Posted tagged ‘małe koty’

Koniec historii z kocurkami.

Luty 17, 2011

Dzień dobry.

Dziś Światowy Dzień Kota. Długo zastanawiałam się, co napisać. Mam kocią bibliotekę, mam kocie przemyślenia, wreszcie mam kocie anegdoty.

Ale nie lubię pisać na zadany temat. Nie napisać jednak o kocie w jego dzień? Napiszę. O naszych kocurkach, i będę tak jeszcze pisała przez dni cztery.

Już jakiś czas temu wydaliśmy kocurki.

Dwa maluchy poszły już w listopadzie, a pozostałe cztery były z nami dość długo, bo aż do dwudziestego stycznia – miały trzy miesiące i dwadzieścia dni. Poznaliśmy lepiej Białego Ogona, (naszą, w odróżnieniu od Uialowej) Pisku, Szatana i Białą. Z początku malutkie i bezproblemowe…

… z czasem rosły. Miały swój pokój, w nieurządzonej jeszcze łazience na dole. Nie wychodziły stamtąd, zresztą początkowo wcale nie miały dużego zapotrzebowania przestrzennego. Big B przyniósł im korzenie drzew, szalały jak szalone.

Drzwi zastawiliśmy kartonem, w którym spały. Początkowo z niego nie wyskakiwały, a potem się nauczyły. Na szczęście NAJPIERW nauczyły się załatwiać w kuwecie.

Powoli zaczynały aneksję domu. Dół. Kanapa. Fotel. Schody. Góra. Stłuczona lampa.

To była niezła banda.

Rosły coraz bardziej,  ich charaktery kształtowały się coraz wyraźniej.

Obserwowanie ich dorastania było prawdziwą przyjemnością, bywało, że nie potrafiliśmy oderwać od nich wzroku. I mogliśmy się z nich śmiać, małe koty nie są jeszcze tak wyczulone na swoim punkcie.

Nie powiem, coś tam poniszczyły – lekko obdrapały krzesła, nadszarpnęły nieco obicie kanapy (mamy koty, jesteśmy przewidujący: obicie jest wymienne), skatowały krzesło komputerowe Big B, ukradły podkładki pod talerze i przeznaczyły je na… drapaki. Poza tym były naprawdę grzeczne: żadnego załatwiania się poza kuwetą, drapania mebli, gryzienia czego popadnie.

No… z choinką szalały, dlatego od dołu była rustykalna 🙂

Niestety, nie trafiły z różnych przyczyn do domu, do którego chciałam, żeby trafiły. Były już duże, kocica zaczynała je odpędzać, a Siódmy zaczął znikać z domu – wyraźnie było widać, że ma dość tej hałastry.Moje własne koty cenię ponad inne. Poza tym Big B zaczynał dostawać szału.

One też. Za dużo kotów na jeden Domek.

Nie mogłabym uszczęśliwić sześciu kotów.

Musieliśmy je oddać.

Ale to już inna historia.

Od lewej: Biała, Biały Ogon, Nasza Pisku Pisku, Szatan.

Mam nadzieję, że jest im dobrze.

pikfe

Śnieżna sobota.

Grudzień 11, 2010

Dzień dobry.

Co tu dużo gadać, znowu nas zasypuje. Przy czym – co już wiadomo – my w gruncie rzeczy się z tego cieszymy.

Jeśli chodzi o prezenty w tym roku, to szczerze mówiąc nawet nie wiem od czego zacząć. Poprzednio jakoś nieźle nam szło, zwykle wyrabialiśmy się przed czasem ( i – mam nadzieję – nie dawaliśmy rzeczy, które potem obdarowani sprzedawali na allegro za złotówkę, bo nikt więcej nie chciał dać), a teraz jest ciężko. Ja jestem trochę uziemiona w domu – miałam wybrać się Do Miasta w tym tygodniu, ale pech chciał, że ciało wybrało się do szpitala. A znowu załatwiać wszystko na wariata w jeden dzień?

Tymczasem Święta tuż, tuż.

Dziś małe koty urządziły sobie pływalnię w misce z wodą, co oczywiście zakończyło się wylaniem wszystkiego na podłogę. Big B doprawił potem herbatą z sokiem malinowym…

Sikorki nadal się nie pojawiają – choć Big B twierdzi, że jedzą wtedy, kiedy my nie patrzymy. Bandyta oczywiście wmiata wszystko, co mu damy, a Siódmy – o dziwo! – częściej wychodzi na dwór, ale i tak za mało. Jest ogólnie dużym kotem, ale weterynarz ostatnio go zważył i … może powinnam przyjmować zakłady?

Pięć kilogramów i czterysta gramów. Bestia, co? Tutaj razem z Białą.

Małe koty za to rozkochały się w filetach z kurczaka i dzięki za to, bo wychodzi taniej niż karma w saszetkach, a jest i bardziej treściwe. Z różnych whiskasów i perfect fitów po wyschnięciu zostają takie malutkie, czarne skwareczki.

Podejrzewamy projektanta tego fotela (na którym śpią koty)  o posiadanie kota i skryty zamach na klientów poprzez zaprojektowanie fotela dla kotów, sprzedawanego potem jako fotel dla ludzi 😉

Swoją drogą, tłuszcze Siódmego widać tu całkiem dobrze.

Oglądałam ostatnio sporo zdjęć Ze Wsi, z lata, z wiosny… pamiętacie, jak zielono tu było? Ponieważ to też jest wpis z serii „taki zwykły dzień” odsyłam tutaj.

Sad wygląda teraz nieco inaczej.

Od kiedy mieszkam Na Wsi dużo bardziej odczuwam zmiany pór roku. Nie tylko wiosny na lato i lata na zimę, ale też wczesnej wiosny na trochę późniejszą, nie mówiąc już o jesieni. Kwitną inne rośliny, inne jest światło słońca, inne są dni i noce. Inne ptaki śpiewają.

Czeka się na kwitnienie, potem na zawiązywanie i na opad czerwcowy. Każdego dnia obserwuje się pogodę, czy aby nie grad, czy aby nie za sucho. Każdego dnia jabłka są większe, aż do samych zbiorów na jesieni. Człowiek patrzy potem na marniejące liście, aż do zimowej golizny drzew.

Teraz, po obejrzeniu tych zdjęć z lata, brakuje pięknej lipy i zielonej trawy, doniczek i  skrzynek z kwiatami.

Właśnie tam mieszka Bandyta. Siedzi sobie czasem za dnia w tym okienku i spogląda na podwórko.

Trzymajcie się ciepło w śnieżną sobotę.

pikfe

Mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrau.

Grudzień 2, 2010

Dzień dobry.

Nie pisałam zbyt dużo o moim ośmiu kotach, a dwa już wydaliśmy. Mają już ponad osiem tygodni, są wielkie (jeden waży prawie kilogram… ich matka dwa siedemset), czas odciążyć trochę zabidzoną kocicę.

Oczywiście, że jest mi ciężko, choć przecież wiem, że trafią w dobre miejsca. Ale oddać sześć kocurków? To dla mnie jest jednak przeżycie.

Na dwa maluchy przyjmujemy jeszcze zapisy 🙂

Nie mam prawie zdjęć – nie umiem robić zdjęć kocurkom. Cały ich urok tkwi w ruchu – kiedy uczą się tego wszystkiego, co dla dorosłych kotów jest naturalne. Można siedzieć i patrzeć, godzinami.

Kiedy bawią się w wojnę i biegają wygięte w pół, na paluchach, pokraczne.

Kiedy gonią się i nie wyhamowują albo biorą zakręt dużym łukiem.

Kiedy spadają ze schodów, bo magiczna siła, która jest zawsze obecna w domu, w którym są małe koty, odpycha je do tyłu.

Mam filmiki. Też nie są zbyt świetne, ale może coś tam uda się Wam dostrzec.

Teraz tytułowy tupot małych nóżek (łapek) – jeden z najpiękniejszych dźwięków. Tak to jest, kiedy pod podłogą jest trochę wolnej przestrzeni.

Zapasowy link do filmiku, który nie chce się załadować.

Teraz wiem, że szczytem szczęścia dla kota nie jest ciepła kanapa, tylko chłód wolności na dworze. Nie jestem przekonana, że Siódmy wolałby zawsze siedzieć na dworze (jak sądzi AardvarK), on jednak jest wychowany w domu i lubi ciepło fotela oraz swoje miejsca, ale  cieszę się, że moje małe koty trafią w miejsca, gdzie nie będą zamknięte w czterech ścianach. Teraz może podoba im się kanapa…

Zapasowy link do filmiku, który nie chce się załadować.

… ale w przyszłości pewnie będą wolały bawić się na starych pieńkach albo leżeć na polu albo buszować na jakimś strychu. Zdaję sobie sprawę, że pewnie nie dożyją sędziwego wieku, ale patrzę na Siódmego i wiem, że on za nic w świecie nie zamieniłby dworu na parę lat w zamknięciu.

Kotka i tak za jakiś czas zaczęłaby je wywalać, więc ich szczęście w Domku i tak zaraz by się skończyło. Najgorsze jest to, że Dziewczynka nie za bardzo chce uczyć je polować. Nie przynosi do domu nic pół żywego (a już nawet doszliśmy do wniosku, że byśmy jej pozwolili na krwawą lekcję w sieni, gdzie mysz nie ucieknie, a ślady krwi można umyć mopem), tylko od czasu do czasu udostępnia swój ogon.

Zapasowy link do filmiku, który nie chce się załadować.

Nie wiem, czy nauki matki mają wielkie znaczenie. Fakt faktem, że Siódmy niczego nie był uczony (osierocony) i ptaka raczej nie złapie – w przeciwieństwie do Dziewczyny – niemniej jednak jest seryjnym mordercą myszy (których swoją drogą nawet nie zjada).

Naprawdę lubię koty, a nasze małe są w gruncie rzeczy bezproblemowe. Ani razu nie załatwiły się poza kuwetą (!!!), pojętnie uczą się, że kabli się nie gryzie i na stół się nie wchodzi. Jasne, troszkę masakrują krzesła (na szczęście nie są to zbyt designerskie krzesła), ale pazurki ostrzą na konarach, które Big B im przyniósł.

Tupot małych nóżek (wcześniej sztuk dwadzieścia cztery, a teraz szesnaście) rules 😉

pikfe

Kocięta.

Październik 16, 2010

Dzień dobry.

Dla naszych sześciu kotków rozpoczął się już trzeci tydzień życia i bardzo szybko rosną.

W pierwszym tygodniu, razem z mamą, wyglądały tak…

I z bliska.

Zbyt interesujące to one jeszcze nie były: głównie spały i jadły lub też jadły i spały. Od czasu do czasu któryś popiskiwał. Największa różnica: w wadze i wzroście. Wyraźnie się zmieniły: brzuchy im się ponapełniały i rosły z dnia na dzień.

Pod koniec pierwszego tygodnia zaczęły otwierać oczy, przy czym to nie jest tak, że nagle widzi się kocurka z pięknymi, niebieskimi ślepiami. Z początku kocie powieki są mocno zaciśnięte, a z czasem się rozluźniają, także, że wyglądają, jakby kot miał po prostu zamknięte oczy. Po jakimś czasie oko lekko się uchyla, przy wewnętrznym kąciku pojawia się dziurka i ona z biegiem czasu spokojnie się rozkleja. Nie od początku też kocie oczy są błyszczące: najpierw wyglądają jakby zaszły mgłą.

Kiedy zaczęły otwierać oczy, Dziewczynka zażądała, żeby przenieść jej dzieci do przykrytego od góry kartonu. Nie, nie, nie to, że ona sama się tym zajmie (nie za bardzo umie). Wyszła z kartonu jeden, zaczęła się drzeć, położyła przed kartonem dwa, drąc się ciągle i kiedy eksperymentalnie przełożyłam tam jednego kociaka, wlazła do środka i zaczęła mruczeć.

Trzeba umieć się w życiu urządzić.

Jutro jeszcze o kotach więcej.

pikfe

 

Koty, które były i koty, które są. Część dziesiąta.

Kwiecień 23, 2010

Dzień dobry.

Jeszcze trochę tych kocich historii zostało, a na dziś kotka, z którą mieszkałam, zanim wyprowadziłam się Na Wieś.

Pamiętacie może szarą z książki Doris Lessing O kotach? To jest właśnie nasza Pisku – Pisku. Szara tarzała się demonstracyjnie po łóżku, ziewając, myjąc się, mrucząc: kotka- faworytka, kotka – królowa, miłościwie nam panująca z racji swojej siły i urody.

Pisku – Pisku nie jest tak piękna, jak szara, w gruncie rzeczy jest nawet dość pospolita, jest jednak głęboko przekonana o swojej wyjątkowości.

Pisku to córka Oliwki i jakiegoś wiejskiego kocura (patrz: kocie drzewo genealogiczne poniżej). Pierwszy raz zobaczyłam ją jako małego kociaka.

Początkowo Oliwka trzymała małe – będąc zapobiegliwą i doświadczoną matką – w starych kartonach na jabłka w pomieszczeniach gospodarczych, zamykanych, a więc bezpiecznych, co na wsi – pełnej psów czy lisów – ma ogromne znaczenie. Mimo tego to właśnie tam Pisku – Pisku po raz pierwszy otarła się o śmierć. Przyszliśmy któregoś dnia z Big B do kotków i zamiast pięciu, znaleźliśmy tylko cztery. Ponieważ wydawało mi się, że słyszę cichutkie miauczenie, przeszukaliśmy okoliczne kartony, ale kota nie znaleźliśmy, a miauczenie ustało. Kartony były ustawione jeden na drugim, w sześciu czy ośmiu rzędach w wąskim korytarzu. Po bokach miały jedynie dziury służące za uchwyty. Doszliśmy do wniosku, że tak mały kot nie mógł przejść dalej niż do trzeciego rzędu kartonów, więc zostawiliśmy kociaki w nadziei, że ten piąty (ta piąta) jakoś się odnajdzie.

Nie odnalazł się. Kiedy poszłam tam następnego dnia w kartonie nadal były tylko cztery kocięta, ale tym razem upewniłam się, że coś na pewno cicho popiskuje. Oczywiście, kiedy tylko zaczęłam metodycznie, jeden po drugim, przekładać kartony, mały kotek ucichł ze strachu. W końcu znalazłam ją, w przedostatnim rzędzie, wbitą w róg kartonu, z mordką całą w pajęczynie.

I Pisku – Pisku taka pozostała – nadal jest ciekawska do bólu i bardzo mało strachliwa. Kiedy wywali papierowy ręcznik, próbując dostać się do kuchennego wiatraka, spojrzy rozumnie – zamiast uciekać, jak Lisz – i umyśli sobie w tym małym łebku, że można na ten rulon wejść i sięgnąć wyżej. Kiedy zwali donicę z kwiatem, co normalnego kota zmusza do spryszczania z miejsca zbrodni, przyjrzy się obojętnie i stwierdza, że ta kupka ziemi jest wprost idealna, żeby na nią nasikać.

Potem, kiedy małe były już starsze, Oliwka przeniosła je w kołki do drzewek. Miejsce było idealne – małe były na dworze, uczyły się polować, ale jednocześnie mogły – dosłownie w sekundę – znaleźć idealne schronienie w kupie tych kołków. I całe dnie szalały.

I ze swoim rodzeństwem, nad michami.

Z tego okresu pochodzi też jedno ze zdjęć Pisku – Pisku, które najbardziej lubię.

Później Pisku – Pisku trafiła Na Działkę, razem z dwoma innymi kotami z tego miotu. Jeden poszedł do ludzi, a drugiego wziął/ wzięła (ja nie wiem, jak mam teraz pisać… Owca była prostsza) Olinus Prime i został Myszowatym. Pisku – Pisku losu rozgrywały się w Maminym sercu, ale ta kotka po prostu umie zjednywać sobie ludzi.

W Domu Pisku – Pisku zdobyła serce Lisza, aby potem zając jego miejsce i stać się głównym kotem w domu, ale o tym zaraz.

Najpierw Pisku została rozpuszczona. Z kotami jest trochę tak, jak z dziećmi – pierwsze jest wychowane w największym rygorze; drugie ma już trochę odpuszczane, ale jeszcze smycz jest krótka, ale trzecie… to jest zawsze zepsucie w stosunku do dwóch pierwszych 😉 I tak samo stało się z Pisku. Pisku mogła to, czego nasze wcześniejsze koty nie mogły, przynajmniej niepublicznie. I tak teraz, razem z Liszem, urządzają sobie zabawę zjeżdżania ze stołu na obrusie „kto dalej”. Poza tym człowiek dla kota zawsze powinien mieć czas i to jest naprawdę bardzo źle, kiedy go nie ma. Zresztą, „nie mieć czasu dla kota” jest pojęciem względnym, przynajmniej dla kota, który zawsze wykroi dla siebie chwilkę. Bądź dłuższą chwilkę. Albo i godzinkę.

Pisku nie jest jednak nigdy prawdziwie wdzięczna. Owszem, przestaje mruczeć, żeby zacząć gulgotać (słyszeliście kiedyś ten dźwięk? To jakby coś bardziej niż mruczenie.), ale po kociemu dba o to, żebyśmy czasem nie zapomnieli, że JEJ SIĘ TO NALEŻY.

Pisku lubi, żeby uwaga skupiała się na niej; lubi być zauważana; lubi być pieszczona. Pewnie dlatego przegania dwa razy od niej większego Lisza. Jak już pisałam, Pisku jest kotem głównym, co znaczy mniej więcej tyle, że nie pozwala biednemu Liszowi (który sam z siebie mało je) prawie w ogóle jeść. Podbiega i odpędza go od miski. Jest wredną kocicą po prostu.

W Domu Pisku drugi raz otarła się o śmierć i po raz drugi winą była jej ciekawskość i wszędobylskość. Kotka nasza wypadła z okna, prawie z trzeciego piętra runęła wprost na beton i spędziła noc na dworze. Nic się jej nie stało, poza mocno obitą mordkę i niezłym przestrachem, co jednak nie nauczyło jej zbyt wiele. Potem jeszcze raz (albo dwa?) wypadła z okna, ale już na szczęście nie z tak wysoka. I zawsze ta ciekawość jest silniejsza niż strach.

I na koniec moje ukochane zdjęcie tego kota, zrobione przez Uiala komórką.

pikfe

P.S. Chciałam wrzucić filmy, ale mam tak wolny Internet, że ten wpis pojawiłby się za życia moich praprawnuków. 😉

P.S. 2 Kocie drzewo genealogiczne po raz kolejny.

Koty, które były i koty, które są. Część ósma.

Styczeń 14, 2010

Dzień dobry.

Dziś, siłą rozpędu, napiszę o małych Oliwki, które razem z Big B ratowaliśmy. Jak może jeszcze pamiętacie, kotki zostały osierocone zanim zobaczyły na ledwo otwarte oczy człowieka, więc nasz „ratunek” musiał być dla nich wielkim stresem. Trudno mi powiedzieć, w jakim wieku były kocięta, za bardzo się na tym nie znam. W każdym razie miały już otwarte oczy, ale jeszcze same nie jadły.

Zdjęcia są z trochę późniejszego okresu ich życia.

Przenieśliśmy je z Big B do kotłowni (pod węglowym piecem było im ciepło; czasem nawet dziwię się się, że nie zrobiły się z nich kocie steki… 😉 tam naprawdę było ciepło), wzięłam tydzień wolnego od uczelni i dwa razy dziennie schodziłam do kotłowni z butlą mleka. Małe dość szybko nauczyły się któż ja i co będzie, więc wyczołgiwały się spod pieca i pędem dobiegały do moich nóg piszcząc okrutnie. Próbowały wspinać się po nogawkach, ale były jeszcze za małe, żeby te próby zakończyć sukcesem.

Kotów do wykarmienia miałam sześć. Najsłabszy, Siódmy, pojechał do Owcy, która razem ze swoim ówczesnym chłopakiem uratowała mu życie, nie śpiąc po nocach. Siódmemu należy się oczywiście osobny wpis, bo to zadziwiająca kocia historia jest.

Na szczęście jeden dość szybko (w zasadzie prawie od razu) nauczył się jeść z miski.

Drugi odmówił butelki całkowicie, z miski nie jadł, ale wykorzystałam Zośkę, córkę Oliwki, która miała swoje dwa, trochę bardziej wyrośnięte małe. Zośka nie była zbyt chętna do pełnienia roli zastępczej matki, ale tego jednego zawsze jej podetknęłam. Później trochę się przyzwyczaiła, ale zajmowała się swoimi przybranymi dziećmi jakby wbrew sobie. Nigdy nie chciała karmić więcej niż trzy koty.

Zostały cztery; cztery maluchy, które wbijały się pazurkami w smoczek i za nic w świecie nie chciały go puścić; maluchy, które trzeba było codziennie „umyć” mokrą szmatką; kotki, którym trzeba było dotrzymać towarzystwa, wygłaskać, pobawić się. Po których trzeba było posprzątać, bo jeszcze nie załapały, do czego służy kuweta. No… mieliśmy wtedy trochę roboty.

Siedziałam z nimi tydzień i sprawiało mi to ogromną radość. Z początku bardzo się bałam, że są za małe i że nie damy rady uratować wszystkich, więc rozesłałam maila, że potrzebuję opiekunów zastępczych. I choć opiekunów nie znalazłam, to przytrafiła się mi jedna z piękniejszych kocich historii. Znajomi kogoś, których nigdy wcześniej nie znałam, nawet ich nie widziałam, zadzwonili, że oni – jeśli sytuacja tego wymaga – mogą pożyczyć swoją kotkę do wykarmienia małych.

Osłupiałam.

Naprawdę osłupiałam. I odmówiłam. Gdyby koty mieszkały ze mną w mieszkaniu, pomysł byłby świetny, ale one mieszkały w garażu. Bałam się, że kotka ucieknie albo czymś się zarazi (ona była domowa) i dobro tej kotki i jej Państwa przeważyło.

Jakoś daliśmy z Big B razem radę i przeżyło wszystkie sześć (a dzięki Owcy Siódmy). Nie przekarmiałam małych, bo widziałam, że próbują jeść i pić z miseczek, gdzie miały dostęp do jadła przez cały czas. Na początku było dość śmiesznie (pewnie nie dla nich), bo ich wielkie łebki je przeciążały i koty lądowały cały pyszczkiem w mleku… Ale z czasem było coraz lepiej, coraz więcej jedzenia znikało, ale pisk, kiedy wchodziłam, wcale nie był mniejszy.

Potem, kiedy były już odkarmione, zwinniejsze i jadły zupełnie samodzielnie, wróciłam do Miasta, a Big B wystawił kotom kuwety i one oczywiście bez pudła zaczęły się tam załatwiać.

Wszystkie sześć (a właściwie osiem, bo przecież Zośka miała wtedy dwa trochę starsze) kotów (nigdy nie nadałam im imion) zostało potem wydanych na wieś i nie znam ich dalszych losów. Mam nadzieję, że te losy są dobre.

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część siódma.

Styczeń 13, 2010

Dzień dobry.

Dziś kotka Ze Wsi; kotka, której już nie ma, a z której swój początek miało wiele innych kotów, których drzewo genealogiczne zaczyna swoim skomplikowaniem przypominać drzewo rodziny Buendiów.

Ale tak, jak najpierw był José Arcadio w Macondo, tak tutaj Na Wsi była Oliwka.

Poznałam Oliwkę już, kiedy była doświadczoną wiejską kocicą – przetrwała prawie sześć lat. Codziennie rano przychodziła, razem ze swoją dorastającą wówczas córką Zośką, na poranne śniadanie pod drzwi wejściowe. Była całkowicie oswojona i zawsze wtedy, kiedy nikt nie widział, wpadała do domu, żeby trochę pobuszować.

Tutaj z córką, na porannym posiłku, wpadnięte do domu.

Oliwka nie była wysterylizowana, więc miot przytrafiał się jej raz na pół roku. Mieliśmy ją wysterylizować po ciąży, w której donosiła siedem kociaków, ale już nie zdążyliśmy.

Pamiętam, że raz Oliwka przyniosła mi koci prezent. Spostrzegłam ją z daleka i zauważyłam, że ma coś w pyszczku, więc, żeby kota pochwalić za udane polowanie, krzyknęłam, że dobry kot, upolował sobie obiad. Kot na te słowa uniósł ogon do góry i szybkim truchtem dobiegł do mnie, rzucił mi pod nogi martwego wróbla i patrzy. Konfuzja, przecież nie zjem wróbla! Na szczęście udało mi się wybrnąć kolejną porcją pochwał, z których Oliwka była bardzo rada – ocierała się o moją nogę, mruczała i patrzyła to na mnie, to na wróbla.

Odstąpiłam jej tego wróbla, podsuwając go delikatnie nogą w jej stronę, co przyjęła z zadowoleniem i natychmiast zabrała się za konsumpcję. Zjadła go całego, łącznie z nogami, nie uroniwszy nawet kropli krwi. Zostało kilka piórek. I ten zgrzyt pękającej wróblej czaszki…

Jak napisałam, z Oliwki ma swój początek cała masa kotów.

Pierwszy miot (z którego koty poznałam) przyniósł na świat Myszowatego i Pisku-Pisku, które kiedyś doczekają się osobnych wpisów. Miały jeszcze trójkę rodzeństwa – pamiętam bardzo żywotnego Alpinistę i Baryłę, które zostały wydane na wieś i których dalszych losów nie znam.

Oliwka była doświadczoną matką – jednym mruknięciem przywoływała małe koty do porządku, a kto miał kiedyś styczność z kocią mamą, która urodziła po raz pierwszy, wie, że niedoświadczone mamy nie mają wśród młodych takiego posłuchu. Młode na dość długo zostawały same, a że pogody były piękne i ciepłe, Oliwka wyniosła je z pomieszczeń gospodarczych na dwór, w słupki do drzewek. Koty były tam swobodne, mogły szaleć na palikach, a jednocześnie schować się głęboko w dwie sekundy. Przeżyło wszystkie pięć, choć lisów i drapieżnych ptaków u nas nie brakuje.

Później, o ile dobrze pamiętam, Oliwka miała wypadek – pogryzł ją podwórkowy pies, który kotów nie cierpi i zagryza bez zbędnych ceregieli. Oliwka o tym wiedziała i przez całe swoje życie z podziwu godną konsekwencją unikała psa, ale tym razem nie zdążyła uciec. Nie było mnie przy tym, na szczęście był Kacper, który opowiadał mi potem, że kiedy pies ją dopadł, kotka się poddała. Nie walczyła. Na szczęście Kacper zdążył ją uratować, ale była bardzo poraniona, w łapę i brzuch. Pomimo kuracji u weterynarzy, do końca życia utykała lekko na tylną łapę.

A potem przyszła kolejna ciąża, tym razem późnojesienna. Oliwka ukryła swoje małe znowu w pomieszczeniach gospodarczych, Big B słyszał ich piski (ja wówczas jeszcze Na Wsi nie mieszkałam), ale wiedząc, że Oliwka daje radę jako matka, specjalnie się małymi nie interesował, zwłaszcza, że – jak mieliśmy się przekonać – naprawdę były głęboko schowane.

I jeszcze zanim wyszły na świat, ich mamę, Oliwkę, tuż koło domu przejechał samochód .

Wiecie, jak ja ryczałam, kiedy wyciągałam zza starych kanap piszczące i przerażone małe? Wyjmowałam te malutkie ciałka i w sumie wyciągnęłam ich siedem, za każdym razem myśląc, że nie ma już ich mamy, ale to już inna historia.

Trudno mi opisać Oliwkę jednym słowem. Lisz to dzikus, kot aspołeczny; Pisku-Pisku jest piękną, upierdliwą egocentryczką; Fred był kotem skrzywdzonym; Esme to tchórz, a Rincewind – obżartuch. Z Oliwką nie jest mi tak łatwo, ale chyba mogłabym zaryzykować, że zachowała pełną dostojeństwa prostotę. To nie był kot, który o coś prosił, który potrzebował człowieka do przetrwania, a jednak był nasz, miejscowy, wsiowy, przywiązany.

pikfe

I na koniec drzewo genealogiczne. Wypisałam tylko „nasze” koty.