Posted tagged ‘kulturoznawstwo’

Kulturoznawca bez pracy.

Marzec 26, 2011

Dzień dobry.

Ostatnio, dzięki dość głośnej akcji GW, możemy poczytać o tzw. straconym pokoleniu, czyli o młodych ludziach po dyplomie, którzy miesiącami albo i latami bezskutecznie szukają pracy.

(Wtrącając dygresję, termin stracone pokolenie jest jednak nieco przesadny. Czemu? Można pobieżnie sprawdzić tu, a bardziej dogłębnie tutaj.)

Temat jest mi dość bliski i rozważałam go już wcześniej. O poszukiwaniu pracy i związanej z nim frustracji można przeczytać tu i tu, a moje refleksje w małym fragmencie przypomnę, a całość można odszperać tutaj.

I tak, cytując samą siebie:  Generalnie – i to kieruję do wszystkich osób, które studiują takie kierunki, jak kulturoznawstwo – trzeba robić bardzo dużo. Ja bym tak teraz zrobiła – od pierwszego roku walczyć o jakieś staże (… tylko jakieś sensowne, może najlepiej z jednego klucza?), może coś opublikować, zaczepiać się przy festiwalach, konferencjach, gdziekolwiek i … zdobywać doświadczenie, a na czwartym roku, kiedy zajęć już mniej, najlepiej poszukać sobie jakiejś bardziej stałej roboty. Ja byłam głupia i nie myślałam o tym, co będę robić po studiach (tzn. myślałam – byłam pewna, że po prostu wyjadę do Francji i … tam się zobaczy, bo na początek to przecież au-pair), a potem byłam jeszcze głupsza i poszłam na jeszcze jedne głupie studia, na których skończenie zabrakło mi cierpliwości, co było jeszcze głupsze niż pójście na nie. Wniosek jest łatwy do przewidzenia i smutno – prosty: niestety nie mądrzałam z wiekiem, a może wręcz przeciwnie. Głupiałam. Nie popełniajcie moich błędów. (…) Ale – ja, szukając pracy, zrobiłam za mało. Zdecydowanie. Powinnam własnoręcznie roznosić te cholerne cv&lm, niepotrzebnie dałam się wówczas tak sfrustrować, a dałam się niestety mocno. Siedziałam w domu, a to jest złe rozwiązanie. Jest tyle możliwości – choćby wolontariat, byle tylko nie siedzieć w chałupie. Wydawało mi się, że nikt mnie nie docenia, a po pierwsze – ja nie doceniałam samej siebie (co chyba niestety nie zmieniło się za bardzo), a po drugie – że niby za co miał mnie docenić potencjalny pracodawca? Wewnętrznym okiem zobaczyć, że w domu siedzi skulona i bidna pikfe, rozczulić się swoim wrażliwym ja przyszłego pracodawcy i zastukać do drzwi z bukietem kwiatów i zaproszeniem na stanowisko zastępcy dyrektora?!

Nadal zgadzam się z tym, co wówczas napisałam i to nawet zgadzam się bardziej. Ludzie z mojego roku, ci, którzy byli… hm… można powiedzieć albo najbardziej dostosowani do rynku albo po prostu mieli od początku jakiś plan na siebie, przynajmniej częściowo znaleźli dla siebie satysfakcjonujące zajęcia. Ale oni zaczęli wcześnie. Albo mieli dobry pomysł.

I dlatego, kiedy przeczytałam w Wysokich Obcasach wywiad z Anną Marią Nowakowską (której bloga również czytuję), poczułam, że w zasadzie mogłabym podpisać się pod tym, co powiedziała obydwiema łapkami.

Niestety, nie ma zmiłuj. Niestety, czy nam się to podoba czy nie, dyplom magistra się zdewaluował. Nie wystarczy rzucić nim nonszalancko na biurko przyszłego pracodawcy, żeby dostać robotę „kulturze”.

Widziałam ja przyszłych magistrów, których horyzonty myślowe były zawstydzająco zawężone.

Słyszałam o studentach kierunków humanistycznych, którzy nie mają nawet rozeznania na rynku polskiej prasy popularnej.

Opowiadano mi o magistrach kierunków humanistycznych, którzy bez krępacji piszą macieżyństwo.

Czego ja się spodziewałam po studiach? Czego my się spodziewaliśmy?

Patrząc na ludzi, którzy mnie otaczali – gwiazdki z nieba? Nie, pewnie nie. My po prostu nie planowaliśmy, zakładając, że jakoś to będzie. Czasem ktoś gdzieś się zaczepił, ale to raczej przypadkowo, żeby mieć pieniądze na bieżące wydatki.

Czasem znalazł się ktoś, kto pomyślał wcześniej o tym, co będzie robił po dyplomie. I te osoby wyszły na tym najlepiej.

I może to przykre, ale na co komu rok w rok tylu kulturoznawców? Nie jesteśmy potrzebni na rynku pracy (ale czy idąc na te studia nie wiedzieliśmy o tym?), ale to przecież nie znaczy, że jesteśmy bezwartościowi. Tę wiedzę, którą zdobyliśmy na studiach można przecież spożytkować inaczej, a zająć się przekwalifikowaniem na inne stanowisko, założeniem własnej firmy, czymkolwiek – byle nie narzekaniem, że chciało się być krytykiem filmowym, a się nie jest.

Ależ co to za problem? Jak się chce, jeśli to prawdziwa pasja, a nie usprawiedliwienie braku pracy i nędzy ogólnej, można założyć bloga i tam do woli krytykować. Bo być krytykiem tylko za pieniądze? Przecież nie tylko o pieniądze chodzi, ale także o pasję i satysfakcjonujące zajęcie. Czemu zatem nie osłodzić sobie nawet nudnej pracy biurowej lub jakiejkolwiek innej napisaniem krótkiej notki co tydzień? Czemu nie pisać choćby na bezrobociu? Bo bida i nędza ogólna? i stracone pokolenie?

Niestety, trzeba walczyć. Nawet po studiach humanistycznych. Żałuję, że wcześniej tego nie rozumiałam.

Bo prawda jest taka, że powinnam dostać kopa w dupę na rozpęd już na pierwszym roku. Nie dlatego, że byłam leniwa (bo nie byłam, nie jestem), tylko po to, żeby otworzyć wreszcie te głupie słodkie oczęta i zacząć planować swoją przyszłość z głową, a nie po polsku, romantycznie.

pikfe

P.S. Przy czym nie uważam, żeby moje studia były bezwartościowym i zmarnowanym okresem mojego życia. O tym można przeczytać tu.

Reklamy

Miało być o czymś innym.

Wrzesień 15, 2009

Dzień dobry.

Miało być o czymś innym, ale w trakcie porannej ppi natrafiłam na bloga Tomasza Łysakowskiego i spędziłam tam trochę czasu, gdyż wpisy tam wydały mi się ciekawe i porządnie napisane, co – jak wiadomo – raczej nie jest regułą w blogowym świecie.

Aż w końcu trafiłam na taki wpis. Dotyczy najlepiej płatnych zawodów, przy czym nie jest zbyt odkrywczy – wiadomo, po jakich studiach absolwenci z reguły znajdują dobrą pracę. Nie jest to kulturoznawstwo, o czym też większość wie. Sama odradzałam ten kierunek moim nielicznym uczniom (z praktyk studenckich) sugerując im jednocześnie, że jeśli koniecznie kulturoznawstwo, to tylko jako drugi kierunek, nie inaczej.

I mimo głębokiego przekonania, podzielanego przez większość moich znajomych-humanistów, że po politechnikach są pieniądze i praca w zawodzie, a początki po studiach humanistycznych mogą być frustrujące, to komentarz Tomasza Łysakowskiego zdziwił mnie i rozdrażnił. Że pozwolę sobie zacytować.

(…) Zaraz potem dreptały potworki typu marketing i zarządzanie, czy już naprawdę niczego sensownego nieuczące kulturoznawstwo i socjologia (podkreślenia moje) (wiem, studia, na których w ramach zajęć ogląda się dzieła postimpresjonistów lub dyskutuje o Marksie, Derridzie i Naomi Klein, wydają się niektórym pociągające – tyle że na rynku pracy wiedza o tym, co Baudrillard miał na myśli pisząc o symulakrach, nie ma najmniejszej wartości, w przeciwieństwie do wiedzy o tym, jak zbudować most, podmienić fragment DNA w komórce lub zaprogramować bazę danych).” (…) Dodajmy: studentem kierunku, po którym pracuje się w CERN-ie lub na kierowniczym stanowisku w centrali dużego banku, a nie – jak po kulturoznawstwie lub socjologii – na zmywaku w Londynie. A mimo to chętnych brakuje. Ech, lubimy te zmywaki, lubimy… „

Po pierwsze – naprawdę nie uważam, żeby studia kulturoznawcze niczego sensownego nie uczyły, chyba, że rzeczywiście za jedyny wskaźnik sensowności uznamy praktyczną użyteczność, z czego jednak wynika, że lepiej by ci wszyscy kulturoznawcy zrobili, gdyby chwycili za łopaty. Nie wiem, czy mój rok był specyficzny czy nie, ale spotkałam tam wielu ludzi, którzy mieli w sobie pasję poznania kultury. Być może analiza dzieł filmowych, obserwowanie od początku, jak rodziła się nowa sztuka czy też bardziej ogólnokulturowe zagadnienia dotyczące społeczeństwa konsumpcyjnego, kultury masowej lub kategorii gender wydają się wielu osobom pozbawione sensu, ale nie należy zapominać, że z tych kulturoznawczych i filozoficznych pojęć korzystamy w codziennym życiu. Rodzą się dyskusje, kontrowersje, analizy, które umożliwiają nam lepsze zrozumienie świata, który nas otacza nie tylko w kategoriach praw fizycznych. Czy to jest pozbawione sensu?

Po drugie w moim odczuciu wynika, że absolwenci takich niesensownych kierunków nie mają za grosz ambicji (i zdrowego rozsądku), zadowoli ich ten zmywak w Londynie, bo przecież do czego innego się nadają? Co za idiota wybiera studia, po których będzie biedny (i jeszcze niczego sensownego się nie nauczy)? Czy takie pojęcia, jak „rozwijanie własnych zainteresowań” nie mają zastosowania w dzisiejszym świecie? Czy jedyną ambicją musi być bardzo dobrze płatna i dająca wysoką pozycję społeczną praca?

Po trzecie – dobrze byłoby, gdybyśmy produkowali więcej specjalistów z bardziej rozwojowych dziedzin niż kulturoznawstwo, to jasne i z tym się zgadzam, podobnie jak z matematyką na maturze. Mimo tego sądzę, że nie tylko inżynierowie są nam potrzebni, ale także ludzie, którzy mają rozeznanie w kulturze, rozumieją jej mechanizmy nie tylko opierając się na własnej intuicji, ale mając także solidne podstawy teoretyczne, a takie na kulturoznawstwie można zdobyć, jeśli tylko się chce. Tak, można z pewnością trafić na kulturoznawcę głąba, tak samo jak na lekarza konowała czy też niedouczonego informatyka etc.

Nie jest tak, że całkowicie nie zgadzam się z Tomaszem Łysakowskim i teraz prawdopodobnie wybrałabym inne niż kulturoznawstwo studia, ale te studia nauczyły mnie dużo i to nie samych bezsensów, nic niewartych, choć być może na gotówkę trudno je przeliczyć. Czuję się poruszona porównaniem moich pięciu lat ciężkiej pracy do bezsensu.

pikfe

P.S. Nie wiem też, czy każdy fizyk/informatyk/lekarz etc. ma szansę na wysokie zarobki i wysoką pozycję zawodową. Trochę w to wątpię. Tymczasem kulturoznawcom łatwo jest (tak wynika tylko z mojej obserwacji) zmienić zawód i naprawdę nie dadzą się za pracę w zawodzie zaszlachtować. I często bardzo dobrze im idzie. Bynajmniej nie na zmywaku.

Po co pisałam pracę magisterską?

Sierpień 26, 2009

Dobry wieczór.

Chyba ostatnio głupieję. Czytam książki. Oglądam filmy. Słucham muzyki. I mam całkowitą pustkę w głowie, poza kłębowiskiem bezsensownych myśli – co robię źle, czego nie zrobiłam, co powinnam zrobić, co będzie, co było, co jest i czy to dobre.

Mam taką pustkę, że nawet nie chce mi się gadać, nie wspominając o pisaniu. Pierwszy raz w życiu mam uczucie, że nie mam nic (NIC) do powiedzenia. Pustka. Same banały, cisnące się na usta klisze, rzeczy, które są wypowiadane, ale przecież w ogólnym rozrachunku nic do życia nie wnoszą, takie trochę pieprzenie bez sensu. Tak, rozumiem potrzebę rozmowy z innym człowiekiem i wiem, ile radości i szczęścia potrafi ona dać, nawet jeśli nie dotyczy istotnych kwestii, ale ja w tej chwili tak rzadko poruszam istotne kwestie, że zaczęłam czuć okrutne wewnętrzne wyjałowienie. Co z tego, że czytam, skoro nie mam potem nic do powiedzenia, poza „fajne”?

Pisałam pracę magisterską o pseudonauce i pseudoreligii w „Z Archiuwm X”. To było coś. Fascynował mnie ten temat i mogłam bez końca opowiadać o tym, w jaki sposób można powiązać pewne wątki serialu z myślą Feyerabenda albo jak ukazana jest religijność społeczeństwa amerykańskiego i co z tego wynika. Lubiłam te długie dni w bibliotece z książkami, notatkami, wśród książek, będąc całkowicie skupioną na tekście. Lubiłam oglądać wieczorami serial i w specjalnym zeszycie zapisywać cytaty i spostrzeżenia, rzeczy, które potem wykorzystywałam przy pisaniu. Lubiłam nawet mojego promotora, który przez długi czas nawet nie widział jednego odcinka, ale nieźle umiał przemaglować w czasie rozmowy. Kiedyś po kawie w szpanerskim lokalu do którego poszliśmy i gadaliśmy pewnie dwie godziny, czułam, że mój mózg właśnie przebiegł maraton, ale jest z tego dumny. Czułam się mądra, doceniona, miałam poczucie, że moje opinie kogoś zaintrygowały i wniosły coś do jego życia, że podołałam rozmówcy, który takim łatwym rozmówcą wcale nie był, choć sądzę, że dawał mi fory.

Pisząc pracę robiłam to, co umiem najlepiej – kojarzyłam ze sobą różne odległe fakty, przypominałam sobie dawno zapomniane informacje, wyszukiwałam je w książkach i łączyłam z cytatami, z fragmentami serialu, z nowymi koncepcjami dając im nową treść, ubierając je w mój własny sens.

A teraz otwieram czasem moją pracę i myślę sobie: „O ja, ale byłam wtedy mądra.”

pikfe

P.S. Ostatnio ktoś się zagalopował – oczywiście zupełnie niechcący i w sumie było mi żal tej osoby, bo rozumiem, że musiała poczuć się głupio (ja też miałam parę takich wpadek, kto nie miał?) – i rzucił nad stołem stwierdzenie dotyczące przyszłości jakiejś osoby, która idzie na studia i wybiera między menadżerem sportu a kulturoznawstwem, że no, menadżer sportu to znaczenie lepsze studia niż… hm…. niż… hm…. Nie powiem, zabolało. Czy to dlatego, że prawda w oczy kole czy dlatego, że wciąż uważam, że kulturoznawstwo jednak ma sens? Jeśli nie zawodowy, to może chociaż taki, że pisanie pracy magisterskiej sprawiało mi wielką frajdę?