Posted tagged ‘Przełęcz między Kopami’

Zakopane z Yodą (2).

24 listopada, 2011

Dzień dobry.

Dziś zaczynamy spektakularnie, przynajmniej jak na miarę sześciomiesięcznego szkraba.

Tu można sobie porównać widoki 🙂

I jeszcze parę widoków ze szczytu Kasprowego, na który oczywiście wjechaliśmy kolejką. Teraz ludzi nie ma, a w dodatku na stronie PKL można podejrzeć sobie kamerką, czy pod kasami stoją ludzie. Bardzo wygodne.

Już wcześniej zaplanowaliśmy, że nie zjedziemy, tylko zejdziemy przez Roztokę Stawiańską, żółtym szlakiem do Murowańca. Godzina pięć, nawet maluch w nosidle da radę.

Na górze musieliśmy rozważyć, czy warto się decydować, a to dlatego:

Ścieżka była pokryta zamarzniętym śniegiem, wyślizganym już mocno. Na szczęście nadal było lekko na minusie, więc lód był suchy i stwierdziliśmy, że po prostu wystarczy iść wolno i spokojnie. Yoda w nosidełku u mnie, a ja asekurowana przez Big B – bez żadnych ciśnień udało się nam wolniutko pokonać najgorszy fragment pierwszej poważnej górskiej wycieczki Yody.

Potem było już tylko pięknie, choć Yoda jeszcze za mała, żeby widok odległych gór robił na niej wrażenie.

Owszem, zachwyciła się, kiedy szłyśmy kosodrzewinowym tunelem.

A w samym Murowańcu – pustym! – nasza córka nie zachwyciła nas, gdyż była całkiem przesrana i musieliśmy rozebrać ją do naga (co bardzo się Yodzie podobało, nam mniej, ponieważ w gruncie rzeczy było dość chłodno).

I teraz zwracam uwagę wszystkich niedoświadczonych jeszcze rodziców: stopy. W nosidełku, na barana, w plecaku na dziecko – stopy marzną. Bardzo, bo dziecko w ogóle nimi nie rusza. My byliśmy uprzedzeni, więc Yoda miała rajstopy, ciepłe skarpetki, wełniane skarpety i skórkowe buciki z futerkiem. I wiecie, czego dotknęliśmy, kiedy zdjęliśmy te wszystkie warstwy – zimnych jak lód stópek.

Wydaje mi się, że nie ma co wychodzić na jakieś długie spacery bez możliwość ogrzania stóp dziecka czymś z zewnątrz, choćby ciepłem własnego ciała.

Po kwaśnicy (Big B) i szarlotce (pikfe) wyruszyliśmy dalej – do Kuźnic przez Skupniów Upłaz – godzina trzydzieści pięć przepisowego zejścia.

Yoda znów usnęła, więc zeszliśmy naprawdę szybko, a i dobrze, bo godzina była już jak najbardziej odpowiednia do schodzenia.

I Przełęczy między Kopami na koniec.

Yoda zbudziła się pod sam koniec, wyjęliśmy ją z nosidła i spokojnym krokiem zeszliśmy do Kuźnic, bo Yoda uwielbia oglądać górskie świerki i trochę nawet do nich gada 😉

I to na tyle na dziś, bo Yoda wzywa, ale część dalsza będzie 🙂

pikfe

 

Zakopane w lutym. Część druga i ostatnia.

5 grudnia, 2009

Dzień dobry.

I znów parę rzeczy dodanych.

Tęsknota za górami nie maleje.

25 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część druga i ostatnia.

zień dobry.
Zgodnie z zapowiedzią – Zakopanego ciąg dalszy.

W ten zimowy czas, dziewiątego lutego, postanowiliśmy wybrać się – także znaną już trasą – do Murowańca z Kuźnic przez Skupniów Upłaz. Wywiązała się ciekawa dyskusja na temat naszego górskiego wyglądu – Big B uznał, że musimy odświeżyć nasze górskie szafy po tym, jak założyłam moją śliczną pelerynę – reklamówkę banku 😉

Ech, ja lubię moje mało nowoczesne i może trochę obciachowe górskie ciuchy. Granatową puchową kurtkę, która przemaka (stąd peleryna), ale jest bardzo ciepła i lekka (podobno wyglądam w niej jak bomba); dwa swetry noszone do kompletu, jeden ciepły, a drugi nieprzewiewny; kilkunastoletnie buty, które przeciekają jak sandały, ale upieram się przy nich, bo są bardzo, bardzo wygodne; coś, co jest czapką, ale można to nazwać czaposkarpetą; czerwone spodnie już wyrzuciłam! Big B miał za to starą kurtkę narciarską, poprzecieraną na rękawach i wiekowy plecaczek, który się rozsypuje.
Ludzie – w pięknych zimowych spodniach, z eleganckimi plecakami, w twarzowych czapkach, wszystko dobrane pod kolor – przyglądali się nam badawczo, a może nawet z rozbawieniem i w końcu się złamaliśmy, a raczej złamał mnie Big B oraz peleryna, która rozdarła się na pół, kiedy próbowałam zdjąć ją przed schroniskiem. Od czasu do czasu kupimy jakąś rzecz w góry. Buty dla mnie, kurtkę dla Big B, plecak – to na początek.

Szliśmy sobie z Kuźnic powoli, nie śpiesząc się nigdzie. Bo i po co? Nie zawsze można takie widoki podziwiać.

I tak sobie szliśmy w śniegu rozważając co bardziej oldskulowe elementy naszych strojów, aż na Upłazie weszliśmy w chmurę.

Spodziewaliśmy się oczywiście śniegu, a nawet mnóstwa śniegu, ale to, co spotkaliśmy na drodze przeszło nasze oczekiwania. Zrobiło się jak na pustyni, poczuliśmy się jak na planecie Hoth. Normalnie Luke i Han 😉

Mniej więcej w centrum widać cień kijaszka znaczącego szlak.

W głębi prawdopodobnie Kopieniec.

Big B na planecie Hoth.

W głębi prawdopodobnie Giewont.

Malownicza kosówka.

Trawki na Przełęczy między Kopami.

Szło się cudownie, choć mnie męczyły się oczy od nadmiaru świeżego śniegu, który razie światłem odbitym od słońca, które ukryte było za grubą warstwą chmur na górze i trochę cieńszą na dole, tuż koło nas. Kiedy dochodziliśmy do schroniska, zaczęło się trochę przejaśniać.

Przejaśniło się całkiem bez sensu, ale przynajmniej mieliśmy możliwość obejrzenia drogi w chmurze i drogi bez chmury. Każda ma swoje zalety.

Wracaliśmy spokojnie i całkiem samotnie Doliną Jaworzynki, gdzie znów toczyliśmy dyskusje mądrzejsze oraz dyskusje głupsze. Takie rozmowy pokazują mi zawsze jedno – jak bardzo, mimo wszystko, mimo całej miłości, prób wzajemnego zrozumienia, gotowości na kompromisy, chęci współpracy – jesteśmy zapatrzeni w siebie, w swój własny punkcik na horyzoncie, zanurzeni w wychowaniu, kompleksach, narzuconych doświadczeniach, własnych przemyśleniach, wizji świata i światopoglądzie i jak to  wszystko jest czasem dla drugiej osoby kompletnie niezrozumiałe i jak bardzo trzeba się starać, żeby zrozumieć, że coś jest niezrozumiałe. Czasem jednak pojawia się światełko nadziei. Nam pojawiło się w Dolinie Jaworzynki.

Ogólnie było pięknie.

Ostatniego dnia spełniło się moje małe górskie marzenie – wreszcie poszliśmy do Morskiego Oka. Byłam tam oczywiście w dzieciństwie, ale jeszcze nie złożyło się,żebyśmy poszli tam razem z Big B, a ja bardzo, bardzo chciałam.
Spakowani wieczorem rano zaliczyliśmy małe opóźnienie, kiedy okazało się, że zamarzła klapa od bagażnika i część rzeczy musimy pakować z kabiny…
Udało nam się jednak dotrzeć do Palenicy koło wpół do dziewiątej, kiedy jeszcze praktycznie nikogo tam nie było. Pogoda była piękna, a wkrótce takie widoki zachęciły nas jeszcze bardziej do spaceru.

Świeciło słońce, było ciepło i pięknie, aż nagle powiał wiatr i przyszła zawierucha z drzew – coś strasznego! Śnieg wciska się wszędzie – za kołnierz, do kieszeni, nie wspominając już o tym, co działo się z moimi okularami. Było bardzo śmiesznie.

Zawierucha wyłania się podstępnie z za zakrętu.

Big B i pikfe polecają drogę nad Morskie Oko zimą – nie ma zbyt wielu ludzi (pod warunkiem, że przyjedzie się wcześnie; kiedy wracaliśmy, tak mniej więcej około południa – dzikie tłumy szły i dzikie tłumy wjeżdżały saniami), wstrętna asfaltowa droga ukryta jest pod śniegiem, więc w dużo mniejszym stopniu odczuwa się to, że nie jest się na prawdziwym spacerze w górach.
Zdarzyło się nam – dzięki Zawieruchom oczywiście – zobaczyć Elfi Las.

Dość szybko doszliśmy do Wodogrzmotów, które nigdy nie wzbudzały we mnie nadmiernie pozytywnych uczuć, pewnie z powodu asfaltu i przerdzewiałych metalowych barierek, ale akurat tamtego dnia wyglądały naprawdę ładnie.

Szło się bardzo dobrze, ale na popasie okazało się, że Big B zapomniał posłodzić herbaty. Teoretycznie to zdrowo, ale w praktyce – masakra! On oczywiście palił, ja rzuciłam jakiś miesiąc temu (o czym tu nie pisałam, ale napiszę) i trochę mnie denerwowało, że on pali – bo pali; bo śmierdzi; bo czekam, aż wypali. I jeszcze ta gorzka herbata! Ale drogę mieliśmy piękną.

Trudno to co prawda nazwać chodzeniem po górach – kontakt z dziką przyrodą z za barierek, starannie ustawionych i wyślizganych przez setki tysięcy rąk. Szczerze? Nie wyobrażam sobie tej drogi latem, tak koło południa, i nawet nie chcę sobie wyobrażać. I tak dobrze, że nie ma schodów ruchomych.

Idąc tak Żlebem Żandarmerii rozmyślaliśmy o stokach Opalonego, z których schodzą ogromne lawiny: „jest to (…) największe lawinisko polskiej części Tatr, a las zastępuje tu kosodrzewina. Również i w dalszej części doliny płaszcz leśny podarty jest przez lawiny na pasy i strzępy.” (Józef Nyka, „Tatry Polskie”, 1992, wyd. VII). Na szczęście był drugi stopień zagrożenia lawinowego, więc spokojnie przeszliśmy.
Zachwyceni widokami doszliśmy w końcu do prawie pustego schroniska.

Okazało się, że nad Morskim Okiem wieje STRASZNIE! Trudno było ustać – trzeba było myśleć o tym, że chce się stać, a nie zostać przewróconym przez wiatr, jeśli wiecie, o co mi chodzi. A wyjść na zewnątrz musieliśmy – dla widoków.

I dla filmiku – słychać, że wiało strasznie. Filmik jest nudny, w dodatku z dziwaczną pointą…

Momentami, kiedy na górze musiało wiać bardzo mocno, tumany zwiewanego na dół śniegu wyglądały jak ogromne lawiny, spadające na sam dół, do zmarzniętego Morskiego Oka, gdzie znów wiatr poganiał śniegowe dymki po płaskiej powierzchni zamarzniętego jeziora. Można było stać (i trzeba się było na ustaniu skoncentrować) i patrzeć. Stać i patrzeć. I nic poza tym, a i tak nie można się było napatrzeć.

Mnich.

Kiedy tłum przed i w schronisku zaczął niebezpiecznie gęstnieć, stwierdziliśmy, że najwyższy czas wracać, choć powrót był to ze wszech miar smutny – do samochodu i z samochodu już nie na kwatery, ale do domu.
Kiedy człowiek jest dzieckiem, to każą mu wyjeżdżać, co jest smutne, ale do zniesienia. Jak już jest dorosłym, to sam musi sobie kazać, co jest i smutne i bardzo trudne do zniesienia. Ostatnie spojrzenie za siebie i pa.


Aż mi się przykro zrobiło, że mnie tam nie ma.

pikfe

Tatry zeszłego roku w listopadzie.

11 listopada, 2009

Dzień dobry.

Dzień podły, więc dziś – zgodnie z zapowiedzią – wspomnienia z Zakopanego, z pięknego listopada 2008.

Więcej bardzo fajnych zdjęć z tego wyjazdu znajdziecie u AardvarKa.

13 listopada 2008

Zakopane.

Dziś nieodległe jeszcze wspomnienia z Zakopanego, gdzie – wbrew zapowiedziom – dopisała nam fantastyczna pogoda i skąd grzechem było wracać do Łodzi, gdzie najtrudniejszy szlak prowadzi z domu do pracy.
W piątek dojechaliśmy bardzo późno w nocy, za Oświęcimiem (nie jeździmy pełnopłatną, choć wiecznie remontowaną autostradą i zakorkowaną Zakopianką) spotkały nas niespodzianki w postaci remontu nawierzchni i ruchu wahadłowego. Bajecznie, ale i tak byłam bardziej wyluzowana niż Big B. AardvarK też specjalnie się nie skarżył, choć wiadomo było, że każde z nas wolałoby już być na miejscu. Plus taki, że stojąc w korku dobrze się pali. My znowu próbujemy rzucić, AardvarK nie pali 😉

Sobota była w zasadzie leniwa – wstaliśmy późno, odsypiając tydzień, choć tylko Big B i ja, AardvarK dzwonił już o ósmej, pytając się, czy gdzieś się wybieramy, ale słabo pamiętam ten telefon. On był już na spacerze. Szacun 🙂
Do wylotu Małej Łąki dowlekliśmy się dopiero około 13, ale ku naszemu miłemu zaskoczeniu prawie wcale nie było tam ludzi, choć aura jak na zdjęciu 🙂

mala_laka

O dziwo doszliśmy do Wielkiej Polany nie wypruwając sobie flaków, co zwykle następuje pierwszego dnia – mnie chyba tak cudownie nastroiła pogoda. Z AardvarKiem spotkaliśmy się już po zejściu z Grzybowca (odnowili kawałkami szlak!), narodziły się wspaniałe plany wejścia na Sarnią Skałkę, może nawet dojścia do Kalatówek, ale szybko i bezwzględnie zostały uśmiercone przez grzane wino w herbaciarni w Dolinie Strążyskiej 🙂 I tak jeszcze przed zmrokiem zdążyliśmy zejść z gór w bardzo dobrych humorach i ze wspaniałymi planami na kolejny dzień.
W Zakopanem okazało się, że w kinie Giewont grają już Quantum of Solace, ale zaprotestowałam, chociaż Big B i AardvarK wyrazili ochotę. Umówiliśmy się, że pójdziemy, ale może następnego dnia.

W niedzielę nie mieliśmy już siły, żeby znów nie iść w góry – o 6.20 pojechaliśmy po AardvarKa i przed siódmą czekaliśmy już w Kuźnicach na kolejkę na Kasprowy. Ludzi bardzo mało w porównaniu z sezonem, ledwo kilkanaście osób, które jednak zostały po jakimś czasie ukarane za zbyt wczesne wstawanie. Lodowaty głos z megafonu ogłosił, że kolejka nie będzie kursować z powodu zbyt silnego wiatru i następny komunikat zostanie przekazany dopiero koło godziny dziewiątej. Nie zastanawiając się zbyt długo, aczkolwiek lekko zawiedzeni, ruszyliśmy przez Boczań i Skupniów Upłaz do Murowańca. Wlekąc się z lekka i zachwycając pogodą dotarliśmy tam koło dziesiątej. Zdjęcie prawie tuż sprzed schroniska.

murowaniec

W Murowańcu zasiedzieliśmy się trochę jedząc bardzo wczesny obiad i spotykając kolegę Maćka z Łodzi, zawiedzionego pogodą – liczył, że użyje raków i czekana. Ja cieszyłam się, że nie ma takiej możliwości 🙂 Plan dalszej wycieczki skrystalizował się przy obiedzie – pogoda trochę się popsuła, wysokie Tatry zaszły chmurami i zaczęło wiać dość lodowato i nieprzyjemnie, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby wracać. Ruszyliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy.
Tu AardvarK nad Stawem, w chmurach Kościelec.

aardvark

Stamtąd podeszliśmy na przełęcz Karb (dla mnie Krab) – bałam się trochę stromizn, bo nigdy wcześniej tam nie byłam, a Kościelec kojarzy mi się wyjątkowo morderczo, ale okazało się, że kompletnie nie było czego się bać, a widok z góry na Czarny Staw jest przepiękny. Tymczasem niepogoda nie dawała za wygraną, chmury były coraz niżej i coraz bardziej wiało, ale my nadal tak bardzo cieszyliśmy się z wycieczki, że nie sprawiało nam to specjalnej przykrości. To prawda, że widoki w Tatrach są piękne, ale muszę przyznać, że jeżdżę tam głównie po to, żeby chodzić, a widoki są miłym dodatkiem. Mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć „pojezierze gąsienicowe” – jako dziecko widziałam, ale zupełnie zapomniałam jak tam jest pięknie, nawet, kiedy szczyty skrywają się w chmurach.

pojezierze

Zeszliśmy z Przełęczy, mocno już wiało lodowatym wichrem i chmury nadal schodziły coraz niżej, ale my nadal mieliśmy ochotę chodzić, a mgła nie przedstawiała się przerażająco – widoczność nie była oczywiście taka, jak w piękny, słoneczny dzień, ale z Big B postanowiliśmy, że pójdziemy przez Świnicką Przełęcz, a AardvarK zdecydował się wejść na Kasprowy zielonym szklakiem, chociaż ostrzegaliśmy go, że jest długi, mozolny i do wchodzenia go nie polecamy. Umówiliśmy się, że spotkamy się na Kasprowym i zjedziemy na dół kolejką. Po wypaleniu rozchodniaka jak zawsze zaczęliśmy gnać w górę jak psychopaci, co natychmiast poskutkowało przestojami na złapanie oddechu. AardvarK chodzi wolniej, ale równym tempem i idąc z nim nie męczyliśmy się jak nienormalni 😉 Stwierdziliśmy, że czasu mamy dużo – zanim on się tam wdrapie, ho, ho, jeszcze będziemy na Kasprowym czekać.
Droga na Przełęcz cudowna – nie wiało, było cichutko, wszystko utopione w białej mgle – czułam się jak w dekoracjach do „Władcy Pierścieni”. Praktycznie nie było ludzi, co zawsze jest miłe i zawsze-zawsze zaskakujące w polskich Tatrach. Szło się nam bardzo dobrze (dysząc i sapiąc, a jakże!) aż do momentu wyjścia na samą Przełęcz, gdzie lodowaty wiatr wiał okrutnie. Ukryci za głazem zapaliliśmy papierosa i spokojnie poszliśmy w stronę Kasprowego. Cóż się okazało? AardvarK – choć twierdzi, że prawie tego nie przeżył i że następnym razem zabiera zestaw reanimacyjny – już szedł w stronę Liliowych, bo nie chciało mu się na nas czekać! Hm… Stalker stwierdził, że AardvarK wygląda (na zdjęciach) jak „zgrzybiały mistrz kung-fu”, ale chyba nie jest jeszcze taki zgrzybiały. Albo my jesteśmy.
Na Kasprowym pięć metrów śniegu – jak zauważył AardvarK – sześciennych 🙂
Udało nam się zjechać kolejką, a o 19 poszliśmy na nowego Bonda, ale o tym kiedy indziej. Po filmie zawieźliśmy AardvarKa do jego kwatery, wróciliśmy do siebie i padliśmy. Na kolacji byliśmy w mojej ulubionej zakopiańskiej restauracji Sopa, gdzie jak zawsze zjadłam przepyszne polędwiczki z bundzem w sosie pomidorowym (34 zł) i dwa naleśniki z serem i rumem (12 zł). Naprawdę polecamy wszystkim. Warto.

Następnego dnia pobudka znów o jakiejś strasznej godzinie – o 6.40 byliśmy po AardvarKa, żeby podjąć kolejną – tym razem udaną – próbę dostania się na Kasprowy kolejką. Mieliśmy szczęście, że wczoraj nie jeździła, ponieważ ze szczytu mogliśmy podziwiać takie widoki.

kasprowy_szczyt

Postanowiliśmy przejść wszystkie Czerwone Wierchy, co może nie jest szczególnym wyczynem, jeśli wjeżdża się kolejką, ale jest niezłym pomysłem w piękny listopadowy dzień, kiedy wiadomo, że nie będzie chodzić się w kolejce.
Dzięki pięknej pogodzie i chmurom widocznym na zdjęciu spełniło się moje górskie marzenie – widziałam widmo Brockenu.

widmo

Gdyby ktoś był bardziej zainteresowany odsyłam do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Widmo_Brockenu
Wycieczka fantastyczna, choć Big B i AardvarK znaleźli w sobie wspaniałych kumpli do palenia, więc paliliśmy na każdym szczycie – kto był, wie, jak często 🙂 Poza tym kozice przywykły już do ludzi 🙂

kozica

Nie robiłam tego zdjęcia super aparatem, tylko zwykłą  idiot-kamerą i myślę, że mogłabym nawet  podejść bliżej, ale one jednak mają rogi, więc ja miałam stracha. Zatem: Kopa – fajka, Małołączniak – fajka, Krzesanica – fajka. I jak zwykle popas 🙂

popas

Na Ciemniaku odpuścili z paleniem, ale Big B był chyba trochę zawiedziony tym faktem.
Schodziliśmy przez Adamicę – miałam ochotę na zejście przez Tomanową, ale nie liczyłam, że w Dolinie Kościeliskiej również nie będzie ludzi. Nie przepadam schodzić przez Adamicę, bo to dość zabójcze zejście dla moich kolan, ale z drugiej strony spacer Kościeliską w tłumie ludzi jest zabójczy dla dobrego samopoczucia. Cóż, każdy chciałby mieć Tatry tylko dla siebie.
Na postoju wygrzewaliśmy się w słońcu, Big B zasnął na trawie i za nic w świecie – jak zawsze – nie chciał się obudzić, a ja podziwiałam piękną tatrzańską przyrodę w listopadzie.

Myślałam, że z Adamicy nigdy nie zejdziemy, ta droga bardzo dłużyła się mnie i moim kolanom, choć na stokach podziwialiśmy jeszcze stada kozic. Nie polecam tej drogi ani w dół, ani w górę – na Ciemniak idzie się „przepisowo” trzy godziny czterdzieści pięć minut i nie jest to lekki spacerek, jeśli mamy przeciętną kondycję mieszczucha.
W Kościeliskiej jak zawsze było dużo ludzi, ale na szczęście został tylko mały kawałek do przejścia. Potem polansowaliśmy się na Krupówkach – zjedliśmy obiad w Kolorowej (AardvarK poleca placek po zbójnicku, 20 zł) i wróciliśmy do domu, gdzie padliśmy.

Wycieczkę w dzień wyjazdu zaplanowaliśmy ambitną, zwłaszcza, jeśli wliczyć w to czas naszych częstych popasów na papierosa – zostawiliśmy auto – już z bagażami – na Toporowej Cyrhli i stamtąd udaliśmy się przez Psią Trawkę na Polanę Waksmundzką. Znam tę drogę dobrze i bardzo ją lubię – nie jest w ogóle męcząca i nawet latem nie ma tam zbyt wielu ludzi, za to jest naprawdę pięknie.

strumyk

Później zdecydowaliśmy się na szlak, którego nie znaliśmy, choć później AardvarK przypomniał sobie, że tam był 😉 Szliśmy z Polany Waksmundzkiej  zielonym szlakiem w stronę Murowańca, żeby później odbić na czarny i żółty szlak prowadzący na Krzyżne.
Dolina Pańszczycy zapiera dech w piersiach, moim zdaniem jest to jeden z najpiękniejszych szlaków w Tatrach. „Dolina Pańszczyca jest odgałęzieniem Doliny Suchej Wody, na południowy wschód od Hali Gąsienicowej. Skaliste szczyty Żółtej Turni, Wierchu pod Fajki i Granatów od zachodu – Orlej Baszty, Buczynowych Turni i Przełęczy Krzyżne od południa oraz rozległy grzbiet Koszytej i Małej Koszystej od wschodu ograniczają tę piękną i malowniczą dolinę. W górnej jej części rozpościerają się pola maliniaków (wielkich głazów) – niżej gęste zarośla kosówki i lasy. W środkowej części doliny leży nieduży Czerwony Stawek, poniżej niego Potok Pańszczyca spływa przez halę tejże nazwy ku północy” (Tadeusz Zwoliński, Tatry Polskie, 1951).

a

b

Dotarliśmy do Czerwonego Stawku, gdzie naturalnie popasaliśmy. O Krzyżnym oczywiście nie mogło być mowy, więc wróciliśmy kawałek i skierowaliśmy się w stronę Murowańca, gdzie popasaliśmy (placek po zbójnicku gorszy niż w Kolorowej). Stamtąd wracaliśmy niezbyt atrakcyjną drogą dojazdową do schroniska aż do Psiej Trawki, skąd zboczyliśmy na szlak prowadzący na Cyrhlę.
Uwaga, jeśli ktoś z Was będzie kiedyś tamtędy szedł, jest tam kot, który żebrze o jedzenie, więc pakując się pamiętajcie o nim 😉 Jest już nieźle wyuczony – mruczy, łasi się i ociera, idzie przy nodze jak pies. Tak zwane – z racji miejsca zamieszkania, odległego od świata cywilizacji – Sybiraki też były przez niego zaczepiane jakiś czas temu w podobny sposób, który – sądząc po kociej tuszy – jest skuteczny 🙂 Oto i on (kot, nie sposób) 🙂

kot

W drodze  do Łodzi – jakie wspaniałe zakończenie dnia! 😦 – wstąpiliśmy do Sopy, a potem bez problemów dojechaliśmy do domów.
Smutek, że tak krótko. Smutek, że tak płasko. Smutek, że znowu codziennie najtrudniejszy szlak – rutyna.

pikfe

Jej, znów mam ochotę na Tatry 🙂 W zeszłym roku Big B był już po zbiorach (ja jeszcze nie mieszkałam Na Wsi), AardvarK chciał z nami jechać (hmmm…. ciekawe, czy teraz też by chciał? 🙂 ), zapakowaliśmy się do auta i pomknęliśmy w góry. I to był naprawdę bardzo fajny wyjazd, a pogoda po prostu wymarzona. Nie to, co dzisiaj.

pikfe