Posted tagged ‘filmik’

Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

15 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Dziś już ostatni odcinek o kotach, przynajmniej ze Starego Bloga. Kotów do opisania zostało mi jeszcze całkiem sporo 🙂

12 maja 2009
Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

Dzień dobry.
Dziś na smutną nutę, choć minęło już troszkę czasu.

Była sobie kiedyś kotka dzikuska – siedziała głównie za kanapą, emocjonalnie była raczej chłodna, a na rękach zachowywała się jak kot spetryfikowany i szukała tylko okazji do ucieczki. Próby uczynienia z niej kociaka przymilnego na nic się nie zdała, a może wręcz przeciwnie. To nie dziwne, koty w końcu znane są z tego, że wiedzą czego chcą.
Kotka na imię ma Dziewczynka, co nie jest może imieniem pierwszej urody. Teoretycznie jest kotem moim i Big B, ale nadal nie mamy jej gdzie trzymać, więc chyba już od roku mieszka z Owcą i jej przychówkiem – o którym niebawem.

Na początek zdjęcie, którego nie było, autorstwa AardvarKa. Owcy i Barana przychówek mniejszy i większy, mocno ze sobą spleciony.

Kotka zaszła w ciążę, pierwszą i urodziła pięć małych kociąt. Jak to zwykle u Owcy – wszystkie czarne jak węgiel. Kotki rosły i były takie, jak wszystkie małe kotki są – kochane.

Zdjęcia są robione komórką… więc musicie wierzyć mi na słowo, że nie są to małe myszy czy szczury.

Jak to u Owcy bywa pięć małych kotów rosło cudnie. Lubiłam wstawać rano, kiedy u nich nocowaliśmy, i przynosić wszystkie kociaki do łóżka – najpierw z lekka pełzały, a po jakimś czasie szalały przepięknie. Urosły i stały się takie:

Obok albo tata albo wuj.

Niestety – jeden kotek zachorował na panleukopenię, ukochana kotka Owcy. Bardzo się męczyła, a Owca nie chciała jej zostawiać pod kroplówką w lecznicy, nie było wiadomo, czy te dodatkowe męki uratują kota.
Wiecie, to był taki kot, który wszędzie za nimi łaził, zasypiał na ciele, przytulony do człowieka, najmniejszy, ale też najbardziej ciekawy świata. Ona pierwsza zaczęła gramolić się na zewnątrz z kartonu, podczas gdy jej rodzeństwo jadło i piło.
Smutno było na nią patrzeć, jak siedzi otępiała, wymiotuje, ma biegunkę. Kotka nikła w oczach, robiła się zimna, a weterynarze w zasadzie od początku nie dawali jej większych szans.
Cały czas miałam nadzieję, że uratują Gringa, ale wieczorem tamtego dnia Owca zadzwoniła z płaczem, że nie, że Gringo nie dała rady.
Nie wiem, czy to ona jest na tych zdjęciach.
Nadal bardzo mi jej żal. Miałaby świetny nowy dom i byłaby świetnym kotem.

I obowiązkowo nudne filmiki, z przychówkiem Owcy i Barana 🙂

pikfe

P.S. I wyjątkowo komentarz:

To Gringo jest na tych zdjęciach, na drugim jest razem z tatą – Maluchim.
~Baran i Owca, 2009-05-12 19:19

Koty, które były i koty, które są. Część czwarta.

8 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Znów mamy kolejny wtorek, czas szybko leci. Dziś dodatkowo nudne filmiki o Liszu, jak zawsze tutaj – bez point 😉

29 stycznia 2009
Koty, które były i koty, które są. Część czwarta.

Dzień dobry.
Dziś o kocie, który od pewnego czasu jest i ma się dobrze.

I dużo zdjęć. I nawet dwa nowe, choćby to powyżej.

Kot ów przywędrował do nas czas jakiś po Epim i Dużym Kocie i jak to u nas – nie obyło się bez problemów. Okazało się, że dzieci jakieś popaliły trochę kocie wąsy i brwi substancją żrącą, do czego właściciele nie chcieli się przyznać, ale brak brwi i wąsów z jednej strony był rażący, więc w końcu przyznali, co przyznać powinni.

Nie czuł się jednak dramatycznie źle. Jakość tego filmiku jest… hmmm… w każdym razie w rzeczywistości Lisz nie jest białym, płaskim duchem.


U weterynarza okazało się, że to nie jest trwałe uszkodzenie i kotowi (tak piszę, bo Stalker tak mówił, jak był mały i tak nam zostało) nic nie będzie.

Nazwa kota? Długa tym razem, w pełnej wersji przedstawiamy go tak „Oto Tralalaliszek, dla przyjaciół Liszek, dla wrogów Tralalisz”. Nasz weterynarz ma ewidencję komputerową kotów naszych, za każdym razem miło jest patrzeć na jego minę, kiedy jego oczom ukazuje się długa lista: Erwin, Fred, Epi, Duży Kot, Kubeł, Tralalaliszek, Myszowaty, Zołza, Siódmy… Imię Liszek jest bardzo dobre, krótkie i wygodne, a kot na nie reaguje.

W ogóle moim zdaniem koty z reguły (przynajmniej moje)reagują na imię, tylko akurat niekoniecznie mają ochotę nie zrzucać małego przedmiotu z parapetu albo przestawać kopać dołek w doniczce.

Liszek nigdy nie był kotem przesadnie towarzyskim –pierwszego dnia u nas w domu darł okrutnie paszczę, aż w końcu ułożyłam się tyłem do świata na łóżku, owinęłam kota w poły mojej wielkiej, długiej,ciepłej, wełnianej spódnicy i w końcu był cicho.

Mały Liszek w starym kinie. Od razu dementuję – kot nie choruje na pikselozę.


Lubił się z nami bawić, ale zwykle były to zabawy we wściekłe atakowanie, a że sierść miał na początku lichą, wyglądał dość zabawnie w wojowniczych pozach.


Zwróćcie uwagę na to pierze na ogonie 🙂

Kotek był malutki, kiedy do nas przywędrował, chyba nawet trochę zbyt mały, żeby zabierać go od mamy. Mamy bardzo dużo zdjęć, dlatego tyle ich tu jest, nie wiedziałam, co wybrać…

I filmików też mam parę…

Lisz urósł duży, ma potężne łapy, wielki łeb (bo jakoś trudno powiedzieć łepek), szerokie bary, waży pewnie około sześciu kilo.


W domu jest przesadnie spokojny – śpi po osiemnaście godzin dziennie w swoim domku w mojej szafie (w szafie zostały tylko jasne ubrania,czarne są zamykane w innej), czasem pobiega trochę jak głupi po schodach,przejdzie się po domu, znajdzie paprocha i trochę nim porzuca, albo podręczy naszą kotkę, przy czym należy zauważyć, że ona częściej dręczy jego.

Nie lubi być przytulany, czasem przyjdzie ugniatać trochę brzuch, co przy jego masie nie należy do najmilszych doświadczeń, ale skoro już przyszedł, to zwykle go nie przeganiamy. I cierpimy 😉

Z czasem całkowcie zniknęła mu czarna plamka z czubka łebka, teraz jest już zupełnie biały i naprawdę urósł duży, ale w domu nie należy do najszczęśliwszych. Szalał na działce i tak tam wyrósł, że po dwóch tygodnich niewidzenia kota, z trudem go poznałam. Wyglądał jak mały czołdżek i przestał być koci w dotyku, jeśli wiecie, co mam na myśli. Zrobił się potężnym, umięśnionym kocurem i nie okazywał szczególnego przywiązania do domu – znikał na dwie, trzy doby, a przecież dziki Fred meldował się zawsze każdego ranka.

Lisz znalazł na działce koteczkę, razem się włóczyli i chyba dlatego nie miał ochoty pokazywać się w miejscu, gdzie stała klatka, w której wstrętne baby zabierały go domu, gdzie przecież jest przeraźliwie nudno.

Lisz jest zdecydowanie najszczęśliwszy na działce, dopiero tam staje się prawdziwym kotem, a nie wyrośniętym i rozleniwionym kociakiem, który całe dnie spędza w swoim ciepłym domku. Czy nie ładnie wygląda?

Z Liszkiem problem jest jeden – nie chce jeść nic poza suchą karmą. Żadnych saszetek, puszek, żadnego mięsa, nic po prostu poza… sałatą.

Ulubiona zabawa kota, który śpi całe dnie to bycie przykrywanym przez prześcieradło i odkopywanie się w kociej furii oraz zagryzanie dywanu – dostaje świra, wystarczy tylko poruszyć dywanem, a kot już nawet nie wie, gdzie by tu kąsać i gryźć.

I na koniec – spróbujcie tak się ułożyć. To naprawdę zdrowy kotek.

A już na samiuteńki koniec – Lisz, który się myje. Wyrośnięty, wielki kocur.

pikfe

Zakopane w lutym. Część druga i ostatnia.

5 grudnia, 2009

Dzień dobry.

I znów parę rzeczy dodanych.

Tęsknota za górami nie maleje.

25 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część druga i ostatnia.

zień dobry.
Zgodnie z zapowiedzią – Zakopanego ciąg dalszy.

W ten zimowy czas, dziewiątego lutego, postanowiliśmy wybrać się – także znaną już trasą – do Murowańca z Kuźnic przez Skupniów Upłaz. Wywiązała się ciekawa dyskusja na temat naszego górskiego wyglądu – Big B uznał, że musimy odświeżyć nasze górskie szafy po tym, jak założyłam moją śliczną pelerynę – reklamówkę banku 😉

Ech, ja lubię moje mało nowoczesne i może trochę obciachowe górskie ciuchy. Granatową puchową kurtkę, która przemaka (stąd peleryna), ale jest bardzo ciepła i lekka (podobno wyglądam w niej jak bomba); dwa swetry noszone do kompletu, jeden ciepły, a drugi nieprzewiewny; kilkunastoletnie buty, które przeciekają jak sandały, ale upieram się przy nich, bo są bardzo, bardzo wygodne; coś, co jest czapką, ale można to nazwać czaposkarpetą; czerwone spodnie już wyrzuciłam! Big B miał za to starą kurtkę narciarską, poprzecieraną na rękawach i wiekowy plecaczek, który się rozsypuje.
Ludzie – w pięknych zimowych spodniach, z eleganckimi plecakami, w twarzowych czapkach, wszystko dobrane pod kolor – przyglądali się nam badawczo, a może nawet z rozbawieniem i w końcu się złamaliśmy, a raczej złamał mnie Big B oraz peleryna, która rozdarła się na pół, kiedy próbowałam zdjąć ją przed schroniskiem. Od czasu do czasu kupimy jakąś rzecz w góry. Buty dla mnie, kurtkę dla Big B, plecak – to na początek.

Szliśmy sobie z Kuźnic powoli, nie śpiesząc się nigdzie. Bo i po co? Nie zawsze można takie widoki podziwiać.

I tak sobie szliśmy w śniegu rozważając co bardziej oldskulowe elementy naszych strojów, aż na Upłazie weszliśmy w chmurę.

Spodziewaliśmy się oczywiście śniegu, a nawet mnóstwa śniegu, ale to, co spotkaliśmy na drodze przeszło nasze oczekiwania. Zrobiło się jak na pustyni, poczuliśmy się jak na planecie Hoth. Normalnie Luke i Han 😉

Mniej więcej w centrum widać cień kijaszka znaczącego szlak.

W głębi prawdopodobnie Kopieniec.

Big B na planecie Hoth.

W głębi prawdopodobnie Giewont.

Malownicza kosówka.

Trawki na Przełęczy między Kopami.

Szło się cudownie, choć mnie męczyły się oczy od nadmiaru świeżego śniegu, który razie światłem odbitym od słońca, które ukryte było za grubą warstwą chmur na górze i trochę cieńszą na dole, tuż koło nas. Kiedy dochodziliśmy do schroniska, zaczęło się trochę przejaśniać.

Przejaśniło się całkiem bez sensu, ale przynajmniej mieliśmy możliwość obejrzenia drogi w chmurze i drogi bez chmury. Każda ma swoje zalety.

Wracaliśmy spokojnie i całkiem samotnie Doliną Jaworzynki, gdzie znów toczyliśmy dyskusje mądrzejsze oraz dyskusje głupsze. Takie rozmowy pokazują mi zawsze jedno – jak bardzo, mimo wszystko, mimo całej miłości, prób wzajemnego zrozumienia, gotowości na kompromisy, chęci współpracy – jesteśmy zapatrzeni w siebie, w swój własny punkcik na horyzoncie, zanurzeni w wychowaniu, kompleksach, narzuconych doświadczeniach, własnych przemyśleniach, wizji świata i światopoglądzie i jak to  wszystko jest czasem dla drugiej osoby kompletnie niezrozumiałe i jak bardzo trzeba się starać, żeby zrozumieć, że coś jest niezrozumiałe. Czasem jednak pojawia się światełko nadziei. Nam pojawiło się w Dolinie Jaworzynki.

Ogólnie było pięknie.

Ostatniego dnia spełniło się moje małe górskie marzenie – wreszcie poszliśmy do Morskiego Oka. Byłam tam oczywiście w dzieciństwie, ale jeszcze nie złożyło się,żebyśmy poszli tam razem z Big B, a ja bardzo, bardzo chciałam.
Spakowani wieczorem rano zaliczyliśmy małe opóźnienie, kiedy okazało się, że zamarzła klapa od bagażnika i część rzeczy musimy pakować z kabiny…
Udało nam się jednak dotrzeć do Palenicy koło wpół do dziewiątej, kiedy jeszcze praktycznie nikogo tam nie było. Pogoda była piękna, a wkrótce takie widoki zachęciły nas jeszcze bardziej do spaceru.

Świeciło słońce, było ciepło i pięknie, aż nagle powiał wiatr i przyszła zawierucha z drzew – coś strasznego! Śnieg wciska się wszędzie – za kołnierz, do kieszeni, nie wspominając już o tym, co działo się z moimi okularami. Było bardzo śmiesznie.

Zawierucha wyłania się podstępnie z za zakrętu.

Big B i pikfe polecają drogę nad Morskie Oko zimą – nie ma zbyt wielu ludzi (pod warunkiem, że przyjedzie się wcześnie; kiedy wracaliśmy, tak mniej więcej około południa – dzikie tłumy szły i dzikie tłumy wjeżdżały saniami), wstrętna asfaltowa droga ukryta jest pod śniegiem, więc w dużo mniejszym stopniu odczuwa się to, że nie jest się na prawdziwym spacerze w górach.
Zdarzyło się nam – dzięki Zawieruchom oczywiście – zobaczyć Elfi Las.

Dość szybko doszliśmy do Wodogrzmotów, które nigdy nie wzbudzały we mnie nadmiernie pozytywnych uczuć, pewnie z powodu asfaltu i przerdzewiałych metalowych barierek, ale akurat tamtego dnia wyglądały naprawdę ładnie.

Szło się bardzo dobrze, ale na popasie okazało się, że Big B zapomniał posłodzić herbaty. Teoretycznie to zdrowo, ale w praktyce – masakra! On oczywiście palił, ja rzuciłam jakiś miesiąc temu (o czym tu nie pisałam, ale napiszę) i trochę mnie denerwowało, że on pali – bo pali; bo śmierdzi; bo czekam, aż wypali. I jeszcze ta gorzka herbata! Ale drogę mieliśmy piękną.

Trudno to co prawda nazwać chodzeniem po górach – kontakt z dziką przyrodą z za barierek, starannie ustawionych i wyślizganych przez setki tysięcy rąk. Szczerze? Nie wyobrażam sobie tej drogi latem, tak koło południa, i nawet nie chcę sobie wyobrażać. I tak dobrze, że nie ma schodów ruchomych.

Idąc tak Żlebem Żandarmerii rozmyślaliśmy o stokach Opalonego, z których schodzą ogromne lawiny: „jest to (…) największe lawinisko polskiej części Tatr, a las zastępuje tu kosodrzewina. Również i w dalszej części doliny płaszcz leśny podarty jest przez lawiny na pasy i strzępy.” (Józef Nyka, „Tatry Polskie”, 1992, wyd. VII). Na szczęście był drugi stopień zagrożenia lawinowego, więc spokojnie przeszliśmy.
Zachwyceni widokami doszliśmy w końcu do prawie pustego schroniska.

Okazało się, że nad Morskim Okiem wieje STRASZNIE! Trudno było ustać – trzeba było myśleć o tym, że chce się stać, a nie zostać przewróconym przez wiatr, jeśli wiecie, o co mi chodzi. A wyjść na zewnątrz musieliśmy – dla widoków.

I dla filmiku – słychać, że wiało strasznie. Filmik jest nudny, w dodatku z dziwaczną pointą…

Momentami, kiedy na górze musiało wiać bardzo mocno, tumany zwiewanego na dół śniegu wyglądały jak ogromne lawiny, spadające na sam dół, do zmarzniętego Morskiego Oka, gdzie znów wiatr poganiał śniegowe dymki po płaskiej powierzchni zamarzniętego jeziora. Można było stać (i trzeba się było na ustaniu skoncentrować) i patrzeć. Stać i patrzeć. I nic poza tym, a i tak nie można się było napatrzeć.

Mnich.

Kiedy tłum przed i w schronisku zaczął niebezpiecznie gęstnieć, stwierdziliśmy, że najwyższy czas wracać, choć powrót był to ze wszech miar smutny – do samochodu i z samochodu już nie na kwatery, ale do domu.
Kiedy człowiek jest dzieckiem, to każą mu wyjeżdżać, co jest smutne, ale do zniesienia. Jak już jest dorosłym, to sam musi sobie kazać, co jest i smutne i bardzo trudne do zniesienia. Ostatnie spojrzenie za siebie i pa.


Aż mi się przykro zrobiło, że mnie tam nie ma.

pikfe

Zakopane w lutym. Część pierwsza.

4 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Tęskno mi już za górami. W ogóle zaczynam sądzić, że Tatry są jakimś przekleństwem i uzależnieniem. W końcu wychodziłam się latem tak, że myślałam o urlopie na Malediwach lub Seszelach, ale już czuję zew gór i już chętnie bym tam wróciła. Stąd powrót chociaż wirtualny. Dodałam parę zdjęć i opisów, są zaznaczone kursywą. I filmik też jest. Nudy okropne 😉

24 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część pierwsza.
Dzień dobry.

Ze Wsi wyjechaliśmy późno, bo dopiero po dwunastej – a to zakupy, a to coś do załatwienia, a to czegoś się zapomniało i tak nam zeszło przedpołudnie. Pogoda była okropna, padał śnieg z deszczem i dlatego Big B zdecydował, że pojedziemy autostradą A4 i dalej Zakopianką. Autostrada oczywiście była remontowana, jak zawsze, ale naturalnie zapłaciliśmy pełną kwotę, jak zawsze. Na Zakopiance robią Cuda, budują Mega Drogę w Tatry, co nas osobiście bardzo zmartwiło – mieliśmy okazję popatrzeć, bo środy wieczór staliśmy w korkach. Dla miejscowych to musi być jakiś koszmar.

Pierwsze zdjęcie, jak zwykle – Mała Łąka.

Pierwszy dzień był leniwy. Na ten wyjazd kupiliśmy sobie termos i mieliśmy radochę przez cały wyjazd, a pierwszego dnia w szczególności. Zasiedliśmy na ławeczce w Małej Łące, przy strumyku i piliśmy herbatę prowadząc mniej i bardziej wesołe dyskusje o naszej przyszłości, a ponieważ rozmowa była sensowna i do rzeczy nie mieliśmy poczucia zmarnowanego dnia.

Szósty luty był już bardziej aktywny, choć prowadzone rozmowy i dyskusje dużo mniej sensowne i całkiem od rzeczy. Rano pogoda była piękna, herbata w termosie ciepła, ludzi – jak zwykle zimą – mało. Poszliśmy Małą Łąką na Przysłop, gdzie długo popasaliśmy przy herbacie i w ciepłym, zimowym słońcu podziwialiśmy widoki.

Stamtąd udaliśmy się naszą ulubioną stałą trasą na Wielką Polanę Małołącką – nie wiem czemu, ale uwielbiam to miejsce.

Posiedzieliśmy tam chwilę, ale przyszło dużo ludzi, więc zwinęliśmy się na Przełęcz Grzybowiec, gdzie nasze dyskusje stały się całkowicie pozbawione sensu,a my popsuliśmy sobie humory i tym samym spacer. Zeszliśmy tłumną Doliną Strążyską i markotni wróciliśmy do domu Ścieżką pod Reglami.

Kolejny dzień zaczął się pięknie – od wizyty na Olczańskim Wierchu, skąd jest przepiękny widok na całe Tatry. Mieliśmy w planach wstać na wschód słońca jak AardvarK w listopadzie, ale rozeszło się po kościach i nie wstaliśmy.

Kto oglądał galerię AardvarKa, ten dostrzeże upływ czasu.

Z Olczańskiego pojechaliśmy na Cyrhlę, ale nie było miejsca do zaparkowania, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy nad Morskie Oko, ale stwierdzilismy, że jest za późno, więc wybraliśmy Chochołowską, ale Big B stwierdził, ze musi najpierw jechać do McD!!! Taki kawał drogi! Oczywiście – była sobota, tłumy jechały Zakopianką, więc staliśmy w korku, a ja myślałam, że eksploduję ze złości i ciągle się awanturowałam (chociaż starałam się nie). Powrzaskiwałam, że:
a) zaszło słońce i już nie będzie świecić (a my w aucie pod McD!);
b) marnujemy piekny dzień (w aucie pod McD; w aucie w korkach przez McD);
c) nie mogłeś zjeść w domu?! (ja zjadłam);
d) czemu tam nie skręciliśmy?!
e) w Chochołowskiej będą tłumy ludzi, a ja nie cierpię chodzić w tłumie!

(chwila ciszy; Big B uśmiecha się mniej lub bardziej otwarcie)

a, b, c, d, e – od początku, Big B sugeruje, że złość wzmagała się z każdą chwilą.

Dotarliśmy w końcu do Doliny Chochołowskiej, gdzie… prawie nie było ludzi. Big B żartował sobie z dzikich tłumów aż do samego schroniska: „Kochanie, przesuń się, wpadasz na ludzi.”, „Kotek, ale tłumy, wracamy do domu!”, „Czy widzisz tych wszystkich ludzi?!”. Oczywiście miałam ochotę go zabić, ale należało mi się, więc trochę się nawet śmiałam – sama z siebie.
My jednak wiemy, czemu tych ludzi tam nie było. Otóż w Dolinie jeżdżą sanie. Sanie są ciągnięte przez konie. Konie robią kupę. Kupa nie jest sprzątana. Niesprzątana kupa płynie oraz sunie całą długością Doliny, rozdeptywana i rozjeżdżana.

Big B i pikfe nie polecają spaceru w Chochołowskiej zimą, dlatego też innych zdjęć z Doliny nie będzie.

Ósmy luty był rajski – AardvarK wymyślił nam Dolinę Lejową i to był bardzo dobry pomysł. Tam jest naprawdę pięknie. I głucho, przynajmniej o tej porze roku.

Nie spotkaliśmy nikogo po drodze, siadaliśmy na ławkach, żeby napić się herbaty, zjeść czekoladę, pogadać albo posiedzieć chwilę (ale naprawdę tylko chwilę, bo jestem gadułą) w ciszy. W czasie drogi snułam piękną i romantyczną wizję naszego żywota. Otoczenie sprzyjało.

I strumyk płynął.


Najdłużej siedzieliśmy przy kulturowych wypasach (owiec) na Przysłopie Kominiarskim, gdzie było naprawdę cicho i momentami dość wiosennie.

Oglądaliśmy strumyki i widoki.  Fotografowaliśmy strumyki, fotografowaliśmy widoki, a nawet nakręciliśmy nudny filmik. W roli głównej Lejowy Potok.


Śniegu prawie nie było… a przynajmniej były takie miejsca, już bardzo, bardzo wiosną pachniało.

W końcu doszliśmy do znacznie bardziej ludnej Kościeliskiej – ale to i tak pestka w porównaniu z latem.

Pierwsze dni mieliśmy prawie wiosenne, lecz pogoda w górach ma to do siebie, że szybko się zmienia i zima wróciła z dnia na dzień, całkiem niespodziewanie, bo głównie w nocy.

W drodze do Murowańca dnia następnego, już zimowego.

cdn nastąpi jutro 🙂

pikfe