Posted tagged ‘głupota’

Ratownikiem być.

14 października, 2010

Dzień dobry.

Cieszę się – i pewnie nie jestem w tym osamotniona – że udało się wydostać na powierzchnię chilijskich górników ( choć podobno niektórzy z piekła pod ziemią trafiali wprost do piekła na ziemi: oczekujących żon i oczekujących kochanek). Wysiłek, jaki włożono w to, żeby wyciągnąć ludzi z wnętrza Ziemi i pomóc im przetrwać, jest naprawdę imponujący i świetnie, że wszystko dobrze się skończyło.

Rozmawiałyśmy o tym wczoraj z Olinusem Prime i zeszło nam na ratowników: że ten, który zjeżdża na dół, nie ma za fajnie, że jednak strach, że nie ma pewności, że się uda, a chłop ryzykuje życie, żeby innym pomóc wpakować się do kapsuły.

Z drugiej strony – to jego zawód, taką drogę wybrał.

I przypomniał mi się wówczas trzydziesty numer kwartalnika Tatry.

Doszłam do wniosku, że w sumie ten chilijski ratownik miał super: ryzykował swoje życie, ale nie dla ludzi, którzy sami zawinili i którzy potrzebowali pomocy z powodu swojej porażającej głupoty. Katastrofa była niezależna od nich; wykazali wielką siłę ducha siedząc pod ziemią przez te pierwsze dni. Być może, jak mówią, nie są bohaterami, ale – co może strasznie brzmi – zasłużyli na ratunek.

Bo niby każdy zasługuje, tak? Ale za coś się te Nagrody Darwina przyznaje.

I wracając do Tatr – zamieszczana jest tam zawsze kronika wypadków TOPR i HZS (słowacki odpowiednik )i w numerze, który przeglądałam, opisane wypadki były naprawdę kuriozalne.

Wpół do dziesiątej, w drugiej połowie sierpnia, do ratowników dzwonią turyści, mówiąc, że utknęli gdzieś pod Rysami i potrzebują pomocy. Zostają uratowani. Okazuje się, że wyszli znad Czarnego Stawu około szóstej po południu, nie znali terenu i nie mieli ze sobą latarek.

TOPR zostaje poinformowany, że pod wierzchołkiem Kościelca siedzi osłabiony turysta, który wymaga pomocy. Pomoc zostaje mu udzielona. Okazuje się, że pomysłowy warszawiak zaraz po przyjeździe w Tatry, udał się na Kościelec, nie wziąwszy ze sobą nawet jedzenia.

W pierwszej połowie września w kopule szczytowej Giewontu ginie mężczyzna porażony przez piorun. Okazuje się, że wychodził na Giewont podczas burzy (z piorunami).

Ale tym razem Nagroda Darwina wędruje do pewnego Słowaka, który na szczycie Czerwonej Turnii (wiecie, nie wygląda jak byle pagórek) zapragnął zrobić zdjęcie grupie, z którą wchodził, chciał biedaczysko wszystkich zmieścić w kadrze, cofał się i cofał, ale do tyłu nie spojrzał, wrzasnął, spadł i się zabił.

Podziwiam ratowników. Naprawdę. Podziwiam ich siłę, odwagę, umiejętność pracy w zespole, zdolności etc. Ale przede wszystkim: ich cierpliwość.

Wiecie, ja rozumiem – nagle przychodzi burza (choć z Big B nie raz widzieliśmy turystów prących na szczyt mimo okolicznego walenia piorunów – niektórzy to nawet z dzieciakiem szli); ktoś się poślizgnie i złamie nogę (i nie ma na nogach japonek); ktoś doznaje nagłego ataku paniki (choć chodził po górach wcześniej i myśli, że jest przygotowany na dużą ekspozycję); ktoś inny dostaje udaru; ktoś nieuważnie postawi stopę i spadnie. Tak, wypadki w górach się zdarzają i to jest nieuniknione, ale jak ktoś włazi na Giewont z czasie burzy, to ja się pytam: czego on oczekuje?!

Ale ratownik przysięgał i nie dość, że musi lecieć i ryzykować życiem, to jeszcze potem nie może takiemu (zakładam, że uratowanemu) strzelić w gębę za głupotę.

Również z tego powodu (i wielu, wielu innych) nie mogłabym zostać ratownikiem, bo ja niejedną mordę bym obiła, tak, żeby się gór odechciało.

pikfe