Posted tagged ‘Kasprowy Wierch’

Zakopane z Yodą (2).

Listopad 24, 2011

Dzień dobry.

Dziś zaczynamy spektakularnie, przynajmniej jak na miarę sześciomiesięcznego szkraba.

Tu można sobie porównać widoki 🙂

I jeszcze parę widoków ze szczytu Kasprowego, na który oczywiście wjechaliśmy kolejką. Teraz ludzi nie ma, a w dodatku na stronie PKL można podejrzeć sobie kamerką, czy pod kasami stoją ludzie. Bardzo wygodne.

Już wcześniej zaplanowaliśmy, że nie zjedziemy, tylko zejdziemy przez Roztokę Stawiańską, żółtym szlakiem do Murowańca. Godzina pięć, nawet maluch w nosidle da radę.

Na górze musieliśmy rozważyć, czy warto się decydować, a to dlatego:

Ścieżka była pokryta zamarzniętym śniegiem, wyślizganym już mocno. Na szczęście nadal było lekko na minusie, więc lód był suchy i stwierdziliśmy, że po prostu wystarczy iść wolno i spokojnie. Yoda w nosidełku u mnie, a ja asekurowana przez Big B – bez żadnych ciśnień udało się nam wolniutko pokonać najgorszy fragment pierwszej poważnej górskiej wycieczki Yody.

Potem było już tylko pięknie, choć Yoda jeszcze za mała, żeby widok odległych gór robił na niej wrażenie.

Owszem, zachwyciła się, kiedy szłyśmy kosodrzewinowym tunelem.

A w samym Murowańcu – pustym! – nasza córka nie zachwyciła nas, gdyż była całkiem przesrana i musieliśmy rozebrać ją do naga (co bardzo się Yodzie podobało, nam mniej, ponieważ w gruncie rzeczy było dość chłodno).

I teraz zwracam uwagę wszystkich niedoświadczonych jeszcze rodziców: stopy. W nosidełku, na barana, w plecaku na dziecko – stopy marzną. Bardzo, bo dziecko w ogóle nimi nie rusza. My byliśmy uprzedzeni, więc Yoda miała rajstopy, ciepłe skarpetki, wełniane skarpety i skórkowe buciki z futerkiem. I wiecie, czego dotknęliśmy, kiedy zdjęliśmy te wszystkie warstwy – zimnych jak lód stópek.

Wydaje mi się, że nie ma co wychodzić na jakieś długie spacery bez możliwość ogrzania stóp dziecka czymś z zewnątrz, choćby ciepłem własnego ciała.

Po kwaśnicy (Big B) i szarlotce (pikfe) wyruszyliśmy dalej – do Kuźnic przez Skupniów Upłaz – godzina trzydzieści pięć przepisowego zejścia.

Yoda znów usnęła, więc zeszliśmy naprawdę szybko, a i dobrze, bo godzina była już jak najbardziej odpowiednia do schodzenia.

I Przełęczy między Kopami na koniec.

Yoda zbudziła się pod sam koniec, wyjęliśmy ją z nosidła i spokojnym krokiem zeszliśmy do Kuźnic, bo Yoda uwielbia oglądać górskie świerki i trochę nawet do nich gada 😉

I to na tyle na dziś, bo Yoda wzywa, ale część dalsza będzie 🙂

pikfe

 

Reklamy

Tatry zeszłego roku w listopadzie.

Listopad 11, 2009

Dzień dobry.

Dzień podły, więc dziś – zgodnie z zapowiedzią – wspomnienia z Zakopanego, z pięknego listopada 2008.

Więcej bardzo fajnych zdjęć z tego wyjazdu znajdziecie u AardvarKa.

13 listopada 2008

Zakopane.

Dziś nieodległe jeszcze wspomnienia z Zakopanego, gdzie – wbrew zapowiedziom – dopisała nam fantastyczna pogoda i skąd grzechem było wracać do Łodzi, gdzie najtrudniejszy szlak prowadzi z domu do pracy.
W piątek dojechaliśmy bardzo późno w nocy, za Oświęcimiem (nie jeździmy pełnopłatną, choć wiecznie remontowaną autostradą i zakorkowaną Zakopianką) spotkały nas niespodzianki w postaci remontu nawierzchni i ruchu wahadłowego. Bajecznie, ale i tak byłam bardziej wyluzowana niż Big B. AardvarK też specjalnie się nie skarżył, choć wiadomo było, że każde z nas wolałoby już być na miejscu. Plus taki, że stojąc w korku dobrze się pali. My znowu próbujemy rzucić, AardvarK nie pali 😉

Sobota była w zasadzie leniwa – wstaliśmy późno, odsypiając tydzień, choć tylko Big B i ja, AardvarK dzwonił już o ósmej, pytając się, czy gdzieś się wybieramy, ale słabo pamiętam ten telefon. On był już na spacerze. Szacun 🙂
Do wylotu Małej Łąki dowlekliśmy się dopiero około 13, ale ku naszemu miłemu zaskoczeniu prawie wcale nie było tam ludzi, choć aura jak na zdjęciu 🙂

mala_laka

O dziwo doszliśmy do Wielkiej Polany nie wypruwając sobie flaków, co zwykle następuje pierwszego dnia – mnie chyba tak cudownie nastroiła pogoda. Z AardvarKiem spotkaliśmy się już po zejściu z Grzybowca (odnowili kawałkami szlak!), narodziły się wspaniałe plany wejścia na Sarnią Skałkę, może nawet dojścia do Kalatówek, ale szybko i bezwzględnie zostały uśmiercone przez grzane wino w herbaciarni w Dolinie Strążyskiej 🙂 I tak jeszcze przed zmrokiem zdążyliśmy zejść z gór w bardzo dobrych humorach i ze wspaniałymi planami na kolejny dzień.
W Zakopanem okazało się, że w kinie Giewont grają już Quantum of Solace, ale zaprotestowałam, chociaż Big B i AardvarK wyrazili ochotę. Umówiliśmy się, że pójdziemy, ale może następnego dnia.

W niedzielę nie mieliśmy już siły, żeby znów nie iść w góry – o 6.20 pojechaliśmy po AardvarKa i przed siódmą czekaliśmy już w Kuźnicach na kolejkę na Kasprowy. Ludzi bardzo mało w porównaniu z sezonem, ledwo kilkanaście osób, które jednak zostały po jakimś czasie ukarane za zbyt wczesne wstawanie. Lodowaty głos z megafonu ogłosił, że kolejka nie będzie kursować z powodu zbyt silnego wiatru i następny komunikat zostanie przekazany dopiero koło godziny dziewiątej. Nie zastanawiając się zbyt długo, aczkolwiek lekko zawiedzeni, ruszyliśmy przez Boczań i Skupniów Upłaz do Murowańca. Wlekąc się z lekka i zachwycając pogodą dotarliśmy tam koło dziesiątej. Zdjęcie prawie tuż sprzed schroniska.

murowaniec

W Murowańcu zasiedzieliśmy się trochę jedząc bardzo wczesny obiad i spotykając kolegę Maćka z Łodzi, zawiedzionego pogodą – liczył, że użyje raków i czekana. Ja cieszyłam się, że nie ma takiej możliwości 🙂 Plan dalszej wycieczki skrystalizował się przy obiedzie – pogoda trochę się popsuła, wysokie Tatry zaszły chmurami i zaczęło wiać dość lodowato i nieprzyjemnie, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby wracać. Ruszyliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy.
Tu AardvarK nad Stawem, w chmurach Kościelec.

aardvark

Stamtąd podeszliśmy na przełęcz Karb (dla mnie Krab) – bałam się trochę stromizn, bo nigdy wcześniej tam nie byłam, a Kościelec kojarzy mi się wyjątkowo morderczo, ale okazało się, że kompletnie nie było czego się bać, a widok z góry na Czarny Staw jest przepiękny. Tymczasem niepogoda nie dawała za wygraną, chmury były coraz niżej i coraz bardziej wiało, ale my nadal tak bardzo cieszyliśmy się z wycieczki, że nie sprawiało nam to specjalnej przykrości. To prawda, że widoki w Tatrach są piękne, ale muszę przyznać, że jeżdżę tam głównie po to, żeby chodzić, a widoki są miłym dodatkiem. Mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć „pojezierze gąsienicowe” – jako dziecko widziałam, ale zupełnie zapomniałam jak tam jest pięknie, nawet, kiedy szczyty skrywają się w chmurach.

pojezierze

Zeszliśmy z Przełęczy, mocno już wiało lodowatym wichrem i chmury nadal schodziły coraz niżej, ale my nadal mieliśmy ochotę chodzić, a mgła nie przedstawiała się przerażająco – widoczność nie była oczywiście taka, jak w piękny, słoneczny dzień, ale z Big B postanowiliśmy, że pójdziemy przez Świnicką Przełęcz, a AardvarK zdecydował się wejść na Kasprowy zielonym szklakiem, chociaż ostrzegaliśmy go, że jest długi, mozolny i do wchodzenia go nie polecamy. Umówiliśmy się, że spotkamy się na Kasprowym i zjedziemy na dół kolejką. Po wypaleniu rozchodniaka jak zawsze zaczęliśmy gnać w górę jak psychopaci, co natychmiast poskutkowało przestojami na złapanie oddechu. AardvarK chodzi wolniej, ale równym tempem i idąc z nim nie męczyliśmy się jak nienormalni 😉 Stwierdziliśmy, że czasu mamy dużo – zanim on się tam wdrapie, ho, ho, jeszcze będziemy na Kasprowym czekać.
Droga na Przełęcz cudowna – nie wiało, było cichutko, wszystko utopione w białej mgle – czułam się jak w dekoracjach do „Władcy Pierścieni”. Praktycznie nie było ludzi, co zawsze jest miłe i zawsze-zawsze zaskakujące w polskich Tatrach. Szło się nam bardzo dobrze (dysząc i sapiąc, a jakże!) aż do momentu wyjścia na samą Przełęcz, gdzie lodowaty wiatr wiał okrutnie. Ukryci za głazem zapaliliśmy papierosa i spokojnie poszliśmy w stronę Kasprowego. Cóż się okazało? AardvarK – choć twierdzi, że prawie tego nie przeżył i że następnym razem zabiera zestaw reanimacyjny – już szedł w stronę Liliowych, bo nie chciało mu się na nas czekać! Hm… Stalker stwierdził, że AardvarK wygląda (na zdjęciach) jak „zgrzybiały mistrz kung-fu”, ale chyba nie jest jeszcze taki zgrzybiały. Albo my jesteśmy.
Na Kasprowym pięć metrów śniegu – jak zauważył AardvarK – sześciennych 🙂
Udało nam się zjechać kolejką, a o 19 poszliśmy na nowego Bonda, ale o tym kiedy indziej. Po filmie zawieźliśmy AardvarKa do jego kwatery, wróciliśmy do siebie i padliśmy. Na kolacji byliśmy w mojej ulubionej zakopiańskiej restauracji Sopa, gdzie jak zawsze zjadłam przepyszne polędwiczki z bundzem w sosie pomidorowym (34 zł) i dwa naleśniki z serem i rumem (12 zł). Naprawdę polecamy wszystkim. Warto.

Następnego dnia pobudka znów o jakiejś strasznej godzinie – o 6.40 byliśmy po AardvarKa, żeby podjąć kolejną – tym razem udaną – próbę dostania się na Kasprowy kolejką. Mieliśmy szczęście, że wczoraj nie jeździła, ponieważ ze szczytu mogliśmy podziwiać takie widoki.

kasprowy_szczyt

Postanowiliśmy przejść wszystkie Czerwone Wierchy, co może nie jest szczególnym wyczynem, jeśli wjeżdża się kolejką, ale jest niezłym pomysłem w piękny listopadowy dzień, kiedy wiadomo, że nie będzie chodzić się w kolejce.
Dzięki pięknej pogodzie i chmurom widocznym na zdjęciu spełniło się moje górskie marzenie – widziałam widmo Brockenu.

widmo

Gdyby ktoś był bardziej zainteresowany odsyłam do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Widmo_Brockenu
Wycieczka fantastyczna, choć Big B i AardvarK znaleźli w sobie wspaniałych kumpli do palenia, więc paliliśmy na każdym szczycie – kto był, wie, jak często 🙂 Poza tym kozice przywykły już do ludzi 🙂

kozica

Nie robiłam tego zdjęcia super aparatem, tylko zwykłą  idiot-kamerą i myślę, że mogłabym nawet  podejść bliżej, ale one jednak mają rogi, więc ja miałam stracha. Zatem: Kopa – fajka, Małołączniak – fajka, Krzesanica – fajka. I jak zwykle popas 🙂

popas

Na Ciemniaku odpuścili z paleniem, ale Big B był chyba trochę zawiedziony tym faktem.
Schodziliśmy przez Adamicę – miałam ochotę na zejście przez Tomanową, ale nie liczyłam, że w Dolinie Kościeliskiej również nie będzie ludzi. Nie przepadam schodzić przez Adamicę, bo to dość zabójcze zejście dla moich kolan, ale z drugiej strony spacer Kościeliską w tłumie ludzi jest zabójczy dla dobrego samopoczucia. Cóż, każdy chciałby mieć Tatry tylko dla siebie.
Na postoju wygrzewaliśmy się w słońcu, Big B zasnął na trawie i za nic w świecie – jak zawsze – nie chciał się obudzić, a ja podziwiałam piękną tatrzańską przyrodę w listopadzie.

Myślałam, że z Adamicy nigdy nie zejdziemy, ta droga bardzo dłużyła się mnie i moim kolanom, choć na stokach podziwialiśmy jeszcze stada kozic. Nie polecam tej drogi ani w dół, ani w górę – na Ciemniak idzie się „przepisowo” trzy godziny czterdzieści pięć minut i nie jest to lekki spacerek, jeśli mamy przeciętną kondycję mieszczucha.
W Kościeliskiej jak zawsze było dużo ludzi, ale na szczęście został tylko mały kawałek do przejścia. Potem polansowaliśmy się na Krupówkach – zjedliśmy obiad w Kolorowej (AardvarK poleca placek po zbójnicku, 20 zł) i wróciliśmy do domu, gdzie padliśmy.

Wycieczkę w dzień wyjazdu zaplanowaliśmy ambitną, zwłaszcza, jeśli wliczyć w to czas naszych częstych popasów na papierosa – zostawiliśmy auto – już z bagażami – na Toporowej Cyrhli i stamtąd udaliśmy się przez Psią Trawkę na Polanę Waksmundzką. Znam tę drogę dobrze i bardzo ją lubię – nie jest w ogóle męcząca i nawet latem nie ma tam zbyt wielu ludzi, za to jest naprawdę pięknie.

strumyk

Później zdecydowaliśmy się na szlak, którego nie znaliśmy, choć później AardvarK przypomniał sobie, że tam był 😉 Szliśmy z Polany Waksmundzkiej  zielonym szlakiem w stronę Murowańca, żeby później odbić na czarny i żółty szlak prowadzący na Krzyżne.
Dolina Pańszczycy zapiera dech w piersiach, moim zdaniem jest to jeden z najpiękniejszych szlaków w Tatrach. „Dolina Pańszczyca jest odgałęzieniem Doliny Suchej Wody, na południowy wschód od Hali Gąsienicowej. Skaliste szczyty Żółtej Turni, Wierchu pod Fajki i Granatów od zachodu – Orlej Baszty, Buczynowych Turni i Przełęczy Krzyżne od południa oraz rozległy grzbiet Koszytej i Małej Koszystej od wschodu ograniczają tę piękną i malowniczą dolinę. W górnej jej części rozpościerają się pola maliniaków (wielkich głazów) – niżej gęste zarośla kosówki i lasy. W środkowej części doliny leży nieduży Czerwony Stawek, poniżej niego Potok Pańszczyca spływa przez halę tejże nazwy ku północy” (Tadeusz Zwoliński, Tatry Polskie, 1951).

a

b

Dotarliśmy do Czerwonego Stawku, gdzie naturalnie popasaliśmy. O Krzyżnym oczywiście nie mogło być mowy, więc wróciliśmy kawałek i skierowaliśmy się w stronę Murowańca, gdzie popasaliśmy (placek po zbójnicku gorszy niż w Kolorowej). Stamtąd wracaliśmy niezbyt atrakcyjną drogą dojazdową do schroniska aż do Psiej Trawki, skąd zboczyliśmy na szlak prowadzący na Cyrhlę.
Uwaga, jeśli ktoś z Was będzie kiedyś tamtędy szedł, jest tam kot, który żebrze o jedzenie, więc pakując się pamiętajcie o nim 😉 Jest już nieźle wyuczony – mruczy, łasi się i ociera, idzie przy nodze jak pies. Tak zwane – z racji miejsca zamieszkania, odległego od świata cywilizacji – Sybiraki też były przez niego zaczepiane jakiś czas temu w podobny sposób, który – sądząc po kociej tuszy – jest skuteczny 🙂 Oto i on (kot, nie sposób) 🙂

kot

W drodze  do Łodzi – jakie wspaniałe zakończenie dnia! 😦 – wstąpiliśmy do Sopy, a potem bez problemów dojechaliśmy do domów.
Smutek, że tak krótko. Smutek, że tak płasko. Smutek, że znowu codziennie najtrudniejszy szlak – rutyna.

pikfe

Jej, znów mam ochotę na Tatry 🙂 W zeszłym roku Big B był już po zbiorach (ja jeszcze nie mieszkałam Na Wsi), AardvarK chciał z nami jechać (hmmm…. ciekawe, czy teraz też by chciał? 🙂 ), zapakowaliśmy się do auta i pomknęliśmy w góry. I to był naprawdę bardzo fajny wyjazd, a pogoda po prostu wymarzona. Nie to, co dzisiaj.

pikfe