Posted tagged ‘pierwsza ciąża’

Kokon.

13 kwietnia, 2011

Dzień dobry.

Nadszedł dziwny okres mojego życia, ten czas graniczny – tuż przed porodem. W niedzielę mam odstawić leki i zobaczymy czy Tygrysek zechce od razu przyjść na świat czy też będzie wolała jeszcze poczekać. Ja bym na jej cierpliwość nie liczyła, ale przecież – choć tylko trzykilowa istota  – to już jednak własne zdanie ma. I ten pierwszy raz uczę się jej zdanie szanować.

Trudno jest mi się skoncentrować na czymkolwiek, teraz mam trudność już nawet z czytaniem gazet i newsów w Necie. Najlepiej leży mi się i wygląda przez okno – widzę głównie niebo. Myśli krążą trochę bez ładu i składu, czas mija w niezbyt produktywny sposób, ale mnie to w tej chwili uszczęśliwia.

Fizycznie nie czuję się ciążą umęczona – mogę spać, brzuch wcale nie jest duży, zgaga dokucza, ale w sposób do przeżycia. Jasne, trochę się toczę i sikam częściej niż najbardziej liberalne ustawy przewidują, niemniej jednak nie mam z tym jakiegoś wielkiego problemu.
Bardziej dokuczliwe jest powolne poruszanie i ogólna ociężałość, niezbyt zgodne z tym jak działam normalnie – choć Big B uważa, że jestem POWOLNA! Jeśli tak, to teraz musiałam już zastygnąć całkowicie w jego oczach.

Jestem nerwowa.
Zdrobnienia w stylu „maluszka”, „dzidziusia”, „dzidzi”, „brzuszka” sprawiają, że zalewa mnie krew. Naprawdę. Nie potrafię opanować tężejącego głosu. Wpadam w szał. Urodzę dziecko, a nie „dzidzię”. Brrr.

Boję się porodu. Nie bólu, bo o tym w ogóle nie myślę, tylko samego wydarzenia.
Jak to jest?
Czy wszystko będzie w porządku?
Kiedy się zacznie?

Poród przekracza granice mojej wyobraźni.
Na nic mi opowieści i dobre rady, bo ona dotyczą tego, co działo się z ciałem, a nie tego, co działo się z głową.
To, co dzieje się z ciałem jest prostsze do wyobrażenia; to, co w głowie – całkowicie nierealne. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak będę się czuła.
Chyba nawet nie chcę słuchać innych porodowych historii, na nic mi one, tylko mętlik w głowie większy.

Czuję się trochę jak w kokonie.

pikfe

Po powrocie ze szpitala.

22 marca, 2011

Dzień dobry.

Nie musiałam uciekać, wypuścili mnie 🙂 Nawet nie musiałam przesadnie błagać, tylko obiecać, że będę grzecznie leżeć – nie wychodzi mi to do końca – i brać lekarstwa – co szczególnie trudne nie jest.

I tak od czwartku jestem w domu i szaleję z tego powodu ze szczęścia.

Dom pięknie pachnie, w odróżnieniu od szpitalnych korytarzy i pokoików.

Cudownie jest budzić się i słyszeć za oknem śpiew ptaków.

Fantastycznie jest, kiedy pierwszą osobą, którą się widzi jest Big B, a nie pani położna z termometrem i aparatem do mierzenia ciśnienia.

Dni są monotonne, ale to jest już tylko moja monotonia, bez telewizyjnych gwiazd i szalonych przyszłych matek 😉

*     *

*

I wyznaję teraz, że mnie szaleństwo też już lekko dopadło. Zaczynało się w szpitalu, ale tam nie miało szczególnie wielkich możliwości, żeby się w pełni rozwinąć. Za to w domu…

Z tym wiciem gniazda to prawda! Mogłabym (ale cóż, kiedy nie mogę) całe dnie układać, przekładać, porządkować, segregować, przekładać, przestawiać, przebierać, dopasowywać, układać…

Dobrze też, że są sklepy internetowe i że większość rzeczy mogę zaplanować i kupić sama. Poczytać opinie, poczytać o nowościach, podziwić się trochę: co też można dla dziecka kupić szokującego, także w cenie.

Poza tym ciąża wreszcie zaczęła sprawiać mi prawdziwą radość. Dobrze się z nią czuję. Miło mi i radośnie. Mogłaby się nawet nie kończyć! Smutek tylko, że muszę tak leżeć… Bo nie mam wielkiego brzucha, nie jestem opuchnięta i wymordowana. Jasne, brzuch trochę mi przeszkadza, ale wcale nie bardzo.

I naprawdę rozpiera mnie energia, Big B musi pilnować, żebym wracała do łóżka, a ja mam ochotę na… mycie kuchni…

Śpię świetnie, mam apetyt, a za bardzo nie tyję, dobrze się ze sobą czuję. I z Małą też dobrze się czuję.

Oby tak do końca 🙂

pikfe

 

Zmiana.

16 marca, 2011

Dzień dobry.

Jeśli jutro nie wyjdę z tego szpitala, to ucieknę. Mam taki zestaw w pokoju, że kurwa nie daję rady. Nie mam poczucia wyższości, ale jeszcze trochę tu poleżę i przysięgam, że mogę nie uniknąć jego wykształcenia.
Jak już kurwa napisałam, bluźni się; siorbie się i mlaska się; gapi się w telewizor; naturalnie narzeka się. Nie miałam jeszcze tak głośnego, wulgarnego i męczącego towarzystwa w pokoju.

Co telefon, to dzwonek bardziej szpanerski i obowiązkowo bardziej głośny. To chyba punkt honoru. Książka lub gazeta codzienna plasuje od razu na czymś w rodzaju planety Mars. W dodatku nie oglądam telewizji. I nie dokładam się w związku z tym. Ufo normalnie.
(Operatorze Telewizji Szpitalnej, dzięki Ci za zlikwidowanie promocji dzień za dwanaście złotych! Sugerowałabym podniesienie stawek. I tak wrzucą.)

Nie nadaję się tu z moją obecną wrażliwością.

Dzieje się coś dziwnego.
Coś, co całkowicie wymyka się opisowi i coś, czego nigdy nie doświadczyłam.
Potrzebuję ciszy. Banał życia mnie mierzi.
Czuję się tak, jakbym do końca się nie obudziła; jakbym do końca nie uczestniczyła w świecie.
Jakbym szła jakąś drogą wbrew mojej woli, a świat się zmieniał.
Siedziałam dziś w oknie i wyglądałam na ulicę oczekując tej zmiany, jakby miała nadejść, jakby musiała nadejść.

ZMIANA.

To jest słowo klucz.
Nie wiem, ja się zmieniam? Świat się zmienia? Rzeczywistość się zmienia?
Nie potrafię tego opisać.
Nigdy tego nie czułam.

Czuję się wyizolowana. Jakby wydestylowana, jakby nic ze mnie miało nie zostać, a jednocześnie jakbym nigdy wcześniej nie była bardziej sobą, jedną sobą.

I ja się do mojego zestawu pokojowego, kurwa, nie nadaję.

pikfe

Smutno.

3 marca, 2011

Dzień dobry.

To nie jest sprawiedliwe.

Chciałabym móc cieszyć się z ciąży. Pokazać się, pokazać brzuch.
Założyć jakąś ładną sukienkę i wybrać się na spacer do parku albo do muzeum; iść na obiad do restauracji; może kupić coś dla Małej.
Chciałabym wyjść na dwór.
Chciałabym przestać się denerwować i odliczać dni, które muszę jeszcze wytrzymać.

Jest mi smutno, że siedzę w szpitalu jak taka zewłoczka, bo coś jest nie tak, jak być powinno, ale tak naprawdę to nikt nie zna przyczyn. Jest mi smutno, że nie mogę rozkwitnąć w tej ciąży, a własnie teraz – kiedy noszę tylko piżamy i spaceruję, oby nie za dużo, po szpitalnym korytarzu, mam na to ochotę.

Bo ja się cieszę. Polubiłam swój brzuch, nie przytyłam, jak się tego obawiałam. Poza drobnymi mankamentami, podoba mi się jak wyglądam; podoba mi się, jak się czuję. Chciałabym móc to afirmować całą sobą – uśmiech jest, ale chętnie dodałabym fajny ciążowy ciuch, słońce, wyprawę, niech będzie nawet bliższą niż dalszą.

Jest mi smutno, że nie mogę – a ze mną Big B i wszyscy inni – doświadczyć ciąży jako czegoś naprawdę fajnego, radosnego oczekiwania, czasu kiedy w jakimś tam sensie rozkwitam pełnią swojej kobiecości.

Jest mi smutno, że nie jest mi to dane.

pikfe

Wiadomości z frontu ciążowego.

25 lutego, 2011

Dzień dobry.

Nie jest źle.

Leżeć mam, jak do tej pory, czyli wcale nie mało. Leki brać. Powinno być dobrze. Do końca 34. tygodnia 34 dni.

Po silniejszych lekach przeciwskurczowych czuję się zdecydowanie lepiej, nawet uderzyliśmy do CH, gdzie kupiłam sobie ciążowe spodnie, dżiny z elastyczną taśmą. Chyba nigdy nie cieszyłam się tak bardzo ze spodni – nie dlatego, że to jakiś mega- szpan, tylko dlatego, że już naprawdę nie miałam co na siebie włożyć, a teraz nawet nie muszę się zastanawiać. Mam bardzo wygodne spodnie 🙂 I tak człowiek z małych głupot się cieszy.

Córka jest wielka, mieści się gdzieś pomiędzy 31. a 33. tygodniem, ale wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Dziedzictwo rodziny ojca… wygląda więc na to, że urodzę giganta i to już raczej nie naturalnie.

Wolałabym rodzić naturalnie. Zdecydowanie. Zawsze chciałam wiedzieć, jak to jest.

Poza tym w trakcie porodu naturalnego boli w trakcie, a potem już jakoś daje się radę, raz- dwa i człowieka wypisują ze szpitala. Po cesarce – wiadomo. Boli przede wszystkim potem, a szpitalu się leży, zamiast cieszyć się już wreszcie domem i dzieckiem. Nie lubię leżeć w szpitalu.

W dodatku będzie wiosna. Leżeć w szpitalu wiosną?

No, ale jeśli ona dobije do pięciu kilo (tak uważa lekarz; ja osobiście uważam, że urodzi się wcześniej – mamy taki deal, że w Wielki Czwartek, to będzie akurat 37. tydzień, ciąża donoszona) to raczej nie zdecyduję się na poród naturalny.

Ja jak po wybuchu miny (jestem dość drobna), dziecko z połamanymi obojczykami, oboje na skraju wyczerpania? Chyba jednak daruję nam tę wątpliwą przyjemność.

W tym miesiącu będziemy kupować wózek… to jest wielka dziedzina ludzkiej wiedzy 😉

No, ale jak tu kupować ubranka?! W dziale dla starszych dzieci? 😉

pikfe

Jest nieźle.

2 lutego, 2011

Dzień dobry.

Nie za bardzo chce mi się pisać ostatnio, choć mam już materiały do sześciu postów… Łóżko rozleniwia. Rozwala momentami.

Byłam u lekarza.

Mówił, że jest w miarę dobrze, ale nadal mam funkcjonować nie więcej niż dwie godziny bez przerwy, co dla mnie czasem jest i tak zbyt dużym wysiłkiem.

Wytłumaczył mi też, jak to jest ze skracaniem się szyjki (i że między innymi dlatego powinnam leżeć) i odkryłam coś niesamowitego – ja o krótkiej szyjce nie wiedziałam, ale mój organizm – i owszem. Przed pozycjami, które po wczorajszej rozmowie okazały się dla mnie niewskazane, instynktownie broniłam się od dawna! Cały czas odciążałam szyjkę, nawet nie wiedząc, że to robię.

To mnie naprawdę zafascynowało. Szkoda, że człowiek nie ma możliwości wejrzenia do swojego mózgu i zobaczenia, co też się dzieje. Przecież na jakimś mózgowym poziomie ja o tym wszystkim wiem, tak? Tyle tylko, że ten poziom jest dla mojej świadomości całkowicie niedostępny.

Poza tym mam szczęście, że w tej kwestii mam warunki, żeby móc swojego organizmu -nawet nieświadomie słuchać.  Wiecie już, że troska i Big B idą razem w parze.

Mam gorsze dni, mam i lepsze. Najważniejsze jest, żebyśmy wytrzymały (uwaga, uwaga – po raz pierwszy mówię w liczbie mnogiej. Mam nadzieję, że po porodzie nie odbije mi całkowicie i nie będę mówiła „zrobiłyśmy kupkę”…) do końca trzydziestego czwartego tygodnia, co wypada dopiero trzydziestego pierwszego marca. Taki mamy z lekarzem deal, tak więc trzymacie kciuki.

pikfe

Znowu bez szału, ale i bez tragedii.

18 stycznia, 2011

Dzień dobry.

Nie odzywałam się w ostatnim czasie zbyt wiele, ponieważ tak się jakoś pechowo złożyło, że znowu wylądowałam w szpitalu, tyle, że tym razem w innym. I chociaż opinia nie ciągnie się za nim zbyt dobra, ja jestem bardziej zadowolona niż wtedy. Wygląda na to, że sytuacja jest już opanowana, tfu-tfu odpukać, więc może pod koniec tygodnia wyjdę.
Oczywiście, zupy no-nejmy, kiełbasa na śniadanie… ale do przetrwania, jak Big B jest duuuuużo bliżej i dwa razy dziennie aprowizuje.

Tym razem najbardziej denerwują mnie pacjentki.

Ogólne narzekanie. (I ja rozumiem, że polska służba zdrowia jest tworem, który w sumie lepiej mijać z daleka. To akurat wszyscy wiemy, tu chodzi o coś innego.)

Że w kiblu brudno – no, ale trudno, żeby salowa za każdym razem spuszczała wodę. Bo woda w toalecie sama się nie spuszcza, a i śmieci same do kosza nie wpadają! Jak ma być czysto, skoro nawet pacjentki nie dbają, żeby spuścić wodę w toalecie? I tak, czystość to nie jest najmocniejsza strona tego oddziału, ale salowa poinformowała nas, że niestety na środki czystości brakuje funduszy… Ale żeby wcisnąć spłuczkę żadnych funduszy nie trzeba.

W naszej sali ciekło z umywalki, coś się stało z uszczelką w syfonie. „No tak! Zaleje nas tutaj”, „Chyba torbę przestawię” etc. To najłatwiej, nie? Ględzić. Trudniej wstać z łóżka i zgłosić położnej – która do cholery, nie jest narratorem wszechwiedzącym, że mamy awarię. Wstałam, poszłam, powiedziałam, dziś panowie przyszli i już woda nie cieknie. Takie cuda.

„Kontakt w łazience nie działa!”, „No tak, ONI (lekarze? położne? salowe?) się TU nie kąpią!” Ja się zatem pytam- to skąd mają wiedzieć, że kontakt nie działa? Palec tam codziennie wkładać? Swoją drogą – trudno, żeby się kąpali…
Oczywiście, zgłosiłam, zobaczymy, czy przyjdą jacyś magiczni panowie i naprawią.

Postanowiłam zasponsorować też słuchawkę do prysznica (-+ 30 zł). To akurat przykre, że ona nie działa i na cały (dość mały, ale zawsze) oddział jest jeden prysznic, ale już wolę to niż narzekanie. Big B dostarczy słuchawkę, panowie zamontują, po sprawie. Wiem, że to nie powinien być problem pacjentów, a tym bardziej nie powinni się angażować w takie akcje z tego prostego powodu, że takie sytuacje jednak nie powinny mieć miejsca, ale od tego narzekania uszy mi puchną… 🙂 Może mniej będą puchły, jak na oddziale zapanuje ogólne podniecenie, że jest nowa słuchawka 🙂 Ja się nie przyznaję. Tylko tutaj, gdzie przy okazji trochę ponarzekałam:)

pikfe