Posted tagged ‘praca magisterska’

Po co pisałam pracę magisterską?

Sierpień 26, 2009

Dobry wieczór.

Chyba ostatnio głupieję. Czytam książki. Oglądam filmy. Słucham muzyki. I mam całkowitą pustkę w głowie, poza kłębowiskiem bezsensownych myśli – co robię źle, czego nie zrobiłam, co powinnam zrobić, co będzie, co było, co jest i czy to dobre.

Mam taką pustkę, że nawet nie chce mi się gadać, nie wspominając o pisaniu. Pierwszy raz w życiu mam uczucie, że nie mam nic (NIC) do powiedzenia. Pustka. Same banały, cisnące się na usta klisze, rzeczy, które są wypowiadane, ale przecież w ogólnym rozrachunku nic do życia nie wnoszą, takie trochę pieprzenie bez sensu. Tak, rozumiem potrzebę rozmowy z innym człowiekiem i wiem, ile radości i szczęścia potrafi ona dać, nawet jeśli nie dotyczy istotnych kwestii, ale ja w tej chwili tak rzadko poruszam istotne kwestie, że zaczęłam czuć okrutne wewnętrzne wyjałowienie. Co z tego, że czytam, skoro nie mam potem nic do powiedzenia, poza „fajne”?

Pisałam pracę magisterską o pseudonauce i pseudoreligii w „Z Archiuwm X”. To było coś. Fascynował mnie ten temat i mogłam bez końca opowiadać o tym, w jaki sposób można powiązać pewne wątki serialu z myślą Feyerabenda albo jak ukazana jest religijność społeczeństwa amerykańskiego i co z tego wynika. Lubiłam te długie dni w bibliotece z książkami, notatkami, wśród książek, będąc całkowicie skupioną na tekście. Lubiłam oglądać wieczorami serial i w specjalnym zeszycie zapisywać cytaty i spostrzeżenia, rzeczy, które potem wykorzystywałam przy pisaniu. Lubiłam nawet mojego promotora, który przez długi czas nawet nie widział jednego odcinka, ale nieźle umiał przemaglować w czasie rozmowy. Kiedyś po kawie w szpanerskim lokalu do którego poszliśmy i gadaliśmy pewnie dwie godziny, czułam, że mój mózg właśnie przebiegł maraton, ale jest z tego dumny. Czułam się mądra, doceniona, miałam poczucie, że moje opinie kogoś zaintrygowały i wniosły coś do jego życia, że podołałam rozmówcy, który takim łatwym rozmówcą wcale nie był, choć sądzę, że dawał mi fory.

Pisząc pracę robiłam to, co umiem najlepiej – kojarzyłam ze sobą różne odległe fakty, przypominałam sobie dawno zapomniane informacje, wyszukiwałam je w książkach i łączyłam z cytatami, z fragmentami serialu, z nowymi koncepcjami dając im nową treść, ubierając je w mój własny sens.

A teraz otwieram czasem moją pracę i myślę sobie: „O ja, ale byłam wtedy mądra.”

pikfe

P.S. Ostatnio ktoś się zagalopował – oczywiście zupełnie niechcący i w sumie było mi żal tej osoby, bo rozumiem, że musiała poczuć się głupio (ja też miałam parę takich wpadek, kto nie miał?) – i rzucił nad stołem stwierdzenie dotyczące przyszłości jakiejś osoby, która idzie na studia i wybiera między menadżerem sportu a kulturoznawstwem, że no, menadżer sportu to znaczenie lepsze studia niż… hm…. niż… hm…. Nie powiem, zabolało. Czy to dlatego, że prawda w oczy kole czy dlatego, że wciąż uważam, że kulturoznawstwo jednak ma sens? Jeśli nie zawodowy, to może chociaż taki, że pisanie pracy magisterskiej sprawiało mi wielką frajdę?

Reklamy