie spotkanie było – świstaka.

Obraz 715

Nie są piękne?

Obraz 719

I został nam tylko kawałek do wdrapania się i się wdrapaliśmy. Słońce zaczęło zachodzić i wszystko ozłacać.Zjedliśmy czekoladę, co bardzo poprawiło nam humory i dodało energii. A poza tym zostało już tylko to okropne schodzenie 😉

Smrek i Baraniec.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 299

A potem zrobiło się naprawdę pięknie. W górach żywej duszy (oprócz nas oczywiście), pogoda piękna, cicho, czasem tylko świstak zaświszczy. I ten zachód.

Obraz 744

I te widoki.

Obraz 749

Właśnie dlatego pojechaliśmy w Tatry, a nie na Malediwy albo Seszele.

pikfe

Reklamy

Ziarska Chata. Część pierwsza.

Sierpień 12, 2009

Dzień dobry.

Dziś żegnamy Zakopane, szczęśliwie w niezbyt dobrą pogodę. Ostatniego popołudnia pojechaliśmy na Olczański Wierch cieszyć się widokami, nie my jedni zresztą.

Obraz 390

A potem znad Tatr Wysokich i równocześnie znad Kościeliskiej wynurzyły się burze i lało, aż z Olczańskiego spływaliśmy. W efakcie następnego dnia góry były w chmurach całkowicie i nawet najmniejszej skałki na Giewoncie nie dostrzegłam przez chmury, a kiedy próbowałam je wypatrzeć, Big B zaczynał wpadać w panikę. No bo jak tak będzie lać, to co on będzie czytał w schronisku? Przeczytał już większość tego, co zabrał, jako, że unikamy lansu na Krupówkach i po wycieczkach wracamy do domu. I zakiełkowała w jego głowie myśl, żeby udać się do Krakowa – kupimy książki, ja w Krakowie nie byłam poza półdniową wizytą w dzieciństwie, z której pamiętam tylko Smoka Wawelskiego ziejącego ogniem. Nie byłam jakaś zachwycona, nie powiem, miałam nadzieję, że z rana (musieliśmy opuścić pokój do siódmej) pojedziemy na Słowację i tam sobie pobędziemy. Nie wiem, co mielibyśmy tam robić, jako, że w schronisku mieliśmy zameldować się po 19, ale wiecie, jak ktoś ma delikatne reisefieber, to wolałby jednak w okolicy tego schroniska się pokręcić, choćby i trzeba było parę godzin się kręcić. Ale Big B bardzo chciał jechać do Krakowa, a ja pomyślałam, że ma dobry pomysł, a w każdym razie na pewno lepszy niż mój, który w najbardziej optymistycznej wersji zakładał parogodzinne czekanie na słowackim parkingu w słońcu, a w najbardziej pesymistycznej – w deszczu.

I tak pojechaliśmy do Krakowa, nową drogą (przynajmniej na niektórych odcinkach). I Big B stwierdził, że bez sensu, bo może i pasów więcej, ale kiedyś można było popatrzeć na strumyk (teraz już nie, ekrany), a podróż miała w sobie jakiś czar. A teraz mknie się po prostu i w zasadzie między Krakowem a Zakopanem nic nie ma. Jak w Niemczech, kiedy podróżuje się autostradą.

Jak jest w Krakowie każdy wie, a ja – byłam zachwycona, Kraków ujął mnie jeszcze bardziej niż Lublin i od tamtego dnia będzie mi się kojarzył z książkową rozpustą. W Ziarskiej mogłoby lać 7/7 i 24/24, a my nadal mielibyśmy co czytać. Poszliśmy poza tym na kawę, zjedlim obiad i wypróbowalim nasze nowe kurtki, kiedy lało okrutnie w czasie obchodzenia Wawelu. I Smok nadal tam jest, taki, jakim zapamiętałam go z dzieciństwa.

A potem pojechaliśmy na Słowację. Pierwsze wrażenia? W porównaniu z Zakopanem mało cywilizacji turystycznej, biedniej, mniej gęsto, acz architektoniczne koszmary w spadku po poprzedniej epoce i owszem. No, ale u nas mamy już takież koszmary w spadku po epoce obecnej, więc jesteśmy do przodu. Tatr od strony południowej oczywiście nie widzieliśmy poprzez chmury, ale to przecież nic straconego, będziemy jeszcze wracać.

Po drodze zajechaliśmy do miejscowości Štrbské Pleso, obejrzeć jezioro. I zakochaliśmy się.

Obraz 416

Obraz 417

Niestety, nawet nie zdążliśmy zamontować naszego statywu, kiedy zaczęło lać okrutnie i trzeba było uciekać z powrotem do samochodu.

W końcu dojechaliśmy na parking przed Ziarską Doliną, a tam szlaban i żywej duszy. Przeszliśmy się w nadziei, że może 0 19, jak było umówione, jakaś dobra dusza przyjedzie i zaeskortuje nas do schroniska, ale skoro nikt się nie pojawił, chwyciłam za słuchawkę i mówię, że szlaban jest zamknięty i raczej nie przejedziemy, a oni mi na to, żeby go otworzyć. Hm… okazało się, że łańcuch i kłódka tylko udają, więc pikfe popędziła otwierać szlaban.

Obraz 420

Kiedy rezerwowałam nocleg w schronisku, obsługa (piszę tak, ponieważ nikt nigdy nie podpisał się żadnym mailem) tłumaczyła, że nie możemy dojechać samochodem, bo zimą zeszła wielka lawina i zabrała most. Naprawili go tuż przed naszym przyjazdem i dlatego mogliśmy dojechać autem, a lawina… cóż. W rejonie Doliny Żarskiej ogromne lawiny zdarzają się często, w 2000 roku spod Przysłopu zeszła lawina długa na trzy kilometry,  szeroka na 200 metrów, która częściowo przysypała schronisko i turystów znajdujących się dookoła, ale na szczęście nikt wówczas nie zginął. Tej zimy jedna z lawin musiała też przejść tuż obok Chaty, bo jeden z budynków miał naderwany dach, a dwa świerki tuż obok ułamały się w połowie, jak dwie zapałki. Zresztą, sami zobaczcie, jaka to była lawina – w trzecim tygodniu lipca, na dnie doliny tyle śniegu?

Obraz 423

Obraz 422

A ten mostek…Szczerze mówiąc trochę zamarłam, kiedy go zobaczyłam. Big B zresztą też. Dopiero następnego dnia okazało się, że jeżdżą po nim wielgachne traktory.

Obraz 424

W schronisku obsługa okazała się bardzo miła, po spisaniu wszystkich numerów identyfikacyjnych, imion, nazwisk, dokładnych adresów z naszych dowodów oraz wręczeniu nam obowiązkowej ankiety, w której jeszcze raz trzeba było podać to wszystko, tylko samemu poszliśmy do naszego pokoju. Łóżka wygodne, bardzo, bardzo czysto, tak w pokoju, jak i w łazienkach. Schronisko jest dopiero parę lat po remoncie i to widać. Nie trzeba sikać „na narciarza” jak jeszcze do zeszłego roku w Dolinie Pięciu Stawów.  Polecam Ziarską Chatę z czystym sercem.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 334

Potem pani objaśniła nam działanie piekielnej machiny łazienkowej. Otóż, do urządzenia…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 331

wkładamy otrzymany w barze żeton (pierwszy raz chodziłam do baru, żeby móc się wykąpać). Naciskamy przycisk…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 332

Woda zaczyna lecieć, ale… mamy tylko trzy minuty! I zastopować machinę można tylko raz w celu namydlenia ciała i naszamponienia głowy. Później znów start i płuczemy ciało. I ja to rozumiem – ludzi w schronisku dużo, każdy ma prawo się wykąpać w ciepłej wodzie, nie dłużej niż po kwadransie od momentu, kiedy umyśli sobie kąpiel, ale jedna rzecz w tym urządzeniu była naprawdę potworna – przerywanie. Pod sam koniec (minimum 30 sekund) woda leciała przez chwilkę, a zaraz potem przestawała i tak w kółko. Masakra. Efekt był taki, że nauczyliśmy się myć w dwie i pół minuty, a kiedy zaczynało przerywać, umykaliśmy stamtąd czym prędzej.

Przyznałam się też Big B do źródła moich głębokich lęków związanych z pobytem w schronisku – obciach będzie, jak to napiszę, ale ci, co dobrze mnie znają raczej się zbyt nie zdziwią – moją głowę zaprzątała nieustająca troska o to, co będziemy jedli i pili w górach. W Zakopanem jest łatwo, tak? A tam? Na Słowacji? I do tego jeszcze w schronisku? Jak kupimy bułki? Jak kupimy wodę? Tam w ogóle dowożą jedzenie?

Dowozili jedzenie, wrzątek to nawet za darmo dawali, śniadania i obiady były bezproblemowo, choć dość wstrętne. Big B trochę się ze mnie śmiał.  „Parki” (czyli parówki) będą mi się śniły po nocach, zwłaszcza, że nawet schroniskowy pies nie chciał ich tknąć, a my wcinaliśmy co rano. A woda? No cóż, strumyków jest całkiem sporo. Co prawda kiedy ostatnio oznajmiłam Sybiraczce, że pijemy ze strumienia wydała z siebie pisk i wrzasnęła do Sybiraka „Sybiraku, oni PIJĄ wodę ze strumienia!!!”, a w odpowiedzi usłyszałam okrzyk przerażenia i wyduszone zdanie, że tam misie sikają albo jeszcze coś gorszego. Coś gorszego niż misie niż coś gorszego niż siki? 🙂

Pierwszy dzień w słowackich Tatrach przywitał nas piękną pogodą. Zaplanowaliśmy wycieczkę na Banówkę, a stamtąd przez Trzy Korony na Smutną Przełęcz i z powrotem do schroniska. Big B  mówił o jakiś niebezpiecznych miejscach, ale widziałam na mapie tylko trzy wykrzykniki, więc za bardzo się nie przejmowałam. Na drogowskazie 2.30 na Banówkę, a my ruszamy w drogę. Zniszczenia polawinowe w dolinie.

Obraz 432

I mozolnie idziemy w górę podziwiając wielki masyw Barańca.

Obraz 440

Droga jest… koszmarna. Nie wiem dlaczego, ale w ogóle nam ten szlak nie podszedł, umęczyliśmy się okrutnie i naprawdę miałam wrażenie, że nie dojdziemy. Nie żeby było brzydko.

Obraz 448 Ale udało się, dochodzimy do przełęczy, wspinamy się na Przysłop, a zaraz potem jemy na szczycie Banówki i dziwimy się, jak to jest możliwe, żeby przejść ten odcinek w 2.30?! Tak szybko? My wlekliśmy się ponad trzy.

Obraz 477

A potem… maskara. Góra, która z naszej strony wyglądała jak Grześ, z drugiej wygląda jak Giewont od północnej strony. Hm… przecież po to pojechaliśmy w Tatry Zachodnie, żebym nie musiała po graniach łazić i widzieć Big B spadającego na dół, tudzież dostawać palpitacji serca przy każdym zawachaniu. Nie mam lęku wysokości, mam za to potwornego cykora. A Big B zaświeciły się oczy z radości na widok tych wszystkich skałek i grani. No i ruszyliśmy do przodu wśród moich popiskiwań, utaskiwań, narzekań, przestróg, drżących nóg, dygoczących rąk i powtarzania „Co ja tu robię? Uważaj! To mnie zabije? Jezu, ale przepaść! Nie idź na tamte skałki!AAAaaaa!”

Tatry_lipiec_2009_IXUS 233

Tatry_lipiec_2009_IXUS 237

No normalnie widziałam nas lecących w przepaść i zastanawiałam się, kiedy ten koszmar się skończy, aż nagle mój wzrok powędrował na domniemaną trasę naszej wycieczki i oto, co zobaczyłam.

Obraz 461

Nie pocieszył mnie ten widok, nie powiem, ale Big B był tak szczęśliwy łażąc po skałkach, że nie miałam serca zawrócić i posiłkowałam się myślą, że na pewno tam nie idziemy, choć przecież widziałam, że właśnie tam idziemy, Hruba Kopa i Trzy Korony. Drżałam okrutnie, aż do momentu, kiedy pojawił się świstak.

Obraz 487

Jak na zawołanie, bo Big B mówił może godzinę wcześniej, że nigdy świstaka nie widział i chciałby zobaczyć. Świstak siedział na czubku skały i obserwował okolicę, co jakiś czas gwizdając ostrzegawczo do swoich ukrytych kamratów. Był piękny. Są takie zwinne, dla mnie to takie górskie kocury. Ponadto dzięki niemu mogliśmy obejść ohydną skałkę boczną ścieżynką i Big B nie ględził pod nosem, że on chce tamtędy. Nikt przecież nie chce wypłoszyć świstaka. Tymczasem szczyt kolejny się zbliżał, w końcu weszliśmy i jakież było nasz zdziwienie, kiedy okazało się, że to Banówka! Wcale nie ten wcześniej, to był Przysłop, a ten, o którym myśleliśmy, że to Przysłop, to był jakiś bezimienny, oszukańczy szczycik. Ponieważ dotarci na Banówkę zajęło nam (z popasem) jakieś cztery godziny, stwierdziliśmy, że Słowacy muszą mieć chyba jakieś motorki w tyłkach.

Zaczęliśmy iść w stronę Hrubej Kopy i Trzech Koron i zaczął się koszmar. Przepaście z jednej i z drugiej strony, łańcuchy, kominy, a purysta jakiś wyznaczył szlak SAMYM CZUBKIEM grani. Big B w niebo wzięty, a ja w ostatnim kręgu piekła się smażę. Bałam się strasznie, w którymś momencie kazałam (KAZAŁAM) Big B iść boczną ścieżką, nie był zbyt szczęśliwy, ale poszedł. Potem dopiero wyznał mi, że był wściekły, że są takie fajne skałki, a on tu musi je obchodzić, ale w tamtym krytycznym momencie, kiedy łzy napływały mi do oczu, zachował się bez zarzutu. Później zjedliśmy czekoladę, zostałam wytulona, obejrzałam się dokładnie (nadal żyję), obejrzałam Big B (też żył), spotkaliśmy emerytkę o kulach, która przeszła Trzy Korony (acz mówiła, że było ciężko) i jakoś humor mi się poprawił, choć było z lekka ekstremalnie. Muszę przyznać, że nawet się ubawiłam. Tu Big B, wyjątkowo trzyma się łańcucha. W dole jeden z Rohackich Stawów.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 243

A tu ja się gramolę.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 248

Takie ścianki mieliśmy do pokonania. I inne też, ale ręce za bardzo mi się trzęsły, żeby robić zdjęcia 😉

Tatry_lipiec_2009_IXUS 244

Tatry_lipiec_2009_IXUS 245

I w końcu zeszliśmy i nawet było mi żal, że to już koniec, bo poczułam się pewniej i sprawiało mi to sporą frajdę. Chodziłam kiedyś troszkę na sztuczną ściankę i moim zdaniem wspinaczka przypomina trochę jogę – w każdym momencie trzeba mieć na uwadze każdą część swojego ciała, co wymaga skupienia. Tego rodzaju skupienie przynosi ze sobą w darze prawdziwy psychiczny odpoczynek, a jednocześnie fizycznie człowiek odczuwa zupełnie inny rodzaj zmęczenia niż na przykład w czasie mozolenia się na Wielkiej Patelni pod Małołączniakiem. Zeszliśmy pięknie ze Smutnej Przełęczy do schroniska, podziwiając jeszcze jednego świstaka i jedząc w ciszy gór batony.

Na Słowacji fantastyczne jest to, że nie ma ludzi – praktycznie cały czas szliśmy sami, a wyszliśmy parę minut po ósmej. Po piętnastej z trudem dostrzeże się pojedynczych turystów, a po osiemnastej człowiek jest sam. Przez cały dzień spotkaliśmy może sto osób. To jest już luksus moi drodzy. I te widoki, których jeszcze nie znaliśmy. Rohacze, a w tle nasze Wysokie.

Obraz 471

Drugi dzień pobytu na Słowacji przeznaczyliśmy na odpoczynek, bo pogoda średnio dopisała. Borys już marzył o swoich Rohaczach, ale mogło się rozpadać (ostatecznie się nie rozpadało), więc zabraliśmy książki i wyszliśmy w góry znaleźć jakieś przyjemne miejsce. Big B czytał wtedy „Krzyżacki poker” – mamy 1957 rok, Polska rozciąga się od morza do morza, Zakon Krzyżacki jest naszym knującym spiski, ale jednak lennikiem,  a Wielka Brytania i Irlandia są emiratami…   Ja zaś zabrałam „Marzyciela” Iana McEwana i jestem tą książką oczarowana, dawno nie czytałam nic, co tak bardzo by mi się podobało. Taka współczesna wersja „Małego Księcia”. Jednak nie tylko czytałam 🙂

Obraz 539

W drodze powrotnej pokłóciliśmy się o kichanie. Kich się nosem czy ustami? Prawieśmy się na szlaku pozabijali.

Jutro Rohacze.

pikfe

Zakopane. Część czwarta i ostatnia.

Sierpień 10, 2009

Dzień dobry.

Przez tydzień gościliśmy u siebie Uiala i było bardzo miło, ale trochę absorbująco i stąd luki w opisach górskich wycieczek. Jeszcze nie zakończyłam tego wyjazdu, a już zaniosło się na następny, też w Tatry, ale tym razem z AardvarKiem, Sybiraczką i Uialem, wypasiona ekipa, doprawdy.

Ostatnio zeszliśmy z naszej Góry Przeznaczenia, a raczej Big B zszedł, a ja się zczłapałam z powodu obolałej stopy. I kiedy następnego dnia założyłam znowu ten cholerny but, wiedziałam, że nici z kolejnej poważnej wycieczki – w ten sposób odwiedziliśmy Jaskinię Mroźną w Kościeliskiej i choć bardzo chciałam iść gdzieś jeszcze, Big B siłą prawie zaciągnął mnie z powrotem do domu.

Co do jaskini – fajnie, ale niestety byli ludzie, a ludzie niestety nie umieją zachować ciszy, więc darli japy cały czas, a pod ziemią naprawdę jest dużo przyjemniej, kiedy otacza nas cisza, słychać skapującą wodę i pogłos kroków. Udało nam się zostać w ogonie i przez chwilę byliśmy sami i wtedy było … tak, jak nigdzie indziej. I choć to tylko Mroźna, to uczucie niesamowite.

Obraz 238

Zabawniej jeszcze było kiedy wyszliśmy – po zejściu z długich schodków, naszym oczom ukazał się ten widok.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 199

Po lewej stronie – kible i jak to kible, wcale nie pachniały najlepiej. Po prawej stronie – biwak, ludzie, jak to ludzie, siedzą sobie nad strumykiem. Ale przy kiblach?

My wróciliśmy do domu i o losie! pojechaliśmy na Krupówki kupić jakieś buty dla mnie. No… ceny w Zakopanem są dość powalające, mimo, że konkurencja duża. NAJTAŃSZE półbuty znaleźliśmy za 140 złotych i choć jeszcze próbowaliśmy szukać czegoś więcej, to rynek nie dopisał, Scarpy za 800, Ecco za 1000… Zmasakrowało mnie przejście po Krupówkach, ale przynajmniej miałam buty, żeby wybrać się w nich na porządniejszą wycieczkę niż do Mroźnej i z powrotem.

Znów wyruszyliśmy wcześnie, piękna Kościeliska ukazała się nam z rana.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 200

Szliśmy raźnym krokiem, minęliśmy trzy bardzo miłe panie, które pozdrowiły nas uśmiechami, ale okazało się, że nie wszyscy jeszcze wstali.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 203

Choć inni byli już po kąpieli w strumieniu.

Obraz 261

Kiedy doszliśmy do schroniska… było jeszcze zamknięte, a dookoła żywej duszy, co nastroiło nas bardzo pozytywnie. Cóż, naprawdę nie mam nic przeciwko ludziom, ale nie w górach. Chodzenie w wężyku drących japy i kompletnie niemyślących ludzi jakoś mnie nie bawi. Lezą, jak chcą, nie jest istotne, czy zwalają kamienie, czy wypychają się przed innych czy może powinni ustąpić miejsca. Śmiecą i srają gdzie popadnie, zostawiając wszędzie pięknie upstrzone chusteczki higieniczne. Na pewno nie wszyscy i dlatego wychodzimy rano – rano rzadko kogoś się spotyka, więc i prawdopodobieństwo mniejsze, że trafi się na takiego, co właśnie załatwił się obok szlaku.

Plan mieliśmy taki, żeby wejść na Starobociański i zejść do Chochołowskiej przez Kończysty i Trzydniowiański Wierch. Pogoda była piękna.

Obraz 278

I tak ładnie dookoła…

Obraz 280

Nie może być jednak zbyt pięknie – zaraz zrobiło się koszmarnie gorąco i duszno, a okazało się, że w roztargnieniu swoim wypiliśmy już prawie cały sok i znaczną część wody, a na mapie po strumykach ani śladu. Trochę mnie to podłamało i oczywiście nigdy nie chciało mi się pić tak bardzo, jak tamtego dnia. Droga na Iwanicką Przełęcz jest dość kłopotliwa, ale bardzo piękna.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 210

Na Iwanickiej zjedliśmy, spotkaliśmy parę osób i rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę na Ornak w pełnym słońcu. Było ciężko. Miałam omamy strumykowe, tak słuchowe, jak i oczne.

Obraz 292

Na Ornaku nie zabawiliśmy długo z powodu rojów krwiożerczych i bezczelnych much wszelkich znanych mi rodzajów. Szybkim krokiem pośpieszyliśmy do Siwej Przełęczy, a ja wypatrywałam źródełek po drugiej stronie Doliny Starej Roboty. I widziałam je! Wymyśliłam wtedy, że mogłabym być wiedźmą, a na takie okazje zabierać ze sobą miotłę. Dosiadłabym jej, raz-dwa poleciała i napełniła nasze butelki. Big B dziwnie się spojrzał, ale jeszcze dziwniej, kiedy oznajmiłam mu, że musiałabym od czasu do czasu zamieniać go w starego capa, ale tutaj to nawet fajnie, tyle zielonej, zdrowej trawki do jedzenia. Myślę, że dużo czułości wysłał mi w tamtym spojrzeniu 🙂 Na takich pogawędkach mijała nam droga do Siwej Przełęczy. I na takich widokach.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 213

Tatry_lipiec_2009_IXUS 212

A tu już widok z Siwej Przełęczy na Starobociański Wierch. Znów mi się pomyliło, powiedziałam Starorobociański, a Big B na to: „Dlaczego nie możesz tego zapamiętać? Pomyśl o STARYM BOCIANIE!”. Z taką wskazówką zapamiętałam oczywiście i od tamtej chwili wchodziłam na Starobociański Wierch.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 216

Szlak jest bardzo zniszczony, a ekspozycja dość duża. Wchodząc (a raczej prąc do przodu) spotkaliśmy dwóch panów, jeden był bardzo, bardzo przystojny, a obydwaj symaptyczni. Wymieniliśmy informacje na temat szlaków i oni dowiedzieli się, że do Iwanickiej droga jest bardzo przyjemna i much starsznie dużo, a my, że zejście z Trzydniowiańskiego przez Kulawiec i Krowi Żleb jest okrutnie żmudne, a much jeszcze więcej. I w końcu, już prawie gardło zaschło mi z pragnienia, doszliśmy na szczyt. A tam… „Wędrowiec nad morzem mgły” w tatrzańskim wydaniu i bez mgły.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 217

Napotkani niżej panowie – jeden bardzo, bardzo przystojny – mieli rację co do much. Niestety nie dało się wytrzymać dłużej niż chwilę. Popatrzyliśmy na Rohacze i zmykaliśmy stamtąd czym prędzej.

Obraz 338

Zrobiło się nawet chłodno, co było przyjemnym akcentem, ale nie ugasiło mojego pragnienia w żaden sposób. Wyśledziłam na mapie źródełko gdzieś na Kulawcu i myśl o nim gnała mnie do przodu. Po zejściu na Starobociańską Przełęcz podziwialiśmy wielki masyw Starobociańskiego Wierchu.

Obraz 350

Na Kończystym popas w tłumku ludzi i tłumie much, a potem szybkim krokiem w tłum ludzi na Trzydniowiański i tam w zasadzie bez zatrzymywania się na dół. Szlak na początku jest dość przyjemny i malowniczy.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 221

Wpadłam jednak w rozpacz, bowiem okazało się, że strumyk jest tylko sezonowy i to akurat nie był jego sezon. Big B musiał obiecywać mi Pepsi na Polanie Huciska i długo uspokajać. Wiadomo, jak to jest – człowiek idzie za marchewką, a kiedy już prawie jej dosięga, zabierają mu wędkę, chociaż on jest gotów za tę marchewkę zabić. Tylko nawet nie ma kogo! Do tego zrobiło się gorąco i potwornie parno, a zejście w Krowim Żlebie… cóż, nie polecam, chyba, że ktoś lubi chodzić po schodach siedemdziesięciocentymetrowej wysokości. Dla moich kolan to był ból i naprawdę ogarnęło mnie na tym odcinku znużenie. Zastanawiałam się, czemu zamiast w te cholerne góry nie pojechaliśmy na przykład na Malediwy albo na Seszele 🙂 I nagle Big B mówi „Stój! Słyszysz?”. Strumyk! Płynął ukryty w chaszczach, więc Big B uznał, że z pewnością w górnym biegu leży martwa sarna i filtruje wodę, więc ja musiałam napić się pierwsza, ale szczerze mówiąc mógł być nawet martwy niedźwiedź. I pijąc zimną wodę z górskiego strumyka wiedziałam, czemu jednak po raz kolejny wybraliśmy Tatry. Dalej poszło już łatwo, no, może początkowym szokiem, kiedy zeszliśmy do Chochołowskiej.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 223

Na szczęście zaraz wzięliśmy rowery (9 złotych od sztuki… złomu) i migiem znaleźliśmy się na Polanie Huciska, gdzie natychmiast napiłam się obiecanej Pepsi. Busem dojechaliśmy do Kir i stamtąd porządnie zmęczeni samochodem do domu, gdzie oczywiście czytaliśmy do snu.

Następny dzień był leciutki, nawet nie braliśmy plecaków, ale ubawiliśmy się po pachy (prawie dosłownie, bo po łokcie na pewno). Wybraliśmy się Ścieżką Pod Reglami do Doliny Ku Dziurze. Po drodze znów małe ptaszki.

Obraz 356

W Ku Dziurze prawie nie było ludzi, zgodnie z zasadą, że dolinka prowadzi donikąd, a cel… no cóż, jaskinia nie jest imponująca. I kto się chwali, że był w Dolinie Ku Dziurze? Wracając zahaczyliśmy też o Dolinę Za Bramką, jako, że znajomy góral zarzekał się, że prowadzi stamtąd szlak na Łysanki. I nikt o nim nie wie! Cóż, my zawsze byliśmy przekonani, że szlak kończy się u zbiegu dwóch strumieni, no ale skoro góral się zarzeka, to może warto sprawdzić? Po drodze jednak coś innego przykuło naszą uwagę, a była to budowa tam na małych strumykach. Tak, tak, razem mamy 52 lata, więc na początku trochę się kryliśmy, ale potem poszliśmy na całego i skierowaliśmy wodę wyłożoną przez nas drogą. nagromadziliśmy wody w „zbiorniku retencyjnym”, odmuliliśmy dno, zapewniliśmy stały i wartki dopływ, a potem wyżłobiliśmy korytko w żwirze, otworzyliśmy tamę i woda popłynęła tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. A ludzie szli obok. A zabawa była przednia.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 229

A mądrości górala… cóż, wygląda na to, że dawno nie był w górach. Szlaku oczywiście nie ma, choć w 1898 roku Towarzystwo Tatrzańskie wyznaczyło ścieżkę, ale nie doczekała się ona miana szlaku – w przewodniku z lat pięćdziesiątych wymieniona jest jako nieznakowana, choć atrakcyjna, ale wtedy jeszcze można było chodzić nieznakowanymi ścieżkami. Nie przeszkodziło to jednak wesołej rodzince z tatusiem – karkiem wyruszyć w górę. My siedzieliśmy u zbiegu strumieni i słuchaliśmy szemrzenia wody.Obraz 378

Obraz 383

A potem, chyba na fali tego zdziecinnienia, co je tamy wywołały, widzieliśmy trochę nietypowe zwierzę tatrzańskie, smoka mianowicie.

Obraz 377

Każdy, kto smoka widzi i jest chętny, może następnym razem z nami budować tamy na tatrzańskich strumieniach.

I tym dziecinnym akcentem kończę relację z Zakopanego, ale to nie koniec gór, bo przecież zostaje Słowacja. I wreszcie Rohacze.

pikfe

P.S. W domu wzięłam do ręki przewodnik i czytam i cóż widzę? Starorobociański Wierch. Spokojnie, żeby nie dźgnąć zbyt silnie męskiego ego mówię „Ale kochanie, tu jest napisane Starorobociański Wierch. Big B na to, że niemożliwe, ale zaraz do mnie doskakuje i czyta w przewodniku, no tak, rzeczywiście. Ale nie, przewodnika nie czytał, więc wyjmuje mapę i cóż tam widzi napisane? Starorobociański Wierch 🙂

I od tej pory jest Starym Bocianem, hi, hi.

Zakopane. Część trzecia.

Sierpień 5, 2009

Dzień dobry.

W życiu codziennym żadnych krwawych wydarzeń. Siedzimy Na Wsi w miłym towarzystwie Uiala (dawnego Stalkera), który wczoraj stwierdził, że moje chili con carne jest niejadalne. Hm. Inni je jedzą i jakoś nie narzekają.

Wracając jednak do Zakopanego – zaczynamy od niezbyt udanego wypoczynku. W zasadzie nie byliśmy za bardzo zmęczeni, ale trzeci dzień pobytu w górach jakoś nigdy nie należał do udanych – trzy lata temu dostaliśmy udaru, dwa lata temu prawie pozabijaliśmy się między Grzesiem a Rakoniem (Big B chciał jeść w słońcu, bo muchy. Ja w cieniu, bo słońce.), a rok temu wyszliśmy o wiele za późno i z powodu tłumu zawróciliśmy, zanim doszliśmy do Murowańca. W takie dni najlepiej odpocząć. Kocyk, jedzonko, bliska i mało uczęszczana trasa (zgodnie z zasadą – nigdzie nie prowadzi, nie ma spektakularnych widoków, nikt się nie chwali, że TAM był) – wybór padł na Przysłop Kominiarski i Dolinę Lejową. Po drodze – małe ptaszki.

IMG_0157

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami dziki tłum walił w stronę Ornaku, a my niepostrzeżenie prawie skręciliśmy w stronę Doliny Lejowej i po dotarciu na Przysłop stwierdziliśmy, że właśnie tam będziemy leżeć i się relaksować – opalanie, czytanie, spokój, cisza.

Obraz 088

Wleźliśmy na polanę, kocyk został rozłożony, ciała ułożone i wtem oczom ukazało się ciemniejące od much niebo. NIE DAŁO SIĘ. Pożarłyby nas żywcem, nie mówiąc już o komforcie odpoczynku. Big B ględził, że po co on ten koc targał, że te muchy, że go zeżrą. Wstaliśmy więc i udaliśmy się na ławeczkę nieopodal, gdzie prawie much nie było. I choć mniej przyjemnie, to jednak zaczęliśmy się opalać i czytać. Wysmarowałam się kremem z filtrem (Sybiraczka mnie okrutnie gnębi), acz trochę niedbale. Pokarało mnie szybko – popaliłam się tak niedbale, jak się posmarowałam. Jak nie muchy, to głupota – po półtorej godzinie, kiedy stwierdziłam, że chyba dostałam uczulenia na słońce musieliśmy uciekać. Big B ględził, że po co on ten koc targał, że to słońce, że nas spali 🙂 W domu załamałam się opalenizną, ale to był dopiero początek opalania się w łatki, o czym później.

Po jakże wspaniałym odpoczynku postanowiliśmy wybrać się na naszą Górę Przeznaczenia, czyli na Małołączniak. Nasza pierwsza wycieczka w Tatry (później Big B wyznał mi, że tak pędziłam, że on w duchu modlił się, żeby następnego dnia padało, bo nie da rady – a to nie kondycja była, tylko miłości skrzydła), góra zaręczynowa poza tym. I do tego lubimy ten szlak, więc znowu wczesna pobudka i marsz do Małej Łąki. Na samym początku podejścia pod Przysłop ujrzałam…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 112

tego samego niedźwiedzia, którego miałam okazję widzieć w zeszłym roku. Drżącą ręką nawet zrobiłam mu zdjęcie. Niedźwiedź ma na imię Spróchniały Pieniek… Prawie dostałam zawału, ale już nic Big B nie mówiłam, poznał prawdę dopiero po powrocie. On tego niedźwiedzia nie widział – ani wtedy, ani teraz. Do moich silnych emocji z nim (tzn. z niedźwiedziem) związanych podchodzi z dużym dystansem.

A później wyszło słońce, niedźwiedzie poznikały i zrobił się elfi las.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 113

Pod Przysłop lekko nie było, mnie tam nigdy lekko nie jest, ale zawsze zostaję nagrodzona już na górze. I widoki i jedzonko – tylko nie tym razem, bo muchy… Ale widoki i owszem. Zieloność poruszająca moje serce.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 114

I potem już Szlak Hawiarski – urokliwy, w cieniu, znów z poczuciem, że jesteśmy tu tylko gośćmi i to nie zawsze mile widzianymi.

IMG_0207

I tak sobie szliśmy w cieniu, podziwiając przyrodę i mówiąc szeptem.

IMG_4356

IMG_4380

IMG_4383

Big B został ukąszony przez pszczołę, ale jego wina, bo położył na niej rękę. Śmiesznie zapiszczał, jak Pippin w filmowej wersji „Władcy pierścieni”, ale nawet się nie zaśmiałam, taka byłam dzielna. Zjedliśmy śniadanie pod granią, dobry Big B przygotował, podczas gdy ja robiłam zdjęcia kwiatkom i zrobiłam ich tyle i takim ładnym kwiatkom, że należy się im osobny wpis na blogu.

Poza tym się zdenerwowałam – zarówno na szlaku na Giewont, jak i tu, jakiś debil zostawiał znak, że był tu.

IMG_4387

Nie rozumiem, nie zrozumiem i zawsze takie zachowania będą mnie denerwować. Ludzie mają maniakalną potrzebę oznaczania swojej obecności – te wszystkie wyryte „Robert Zabrze 2005” albo „Laski z Gdyni 97”, jakby to miało jakieś znaczenie dla potomności. Ale Kali (fan Lechii, jak z innych śladów żeśmy się dowiedzieli) przegiął. I po co, ja się pytam.

Tymczasem robiło się coraz jaśniej i coraz cieplej.

IMG_4376

Aż w końcu wyszliśmy na grzbiet Małołączniaka, tak zwanej przez nas Wielkiej Patelni. Dodam jeszcze, że oszukańczej, bo góra jak zwykle zrobiła mnie w bambuko i udawała, że ma szczyt bliżej niż ma w rzeczywistości. Big B z oszukańczym szczytem w tle.

IMG_4394

I nie było w ogóle ludzi – zwykle na Wielkiej Patelni już ktoś nas wyprzedzał (bardzo dużo czasu zajmują nam popasy, zresztą nie chodzimy za szybko – w końcu nigdzie się nam nie śpieszy) albo deptał po piętach, a tu nic. W całej okolicy widzieliśmy tylko jedną parę wchodzącą na Ciemniak przez Adamicę. I Big B sunął po Wielkiej Patelni, żeby dojść na szczyt (innej góry! dodam dla porządku) przed nimi, a ja… robiłam zdjęcia kwiatkom. Zaskoczenie, prawda?

IMG_4396

IMG_4401

No i w końcu, jak już myślałam, że nie dojdę – doszłam. Wietrzyk wiał ze słowackiej strony, rozkosz, pomyślałam, siądniemy sobie i w ciszy odpoczniemy, zanim ruszymy dalej. Znaleźliśmy ładne miejsce z widokiem na Krywań, zdjęliśmy plecaki, zasiedliśmy, wstaliśmy, założyliśmy plecaki i poszliśmy dalej, zostawiając na szczycie Małołączniaka roje much. No ile można?

Na Krzesanicy spotkaliśmy się z ludźmi, którzy wchodzili na Ciemniak, wymieniliśmy się poglądem, że miło tak samemu pochodzić po polskich Tatrach i że te muchy są i w jedną i w drugą stronę i że chyba kolejka na Kasprowy dziś nie jeździ, bo przecież ktoś by już doszedł, a tu pustki.Poza muchami oczywiście. Widzicie, ile tego badziewia w kadrze? Już teraz wiem, jak robi się zdjęcia UFO.

IMG_4415

Widok z Krzesanicy na Ciemiak z jednej strony…

IMG_0241

… i na chmury kłębiące się nad Wysokimi z drugiej…

IMG_0222

Na Krzesanicy oczywiście milion much, więc szybko uciekaliśmy i nawet zrobiło nam się smutno, że wycieczka zaraz się kończy. Przemknęliśmy więc na Ciemniak napotykając już parę osób. Krzesanica, Małołączniak i czubek Giewontu.

IMG_0251

I Rohacze w Tatrach Zachodnich po słowackiej stronie, marzenie Big B od zeszłego roku.

IMG_0309

Zdecydowaliśmy, że schodzić będziemy Doliną Tomanową, bo to szlak piękny i niepopularny, choć ma jedną wielką wadę – potem trzeba przejść całą Dolinę Kościeliską (czego unika się schodząc mniej pięknym i bardziej popularnym szlakiem przez Adamicę) w porze… no… szczytu. Ale Tomanowa jest piękna.

IMG_0280

IMG_4434

I można robić piękne ujęcia… roślinności.

IMG_4431

Ale niestety – mój super nowy but zawiódł – przy Kościeliskiej już się wlokłam. Są bardzo wygodne, ale lewy ma fabryczną (mam nadzieję!), bardzo dobrze ukrytą wadę, która jednak uaktywnia się po paru godzinach ciągłego chodzenia. Byłam z lekka załamana, zwłaszcza, że wiedziałam, że nie ma szans, żebym poszła w tych butach następnego dnia. Ale ciii, jeszcze nic Big B nie mówiłam, żeby mu nie psuć wycieczki koniecznością współczucia mi.

IMG_4439

Poddałam się przy Ornaku, zdjęłam buta, żeby stopa odpoczęła i zastanawiałam się, jak dojdę, kiedy pewna niezbyt rozgarnięta rodzinka rozbawiła nas do łez. Dopadł synuś do tego znaku.

IMG_4445

I drze się (w ogóle dużo ludzi się drze w górach) do podążających rodziców, że kurcze blade, nie napisali, ile jeszcze do tego schroniska, ale drogowskaz jest! I zatrzymują się, wyciągają mapę, przekręcają mapę, kombinują, jakby tu spojrzeć, żeby dobrze było, wszystko trwa ładnych pięć minut, aż nagle dochodzą do wspaniałego wniosku! Tak! schronisko jest tuż obok, wystarczy spojrzeć wokół siebie, budynek widać między drzewami. Ha! Ha! To pewnie dlatego nie napisali, ile jeszcze czasu do schroniska. Ha! Ha!

My się zebraliśmy (schroniska nawet nie ryzykowaliśmy) i w tłumie ruszyliśmy do Kir, a moja noga doskwierała mocno. Napotkaliśmy po drodze stado beczących owiec, bardzo śmierdzą, ale są urokliwe.

IMG_4453

I w końcu dotarliśmy do domu, razem z moją obolałą stopą, która jutro uniemożliwi nam prawdziwą wycieczkę i będziemy musieli zadowolić się Jaskinią Mroźną i lekturami w domu.

pikfe

P.S. Zza ramienia czytał mi Uial i poprawiał błędy, za co wielkie dzięki.