Posted tagged ‘jeżdżenie po Francji’

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (16).

Październik 1, 2011

Dzień dobry.

Pierwszego października udało się nam dojechać na Północ Francji.

Po drodze znalazłyśmy miasto (miasteczko), które nas całkiem oczarowało: Les Grandes Dalles (tu zdjęcie lotnicze, szóste od góry, tu mapa google). Tak pisałam do Big B: miasteczko było malutkie, z plażą, ciche, wyludnione i bardzo się nam tam podobało, ale niestety nie było ani hotelu, ani nawet pokoi dla gości. Szczerze mówiąc to to miasteczko było nawet trochę straszne – przez te budynki [w stylu normandzkim] i przez wyludnienie – trochę kojarzyło mi się nawet z „Lśnieniem”. Trochę jak takie miasto z koszmaru – wielkie domy z zamkniętymi okiennicami, pusto na ulicach, szara pogoda, cisze… Naprawdę fajnie tam było, szkoda, że nie było gdzie spać.

Właśnie stamtąd jest pierwsze zdjęcie w tym wpisie. I z tego, co się orientuję, wszystkie pozostałe.

O dziwo, znalazłyśmy hotel (w Yport) 😉 Co więcej – udało się nam nawet rozpakować, ale przypłaciłam to prawie życiem. Z listu do Big B wyczytałam, że Olinus wypakowywała auto, a ja tachałam cały ten majdan po jednych schodach (z ulicy do kamienicy), a potem po drugich (na pierwsze piętro), wąskich i stromych! I kiedy niosłam wielgachny kosz wypełniony butelkami z winem, Olinus łaskawie otwierała przede mną drzwi i zarykiwała się ze śmiechu, że nogi mi tak dygają… Bardzo zabawne 😉 Naturalnie Olinus nawet nie wspomina o tym, jak się rozpakowałyśmy. Nic dziwnego!

„Znowu podróż. Wyjechałyśmy o 8 rano. Pojechałyśmy na wybrzeże, jechałyśmy przez cudowne miasteczka, ale nie było miejsc.
W końcu zatrzymałyśmy się w Yport w domu takiego miłego pana maniaka układania puzzli 🙂
Przeszłyśmy się wieczorem na plażę, z piwkiem. Zaczepiali nas jacyś młodzi bardzo kolesie.
Upiłyśmy się trochę, ale w domu pisałyśmy jeszcze listy.
Ptak przerażająco śpiewał.”

Hm… upiłyśmy się, mocno powiedziane, bo nie udało nam się wypić nawet po butelce 😉 W ogóle doszłyśmy wówczas do wniosku, że jak na naród polski, dość fenomenalne jesteśmy, ponieważ to piwo na plaży w Yport to był nasz pierwszy alkohol w czasie tego wyjazdu. I ostatni. A mimo to wyjazd wielce udany!

pikfe

P.S. W ogóle nie pamiętam przerażająco śpiewającego ptaka!

P.S. 2  Nie napisałam nawet słowa o tęsknocie 😉

Reklamy

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (15).

Wrzesień 30, 2011

Dzień dobry.

Dziś wyjazd z Mane i poczatek naszej niezłej eskapady, liczącej około 1200 kilometrów!

No i najgorsze co nas czeka to jeszcze pakowanie i wypakowywanie auta – szukanie wolnego pokoju po nocy, na bagnach, to nic w porównaniu z tym koszmarem. Obliczyłyśmy, że musimy to zrobić jeszcze 7 razy (Mane, 2x Limoges, 2x Ertetat, 2x Hannower), a mamy 13 pakunów + wieszaki…

Olinus Prime nie poświęciła zbyt wiele uwagi tej podróży: „Podróż. Nic ciekawego się nie działo. Ok. 19-20 zatrzymałyśmy się w Moulins w B&B. Szybko poszłyśmy spać, bo nie było zbyt fajnie, ale lepiej niż w F1. Pikfe była bardzo dzielna!”

A jednak ta podróż, ten nocleg, to nagromadzenie, to był dla mnie przełom. Pisałam do Big B, że dziś nie denerwowałam się podróżą ani nawet tym, że jest ciemno, a my nie mamy gdzie spać. Chyba nasze przygody w Stes mnie zahartowały, czuję się prawie, jakbym miała duszę podróżnika 😉Tym razem tylko pobieżnie zaplanowałyśmy, gdzie dojedziemy (Limoges), ale w trakcie drogi zmienił się paln (wspomniane Moulins) i to nie był dla mnie koniec świata. To było spoko, bardziej praktyczne, logiczniejsze w tamtej sytuacji, choć Limoges bardzo chciałam zobaczyć.

I w ogóle list tchnie optymizmem, że tak fajnie, że faje to trzeba spod lady kupować (bo na stacjach benzynowych nie są wystawiane na widok, a to niedziela była, kioski i markety były pozamykane), że dobrze się jedzie, że żal było Mane opuszczać, ale radość wielka na Północ jechać.

Post faktum, już w Polsce, Olinus opowiadała mi, że kiedy po zmroku zatrzymałyśmy się w Moulins w B&B i ja wysiadłam z uśmiechem i dziarskim krokiem ruszyłam w stronę  strasznego hotelu samoobsługowego, nie ględząc i nie jęcząc, to ona była w takim szoku, że zęby z podłogi zbierała. A ja nawet nie zauważyłam, po prostu, zachowałam się normalnie i zrobiłam to, co do mnie należało.

Taka ulga.

pikfe

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (14).

Wrzesień 29, 2011

Dzień dobry.

Na początek spojer całego dnia – ale jest tego wart 🙂 Odautorski komentarz Olinusa na niebiesko.

„Kolejny super dzień! Rano była parada balonów i zagadałyśmy się z gospodarzem, powiedział, żebyśmy pojechały do kanionu. Było cudownie, takie piękne miejsce, takie góry. [Wow, to chyba dlatego, że tak się ZAGADAŁAM PO FRANCUSKU, nie umiałam potem nic napisać po polsku…]. UWAGA PISOWNIA ORYGINALNA Z KALENDARZA: Zatrzymałyśmy się w jednym miastem i herbatę i sałatkę. Była BARDZO przystojny kelner. Spotkałyśmy głupich polaków z Turynu. Potem pojechałyśmy do Digne, ale tam nie było fajnie. Market i wróciłyśmy do domu.
Musiałyśmy się spakować :(„

Z samego rana obudziło nas delikatne, acz stanowcze pukanie do drzwi. Okazało się, że nasi gospodarze postanowili zbudzić nas na wielką paradę… balonów 🙂

Dość to było nieoczekiwane, ale ubawiłyśmy się po pachy oraz – co chyba bardziej istotne – zmodyfikowałyśmy nieco nasze mętne plany. Okazało się, że w okolicy jest przełom rzeki Verdon, który koniecznie musiałyśmy zobaczyć. Tak przynajmniej twierdzili nasi gospodarze. A że zagadali nawet „pas-de-francais” Olinusa, to musiałyśmy jechać. I dzięki nim…

Dziś spektakularnie.

To Lac de Sainte – Croix, które dopiero zapowiada to, co nas czekało.

I coraz bardziej, coraz bardziej…

Wiecie, dla nas to było niesamowite, bo myśmy się czegoś takiego nie spodziewały. I nadal jestem trochę pod wrażeniem tamtej niesamowitości, dlatego dziś nie opędzicie się od zdjęć.

Zresztą, ponieważ właściwie cały czas siedziałyśmy w aucie, też nie za bardzo jest o czym pisać – poza tym, że miałam myśli nieczyste… 😉

W liście do Big B cierpię na męki, że nie możemy tam razem połazić. Dla kogoś, kto jeździ w góry, żeby po nich chodzić, wycieczka autem jest istną torturą. Piękną, ale jednak torturą.

I dwa z moich ukochanych zdjęć z tego wyjazdu.

Niestety, nie trafiłyśmy na kwitnącą lawendę, było już bowiem po zbiorach, ale i tak pola lawendy to jest coś, co wzrusza.

A myśli nieczyste miałam w miasteczku La Palud-sur-Verdon, gdzie obsługiwał nas boski kelner i prawie się o niego pobiłyśmy, a sciślej o to, która pójdzie do toalety, żeby ta druga została sama przy stoliku. Hm. Jak to Olinus ujął w liście do K.: ” Na szczęście dla Was i na nieszczęście dla nas, wcale nie zwracał na nas uwagi.” 🙂

Na kolejnym zdjęciu widać, jak wiodła nasza droga.

Widoki tam są naprawdę zachwycające.

Ja przepraszam, może ja zanudzam z tymi zdjęciami, w końcu Terry Pratchett uznaje oglądanie czyiś zdjęć z wakacji za torturę piekielną, ale… i tak wykonałam gigantyczną pracę odrzucając wiele z nich na różnych etapach (przegląd pierwszy i drugi, kopiowanie, pomniejszanie, wklejanie), a poza tym zawsze możecie wyłączyć bloga pikfe w diabły. Ja nie mogłam się pohamować 🙂

Niestety, nie udało nam się zobaczyć tej najbardziej spektakularnej części, gdyż przegapiłam drogę i nie dało się już zawrócić, a poza tym pogoda się popsuła, tzn. popadało i wszystko natychmiast zaczęło parować.

Później pojechałyśmy przez Castellane do Digne, ale nas nie zachwyciło, jako, że w tamtym czasie obydwie miałyśmy awersję do dużych miast. Cóż, teraz kiedy to wspominam… bardzo ładnie tam było, tak uzdrowiskowo. Chętnie wróciłabym do Digne.

I czekała nas jeszcze niespodzianka w drodze powrotnej. Nagle zobaczyłyśmy coś takiego.

Te dość oryginalne formy skalne ciągną się przez cały kilometr, a najwyższy z „mnichów” (zwanych tak z racji podobieństwa do mnichów w habitach i kapturach) ma 114 metrów. Ładną panoramę można zobaczyć tu.

A cała nasza trasa tego dnia przebiegała tak:

To był nasz ostatni dzień w Mane. Podjęłyśmy bowiem decyzję, że skoro Północ Francji tak nas zachwyciła, to… jedziemy na Północ!

Pisałam do Big B tak:  Nawet nie denerwuję się tak jutrzejszą podróżą, chociaż to długa droga, ale co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, tak? Może też dlatego takie wakacje były mi potrzebne? Ja wiem, że przed Bolidem wiele kilometrów, a przed nami wiele noclegów, ale jakoś inaczej na to patrzę. W sumie za pierwszym razem trafiłyśmy dobrze i to, że nie spałyśmy w Stes… to cudowne. Teraz trafiłyśmy fantastycznie i nigdy nie znalazłybyśmy tego miejsca, gdybyśmy koło niego nie przejechały.

Oklaski 🙂

pikfe

P.S. Nie użyłam czasownika „tęsknić” i nie rozpisywałam się o tęsknocie.

P.S. 2

I jeszcze linki, jeśli ktoś nie ma dosyć zdjęć.

http://en.wikipedia.org/wiki/Verdon_Gorge

http://www.lesgorgesduverdon.fr/en/index.html

 

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (13).

Wrzesień 28, 2011

Dzień dobry.

Uwielbiam kalendarzyki Olinusa 🙂

„wyruszyłyśmy po śniadaniu w stronę wybrzeża. Po drodze kupiłyśmy fajni i wpadłyśmy w manie kupowania win. Kupiłyśmy chyba 7 butelek. Kupowałyśmy w takich małych, domowych winiarniach.
SUPER.
Na dłużej zatrzymałyśmy się w miasteczku Quinson. W końcu dojechałyśmy na wybrzeże. Było ładniej niż w Stes, ale bez przesady. Brzydka plaża. Miasto La Londe chyba.
W domu byłyśmy ok. 20, wcześniej jeszcze w markecie.
Myju-myju, papierosek, listy i spanie”.

Trasa nasza jak zwykle długa – bagatela 160 kilometrów w jedną stronę. Co za szczęście, że mamy Bolida!

Widoki – piękne.

Chyba nie dziwi, że uwielbiałyśmy jeździć – zwłaszcza, że na tych dość podrzędnych drogach, które wybierałyśmy, tłumów zwykle nie było.

To kolejny dobry dzień, choć oczywiście udało się nam pokłócić. Po papierosy zatrzymałyśmy się najpierw w markecie, ale okazało się, że tam niestety papierosów nie sprzedają. potem zatrzymałyśmy się w mieście o nazwie Geroux (chyba). I właśnie tam się pokłóciłyśmy, w dodatku w kiosku (we Francji kiosk to Tabac) i przy ludziach! Olinus pół godziny zastanawiała się jakie wybrać papierosy, co doprowadziło mnie do szału, najpierw ja chciałam wyjść, później ona, takie byłyśmy na siebie złe, że jeszcze chwila, a z miasteczka niewiele by zostało… W końcu dokonałyśmy tej trudnej czynności i kupiłyśmy Fleur de Savane (ale niestety bez filtra!) i Dunhille mentolowe.

Hm. 🙂 Lisica kiedyś pisała o pikfe w umiłowaniu szczegółu 🙂

Miasteczko Quinson, o którym wspomina Olga zapamiętałyśmy z dwóch powodów. Oto jeden z nich.

Drugi jest taki, że trwała akurat przerwa w pracy: i na ulicach nikogo. Zupełnie jak wymarłe miasteczko. Obiecałyśmy sobie, że przyjedziemy kiedyś do Quinson na zbiory winorośli, żeby może zobaczyć jak wyglądają mieszkańcy 🙂

Dalej piszę, że jechałyśmy przez naprawdę piękne tereny.

I z drugiej strony 🙂

I tu wiekopomna chwila następuje: Potem jechałyśmy przez tak piękne okolice, że pół drogi przepraszałam Olinusa za moje fochy, łzy, marudzenia, ględzenia i trucia, a drugie pół dziękowałam jej, że namówiła mnie na taką cudowną podróż.

WOW.

Później trafiło nas z tymi winami, o których pisze Olga. No, może nie były to najlepsze wina, bo byłyśmy dość ograniczone finansowo, ale jednak powiem, że to i tak była świetna zabawa. Miałyśmy pół auta win. Warto to zapamiętać, ta wiadomość będzie istotna w przyszłości.

W końcu dojechałyśmy na plażę.

Nic jakoś szczególnie zachwycające, po dramatycznych (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) i różnorodnych plażach Bałtyku.

Ale ta przyroda…

Podróżniki były z nas niezłe, dlatego krótki fragment należy się naszej bryce niesamowitej, Bolidowi. W Masywie Centralnym, pod górkę, nie dawał rady więcej niż 90km/h i musiałyśmy jechać pasem dla żółwi 🙂 Ale to cudowne auto, przejechałyśmy nim w sumie 6000 km 🙂 I Naprawdę MA BARDZO WYGODNE FOTELE. Na parkingu w La Londe – ale słabiutko go widać.

Chciałam tylko powiedzieć, że brak super auta nie jest żadną przeszkodą! Tego też nauczyła mnie Olinus, opowiadając w naszym Bolidzie, jak to znajomi wybrali się mega suvem do Chorwacji i wrócili na „la laweta” 🙂

I powrót: pamiętam, że stałyśmy w jakiś korkach. I pamiętam, że właśnie stojąc w tym korku zrobiłam to zdjęcie.

Miło jest czasem postać w korku.

No i na koniec mam najmocniejszy fragment!

Minął już kolejny dzień i chociaż coraz bardziej za Tobą tęsknię, to nie oczekuję powrotu do Polski ze szczerym i nieskrywanym entuzjazmem. Tu jest tak fajnie, tak pięknie.

pikfe

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (11).

Wrzesień 26, 2011

Dzień dobry.

Od dziś zaczyna się bosko.

Ostatecznie i chyba na zawsze opuściłyśmy La Camargue. I śmiać można się z moich listów do Big B, ale tylko dzięki nim wiem DOKŁADNIE, jak jechałyśmy. Cóż, dla niego to musiała być naprawdę fascynująca lektura.

Ale my widoki miałyśmy wspaniałe.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie marudziła w liście o stresach, nerwach i innych głupotach. Wszystko jest tak LOGICZNIE opisane, UARGUMENTOWANE, PRZEMYŚLANE, a powinnam sobie po prostu powiedzieć „Chrzanić to!”, a nie tyle się zastanawiać i do tego stopnia siebie rozważać. Pojawiają się jednak jakieś błyski świadomości: To dziwne, czasem mam wrażenie, że psuję jej tę wycieczkę swoimi nerwami i swoim marudzeniem.

Cóż, wyjątkowo odkrywcze.

Krążyłyśmy w okolicach – jak przez mgłę pamiętam, że musiałyśmy zawracać z bardzo polnej drogi;  że rozmawiałyśmy z bardzo miłą osobą w sprawie pobytu, ale ona organizowała tylko turnusy; że gdzieś tam było za drogo.

W końcu zbliżyłyśmy się do Mane.

… i je zobaczyłyśmy – nie wiedząc oczywiście, że to właśnie tam zostaniemy.

Podjechałyśmy pod jakiś domek z napisem „pokoje” i tak zaczęłam mówić po francusku, że pani myślała, że jesteśmy z Niemiec… :/ Ona nic nie miała, ale miała jej rodzina, ona zaraz zadzwoni, ona się dowie, tu ktoś nam wskaże drogę albo nie, za kimś pojedziemy… i tak znalazłyśmy nasze Mane, miejsce, które ujęło nas za serca.

I wejście do pokoju. Wierzcie lub nie: cena była BARDZO przystępna.

Nasi gospodarze byli przemiłymi ludźmi – codziennie rano, uśmiechnięci, przynosili nam na tacach śniadanie, gawędzili, opowiadali, co można w okolicy zobaczyć. To wszystko było tak miłe, że do tej pory na wspomnienie robi mi się ciepło na sercu. Czuło się, że ci uroczy ludzie goszczą nas u siebie z przyjemnością.

Tego dnia pojechałyśmy jeszcze do Aix, po drodze podziwiając takie widoki.

W liście do Big B piszę:  Francuzi są dumni ze swojego kraju, dbają o niego, a poza tym mają coś takiego, jak architektura regionu – są tu brzydkie budynki, to jasne, ale nikt nie buduje dwupiętrowych zielonych pałaców z doryckimi kolumnami (albo dobrze je chowa). Pod tym względem Polska nie ma z Francją najmniejszych szans, ale jeśli chodzi o malowniczość przyrody, to nie mamy się czego wstydzić. Tu są piękne drogi pomiędzy górami, ale u nas nie ma po prostu tak wielkich gór. Nie ma w ogóle co porównywać nawet takiej małej wioski jak Mane z najdłuższą polską wsią, bo tam jest tak architektonicznie szkaradnie i drogi są w tak fatalnym stanie, że aż strach jechać [ zwykle jeździmy z Big B w Tatry przez Zawoję, stąd jej wspomnienie; normalnie kilkadziesiąt kilometrów depresji, nikogo nie obrażając]. Ale Francja to nie są tylko ukwiecone podwórka pięknych domków, ale też i te paskudne, zawalone śmieciami i wypłowiałymi od słońca tandetnymi zjeżdżalniami.

Aix… przejechałyśmy przez i wróciłyśmy do domu. W najmniejszym stopniu nie miałyśmy tego wieczoru ochoty na duże miasto. Trudno mówić, żebyśmy miały jakieś wielkie poczucie straty, bo kierowca w Aix strąbił Olinusa, choć ona miała pierwszeństwo, więc to zapewne miasto ludzi podłych 🙂

Udany dzień 🙂

pikfe

P.S. 1 Olinus zanotowała, co jadłyśmy na obiad: obiad: bagietka, serek topiony, pomidor, sok pom

P.S. 2 Cały list do Big B o tęsknocie, ale – uwga – na końcu nie piszę już, że tęsknię 🙂

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (9).

Wrzesień 24, 2011

Dzień dobry.

Ufff, wreszcie jest lepiej – Olinus notuje, że to był bardzo fajny dzień.

Wypad do Carcassonne – trochę ponad dwieście kilometrów w jedną stronę – był moim pomysłem. I przyznaję, że w sumie pomysłem dość dobrym. Takie widoki towarzyszyły nam prawie całą drogę – w tle gaj oliwny.

I jak tam pachniało! Coś niesamowitego – odurzający, letni bukiet ziół, rozgrzana palącym słońcem ziemia,  sól znad morza, po prostu coś niewyobrażalnego – powietrze pachnące ziołami prowansalskimi.

Podróż upłynęła nam bardzo miło, aż wreszcie zobaczyłyśmy mury dawnego miasta.

Oczywiście – ludzi tłum, ale i tak byłyśmy zachwycone.

Naprawdę. Nawet ja byłam zachwycona i tak właśnie zapamiętałam ten dzień – jako świetny. Bo bardzo, bardzo nam się podobało. Świetna i piękna była trasa, imponująca twierdza, fantastyczne widoki.

Tak pisałam w liście do Big B: Dziś, kiedy jechałyśmy do Carcassonne, miałyśmy okazję podziwiać rejony, które są naprawdę piękne, to dawny kraj Katarów. Pełno winnic, a właściwie to od pewnego momentu same winnice, a wśród nich domki z kamienia i średniowieczne miasteczka. Tam naprawdę jest przepięknie i tak właśnie wyobrażałam sobie Południe Francji.

I ze mną już jakby lepiej!

Opowiem Ci jeszcze o Carcassonne i o naszym bardzo przyjemnym dniu tam. Ponieważ wcale się nie stresowałam, czułam się bardzo dobrze [ niesamowicie odkrywcze, nieprwadaż? 😉 ] i udało się nam spędzić bardzo, bardzo fajny dzień, taki jak w 2004 w St. Malo.

Uśmiecham się do wspomnienia tego dnia, znów ogarnia mnie to ciepło, te wszystkie zapachy, widzę roześmianego i szczęśliwego Olinusa, czuję na skórze promienie tamtego słońca i przypominam sobie sklepik, w którym niesamowicie rozentuzjazmowanego kupiłyśmy dla Uiala stalowy sztylet (co może nie było zbyt mądre, ale nikogo nie zabił, a radość była ogromna). I nic mnie nie obchodzi, że to wszytsko może łzawo i banalnie brzmieć, dla mnie było rewelacyjnie i wspaniale jest wracać do tych wspomnień.

pikfe

P.S. Nadal bardzo tęsnię za Big B, ale już mniej miejsca poświęcam rozważaniom, kiedy to wracamy do Polski.

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (8).

Wrzesień 23, 2011

Dzień dobry.

O 2003 i 2004 nie ma już co pisać, byłyśmy w Polsce.

W 2007 wpis Olinusa dość enigmatyczny: „Wstałyśmy, ale nadal było ciężko. Pojechałyśmy do … Met, ale nie szukać pokoju tylko plażować. Trochę się odstresowałyśmy. Ja się spaliłam. Kupiłyśmy trochę rzeczy, ale miasto jest brzydkie i śmierdzące. Wieczorem chciałyśmy iść na spacer, ale było za dużo komarów. Samochód, stacja, ale się nie udało. Czytanie i spanie.”

Czytanie moich listów (a właściwe mojego skomlenia i ciągłego marudzenia, jak to mi źle) jest dość trudne, ale chcę odczarować trochę ten dzień.
Od rana pojechałyśmy do Saintes-Maires-de-la-Mer na plażę i na spacer. Choć tu widoki nieomalże pocztówkowe…


… nie zawsze było tak znowu bosko 😉

Samo miasteczko nas nie zachwyciło: jest bardzo prowizoryczne, nastawione tylko na sezon – a jak wiadomo z naszych rodzimych przykładów, to nigdy nie zachwyca. Oczywiście, architektonicznie jest w miarę jednolite (nie to, co u nas nad morzem, prawda?), ale to jednak nie St.Malo ze swoim przepięknym bulwarem.  Plaża też nie powalała na kolana, zwłaszcza, że na plaży pełno kiepów.

Zauważyliście pewnie, że nikt się nie kąpie? A to dlatego, że woda była ZIMNA JAK CHOLERA! Trzeba mieć nasze szczęście, żeby przetelepać się prawie trzy tysiące kilometrów do ciepłego morza i wejść do lodowatej wody!

Zachwyciło nas za to słońce, tak bardzo różne od naszego, bałtyckiego, że natychmiast obydwie się spaliłyśmy, jak to ujęła Olinus.

Ja tak pisałam do Big B: Jesteśmy na plaży i czuję się dużo lepiej, bo udało mi się trochę uspokoić. Nawet mogłabym powiedzieć, że jest mi dobrze. [cholera!] [Pomimo faktu, że] jest pełno muszek i komarów, (…), woda jest zimna, miasto brzydkie, dość dużo ludzi, to dla mnie jest ok i nawet mogłabym tu zostać.

No przyznajcie, trochę dziwna to ja jednak byłam 🙂

Po plażowaniu, krótszym niż sądziłyśmy – z racji wspaniałej intensywności słońca, wybrałyśmy się do Arles. No i Arles nas nie zachwyciło.

Bardzo dużo ludzi, brudno, głośno. Oczywiście, każde miasto ma swoje momenty.

Spacer był fajny, ale po południu miałam kryzys samopoczucia. No comment.

Odwiedziłyśmy szpital, w którym przebywał Van Gogh po tym, jak odciął sobie ucho i który uwiecznił na jednym ze swoich obrazów. Tam było pięknie.

Źródło: tu.

Pojechałyśmy jeszcze autem do Saintes… na stacje, ale niestety stacja była automatyczna, a automat nie chciał czytać naszej karty i tak zrobiłyśmy sześćdziesiąt kilometrów na darmo!

No i spacer wieczorem, w okolicach naszego hotelu: po przejściu kilkudziesięciu metrów wracałyśmy do domu BIEGIEM, gonione przez DZIKIE HORDY WYGŁODNIAŁYCH KOMARÓW!

Poprzedni i ten dzień były najgorsze: potem już tylko lepiej i siebie mniej się muszę wstydzić 🙂 Miałam przesilenie, czara goryczy się przelała i chyba całkiem wylała i było już dobrze. Ale jeszcze bardzo tęsknię za Big B!

A na dobranoc: flaming 🙂

pikfe