Posted tagged ‘pobyt w szpitalu’

Zmiana.

16 marca, 2011

Dzień dobry.

Jeśli jutro nie wyjdę z tego szpitala, to ucieknę. Mam taki zestaw w pokoju, że kurwa nie daję rady. Nie mam poczucia wyższości, ale jeszcze trochę tu poleżę i przysięgam, że mogę nie uniknąć jego wykształcenia.
Jak już kurwa napisałam, bluźni się; siorbie się i mlaska się; gapi się w telewizor; naturalnie narzeka się. Nie miałam jeszcze tak głośnego, wulgarnego i męczącego towarzystwa w pokoju.

Co telefon, to dzwonek bardziej szpanerski i obowiązkowo bardziej głośny. To chyba punkt honoru. Książka lub gazeta codzienna plasuje od razu na czymś w rodzaju planety Mars. W dodatku nie oglądam telewizji. I nie dokładam się w związku z tym. Ufo normalnie.
(Operatorze Telewizji Szpitalnej, dzięki Ci za zlikwidowanie promocji dzień za dwanaście złotych! Sugerowałabym podniesienie stawek. I tak wrzucą.)

Nie nadaję się tu z moją obecną wrażliwością.

Dzieje się coś dziwnego.
Coś, co całkowicie wymyka się opisowi i coś, czego nigdy nie doświadczyłam.
Potrzebuję ciszy. Banał życia mnie mierzi.
Czuję się tak, jakbym do końca się nie obudziła; jakbym do końca nie uczestniczyła w świecie.
Jakbym szła jakąś drogą wbrew mojej woli, a świat się zmieniał.
Siedziałam dziś w oknie i wyglądałam na ulicę oczekując tej zmiany, jakby miała nadejść, jakby musiała nadejść.

ZMIANA.

To jest słowo klucz.
Nie wiem, ja się zmieniam? Świat się zmienia? Rzeczywistość się zmienia?
Nie potrafię tego opisać.
Nigdy tego nie czułam.

Czuję się wyizolowana. Jakby wydestylowana, jakby nic ze mnie miało nie zostać, a jednocześnie jakbym nigdy wcześniej nie była bardziej sobą, jedną sobą.

I ja się do mojego zestawu pokojowego, kurwa, nie nadaję.

pikfe

Tępy ten nasz polski naród.

15 marca, 2011

Dzień dobry.
Ja naturalnie znów ze szpitala, choć raczej z dobrymi wiadomościami. Zmniejszyli mi dawkę leków i jak do tej pory nic niepokojącego się nie wydarzyło, więc mam nadzieję, że będzie dobrze. Jakoś przeleżymy, choć mam nadzieję – i nie ukrywajmy też, że mam szansę – że przeleżymy już we własnym domu.

Dlaczego nasz polski naród jest tępy?
Ano.
Jest co poobserwować w szpitalu, bo szpital nie jest „swój”. Szpital jest w zasadzie niczyj. Tzn. polityków jest; prezesów jest; lekarzy jest.Ale pacjentów już nie jest.

Pacjent nie musi gasić po sobie światła.
Pacjent nie musi spuszczać po sobie wody.
Pacjent nie musi zostawić po sobie porządku.
Pacjenta szpital nie obchodzi.
Pacjenta obchodzi, ile odprawy dostał prezes.

Wiadomo, jaka jest nasza służba zdrowia; wiadomo, że są lekarze, których można bez przesadzania nazwać chamami i konowałami; wiadomo, że prezesi mają inklinacje do skandalicznych odpraw, nawet wówczas, gdy szpital tonie w długach.

Ale, do cholery, chociaż pacjentowi szpitalny rachunek za światło nie wpadnie do skrzynki na listy, to ten pacjent nadal jest tak tępy, że nie rozumie, że on i tak za to wszystko zapłaci z własnej kieszeni.
I że jak urwie deskę sedesową albo zniszczy żaluzje, to ten właśnie pacjent nie będzie ich miał i ktoś, kiedyś, być może w odległej przyszłości, naprawi tę deskę i tę żaluzję. Oczywiście ten właśnie pacjent zdąży się nagadać, że nie ma deski i żaluzji.

Inna rzecz to czystość: wybaczcie dosadność, ale czy brodzik jest odpowiednim miejscem, żeby zostawiać tam wkładkę higieniczną?
Ale pacjent narzeka, że w szpitalu jest brudno.

I ok, czysto może nie jest, wręcz bym powiedziała, że do stanu, który można nazwać czystością, dużo szpitalowi brakuje, ale poprzez pozostawienie w brodziku wkładki higienicznej, czystość wcale się nie zwiększy; wręcz przeciwnie, czystość zmaleje.

I tępy jest ten naród, że tego nie rozumie.

pikfe

Przepustka!

10 marca, 2011

Dzień dobry.

Chyba bardzo polubili mnie w szpitalu, bo wcale nie chcą mnie wypuścić.

Dziś nawet nie brali pod uwagę, że wyjdę, ale wcześniej cały czas była mowa, że może w czwartek, może w czwartek, więc dziś bez wezwania popędziłam po obchodzie pod zabiegowy, grzecznie poprosiłam o badanie i wybłagałam przepustkę, pod warunkiem, że będę cały czas leżeć.

Może i tak bardzo bym na to nie napierała, bo akurat nie mam najlepszych dni, ale wczoraj zakwaterowali w moim pokoju dziewczynę, która chrapała tak dramatycznie, że przespałam może trzy godziny. I stwierdziłam, że nie zniosę tego ani jednej nocy więcej.

Leżę więc w domu, jak fajnie.

Cisza, spokój, nie ma TV 🙂 Pytać nikogo o wietrzenie nie trzeba, Internet jest w sieci domowej, więc w zasadzie bez limitu. Same plusy.

I własna, czyściutka łazienka.

Zostało nam jeszcze 21 dni krytycznych i 21 dni nieco spokojniejszych – potem to już 37. tydzień, więc będziemy spokojni.

Tymczasem cieszę się z pobytu w domu, bo naprawdę nie wiem, ile potem będą chcieli mnie w tym szpitalu potrzymać. Z sympatii oczywiście 😉

pikfe

Przesądy.

1 marca, 2011

Dzień dobry.

Nadal jestem w szpitalu. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że dziś wyjdę, ale niestety lekarze uznali, że jeszcze nie czas. I tak tu sobie kwitnę, niczym szpitalny plankton. Przynajmniej mam w miarę wygodne łóżko, a zupy mają smak.

Dużo gadamy z innymi ciężarnymi, więc dużo różnych historii się wysłucha.

Najbardziej lubię historie nie z tej ziemi. To dla mnie całkowita terra incognita, ponieważ nigdy nie byłam przesądna. Mam dwa czarne koty, które co rusz przebiegają mi drogę, wygląda na to, że na szczęście. Pod drabiną przejdę, cegła mi potem na głowę nie spada. Stłuczone lusterko wystarczy sprzątnąć i pech w postaci kawałka szkła wbitego w stopę przestaje być groźny.

No i cholera, tyle przesądów dotyczących dzieciaków.
Zawiązać czerwoną kokardkę – żeby odgonić zły urok.
Nie przestarszyć się czegoś w czasie ciąży, bo dziecko będzie miało znak na skórze. Już tłumaczę: jeśli ciężarna przestarszy się pająka, dziecko urodzi się ze znamieniem w kształcie pajączka. Jeśli wystarszy się żaby, znamię będzie w kształcie żaby.
Oczywiście nie wolno nosić łańcuszków i korali, ponieważ dziecko będzie okręcone pępowiną. Nie powinnam nikomu za bardzo się przyglądać, bo Mała może się urodzić podobna do tej osoby (cholera… będzie wyglądać jak Russel Crowe?!).
Wygląda również na to, że zbrzydnę/zbrzydłam, gdyż córka zabiera urodę.
No i pojawiają się wątpliwości dotyczące płci: bo duży brzuch to chłopiec (ja nie mam dużego brzucha), a roztycie się w ramionach to córka (no, akurat w ramionach to raczej schudłam). No i…?
No i mój faworyt: nie spoglądać przez żadne dziurki (np. wizjer), bo dziecko urodzi się… zezowate. No, nie wpadłabym.

Naturalnie dowiedziałam się też paru całkiem pożytecznych rzeczy od kobiet, które już rodziły i mają doświadczenie.

Ale przesądy są niesamowite – rozmawiasz z kobietą, która nie sprawia wrażenia, że nie ścina w ciąży włosów (żeby dziecko nie zgłupło) i nagle okazuje się, że ona jest o tym święcie przekonana – bo jej koleżanka ścięła i jej dziecko jest głupie. Albo bratowa kupiła wózek przed urodzinami dziecka i poroniła, a powinna wysłać męża do sklepu po porodzie. Podobnie z łóżeczkiem i wanienką.

Trzeba mocno przymrużyć oko.

pikfe

Też mi news…

27 lutego, 2011

Dzień dobry.

Znowu bloguję ze szpitala. Przecież jest weekend, a ja uwielbiam trafiać do szpitala w trakcie weekendu – niemalże odwieczni Czytelnicy tego bloga doliczą się już czwartego weekendu (jeden jeszcze z Onetu)!

Nic się nie dzieje, jak w polskim filmie.

W sumie to lepiej.

Kroplówkę na skurcze już mi odjęli, przeszłam na tabletki, więc sytuacja wygląda na uspokojoną.

Poza tym wpadam w lekki szał, ponieważ mam w pokoju amatorki telewizji.

Jak wiecie, nie mam telewizora w domu i oglądamy tylko filmy z DVD.

Nigdy nie oglądałam dużo telewizji, a polska norma wydawała mi się zawsze jakimś kosmosem.

Praktycznie nigdy nie siedziałam przed TV bez konkretnego celu – czyli nie pstrykam pilotem.

I nagle uderzeniowa dawka programów rozrywkowych, seriali i przeróżnych filmowych hitów… Wczoraj jeden pan pobijał rekord świata w rzucaniu… kuchenkami elektrycznymi, a inny wkładał sobie do ust… puszki. No błagam!

No i reklamy. W moim odczuciu wielkie, hałaśliwe morze rozpaczy intelektualnej.

Nie to, że mam się za „intelektualystkę”, nic z tych rzeczy, niemniej jednak bloki reklamowe są dla mnie naprawdę nie do zniesienia. Big B chyba będzie musiał przynieść mi stopery.

Nie lubię telewizji.

Uważam, że w szpitalach powinny być sale telewizyjne, a nie sale z telewizorami.

Bo ja jestem skazana (3 do 1) na oglądanie tych głupot od 17 do 22, a to dla mnie dużo za dużo.

No, pojęczałam!

pikfe

Uwaga, brzydkie wyrazy!

24 stycznia, 2011

Dzień dobry.

Szczęśliwie piszę już z domu; szczęśliwie sytuacja wygląda na opanowaną i mam nadzieję, że już tak pozostanie.

O ile można wartościować w jakiś sposób pobyty w szpitalu, to ten był bardziej udany. Trudno mi oceniać to lekarsko, nie znam zagrożeń ani sposobów postępowania i nie będę tego komentować.

Tym razem jednak łóżko było wygodne, a poduszka była poduszką. Zupy no-name’y, ale przynajmniej nie dawali już drugiego dania (tak na moje oko w tamtym szpitalu jakieś 70% drugiego dania wracało z powrotem do szpitalnych kuchni).
Z innymi współpacjentkami znalazłam jakiś lepszy kontakt; łaziło się ( ja niestety mniej, bo kazali leżeć) z pokoju do pokoju, żeby dowiedzieć się co tam u której słychać. Wreszcie dziewczyny wytłumaczyły mi, jakie to uczucie, jak macica się stawia.Nikt w pokoju nie oglądął TV (moim zdaniem plaga szpitalnych sal).

Obchody, nawet wieczorne (poza jednym) były bardziej szczegółowe: lekarz podchodził do każdej z nas, patrzył w kartę, pytał się o konkretne rzeczy.
Kiedy po kolejnym krwawieniu całkowicie się załamałam, lekarz najpierw podniósł mnie lekko na duchu, potem obiecał konsultację psychologiczną (i słowa dotrzymał), a na koniec poprosił inne pacjentki, żeby do mnie przyszły (sobota, położyli mnie samą w pokoju) i pogadały. Pomogło.

Byłam świadkiem początku akcji porodowej, co byloby nawet dość zabawne, gdyby nie fakt, że mnie też to pewnie czeka. Pani w wieku pod czterdziestkę, po porodzie (czyli jednak doświadczona), kulturalna, co jakiś czas tężała – prowadząc normalną rozmowę – i jedyne słowa, jakie wydobywały się z niej, były naprawdę brzydkie i dotyczyły tego, jak miłe i urocze potrafią być bóle krzyżowe. Najgorszy moment mijał, pani z powrotem powracała do przerwanego wątku.

Ja mam dużo leżeć i odpoczywać (ale już nie od leżenia, które też potrafi być męczące) i trzymać się z dzieciakiem mocno co najmniej do 31. marca, czyli jeszcze sporo dni przed nami. Ale moim zdaniem nie jest tak źle, jak niektórzy lekarze mówią i do tego marca to ja mocno wierzę w nasze szanse.

Mnie w ciąży całkowicie odbija – mam ochotę kląć jak szewc (wcześniej NIE!), a do tego wieczorami czytam sobie na głos wiersze Mickiewicza (wcześniej nawet współczesnej poezji nie czytałam, a co dopiero romantyków!).

 

pikfe

Znowu bez szału, ale i bez tragedii.

18 stycznia, 2011

Dzień dobry.

Nie odzywałam się w ostatnim czasie zbyt wiele, ponieważ tak się jakoś pechowo złożyło, że znowu wylądowałam w szpitalu, tyle, że tym razem w innym. I chociaż opinia nie ciągnie się za nim zbyt dobra, ja jestem bardziej zadowolona niż wtedy. Wygląda na to, że sytuacja jest już opanowana, tfu-tfu odpukać, więc może pod koniec tygodnia wyjdę.
Oczywiście, zupy no-nejmy, kiełbasa na śniadanie… ale do przetrwania, jak Big B jest duuuuużo bliżej i dwa razy dziennie aprowizuje.

Tym razem najbardziej denerwują mnie pacjentki.

Ogólne narzekanie. (I ja rozumiem, że polska służba zdrowia jest tworem, który w sumie lepiej mijać z daleka. To akurat wszyscy wiemy, tu chodzi o coś innego.)

Że w kiblu brudno – no, ale trudno, żeby salowa za każdym razem spuszczała wodę. Bo woda w toalecie sama się nie spuszcza, a i śmieci same do kosza nie wpadają! Jak ma być czysto, skoro nawet pacjentki nie dbają, żeby spuścić wodę w toalecie? I tak, czystość to nie jest najmocniejsza strona tego oddziału, ale salowa poinformowała nas, że niestety na środki czystości brakuje funduszy… Ale żeby wcisnąć spłuczkę żadnych funduszy nie trzeba.

W naszej sali ciekło z umywalki, coś się stało z uszczelką w syfonie. „No tak! Zaleje nas tutaj”, „Chyba torbę przestawię” etc. To najłatwiej, nie? Ględzić. Trudniej wstać z łóżka i zgłosić położnej – która do cholery, nie jest narratorem wszechwiedzącym, że mamy awarię. Wstałam, poszłam, powiedziałam, dziś panowie przyszli i już woda nie cieknie. Takie cuda.

„Kontakt w łazience nie działa!”, „No tak, ONI (lekarze? położne? salowe?) się TU nie kąpią!” Ja się zatem pytam- to skąd mają wiedzieć, że kontakt nie działa? Palec tam codziennie wkładać? Swoją drogą – trudno, żeby się kąpali…
Oczywiście, zgłosiłam, zobaczymy, czy przyjdą jacyś magiczni panowie i naprawią.

Postanowiłam zasponsorować też słuchawkę do prysznica (-+ 30 zł). To akurat przykre, że ona nie działa i na cały (dość mały, ale zawsze) oddział jest jeden prysznic, ale już wolę to niż narzekanie. Big B dostarczy słuchawkę, panowie zamontują, po sprawie. Wiem, że to nie powinien być problem pacjentów, a tym bardziej nie powinni się angażować w takie akcje z tego prostego powodu, że takie sytuacje jednak nie powinny mieć miejsca, ale od tego narzekania uszy mi puchną… 🙂 Może mniej będą puchły, jak na oddziale zapanuje ogólne podniecenie, że jest nowa słuchawka 🙂 Ja się nie przyznaję. Tylko tutaj, gdzie przy okazji trochę ponarzekałam:)

pikfe