Posted tagged ‘kozica’

Tatry zeszłego roku w listopadzie.

11 listopada, 2009

Dzień dobry.

Dzień podły, więc dziś – zgodnie z zapowiedzią – wspomnienia z Zakopanego, z pięknego listopada 2008.

Więcej bardzo fajnych zdjęć z tego wyjazdu znajdziecie u AardvarKa.

13 listopada 2008

Zakopane.

Dziś nieodległe jeszcze wspomnienia z Zakopanego, gdzie – wbrew zapowiedziom – dopisała nam fantastyczna pogoda i skąd grzechem było wracać do Łodzi, gdzie najtrudniejszy szlak prowadzi z domu do pracy.
W piątek dojechaliśmy bardzo późno w nocy, za Oświęcimiem (nie jeździmy pełnopłatną, choć wiecznie remontowaną autostradą i zakorkowaną Zakopianką) spotkały nas niespodzianki w postaci remontu nawierzchni i ruchu wahadłowego. Bajecznie, ale i tak byłam bardziej wyluzowana niż Big B. AardvarK też specjalnie się nie skarżył, choć wiadomo było, że każde z nas wolałoby już być na miejscu. Plus taki, że stojąc w korku dobrze się pali. My znowu próbujemy rzucić, AardvarK nie pali 😉

Sobota była w zasadzie leniwa – wstaliśmy późno, odsypiając tydzień, choć tylko Big B i ja, AardvarK dzwonił już o ósmej, pytając się, czy gdzieś się wybieramy, ale słabo pamiętam ten telefon. On był już na spacerze. Szacun 🙂
Do wylotu Małej Łąki dowlekliśmy się dopiero około 13, ale ku naszemu miłemu zaskoczeniu prawie wcale nie było tam ludzi, choć aura jak na zdjęciu 🙂

mala_laka

O dziwo doszliśmy do Wielkiej Polany nie wypruwając sobie flaków, co zwykle następuje pierwszego dnia – mnie chyba tak cudownie nastroiła pogoda. Z AardvarKiem spotkaliśmy się już po zejściu z Grzybowca (odnowili kawałkami szlak!), narodziły się wspaniałe plany wejścia na Sarnią Skałkę, może nawet dojścia do Kalatówek, ale szybko i bezwzględnie zostały uśmiercone przez grzane wino w herbaciarni w Dolinie Strążyskiej 🙂 I tak jeszcze przed zmrokiem zdążyliśmy zejść z gór w bardzo dobrych humorach i ze wspaniałymi planami na kolejny dzień.
W Zakopanem okazało się, że w kinie Giewont grają już Quantum of Solace, ale zaprotestowałam, chociaż Big B i AardvarK wyrazili ochotę. Umówiliśmy się, że pójdziemy, ale może następnego dnia.

W niedzielę nie mieliśmy już siły, żeby znów nie iść w góry – o 6.20 pojechaliśmy po AardvarKa i przed siódmą czekaliśmy już w Kuźnicach na kolejkę na Kasprowy. Ludzi bardzo mało w porównaniu z sezonem, ledwo kilkanaście osób, które jednak zostały po jakimś czasie ukarane za zbyt wczesne wstawanie. Lodowaty głos z megafonu ogłosił, że kolejka nie będzie kursować z powodu zbyt silnego wiatru i następny komunikat zostanie przekazany dopiero koło godziny dziewiątej. Nie zastanawiając się zbyt długo, aczkolwiek lekko zawiedzeni, ruszyliśmy przez Boczań i Skupniów Upłaz do Murowańca. Wlekąc się z lekka i zachwycając pogodą dotarliśmy tam koło dziesiątej. Zdjęcie prawie tuż sprzed schroniska.

murowaniec

W Murowańcu zasiedzieliśmy się trochę jedząc bardzo wczesny obiad i spotykając kolegę Maćka z Łodzi, zawiedzionego pogodą – liczył, że użyje raków i czekana. Ja cieszyłam się, że nie ma takiej możliwości 🙂 Plan dalszej wycieczki skrystalizował się przy obiedzie – pogoda trochę się popsuła, wysokie Tatry zaszły chmurami i zaczęło wiać dość lodowato i nieprzyjemnie, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby wracać. Ruszyliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy.
Tu AardvarK nad Stawem, w chmurach Kościelec.

aardvark

Stamtąd podeszliśmy na przełęcz Karb (dla mnie Krab) – bałam się trochę stromizn, bo nigdy wcześniej tam nie byłam, a Kościelec kojarzy mi się wyjątkowo morderczo, ale okazało się, że kompletnie nie było czego się bać, a widok z góry na Czarny Staw jest przepiękny. Tymczasem niepogoda nie dawała za wygraną, chmury były coraz niżej i coraz bardziej wiało, ale my nadal tak bardzo cieszyliśmy się z wycieczki, że nie sprawiało nam to specjalnej przykrości. To prawda, że widoki w Tatrach są piękne, ale muszę przyznać, że jeżdżę tam głównie po to, żeby chodzić, a widoki są miłym dodatkiem. Mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć „pojezierze gąsienicowe” – jako dziecko widziałam, ale zupełnie zapomniałam jak tam jest pięknie, nawet, kiedy szczyty skrywają się w chmurach.

pojezierze

Zeszliśmy z Przełęczy, mocno już wiało lodowatym wichrem i chmury nadal schodziły coraz niżej, ale my nadal mieliśmy ochotę chodzić, a mgła nie przedstawiała się przerażająco – widoczność nie była oczywiście taka, jak w piękny, słoneczny dzień, ale z Big B postanowiliśmy, że pójdziemy przez Świnicką Przełęcz, a AardvarK zdecydował się wejść na Kasprowy zielonym szklakiem, chociaż ostrzegaliśmy go, że jest długi, mozolny i do wchodzenia go nie polecamy. Umówiliśmy się, że spotkamy się na Kasprowym i zjedziemy na dół kolejką. Po wypaleniu rozchodniaka jak zawsze zaczęliśmy gnać w górę jak psychopaci, co natychmiast poskutkowało przestojami na złapanie oddechu. AardvarK chodzi wolniej, ale równym tempem i idąc z nim nie męczyliśmy się jak nienormalni 😉 Stwierdziliśmy, że czasu mamy dużo – zanim on się tam wdrapie, ho, ho, jeszcze będziemy na Kasprowym czekać.
Droga na Przełęcz cudowna – nie wiało, było cichutko, wszystko utopione w białej mgle – czułam się jak w dekoracjach do „Władcy Pierścieni”. Praktycznie nie było ludzi, co zawsze jest miłe i zawsze-zawsze zaskakujące w polskich Tatrach. Szło się nam bardzo dobrze (dysząc i sapiąc, a jakże!) aż do momentu wyjścia na samą Przełęcz, gdzie lodowaty wiatr wiał okrutnie. Ukryci za głazem zapaliliśmy papierosa i spokojnie poszliśmy w stronę Kasprowego. Cóż się okazało? AardvarK – choć twierdzi, że prawie tego nie przeżył i że następnym razem zabiera zestaw reanimacyjny – już szedł w stronę Liliowych, bo nie chciało mu się na nas czekać! Hm… Stalker stwierdził, że AardvarK wygląda (na zdjęciach) jak „zgrzybiały mistrz kung-fu”, ale chyba nie jest jeszcze taki zgrzybiały. Albo my jesteśmy.
Na Kasprowym pięć metrów śniegu – jak zauważył AardvarK – sześciennych 🙂
Udało nam się zjechać kolejką, a o 19 poszliśmy na nowego Bonda, ale o tym kiedy indziej. Po filmie zawieźliśmy AardvarKa do jego kwatery, wróciliśmy do siebie i padliśmy. Na kolacji byliśmy w mojej ulubionej zakopiańskiej restauracji Sopa, gdzie jak zawsze zjadłam przepyszne polędwiczki z bundzem w sosie pomidorowym (34 zł) i dwa naleśniki z serem i rumem (12 zł). Naprawdę polecamy wszystkim. Warto.

Następnego dnia pobudka znów o jakiejś strasznej godzinie – o 6.40 byliśmy po AardvarKa, żeby podjąć kolejną – tym razem udaną – próbę dostania się na Kasprowy kolejką. Mieliśmy szczęście, że wczoraj nie jeździła, ponieważ ze szczytu mogliśmy podziwiać takie widoki.

kasprowy_szczyt

Postanowiliśmy przejść wszystkie Czerwone Wierchy, co może nie jest szczególnym wyczynem, jeśli wjeżdża się kolejką, ale jest niezłym pomysłem w piękny listopadowy dzień, kiedy wiadomo, że nie będzie chodzić się w kolejce.
Dzięki pięknej pogodzie i chmurom widocznym na zdjęciu spełniło się moje górskie marzenie – widziałam widmo Brockenu.

widmo

Gdyby ktoś był bardziej zainteresowany odsyłam do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Widmo_Brockenu
Wycieczka fantastyczna, choć Big B i AardvarK znaleźli w sobie wspaniałych kumpli do palenia, więc paliliśmy na każdym szczycie – kto był, wie, jak często 🙂 Poza tym kozice przywykły już do ludzi 🙂

kozica

Nie robiłam tego zdjęcia super aparatem, tylko zwykłą  idiot-kamerą i myślę, że mogłabym nawet  podejść bliżej, ale one jednak mają rogi, więc ja miałam stracha. Zatem: Kopa – fajka, Małołączniak – fajka, Krzesanica – fajka. I jak zwykle popas 🙂

popas

Na Ciemniaku odpuścili z paleniem, ale Big B był chyba trochę zawiedziony tym faktem.
Schodziliśmy przez Adamicę – miałam ochotę na zejście przez Tomanową, ale nie liczyłam, że w Dolinie Kościeliskiej również nie będzie ludzi. Nie przepadam schodzić przez Adamicę, bo to dość zabójcze zejście dla moich kolan, ale z drugiej strony spacer Kościeliską w tłumie ludzi jest zabójczy dla dobrego samopoczucia. Cóż, każdy chciałby mieć Tatry tylko dla siebie.
Na postoju wygrzewaliśmy się w słońcu, Big B zasnął na trawie i za nic w świecie – jak zawsze – nie chciał się obudzić, a ja podziwiałam piękną tatrzańską przyrodę w listopadzie.

Myślałam, że z Adamicy nigdy nie zejdziemy, ta droga bardzo dłużyła się mnie i moim kolanom, choć na stokach podziwialiśmy jeszcze stada kozic. Nie polecam tej drogi ani w dół, ani w górę – na Ciemniak idzie się „przepisowo” trzy godziny czterdzieści pięć minut i nie jest to lekki spacerek, jeśli mamy przeciętną kondycję mieszczucha.
W Kościeliskiej jak zawsze było dużo ludzi, ale na szczęście został tylko mały kawałek do przejścia. Potem polansowaliśmy się na Krupówkach – zjedliśmy obiad w Kolorowej (AardvarK poleca placek po zbójnicku, 20 zł) i wróciliśmy do domu, gdzie padliśmy.

Wycieczkę w dzień wyjazdu zaplanowaliśmy ambitną, zwłaszcza, jeśli wliczyć w to czas naszych częstych popasów na papierosa – zostawiliśmy auto – już z bagażami – na Toporowej Cyrhli i stamtąd udaliśmy się przez Psią Trawkę na Polanę Waksmundzką. Znam tę drogę dobrze i bardzo ją lubię – nie jest w ogóle męcząca i nawet latem nie ma tam zbyt wielu ludzi, za to jest naprawdę pięknie.

strumyk

Później zdecydowaliśmy się na szlak, którego nie znaliśmy, choć później AardvarK przypomniał sobie, że tam był 😉 Szliśmy z Polany Waksmundzkiej  zielonym szlakiem w stronę Murowańca, żeby później odbić na czarny i żółty szlak prowadzący na Krzyżne.
Dolina Pańszczycy zapiera dech w piersiach, moim zdaniem jest to jeden z najpiękniejszych szlaków w Tatrach. „Dolina Pańszczyca jest odgałęzieniem Doliny Suchej Wody, na południowy wschód od Hali Gąsienicowej. Skaliste szczyty Żółtej Turni, Wierchu pod Fajki i Granatów od zachodu – Orlej Baszty, Buczynowych Turni i Przełęczy Krzyżne od południa oraz rozległy grzbiet Koszytej i Małej Koszystej od wschodu ograniczają tę piękną i malowniczą dolinę. W górnej jej części rozpościerają się pola maliniaków (wielkich głazów) – niżej gęste zarośla kosówki i lasy. W środkowej części doliny leży nieduży Czerwony Stawek, poniżej niego Potok Pańszczyca spływa przez halę tejże nazwy ku północy” (Tadeusz Zwoliński, Tatry Polskie, 1951).

a

b

Dotarliśmy do Czerwonego Stawku, gdzie naturalnie popasaliśmy. O Krzyżnym oczywiście nie mogło być mowy, więc wróciliśmy kawałek i skierowaliśmy się w stronę Murowańca, gdzie popasaliśmy (placek po zbójnicku gorszy niż w Kolorowej). Stamtąd wracaliśmy niezbyt atrakcyjną drogą dojazdową do schroniska aż do Psiej Trawki, skąd zboczyliśmy na szlak prowadzący na Cyrhlę.
Uwaga, jeśli ktoś z Was będzie kiedyś tamtędy szedł, jest tam kot, który żebrze o jedzenie, więc pakując się pamiętajcie o nim 😉 Jest już nieźle wyuczony – mruczy, łasi się i ociera, idzie przy nodze jak pies. Tak zwane – z racji miejsca zamieszkania, odległego od świata cywilizacji – Sybiraki też były przez niego zaczepiane jakiś czas temu w podobny sposób, który – sądząc po kociej tuszy – jest skuteczny 🙂 Oto i on (kot, nie sposób) 🙂

kot

W drodze  do Łodzi – jakie wspaniałe zakończenie dnia! 😦 – wstąpiliśmy do Sopy, a potem bez problemów dojechaliśmy do domów.
Smutek, że tak krótko. Smutek, że tak płasko. Smutek, że znowu codziennie najtrudniejszy szlak – rutyna.

pikfe

Jej, znów mam ochotę na Tatry 🙂 W zeszłym roku Big B był już po zbiorach (ja jeszcze nie mieszkałam Na Wsi), AardvarK chciał z nami jechać (hmmm…. ciekawe, czy teraz też by chciał? 🙂 ), zapakowaliśmy się do auta i pomknęliśmy w góry. I to był naprawdę bardzo fajny wyjazd, a pogoda po prostu wymarzona. Nie to, co dzisiaj.

pikfe

Ziarska Chata. Część trzecia i ostatnia.

14 sierpnia, 2009

Dzień dobry.

Kiedy zaczynam pisać na moim zegarku jest dwadzieścia po siódmej, a pościeliłam dziś łóżko, wykąpałam się (z peelingiem nóg), sprzątnęłam trochę, zrobiłam paznokcie u obu rąk i w ogóle lubię rano wstawać. Co prawda, muszę jakoś rozciągnąć czas, ponieważ dziś jeszcze czeka mnie wypielenie rabaty, golenie (brrr) nóg, pakowanie się (jedziemy już dziś Do Miasta, wyjazd wesołą ekipą w niedzielę raniutko), więc wcale tak dużo tego czasu nie mam.

Zaczynamy dzień w Ziarskiej Chacie od … lenistwa. Po wyprawie na Rohacze cały bity dzień siedzieliśmy w schronisku i czytaliśmy książki, Big B już nie wiem co, bo on czytał w górach jak szalony, a ja „Pchli Pałac” Elif Safak, bardzo mi się podobało, bardziej chyba od książek Pamuka. Wyjeżdżając do Ziarskiej Chaty wyczytaliśmy, że jest to jedna z tłumniej odwiedzanych dolin. Cóż, siedzieliśmy na tarasie pół dnia i nawet nikt się do nas nie przysiadł, a z nami wszystko w porządku 😉 Dzikie tłumy, prawda? Za białą linią schroniskowy pies, co nie chciał „parek”.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 301

Otoczenie Ziarskiej Chaty jest ładne, choć zabudowa naokoło schroniska woła o pomstę do nieba, co częściowo widać na powyższym zdjęciu. Doskonale nie może być, ale może być cudnie.

Obraz 762

Obraz 763

Obraz 768

I choć może to marnowanie czasu w górach, taki dzień był nam potrzebny. Siedziałam z książką w słońcu, mogłam czytać bez żadnych przeszkadzajek dzień cały, co nie zdarza się przecież zbyt często.  I nie chciałam, żeby ten dzień się kończył. Puentą powinno być „ale się skończył”?

I my znów na wyprawie, znów wlekliśmy swoje ciała na Banówkę (tym razem wiedząc już, gdzie szczyt) i znów szlak nam nie podszedł, choć jest naprawdę pięknie.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 303

Plan był taki, żeby dojść na Banówkę, stamtąd zejść na Banikowską Przełęcz i wejść na Pacholę, wrócić znów na Przełęcz i dalej Doliną Spaloną nad Rohackie Stawy. Jednakże pogoda nieco pokrzyżowała nasze plany – już na Jałowieckiej Przełęczy wicher prawie pourywał nam głowy, włożyliśmy prawie wszystkie ciuchy, a komfort chodzenia nie był za wysoki. Tak, świeciło słońce; tak, było ciepło; tak, nie za gorąco; po prostu wiało tak, że chodzenie nie sprawiało zbyt dużej frajdy. Ciekawie było, kiedy z Przysłopu przechodziliśmy na Banówkę, moją pierwszą granią w Tatrach Zachdnich. Byłam z lekka zdenerwowana, bo pamiętałam, że tam jest POTWORNIE. Ogromne przepaście, wąziutkie ścieżki, śliskie, zdradliwe, łamiące się skały. Otóż – są może ze dwa miejsca, które rzeczywiście pokonuje się „nie bez emocji„, ale poza tym to ja zupełnie tego szlaku nie pamiętałam. Stres za pierwszym razem? Instynktowna próba zachowania życia? Nie wiem, czułam się, jakbym szła na Banówkę po raz pierwszy. Są przepaście, są wąskie ścieżki, skały jak to skały, czasem pękną i nie są betonem przytwierdzone do grani, ale nie jest potwornie.

Na Banówce zjedliśmy (wypadła moja kolej robienia bułek – oczywiście w ten wicher), a potem zadecydowaliśmy, że nie ma co iść na Pacholę w taki wiatr i zeszliśmy spokojnie na Banikowską Przełęcz, a stamtąd od razu do osłoniętej grzbietami Banówki i Pacholi Doliny Spalonej. W dali Rohacki Staw.

Obraz 770

Krajobraz jest dość księżycowy.

Obraz 771

Mogliśmy podziwiać, gdzie też się wybraliśmy pierwszego dnia… Na szczęście szliśmy granią, a żadne z nas żlebu nie zaliczyło.

Obraz 780

Kiedy wyszliśmy na słońce, usiedliśmy na kamieniu i gadaliśmy chyba półtorej godziny. Fajnie było. Usiąść i pogadać w Dolinie Spalonej. Możecie nam tylko zazdrościć 😉 Jak to zwykle, ludzi nie ma, cichutko, cieplutko, czekolada i Big B, który mnie wysłuchał, doradził, próbował wytłumaczyć i pocieszyć. Mężczyźni umieją nas czasem zaskoczyć, prawda?

Ta piękna roślina to ciemiężyca zielona. Rosło jej wokoło nas całkiem sporo i doprawdy – mogłabym takie mieć w swoim ogródku.

Obraz 779

Patrząc jeszcze raz na pustkowia Doliny Spalonej…

Obraz 775

… i otaczające nas granie… (zaznaczam, ja po tej grani szłam – już widać, co by się ze mną stało, jakbym zdecydowała się spaść w stronę Doliny Spalonej, tak?)

Obraz 781

… aż w końcu udało się nam dojść nad Rohackie Stawy.

Obraz 791

Od ludzi ze schroniska dowiedzieliśmy się, że kiedy oni byli na Stawami, sporo ludzi się przewalało i generalnie było dość nieprzyjemnie. My mieliśmy chyba więcej szczęścia, bo ludzi było mało. Fakt, trochę więcej niż w innych rejonach, ale niewiele. Jak na takie miejsce?

Obraz 796

I kolejny staw, najpewniej Pośredni. Na drugim planie Rakoń i Wołowiec.

Obraz 798

Również Pośrednie Stawy, w tle Rohacze.

Obraz 800

Tutaj znaleźliśmy jeżogłówkę pokrewną. Wygląda naprawdę jak trawa rosnąca pod wodą.

Obraz 809

Zeszliśmy sobie miło, podziwiając widoki i piękno górskiego krajobrazu.

Obraz 815

I znów wycieczka taka, że trzeba się wspinać pod koniec – przez Dolinę Smutną aż do Smutnej Przełęczy. Może dostrzeżecie tę niteczkę prowadzącą do przełęczy – tamtędy szliśmy.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 314

Przyznać trzeba jednak, że widoki piękne. I Rohacze od jeszcze innej strony. Dziś Big B trzymał fason, a ja umierałam pod górę. On pędził, a ja co chwilę, na momencik, musiałam przystanąć i spokojnie pooddychać, żeby chociaż na Przełęcz się doskrobać. Później, w cieniu gór, było trochę lepiej, ale to paltelniane gruzowisko całkowicie mnie wykończyło. I nawet żaden niedźwiedź się nie pojawił, żeby mnie pogonić. Doszłam jednakże – nie taka droga straszna, jak ją sfotografowali.  Kiedy schodziliśmy już do schroniska, zrobiłam zdjęcie jagodzie, jak widać. Wczoraj jagodowe kwiaty, dziś jagodowe owoce. A mówią, że nie można mieć wszystkiego 😉

Obraz 819

Na ostatni dzień zaplanowaliśmy sobie wycieczkę na Baraniec, po sąsiedzku ze schroniskiem. Pogoda nie powitała nas ładna, ale też bez przesady. Nie było może cieplutko, słońce tylko od czasu do czasu, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby zostawać w schronisku. W dole Ziarska Przełęcz, w chmurach Rohacz Płaczliwy.

Obraz 822

Chmury się… przewalały. Były i było ledwo co widać.

Obraz 829

A potem się rozpraszały i dumnie ukazywały to, co przed chwilą pozostawało w ukryciu.

Obraz 826

Wdrapaliśmy się na Smrek (albo Smerk – ja nie potrafię tego zapamiętać), a za Smrekiem/Smerkiem – skałki. Znooowuuuu. Nie miałam nastroju na skałki. W ogóle. Do tego wiało. Denerwowałam się. Obrzydł mi Baraniec, a na samą myśl o drodze powrotnej (tą samą trasą) robiło mi się gorzej. Baraniec wyłania się z chmur.

Obraz 832

Big B dostrzegając mój rozkład zarządził popas i karmienie czekoladą. Do tego akurat wyszło słońce i pomimo jego propozycji, że może jednak zawrócimy, upierałam się, żeby iść dalej. Wiadomo, jak to jest. I wtem – grzmot. Natychmiast przestałam się upierać przy czymkolwiek, ponieważ – jak wiadomo – jestem cykor. Moje nogi popędziły wzdłuż grani i jestem pewna, że Big B trochę się ze mnie podśmiewywał w czeluściach kaptura swojego. Zaczęło lać, więc mieliśmy wspaniałą okazję wypróbować nasze kurtki w naturalnych warunkach. Sprawdziły się (nie przemokły), ale następnym razem kupię trochę dłuższą. Gnałam na Ziarską Przełęcz z zachowaniem rozsądku (wiadomo, śliskie skały etc – takie rzeczy nie umkną uwadze cykora), ale jakby mnie sam diabeł gonił. Już wtedy razem się ze mnie śmialiśmy.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 318

Ale cóż – Big B nie widzi naszych ciał popalonych piorunami, a ja widzę, więc nic dziwnego, że starałam się tego jak najszybciej uniknąć. Po szczęśliwym uniknięciu pioruna na grani (no… burza nie była bezpośrednio nad nami. Myślę, że była spory kawałek, ale przecież mogło ją szybko przywiać.) Zeszliśmy poniżej Przełęczy i tam już tylko lało. Było śmiesznie, w końcu to jakaś przygoda. Nie żałowałam Barańca, Big B też chyba za bardzo nie, padało, a my zakapturzeni śmialiśmy się do siebie i zastanawialiśmy się nad faktem jezior górskich w butach.

Oczywiście – jak to zwykle w życiu bywa, im bliżej byliśmy schroniska, tym mniej padało. Udało się nawet wyjąć aparat.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 325

Przy Chacie już nie padało, mogliśmy za to podziwiać harce chmur. I tymi ostatnimi widokami kończą się nasze wakacje.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 326

Tatry_lipiec_2009_IXUS 328

Smutek, prawda?

Ale, ale – za dwa tygodnie relacja z pobytu w Zakopanem z AardvarKiem, Sybiraczką i Uialem. O ile z nimi wytrzymam 😉 Wracamy 22. sierpnia.

pikfe