Posted tagged ‘mały kot’

Kocięta.

Październik 16, 2010

Dzień dobry.

Dla naszych sześciu kotków rozpoczął się już trzeci tydzień życia i bardzo szybko rosną.

W pierwszym tygodniu, razem z mamą, wyglądały tak…

I z bliska.

Zbyt interesujące to one jeszcze nie były: głównie spały i jadły lub też jadły i spały. Od czasu do czasu któryś popiskiwał. Największa różnica: w wadze i wzroście. Wyraźnie się zmieniły: brzuchy im się ponapełniały i rosły z dnia na dzień.

Pod koniec pierwszego tygodnia zaczęły otwierać oczy, przy czym to nie jest tak, że nagle widzi się kocurka z pięknymi, niebieskimi ślepiami. Z początku kocie powieki są mocno zaciśnięte, a z czasem się rozluźniają, także, że wyglądają, jakby kot miał po prostu zamknięte oczy. Po jakimś czasie oko lekko się uchyla, przy wewnętrznym kąciku pojawia się dziurka i ona z biegiem czasu spokojnie się rozkleja. Nie od początku też kocie oczy są błyszczące: najpierw wyglądają jakby zaszły mgłą.

Kiedy zaczęły otwierać oczy, Dziewczynka zażądała, żeby przenieść jej dzieci do przykrytego od góry kartonu. Nie, nie, nie to, że ona sama się tym zajmie (nie za bardzo umie). Wyszła z kartonu jeden, zaczęła się drzeć, położyła przed kartonem dwa, drąc się ciągle i kiedy eksperymentalnie przełożyłam tam jednego kociaka, wlazła do środka i zaczęła mruczeć.

Trzeba umieć się w życiu urządzić.

Jutro jeszcze o kotach więcej.

pikfe

 

Poród w rodzinie.

Październik 3, 2010

Dzień dobry.

Nie pisałam o tym wcześniej, ponieważ na początku nie mieliśmy zarówno pewności, jak i Internetu, a potem – kiedy pojawił się brzuch – tylko Internetu. No, a potem czekaliśmy do rozwiązania.

Nasza kotka, Dziewczynka, była w ciąży i urodziła sześć kociąt nad ranem pierwszego października.

Nie planowaliśmy mieć małych kotów, choć – jak to bywa w przypadku wpadek – nie zachowywaliśmy się też zbyt odpowiedzialnie. Jedna ruja na wsi przeszła spokojnie, nie pojawił się żaden adorator, więc w czasie drugiej wypuszczaliśmy Dziewczynę na dwór i któregoś dnia spostrzegliśmy adoratora w skrzyniopaletach, razem z naszą kotką. Ich bzykanie zakończyło się sukcesem, bo po powrocie z wakacji u kotki objawił się brzuch. A potem już tylko rósł, aż Big B mówił, że kotka idzie na rekord i że będzie dziewięć 😉

Zrobiliśmy jej gniazdo z kartonu i ona zaakceptowała to miejsce, bo trochę tam polegiwała. W ostatniej fazie ciąży już prawie nie wychodziła na dwór (nie chciała), leżała głównie na boku i dyszała, wyraźnie zmęczona.

Zwykle zwinny i skoczny kot z trudem właził na parapet.

Zaczęło się trzydziestego września po południu – kotka zawołała nas do gniazda, chciała, żeby przy niej siedzieć i ją głaskać, tak więc siedziałam i siedziałam, ale to był tylko fałszywy alarm. Po jakimś czasie znowu się uspokoiła, ale tylko po to, żeby obudzić nas o trzeciej nad ranem swoim piskiem i drapaniem w drzwi. Zaczęła już plamić, a odOlinusa Prime wiedzieliśmy, że to początek porodu; zresztą ona od razu zaprowadziła nad do swojego kartonu i zaczęła mieć najzwyklejsze na świecie bóle parte.

Pierwszy poród był najtrudniejszy – kotek zaczął rodzić się ogonkiem (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że u kotów to normalne i zaczęłam strasznie panikować, ale na szczęście jest Big B i Internet; choć podobno – w innych  źródłach podali – taki poród może zakończyć się śmiercią, jednakże zdarza się to bardzo rzadko) i długo to wszystko trwało, prawie czterdzieści minut. Bolało ją chyba jak jasna cholera, bo darła się okropnie.

W końcu, o trzeciej trzydzieści dziewięć urodził się pierwszy kotek.

Chwilę po urodzeniu nie wyglądają najlepiej, jak takie małe obce. Kotka jednak zaraz zjada worek owodniowy, przegryza pępowinę i zjada łożysko (co o dziwno nie było dla mnie obrzydliwe).Na temat zjadania łożyska czytałam różne rzeczy – być może obydwie są prawdziwe: że kotka zjada je, żeby mieć zapas energii i móc zostać ze świeżo narodzonymi kociakami w gnieździe; że zjada je instynktownie ze względu na dużą zawartość oksytocyny, hormonu, który stymuluje wytwarzanie mleka i wzmacnia instynkt macierzyński.

Olinus Prime zbiła teorie jednym celnym zdaniem: To po co Siódmy je zżerał?!

(To była druga ciąża Dziewczynki, przy pierwszej asystowała Olinus Prime, Kubatron i Siódmy właśnie. I właśnie wtedy zjadł łożysko. Widocznie smaczne).

Potem koty rodziły się podręcznikowo – mniej więcej co trzydzieści minut – o czwartej dziewięć (kot cały czarny, z białym czubkiem ogona), o czwartej trzydzieści sześć (cały czarny) i o czwartej pięćdziesiąt osiem (z białym podgardlem). Trochę musieliśmy jej pomagać (była bardzo zmęczona), podtykać jej kotki do mycia; trochę przy porodzie asystował Siódmy, ale bez większego entuzjazmu.

Po czwartym Dziewczyna się uspokoiła, ułożyła na boku, przestała mieć bóle parte i naprawdę myśleliśmy, że to już koniec. Big B poszedł spać, a ja zostałam z nią jeszcze. I dobrze.

Za dziesięć piąta znowu zaczęła mieć bóle parte, znowu zaczęła się wydzierać i bardzo szybko i sprawnie w przeciągu kwadransa urodziły się dwa kolejne – jeden z białymi skarpetami i ostatni cały czarny.

Z ostatnim przez chwilę było dramatycznie, ponieważ… urodziła go do połowy (łepek został w środku), pozbyła się worka, umyła i straciła zainteresowanie dalszym rodzeniem, a tu łapki wierzgały, więc mocno musiałam ją zmobilizować do ostatniego wysiłku, a ona naprawdę miała już dosyć.

Ostatecznie skończyło się na sześciu ślicznych, żywych kotach.

Pierwszego dnia po porodzie wyglądają już bardzo ładnie, chociaż oczywiście są ślepe i nawet nie mogą ustać na łapach.

Dziewczyna jest bardzo ufna, można je na chwilę wyjąć z kartonu.

Inna rzecz to smutny los naszej kotki – ciągle leży, jak uwiązana, w kartonie. Myje je, liże, karmi praktycznie bez przerwy. Wyszłaby na dwór, ale dalej niż na parę kroków się nie oddali, instynkt zabrania.

Widać po niej, że jest udręczona. Jak tylko może, ucieka z kartonu, ale przecież ma ich sześć, któreś budzi się co chwila, więc ona zaraz musi wracać.

A przedtem było pięknie – wychodziła na całe dnie z domu, jadła myszki, wylegiwała się w trawie. Jednym słowem – robiła, co chciała i ograniczały ją tylko pory karmienia

Ciężki jest los matki.

Ojej.

pikfe

P.S. Teraz o małych kotach będę często pisać, bo to niezła zabawa będzie 🙂