Posted tagged ‘Giewont’

Zakopane w lutym. Część pierwsza.

Grudzień 4, 2009

Dzień dobry.

Tęskno mi już za górami. W ogóle zaczynam sądzić, że Tatry są jakimś przekleństwem i uzależnieniem. W końcu wychodziłam się latem tak, że myślałam o urlopie na Malediwach lub Seszelach, ale już czuję zew gór i już chętnie bym tam wróciła. Stąd powrót chociaż wirtualny. Dodałam parę zdjęć i opisów, są zaznaczone kursywą. I filmik też jest. Nudy okropne 😉

24 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część pierwsza.
Dzień dobry.

Ze Wsi wyjechaliśmy późno, bo dopiero po dwunastej – a to zakupy, a to coś do załatwienia, a to czegoś się zapomniało i tak nam zeszło przedpołudnie. Pogoda była okropna, padał śnieg z deszczem i dlatego Big B zdecydował, że pojedziemy autostradą A4 i dalej Zakopianką. Autostrada oczywiście była remontowana, jak zawsze, ale naturalnie zapłaciliśmy pełną kwotę, jak zawsze. Na Zakopiance robią Cuda, budują Mega Drogę w Tatry, co nas osobiście bardzo zmartwiło – mieliśmy okazję popatrzeć, bo środy wieczór staliśmy w korkach. Dla miejscowych to musi być jakiś koszmar.

Pierwsze zdjęcie, jak zwykle – Mała Łąka.

Pierwszy dzień był leniwy. Na ten wyjazd kupiliśmy sobie termos i mieliśmy radochę przez cały wyjazd, a pierwszego dnia w szczególności. Zasiedliśmy na ławeczce w Małej Łące, przy strumyku i piliśmy herbatę prowadząc mniej i bardziej wesołe dyskusje o naszej przyszłości, a ponieważ rozmowa była sensowna i do rzeczy nie mieliśmy poczucia zmarnowanego dnia.

Szósty luty był już bardziej aktywny, choć prowadzone rozmowy i dyskusje dużo mniej sensowne i całkiem od rzeczy. Rano pogoda była piękna, herbata w termosie ciepła, ludzi – jak zwykle zimą – mało. Poszliśmy Małą Łąką na Przysłop, gdzie długo popasaliśmy przy herbacie i w ciepłym, zimowym słońcu podziwialiśmy widoki.

Stamtąd udaliśmy się naszą ulubioną stałą trasą na Wielką Polanę Małołącką – nie wiem czemu, ale uwielbiam to miejsce.

Posiedzieliśmy tam chwilę, ale przyszło dużo ludzi, więc zwinęliśmy się na Przełęcz Grzybowiec, gdzie nasze dyskusje stały się całkowicie pozbawione sensu,a my popsuliśmy sobie humory i tym samym spacer. Zeszliśmy tłumną Doliną Strążyską i markotni wróciliśmy do domu Ścieżką pod Reglami.

Kolejny dzień zaczął się pięknie – od wizyty na Olczańskim Wierchu, skąd jest przepiękny widok na całe Tatry. Mieliśmy w planach wstać na wschód słońca jak AardvarK w listopadzie, ale rozeszło się po kościach i nie wstaliśmy.

Kto oglądał galerię AardvarKa, ten dostrzeże upływ czasu.

Z Olczańskiego pojechaliśmy na Cyrhlę, ale nie było miejsca do zaparkowania, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy nad Morskie Oko, ale stwierdzilismy, że jest za późno, więc wybraliśmy Chochołowską, ale Big B stwierdził, ze musi najpierw jechać do McD!!! Taki kawał drogi! Oczywiście – była sobota, tłumy jechały Zakopianką, więc staliśmy w korku, a ja myślałam, że eksploduję ze złości i ciągle się awanturowałam (chociaż starałam się nie). Powrzaskiwałam, że:
a) zaszło słońce i już nie będzie świecić (a my w aucie pod McD!);
b) marnujemy piekny dzień (w aucie pod McD; w aucie w korkach przez McD);
c) nie mogłeś zjeść w domu?! (ja zjadłam);
d) czemu tam nie skręciliśmy?!
e) w Chochołowskiej będą tłumy ludzi, a ja nie cierpię chodzić w tłumie!

(chwila ciszy; Big B uśmiecha się mniej lub bardziej otwarcie)

a, b, c, d, e – od początku, Big B sugeruje, że złość wzmagała się z każdą chwilą.

Dotarliśmy w końcu do Doliny Chochołowskiej, gdzie… prawie nie było ludzi. Big B żartował sobie z dzikich tłumów aż do samego schroniska: „Kochanie, przesuń się, wpadasz na ludzi.”, „Kotek, ale tłumy, wracamy do domu!”, „Czy widzisz tych wszystkich ludzi?!”. Oczywiście miałam ochotę go zabić, ale należało mi się, więc trochę się nawet śmiałam – sama z siebie.
My jednak wiemy, czemu tych ludzi tam nie było. Otóż w Dolinie jeżdżą sanie. Sanie są ciągnięte przez konie. Konie robią kupę. Kupa nie jest sprzątana. Niesprzątana kupa płynie oraz sunie całą długością Doliny, rozdeptywana i rozjeżdżana.

Big B i pikfe nie polecają spaceru w Chochołowskiej zimą, dlatego też innych zdjęć z Doliny nie będzie.

Ósmy luty był rajski – AardvarK wymyślił nam Dolinę Lejową i to był bardzo dobry pomysł. Tam jest naprawdę pięknie. I głucho, przynajmniej o tej porze roku.

Nie spotkaliśmy nikogo po drodze, siadaliśmy na ławkach, żeby napić się herbaty, zjeść czekoladę, pogadać albo posiedzieć chwilę (ale naprawdę tylko chwilę, bo jestem gadułą) w ciszy. W czasie drogi snułam piękną i romantyczną wizję naszego żywota. Otoczenie sprzyjało.

I strumyk płynął.


Najdłużej siedzieliśmy przy kulturowych wypasach (owiec) na Przysłopie Kominiarskim, gdzie było naprawdę cicho i momentami dość wiosennie.

Oglądaliśmy strumyki i widoki.  Fotografowaliśmy strumyki, fotografowaliśmy widoki, a nawet nakręciliśmy nudny filmik. W roli głównej Lejowy Potok.


Śniegu prawie nie było… a przynajmniej były takie miejsca, już bardzo, bardzo wiosną pachniało.

W końcu doszliśmy do znacznie bardziej ludnej Kościeliskiej – ale to i tak pestka w porównaniu z latem.

Pierwsze dni mieliśmy prawie wiosenne, lecz pogoda w górach ma to do siebie, że szybko się zmienia i zima wróciła z dnia na dzień, całkiem niespodziewanie, bo głównie w nocy.

W drodze do Murowańca dnia następnego, już zimowego.

cdn nastąpi jutro 🙂

pikfe

Giewont. Wspomnienie z gór.

Wrzesień 16, 2009

Dzień dobry.

Dziś będzie bardziej fotoblog, bo trochę nie mam pary po całym dniu zbieraniu gruszki w porażającym upale i w towarzystwie tysięcy pajączków.

To zdjęcia z lipca, z balkonu 🙂

12. lipca, 18.42

12.07.18.42

13. lipca, 04.21

13.07.04.21

14.lipca, 07.18

14.07.07.18

I znów 14. lipca, ale po południu, w porze szczytu… 15.07

14.07.15.07

16. lipca, 07.44

16.07.07.44 bis

16. lipca, 15.03

16.07.15.03

17. lipca, 05.29

17.07.05.29

17. lipca, 16.58

17.07.16.58

18. lipca, 17.05

18.07.17.05

I tak nas pożegnał… 19. lipca o szóstej czterdzieści dwa.

19.07.06.42

Zdaję sobie sprawę, że te zdjęcia nie są piękne, ale zawsze chciałam takie zrobić 🙂 Moim zdaniem są ciekawe, jako ciekawostka. A błędy nauczę się naprawiać.

pikfe

Wróciłam.

Sierpień 25, 2009

Dzień dobry.

Uff, wróciłam.

Było śmiesznie.

Dowiedziałam się od Uiala, że mam kiełbie we łbie i że w związku z tym myślę rybami.

Sybiraczka ma martwe mule we łbie.

AardvarK ma ołów we łbie, a w środku wołowinkę.

Na szczęście nie byliśmy na Giewoncie, za sobą mamy za to Małołączniak, Krzesanicę, Ciemniak i Ornak, a z eskapad trochę Słowackiego Raju.

Podobno w Zakopanem brakowało chleba i na obiad czekało się godzinę, ale to chyba na Krupówkach, gdzie moja noga nie stanęła, czego pewnie Sybiraczka mi nie zapomni, bo nie była w tym roku na straganach. Ja byłam z Big B i więcej nie chcę. W Sopie nie czekaliśmy na obiad tyle, co frajerzy na Krupówkach, a pewnie był i lepszy i tańszy. W Sopie fenomenalne jest to, że chodzimy tam od czterech lat, a jedzenie wciąż jest tak samo dobre. Frajerzyliśmy się za to w Harnasiu, gdzie raz czekaliśmy pewnie czterdzieści minut, aż podejdzie do nas kelnerka (ludzi nie było), ale w Harnasiu był nie lada przysmak Uiala – kurczak panierowany z frytkami. Uial lubi sobie tak oryginalnie podjeść 😉

Poza tym juhas poczęstował mnie żentycą prosto z szałasu w Dolinie Lejowej. Bardzo miły i sympatyczny człowiek.

Uial boi się baranów i miał w Tatrach detoks, bo nie zabrał komputera.

Sybiraczka boi się kładek, ale dawała radę. Najbardziej zaszedł jej za skórę paznokieć, który uniemożliwił dwa spacery, a trzeci bardzo utrudnił.

AardvarK chyba niczego się nie bał i nie powiedział Uialowi, jak robi się bombę. Powiedział za to, że możliwe jest, że włosów mu trochę wypadło po zabawach ołowiem w dzieciństwie, z czego Uial wyciągnął odpowiednie wnioski: „Wiesz, pikfe, ja na pewno nie będę się bawił ołowiem.” Bombą pewnie by chciał, zwłaszcza kiedy się dowiedział, że AardvarK wysadził w powietrze… ognisko. Chcę mieć córeczki!

Szczegółową relację zamieszczę, jak tylko zbiorę od wszystkich zdjęcia. Na razie tylko kwiat. Można przeczytać o nim także w wikipedii.

IMG_4636pikfe

Zakopane. Część druga.

Sierpień 3, 2009

Dzień dobry.

Dziś Zakopanego ciąg dalszy i ten ciąg czas jakiś jeszcze będzie trwał. Z ciekawych i krwawych zdarzeń zycia codziennego dodam, że dziś przy krojeniu cebuli usiłowałam uciąć sobie dwa palce lewej ręki, co jednak nie do końca mi się udało.

Po rozchodzeniu, będącym rozchodzeniem nieco zbyt długim, zdecydowaliśmy, że wejdziemy na Giewont. Big B był, ale ja nigdy. Dawnymi laty Mami zabroniła, a ostatnimi czasy nie za bardzo mieliśmy ochotę w tym tłumie. Ale tym razem zapragnęłam, więc pobudka bardzo wczesna, przed piątą, o ile dobrze pamiętam. Inaczej to przecież nie miałoby sensu. Szliśmy Doliną Małej Łąki na Polanę. Było pięknie. Cicho, chłodno, bez ludziów.

Obraz 035

Obraz 038

Idąc dnem dawnego jeziora widzieliśmy sarnę i słyszeliśmy bardzo donośnie rechoczącą żabę… tak się mówi? Rechocząca żaba? Hmmm… pewnie kumkająca – w każdym razie była głośna. A my cały czas szliśmy sami. Czuje się wtedy coś, co znika, kiedy idzie się w szplaerze lub wężyku innych turystów – to poczucie, że góry nie są nasze, że jest tam pełno innych stworzeń, które mają do nich większe prawo, lepiej się w nich czują, tam się urodziły i tam zostaną. Lekki dreszcz na plecach, słabe, ale jednak poczucie osamotnienia i świadomość, że jest się tylko nieproszonym gościem.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 074

Że nawet, kiedy do siebie szepczemy, płoszymy ptaki. I że są nawet w tatrach miejsca, gdzie człowiek jeszcze nie sięgnął.

Obraz 046

Nie szpeszyliśmy się zbytnio, ale też nikt nas nie gonił. Spotkaliśmy na szlaku dwójkę turystów, byli symaptyczni, zagadaliśmy, jak to zwykle, kiedy spotyka się tylko dwójkę – szli na Giewont, tak jak my, ale nie znali drogi, nie mieli mapy. Mnie to zawsze trochę dziwi. Tymczasem do Giewontu jeszcze kawałek.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 080

Szlak, jak widać. Sypią się kamienie po głowie. Idziemy, idziemy i zbliżamy się. Nadal sami.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 081

Big B dzielnie prze pod górę, a ja ciągle zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcia kwiatkom. Uwielbiam to.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 087

W kosodrzewinie zaczyna robić się gorąco, zdejmuję getry i cieszę się, że nie więcej niż godzina przed nami, potem tylko schodzenie (dla moich kolan aż)  bez bezlitosnego prażenia na graniach. Na Przełęczy Kondrackiej uroczy widok. Pustka.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 090

Acz – choć nie ma to wielkiego znaczenia – nie byliśmy pierwi. Wyprzedzili nas „na maksa oldskulowi” niemieccy studenci oraz jeden młody chłopak. Niemniej jednak na szczycie byliśmy dłuższą chwilę całkiem sami. To już coś, prawda? 🙂

Tatry_lipiec_2009_IXUS 091

Obraz 052

Obraz 059Giewontowa trawka.

Schodziliśmy przez Siodło akurat wtedy, kiedy pierwsze tłumy ruszały w górę – uff, co za ulga. Big B gnał na dół, a ja kuśtykałam o kijkach i robiłam zdjęcia kwiatkom.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 099

Tatry_lipiec_2009_IXUS 100

I tak, w miarę spokojnie zeszliśmy na przełęcz w Grzybowcu, gdzie już naprawdę niezłe tłumy szykowały się na górę. Ależ byliśmy z siebie zadowoleni 🙂

I jeszcze to zdjęcie dla porównania.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 108

Jutro zaczynamy od niezbyt udanego wypoczynku, a dziś idę już spać. Dobranoc.

pikfe