Posted tagged ‘Francja’

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (17).

Październik 2, 2011

Dzień dobry.

Mam w planach jednak coś tu uzupełnić, choć to już nie wrzesień, a październik zaczyna mieć się ku końcowi.

Pogoda jak u nas była we Francji drugiego października 2007 roku w małej mieścinie Yport: dziś jest fatalna pogoda, aż trudno to opisać. Na dworze jest szaro, buro, panuje chłód i wilgoć, jest mgła, cisza, a Yport wygląda jak umarłe w jesiennej, nadmorskiej mżawce. To dość deprymująca pogoda, robi się tak strasznie, kiedy jest mało ludzi (a raczej w ogóle ich nie ma) na ulicach.

Dalej piszę jednak, że Północ nas zachwyciła… Architektura…

Pomimo tej niezbyt udanej pogody wybyłyśmy oczywiście z domu, choć nie bez pewnych problemów… Dziś był bardzo miły dzień, choć zaczął się strasznie. Przy naszym hotelu jest bardzo wąska uliczka [raczej nasz hotel stoi przy bardzo wąskiej uliczce, ale mniejsza z tym] i tu Olinus zaparkowała, naprawdę blisko muru. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że ustawiła auto przodem do wysokiej i stromej górki, w połowie której stoi nasz hotel i ta wąska droga naprawdę prowadzi dość ostro w górę. Stwierdziła, że wyjedzie tyłem, kazała mi iść na skrzyżowanie naszej uliczki i innej [ojoj], też bardzo małej 9i rzadko uczęśzczanej0 i tamować ruch. Odpaliła auto, poszły straszne czarne dymy z rury wydechowej, wycie piekielne, po czym auto zgasło. Włos zjeżył mi się na głowie, a Olinus otworzyła drzwi i powiedziała z kwaśną miną, że nie ma siły, że ona stąd nie wyjedzie za nic na świecie. Okazało się, ze za trzy centymetry stracimy lusterko, które właśnie ta odległość oddzielała od muru… Na szczęście przyglądał się temu właściciel, zszedł i zaproponował, że wyjedzie autem, a Olinus bez najmniejszych oporów wyraziła zgodę. On wsiadł i pomknął pod tę górkę, żadne dymy nie poszły, on na tej górce jeszcze wykręcił i nie wyglądał na człowieka, który zmierzył się ze śmiercią (Olinus tak wyglądała po tych dymach) – Olinus stwierdziła, że pan uratował nam życie, bo ona by nie wyjechała. Potem wyjaśnił nam jeszcze jak dojechać do Honfleur, jest może lekko zdziwaczały i demoniczny, ale bardzo miły.

Jednak zamiast do Honfleur pojechałyśmy tego dnia do Etretat. Wrzucam więcej niż jedno zdjęcie, bo piękno tego wybrzeża jest nie do opisania.

Etretat i jego piękne klify zostały uwiecznione przez Moneta w serii obrazów, które możecie podziwiać tutaj. Miejsce faktycznie jest magiczne, a ta pogoda, cóż, tylko dodała mu uroku.

Monet jednak nie musiał oglądać – co za szczęście – dość koszmarnej zabudowy nabrzeża. Z daleka jeszcze tak nie razi…

… ale z bliska…

Po tej wycieczce pojechałyśmy jeszcze do Fecamp, nieco większego miasta, ale tam jakoś nic szczególnie nas nie zachwyciło.

Po powrocie do Yport poszłyśmy jeszcze wieczorem na naszą plażę, i jak notuje Olinus, dość późno się położyłyśmy.

I tak minął kolejny fantastyczny dzień.

pikfe

P.S. I prawdziwie szokujący fragment z listu do Big B: Cieszę się bardzo, że Cię zobaczę, ale chętnie zostałabym jeszcze we Francji.

Nawet już nie tęsknię… 😉

Reklamy

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (16).

Październik 1, 2011

Dzień dobry.

Pierwszego października udało się nam dojechać na Północ Francji.

Po drodze znalazłyśmy miasto (miasteczko), które nas całkiem oczarowało: Les Grandes Dalles (tu zdjęcie lotnicze, szóste od góry, tu mapa google). Tak pisałam do Big B: miasteczko było malutkie, z plażą, ciche, wyludnione i bardzo się nam tam podobało, ale niestety nie było ani hotelu, ani nawet pokoi dla gości. Szczerze mówiąc to to miasteczko było nawet trochę straszne – przez te budynki [w stylu normandzkim] i przez wyludnienie – trochę kojarzyło mi się nawet z „Lśnieniem”. Trochę jak takie miasto z koszmaru – wielkie domy z zamkniętymi okiennicami, pusto na ulicach, szara pogoda, cisze… Naprawdę fajnie tam było, szkoda, że nie było gdzie spać.

Właśnie stamtąd jest pierwsze zdjęcie w tym wpisie. I z tego, co się orientuję, wszystkie pozostałe.

O dziwo, znalazłyśmy hotel (w Yport) 😉 Co więcej – udało się nam nawet rozpakować, ale przypłaciłam to prawie życiem. Z listu do Big B wyczytałam, że Olinus wypakowywała auto, a ja tachałam cały ten majdan po jednych schodach (z ulicy do kamienicy), a potem po drugich (na pierwsze piętro), wąskich i stromych! I kiedy niosłam wielgachny kosz wypełniony butelkami z winem, Olinus łaskawie otwierała przede mną drzwi i zarykiwała się ze śmiechu, że nogi mi tak dygają… Bardzo zabawne 😉 Naturalnie Olinus nawet nie wspomina o tym, jak się rozpakowałyśmy. Nic dziwnego!

„Znowu podróż. Wyjechałyśmy o 8 rano. Pojechałyśmy na wybrzeże, jechałyśmy przez cudowne miasteczka, ale nie było miejsc.
W końcu zatrzymałyśmy się w Yport w domu takiego miłego pana maniaka układania puzzli 🙂
Przeszłyśmy się wieczorem na plażę, z piwkiem. Zaczepiali nas jacyś młodzi bardzo kolesie.
Upiłyśmy się trochę, ale w domu pisałyśmy jeszcze listy.
Ptak przerażająco śpiewał.”

Hm… upiłyśmy się, mocno powiedziane, bo nie udało nam się wypić nawet po butelce 😉 W ogóle doszłyśmy wówczas do wniosku, że jak na naród polski, dość fenomenalne jesteśmy, ponieważ to piwo na plaży w Yport to był nasz pierwszy alkohol w czasie tego wyjazdu. I ostatni. A mimo to wyjazd wielce udany!

pikfe

P.S. W ogóle nie pamiętam przerażająco śpiewającego ptaka!

P.S. 2  Nie napisałam nawet słowa o tęsknocie 😉

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (15).

Wrzesień 30, 2011

Dzień dobry.

Dziś wyjazd z Mane i poczatek naszej niezłej eskapady, liczącej około 1200 kilometrów!

No i najgorsze co nas czeka to jeszcze pakowanie i wypakowywanie auta – szukanie wolnego pokoju po nocy, na bagnach, to nic w porównaniu z tym koszmarem. Obliczyłyśmy, że musimy to zrobić jeszcze 7 razy (Mane, 2x Limoges, 2x Ertetat, 2x Hannower), a mamy 13 pakunów + wieszaki…

Olinus Prime nie poświęciła zbyt wiele uwagi tej podróży: „Podróż. Nic ciekawego się nie działo. Ok. 19-20 zatrzymałyśmy się w Moulins w B&B. Szybko poszłyśmy spać, bo nie było zbyt fajnie, ale lepiej niż w F1. Pikfe była bardzo dzielna!”

A jednak ta podróż, ten nocleg, to nagromadzenie, to był dla mnie przełom. Pisałam do Big B, że dziś nie denerwowałam się podróżą ani nawet tym, że jest ciemno, a my nie mamy gdzie spać. Chyba nasze przygody w Stes mnie zahartowały, czuję się prawie, jakbym miała duszę podróżnika 😉Tym razem tylko pobieżnie zaplanowałyśmy, gdzie dojedziemy (Limoges), ale w trakcie drogi zmienił się paln (wspomniane Moulins) i to nie był dla mnie koniec świata. To było spoko, bardziej praktyczne, logiczniejsze w tamtej sytuacji, choć Limoges bardzo chciałam zobaczyć.

I w ogóle list tchnie optymizmem, że tak fajnie, że faje to trzeba spod lady kupować (bo na stacjach benzynowych nie są wystawiane na widok, a to niedziela była, kioski i markety były pozamykane), że dobrze się jedzie, że żal było Mane opuszczać, ale radość wielka na Północ jechać.

Post faktum, już w Polsce, Olinus opowiadała mi, że kiedy po zmroku zatrzymałyśmy się w Moulins w B&B i ja wysiadłam z uśmiechem i dziarskim krokiem ruszyłam w stronę  strasznego hotelu samoobsługowego, nie ględząc i nie jęcząc, to ona była w takim szoku, że zęby z podłogi zbierała. A ja nawet nie zauważyłam, po prostu, zachowałam się normalnie i zrobiłam to, co do mnie należało.

Taka ulga.

pikfe

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (14).

Wrzesień 29, 2011

Dzień dobry.

Na początek spojer całego dnia – ale jest tego wart 🙂 Odautorski komentarz Olinusa na niebiesko.

„Kolejny super dzień! Rano była parada balonów i zagadałyśmy się z gospodarzem, powiedział, żebyśmy pojechały do kanionu. Było cudownie, takie piękne miejsce, takie góry. [Wow, to chyba dlatego, że tak się ZAGADAŁAM PO FRANCUSKU, nie umiałam potem nic napisać po polsku…]. UWAGA PISOWNIA ORYGINALNA Z KALENDARZA: Zatrzymałyśmy się w jednym miastem i herbatę i sałatkę. Była BARDZO przystojny kelner. Spotkałyśmy głupich polaków z Turynu. Potem pojechałyśmy do Digne, ale tam nie było fajnie. Market i wróciłyśmy do domu.
Musiałyśmy się spakować :(„

Z samego rana obudziło nas delikatne, acz stanowcze pukanie do drzwi. Okazało się, że nasi gospodarze postanowili zbudzić nas na wielką paradę… balonów 🙂

Dość to było nieoczekiwane, ale ubawiłyśmy się po pachy oraz – co chyba bardziej istotne – zmodyfikowałyśmy nieco nasze mętne plany. Okazało się, że w okolicy jest przełom rzeki Verdon, który koniecznie musiałyśmy zobaczyć. Tak przynajmniej twierdzili nasi gospodarze. A że zagadali nawet „pas-de-francais” Olinusa, to musiałyśmy jechać. I dzięki nim…

Dziś spektakularnie.

To Lac de Sainte – Croix, które dopiero zapowiada to, co nas czekało.

I coraz bardziej, coraz bardziej…

Wiecie, dla nas to było niesamowite, bo myśmy się czegoś takiego nie spodziewały. I nadal jestem trochę pod wrażeniem tamtej niesamowitości, dlatego dziś nie opędzicie się od zdjęć.

Zresztą, ponieważ właściwie cały czas siedziałyśmy w aucie, też nie za bardzo jest o czym pisać – poza tym, że miałam myśli nieczyste… 😉

W liście do Big B cierpię na męki, że nie możemy tam razem połazić. Dla kogoś, kto jeździ w góry, żeby po nich chodzić, wycieczka autem jest istną torturą. Piękną, ale jednak torturą.

I dwa z moich ukochanych zdjęć z tego wyjazdu.

Niestety, nie trafiłyśmy na kwitnącą lawendę, było już bowiem po zbiorach, ale i tak pola lawendy to jest coś, co wzrusza.

A myśli nieczyste miałam w miasteczku La Palud-sur-Verdon, gdzie obsługiwał nas boski kelner i prawie się o niego pobiłyśmy, a sciślej o to, która pójdzie do toalety, żeby ta druga została sama przy stoliku. Hm. Jak to Olinus ujął w liście do K.: ” Na szczęście dla Was i na nieszczęście dla nas, wcale nie zwracał na nas uwagi.” 🙂

Na kolejnym zdjęciu widać, jak wiodła nasza droga.

Widoki tam są naprawdę zachwycające.

Ja przepraszam, może ja zanudzam z tymi zdjęciami, w końcu Terry Pratchett uznaje oglądanie czyiś zdjęć z wakacji za torturę piekielną, ale… i tak wykonałam gigantyczną pracę odrzucając wiele z nich na różnych etapach (przegląd pierwszy i drugi, kopiowanie, pomniejszanie, wklejanie), a poza tym zawsze możecie wyłączyć bloga pikfe w diabły. Ja nie mogłam się pohamować 🙂

Niestety, nie udało nam się zobaczyć tej najbardziej spektakularnej części, gdyż przegapiłam drogę i nie dało się już zawrócić, a poza tym pogoda się popsuła, tzn. popadało i wszystko natychmiast zaczęło parować.

Później pojechałyśmy przez Castellane do Digne, ale nas nie zachwyciło, jako, że w tamtym czasie obydwie miałyśmy awersję do dużych miast. Cóż, teraz kiedy to wspominam… bardzo ładnie tam było, tak uzdrowiskowo. Chętnie wróciłabym do Digne.

I czekała nas jeszcze niespodzianka w drodze powrotnej. Nagle zobaczyłyśmy coś takiego.

Te dość oryginalne formy skalne ciągną się przez cały kilometr, a najwyższy z „mnichów” (zwanych tak z racji podobieństwa do mnichów w habitach i kapturach) ma 114 metrów. Ładną panoramę można zobaczyć tu.

A cała nasza trasa tego dnia przebiegała tak:

To był nasz ostatni dzień w Mane. Podjęłyśmy bowiem decyzję, że skoro Północ Francji tak nas zachwyciła, to… jedziemy na Północ!

Pisałam do Big B tak:  Nawet nie denerwuję się tak jutrzejszą podróżą, chociaż to długa droga, ale co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, tak? Może też dlatego takie wakacje były mi potrzebne? Ja wiem, że przed Bolidem wiele kilometrów, a przed nami wiele noclegów, ale jakoś inaczej na to patrzę. W sumie za pierwszym razem trafiłyśmy dobrze i to, że nie spałyśmy w Stes… to cudowne. Teraz trafiłyśmy fantastycznie i nigdy nie znalazłybyśmy tego miejsca, gdybyśmy koło niego nie przejechały.

Oklaski 🙂

pikfe

P.S. Nie użyłam czasownika „tęsknić” i nie rozpisywałam się o tęsknocie.

P.S. 2

I jeszcze linki, jeśli ktoś nie ma dosyć zdjęć.

http://en.wikipedia.org/wiki/Verdon_Gorge

http://www.lesgorgesduverdon.fr/en/index.html

 

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (13).

Wrzesień 28, 2011

Dzień dobry.

Uwielbiam kalendarzyki Olinusa 🙂

„wyruszyłyśmy po śniadaniu w stronę wybrzeża. Po drodze kupiłyśmy fajni i wpadłyśmy w manie kupowania win. Kupiłyśmy chyba 7 butelek. Kupowałyśmy w takich małych, domowych winiarniach.
SUPER.
Na dłużej zatrzymałyśmy się w miasteczku Quinson. W końcu dojechałyśmy na wybrzeże. Było ładniej niż w Stes, ale bez przesady. Brzydka plaża. Miasto La Londe chyba.
W domu byłyśmy ok. 20, wcześniej jeszcze w markecie.
Myju-myju, papierosek, listy i spanie”.

Trasa nasza jak zwykle długa – bagatela 160 kilometrów w jedną stronę. Co za szczęście, że mamy Bolida!

Widoki – piękne.

Chyba nie dziwi, że uwielbiałyśmy jeździć – zwłaszcza, że na tych dość podrzędnych drogach, które wybierałyśmy, tłumów zwykle nie było.

To kolejny dobry dzień, choć oczywiście udało się nam pokłócić. Po papierosy zatrzymałyśmy się najpierw w markecie, ale okazało się, że tam niestety papierosów nie sprzedają. potem zatrzymałyśmy się w mieście o nazwie Geroux (chyba). I właśnie tam się pokłóciłyśmy, w dodatku w kiosku (we Francji kiosk to Tabac) i przy ludziach! Olinus pół godziny zastanawiała się jakie wybrać papierosy, co doprowadziło mnie do szału, najpierw ja chciałam wyjść, później ona, takie byłyśmy na siebie złe, że jeszcze chwila, a z miasteczka niewiele by zostało… W końcu dokonałyśmy tej trudnej czynności i kupiłyśmy Fleur de Savane (ale niestety bez filtra!) i Dunhille mentolowe.

Hm. 🙂 Lisica kiedyś pisała o pikfe w umiłowaniu szczegółu 🙂

Miasteczko Quinson, o którym wspomina Olga zapamiętałyśmy z dwóch powodów. Oto jeden z nich.

Drugi jest taki, że trwała akurat przerwa w pracy: i na ulicach nikogo. Zupełnie jak wymarłe miasteczko. Obiecałyśmy sobie, że przyjedziemy kiedyś do Quinson na zbiory winorośli, żeby może zobaczyć jak wyglądają mieszkańcy 🙂

Dalej piszę, że jechałyśmy przez naprawdę piękne tereny.

I z drugiej strony 🙂

I tu wiekopomna chwila następuje: Potem jechałyśmy przez tak piękne okolice, że pół drogi przepraszałam Olinusa za moje fochy, łzy, marudzenia, ględzenia i trucia, a drugie pół dziękowałam jej, że namówiła mnie na taką cudowną podróż.

WOW.

Później trafiło nas z tymi winami, o których pisze Olga. No, może nie były to najlepsze wina, bo byłyśmy dość ograniczone finansowo, ale jednak powiem, że to i tak była świetna zabawa. Miałyśmy pół auta win. Warto to zapamiętać, ta wiadomość będzie istotna w przyszłości.

W końcu dojechałyśmy na plażę.

Nic jakoś szczególnie zachwycające, po dramatycznych (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) i różnorodnych plażach Bałtyku.

Ale ta przyroda…

Podróżniki były z nas niezłe, dlatego krótki fragment należy się naszej bryce niesamowitej, Bolidowi. W Masywie Centralnym, pod górkę, nie dawał rady więcej niż 90km/h i musiałyśmy jechać pasem dla żółwi 🙂 Ale to cudowne auto, przejechałyśmy nim w sumie 6000 km 🙂 I Naprawdę MA BARDZO WYGODNE FOTELE. Na parkingu w La Londe – ale słabiutko go widać.

Chciałam tylko powiedzieć, że brak super auta nie jest żadną przeszkodą! Tego też nauczyła mnie Olinus, opowiadając w naszym Bolidzie, jak to znajomi wybrali się mega suvem do Chorwacji i wrócili na „la laweta” 🙂

I powrót: pamiętam, że stałyśmy w jakiś korkach. I pamiętam, że właśnie stojąc w tym korku zrobiłam to zdjęcie.

Miło jest czasem postać w korku.

No i na koniec mam najmocniejszy fragment!

Minął już kolejny dzień i chociaż coraz bardziej za Tobą tęsknię, to nie oczekuję powrotu do Polski ze szczerym i nieskrywanym entuzjazmem. Tu jest tak fajnie, tak pięknie.

pikfe

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (12).

Wrzesień 27, 2011

Dzień dobry.

Jest super 🙂

„Nasz pokój jest cudowny, jadłyśmy dobre śniadanie nad basenem i nie chciało nam się nigdzie wychodzić. Napisałam list do KillBilli, a pikfe do Lisicy. PO 12 się zebrałyśmy i pojechałyśmy do miasto Folklakier 🙂
Było super, takie miasteczko jakie sobie wyobrażałyśmy i udało nam się kupić dużo herbaty za 2 euro 🙂 Pisze to w kawiarni gdzie właśnie ją pijemy 🙂 Tylko zimno jest… niestety.
Pikfe kupiła sobie koszyk na zakupy, ja mydełko dla KillBilli i jeszcze dla babci. Pojechałyśmy jeszcze do markety i do domu. Zjadłyśmy „obiad”.
Długo nie mogłyśmy zasnąć.
Fajny dzień”

Tak, to był wspaniały dzień.

Wreszcie udało nam się zobaczyć takie Południe, jakie miałyśmy w głowach, a to za sprawą uroczego miasteczka Forcalquier obok którego leży nasze cudne Mane. I zdjęciówka.

Jak to jest, że Francuzom jakoś łatwiej przychodzi dostosowanie koloru okiennic do koloru okiennic sąsiada? Albo że mają jakoś tam czas zadbać o to, co jest przed drzwiami? Albo że nawet tandetne ozdoby nie wyglądają w takich miejscach tandetnie?

Jasne, natknęłyśmy się też na mniej urocze zakątki. Tych widoków raczej nie znajdziecie na akwarelkach z Południa 😉

List do Big B jest szokująco optymistyczny: że miły dzień, że dobry dzień, że zostaniemy tu przez jakiś czas, bo bardzo nam się podoba, że gospodarze uroczy, że fajny spacer, a miasteczko śliczne. I o kotach jest też.

Ani razu nie używam czasownika „tęsknić”, ale dość barwnie rozpisuję się o tym, jaką to mam wielką potrzebę pisania listów. I całe szczęście, że miałam tę potrzebę, choćby dlatego, że mogę teraz wyczytać, dlaczego Olinus wzięła słowo obiad w cudzysłów! Na przekąskę czarne oliwki w zalewie prowansalskiej, danie główne to bagietka z białym serem i pomidorem [orzesz w mordę] z solą z Camargue (to prezent dla AardvarKa, ale nie mamy soli, więc bezczelnie ją otworzyłyśmy 🙂 ), a po daniu głównym francuskim zwyczajem sery – camembert i rocquefort. Tak bogatego posiłku jeszcze tu nie jadłyśmy.

Widać, że już od pewnego czasu byłyśmy poza domem, brak ciepłych posiłków zaczynał nam lekko doskwierać. To pewnie dlatego jak głupie cieszyłyśmy się z herbaty za dwa euro 🙂

Wspięłyśmy się też na samą górę Forcalqier  i tam stoi taki oto budynek – ale zabijcie mnie, nie pamiętam co to było. Wbrew temu, co pisze Dosia, mam gównianą wiedzę!

I widoki takie były, chyba od budyneczku ciekawsze.

Planujemy też, co by tu robić: do Grasse za daleko na jednodniowy wypad, podobnie jak do Monte Carlo (w liście piszę, że Olinus chciała jechać pooglądać luksusowe auta 🙂 ). Może Toulon? No, nie wiemy. Z organizacją nie było u nas najlepiej. Dużo rzeczy przegapiłyśmy, ale może dzięki temu w jakiś sposób udało się nam uchwycić ducha.

pikfe

P.S. A coś takiego chcę mieć u siebie 🙂

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (11).

Wrzesień 26, 2011

Dzień dobry.

Od dziś zaczyna się bosko.

Ostatecznie i chyba na zawsze opuściłyśmy La Camargue. I śmiać można się z moich listów do Big B, ale tylko dzięki nim wiem DOKŁADNIE, jak jechałyśmy. Cóż, dla niego to musiała być naprawdę fascynująca lektura.

Ale my widoki miałyśmy wspaniałe.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie marudziła w liście o stresach, nerwach i innych głupotach. Wszystko jest tak LOGICZNIE opisane, UARGUMENTOWANE, PRZEMYŚLANE, a powinnam sobie po prostu powiedzieć „Chrzanić to!”, a nie tyle się zastanawiać i do tego stopnia siebie rozważać. Pojawiają się jednak jakieś błyski świadomości: To dziwne, czasem mam wrażenie, że psuję jej tę wycieczkę swoimi nerwami i swoim marudzeniem.

Cóż, wyjątkowo odkrywcze.

Krążyłyśmy w okolicach – jak przez mgłę pamiętam, że musiałyśmy zawracać z bardzo polnej drogi;  że rozmawiałyśmy z bardzo miłą osobą w sprawie pobytu, ale ona organizowała tylko turnusy; że gdzieś tam było za drogo.

W końcu zbliżyłyśmy się do Mane.

… i je zobaczyłyśmy – nie wiedząc oczywiście, że to właśnie tam zostaniemy.

Podjechałyśmy pod jakiś domek z napisem „pokoje” i tak zaczęłam mówić po francusku, że pani myślała, że jesteśmy z Niemiec… :/ Ona nic nie miała, ale miała jej rodzina, ona zaraz zadzwoni, ona się dowie, tu ktoś nam wskaże drogę albo nie, za kimś pojedziemy… i tak znalazłyśmy nasze Mane, miejsce, które ujęło nas za serca.

I wejście do pokoju. Wierzcie lub nie: cena była BARDZO przystępna.

Nasi gospodarze byli przemiłymi ludźmi – codziennie rano, uśmiechnięci, przynosili nam na tacach śniadanie, gawędzili, opowiadali, co można w okolicy zobaczyć. To wszystko było tak miłe, że do tej pory na wspomnienie robi mi się ciepło na sercu. Czuło się, że ci uroczy ludzie goszczą nas u siebie z przyjemnością.

Tego dnia pojechałyśmy jeszcze do Aix, po drodze podziwiając takie widoki.

W liście do Big B piszę:  Francuzi są dumni ze swojego kraju, dbają o niego, a poza tym mają coś takiego, jak architektura regionu – są tu brzydkie budynki, to jasne, ale nikt nie buduje dwupiętrowych zielonych pałaców z doryckimi kolumnami (albo dobrze je chowa). Pod tym względem Polska nie ma z Francją najmniejszych szans, ale jeśli chodzi o malowniczość przyrody, to nie mamy się czego wstydzić. Tu są piękne drogi pomiędzy górami, ale u nas nie ma po prostu tak wielkich gór. Nie ma w ogóle co porównywać nawet takiej małej wioski jak Mane z najdłuższą polską wsią, bo tam jest tak architektonicznie szkaradnie i drogi są w tak fatalnym stanie, że aż strach jechać [ zwykle jeździmy z Big B w Tatry przez Zawoję, stąd jej wspomnienie; normalnie kilkadziesiąt kilometrów depresji, nikogo nie obrażając]. Ale Francja to nie są tylko ukwiecone podwórka pięknych domków, ale też i te paskudne, zawalone śmieciami i wypłowiałymi od słońca tandetnymi zjeżdżalniami.

Aix… przejechałyśmy przez i wróciłyśmy do domu. W najmniejszym stopniu nie miałyśmy tego wieczoru ochoty na duże miasto. Trudno mówić, żebyśmy miały jakieś wielkie poczucie straty, bo kierowca w Aix strąbił Olinusa, choć ona miała pierwszeństwo, więc to zapewne miasto ludzi podłych 🙂

Udany dzień 🙂

pikfe

P.S. 1 Olinus zanotowała, co jadłyśmy na obiad: obiad: bagietka, serek topiony, pomidor, sok pom

P.S. 2 Cały list do Big B o tęsknocie, ale – uwga – na końcu nie piszę już, że tęsknię 🙂