Posted tagged ‘filmik z kotem’

Mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrau.

Grudzień 2, 2010

Dzień dobry.

Nie pisałam zbyt dużo o moim ośmiu kotach, a dwa już wydaliśmy. Mają już ponad osiem tygodni, są wielkie (jeden waży prawie kilogram… ich matka dwa siedemset), czas odciążyć trochę zabidzoną kocicę.

Oczywiście, że jest mi ciężko, choć przecież wiem, że trafią w dobre miejsca. Ale oddać sześć kocurków? To dla mnie jest jednak przeżycie.

Na dwa maluchy przyjmujemy jeszcze zapisy 🙂

Nie mam prawie zdjęć – nie umiem robić zdjęć kocurkom. Cały ich urok tkwi w ruchu – kiedy uczą się tego wszystkiego, co dla dorosłych kotów jest naturalne. Można siedzieć i patrzeć, godzinami.

Kiedy bawią się w wojnę i biegają wygięte w pół, na paluchach, pokraczne.

Kiedy gonią się i nie wyhamowują albo biorą zakręt dużym łukiem.

Kiedy spadają ze schodów, bo magiczna siła, która jest zawsze obecna w domu, w którym są małe koty, odpycha je do tyłu.

Mam filmiki. Też nie są zbyt świetne, ale może coś tam uda się Wam dostrzec.

Teraz tytułowy tupot małych nóżek (łapek) – jeden z najpiękniejszych dźwięków. Tak to jest, kiedy pod podłogą jest trochę wolnej przestrzeni.

Zapasowy link do filmiku, który nie chce się załadować.

Teraz wiem, że szczytem szczęścia dla kota nie jest ciepła kanapa, tylko chłód wolności na dworze. Nie jestem przekonana, że Siódmy wolałby zawsze siedzieć na dworze (jak sądzi AardvarK), on jednak jest wychowany w domu i lubi ciepło fotela oraz swoje miejsca, ale  cieszę się, że moje małe koty trafią w miejsca, gdzie nie będą zamknięte w czterech ścianach. Teraz może podoba im się kanapa…

Zapasowy link do filmiku, który nie chce się załadować.

… ale w przyszłości pewnie będą wolały bawić się na starych pieńkach albo leżeć na polu albo buszować na jakimś strychu. Zdaję sobie sprawę, że pewnie nie dożyją sędziwego wieku, ale patrzę na Siódmego i wiem, że on za nic w świecie nie zamieniłby dworu na parę lat w zamknięciu.

Kotka i tak za jakiś czas zaczęłaby je wywalać, więc ich szczęście w Domku i tak zaraz by się skończyło. Najgorsze jest to, że Dziewczynka nie za bardzo chce uczyć je polować. Nie przynosi do domu nic pół żywego (a już nawet doszliśmy do wniosku, że byśmy jej pozwolili na krwawą lekcję w sieni, gdzie mysz nie ucieknie, a ślady krwi można umyć mopem), tylko od czasu do czasu udostępnia swój ogon.

Zapasowy link do filmiku, który nie chce się załadować.

Nie wiem, czy nauki matki mają wielkie znaczenie. Fakt faktem, że Siódmy niczego nie był uczony (osierocony) i ptaka raczej nie złapie – w przeciwieństwie do Dziewczyny – niemniej jednak jest seryjnym mordercą myszy (których swoją drogą nawet nie zjada).

Naprawdę lubię koty, a nasze małe są w gruncie rzeczy bezproblemowe. Ani razu nie załatwiły się poza kuwetą (!!!), pojętnie uczą się, że kabli się nie gryzie i na stół się nie wchodzi. Jasne, troszkę masakrują krzesła (na szczęście nie są to zbyt designerskie krzesła), ale pazurki ostrzą na konarach, które Big B im przyniósł.

Tupot małych nóżek (wcześniej sztuk dwadzieścia cztery, a teraz szesnaście) rules 😉

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część siódma.

Styczeń 13, 2010

Dzień dobry.

Dziś kotka Ze Wsi; kotka, której już nie ma, a z której swój początek miało wiele innych kotów, których drzewo genealogiczne zaczyna swoim skomplikowaniem przypominać drzewo rodziny Buendiów.

Ale tak, jak najpierw był José Arcadio w Macondo, tak tutaj Na Wsi była Oliwka.

Poznałam Oliwkę już, kiedy była doświadczoną wiejską kocicą – przetrwała prawie sześć lat. Codziennie rano przychodziła, razem ze swoją dorastającą wówczas córką Zośką, na poranne śniadanie pod drzwi wejściowe. Była całkowicie oswojona i zawsze wtedy, kiedy nikt nie widział, wpadała do domu, żeby trochę pobuszować.

Tutaj z córką, na porannym posiłku, wpadnięte do domu.

Oliwka nie była wysterylizowana, więc miot przytrafiał się jej raz na pół roku. Mieliśmy ją wysterylizować po ciąży, w której donosiła siedem kociaków, ale już nie zdążyliśmy.

Pamiętam, że raz Oliwka przyniosła mi koci prezent. Spostrzegłam ją z daleka i zauważyłam, że ma coś w pyszczku, więc, żeby kota pochwalić za udane polowanie, krzyknęłam, że dobry kot, upolował sobie obiad. Kot na te słowa uniósł ogon do góry i szybkim truchtem dobiegł do mnie, rzucił mi pod nogi martwego wróbla i patrzy. Konfuzja, przecież nie zjem wróbla! Na szczęście udało mi się wybrnąć kolejną porcją pochwał, z których Oliwka była bardzo rada – ocierała się o moją nogę, mruczała i patrzyła to na mnie, to na wróbla.

Odstąpiłam jej tego wróbla, podsuwając go delikatnie nogą w jej stronę, co przyjęła z zadowoleniem i natychmiast zabrała się za konsumpcję. Zjadła go całego, łącznie z nogami, nie uroniwszy nawet kropli krwi. Zostało kilka piórek. I ten zgrzyt pękającej wróblej czaszki…

Jak napisałam, z Oliwki ma swój początek cała masa kotów.

Pierwszy miot (z którego koty poznałam) przyniósł na świat Myszowatego i Pisku-Pisku, które kiedyś doczekają się osobnych wpisów. Miały jeszcze trójkę rodzeństwa – pamiętam bardzo żywotnego Alpinistę i Baryłę, które zostały wydane na wieś i których dalszych losów nie znam.

Oliwka była doświadczoną matką – jednym mruknięciem przywoływała małe koty do porządku, a kto miał kiedyś styczność z kocią mamą, która urodziła po raz pierwszy, wie, że niedoświadczone mamy nie mają wśród młodych takiego posłuchu. Młode na dość długo zostawały same, a że pogody były piękne i ciepłe, Oliwka wyniosła je z pomieszczeń gospodarczych na dwór, w słupki do drzewek. Koty były tam swobodne, mogły szaleć na palikach, a jednocześnie schować się głęboko w dwie sekundy. Przeżyło wszystkie pięć, choć lisów i drapieżnych ptaków u nas nie brakuje.

Później, o ile dobrze pamiętam, Oliwka miała wypadek – pogryzł ją podwórkowy pies, który kotów nie cierpi i zagryza bez zbędnych ceregieli. Oliwka o tym wiedziała i przez całe swoje życie z podziwu godną konsekwencją unikała psa, ale tym razem nie zdążyła uciec. Nie było mnie przy tym, na szczęście był Kacper, który opowiadał mi potem, że kiedy pies ją dopadł, kotka się poddała. Nie walczyła. Na szczęście Kacper zdążył ją uratować, ale była bardzo poraniona, w łapę i brzuch. Pomimo kuracji u weterynarzy, do końca życia utykała lekko na tylną łapę.

A potem przyszła kolejna ciąża, tym razem późnojesienna. Oliwka ukryła swoje małe znowu w pomieszczeniach gospodarczych, Big B słyszał ich piski (ja wówczas jeszcze Na Wsi nie mieszkałam), ale wiedząc, że Oliwka daje radę jako matka, specjalnie się małymi nie interesował, zwłaszcza, że – jak mieliśmy się przekonać – naprawdę były głęboko schowane.

I jeszcze zanim wyszły na świat, ich mamę, Oliwkę, tuż koło domu przejechał samochód .

Wiecie, jak ja ryczałam, kiedy wyciągałam zza starych kanap piszczące i przerażone małe? Wyjmowałam te malutkie ciałka i w sumie wyciągnęłam ich siedem, za każdym razem myśląc, że nie ma już ich mamy, ale to już inna historia.

Trudno mi opisać Oliwkę jednym słowem. Lisz to dzikus, kot aspołeczny; Pisku-Pisku jest piękną, upierdliwą egocentryczką; Fred był kotem skrzywdzonym; Esme to tchórz, a Rincewind – obżartuch. Z Oliwką nie jest mi tak łatwo, ale chyba mogłabym zaryzykować, że zachowała pełną dostojeństwa prostotę. To nie był kot, który o coś prosił, który potrzebował człowieka do przetrwania, a jednak był nasz, miejscowy, wsiowy, przywiązany.

pikfe

I na koniec drzewo genealogiczne. Wypisałam tylko „nasze” koty.

Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

Grudzień 15, 2009

Dzień dobry.

Dziś już ostatni odcinek o kotach, przynajmniej ze Starego Bloga. Kotów do opisania zostało mi jeszcze całkiem sporo 🙂

12 maja 2009
Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

Dzień dobry.
Dziś na smutną nutę, choć minęło już troszkę czasu.

Była sobie kiedyś kotka dzikuska – siedziała głównie za kanapą, emocjonalnie była raczej chłodna, a na rękach zachowywała się jak kot spetryfikowany i szukała tylko okazji do ucieczki. Próby uczynienia z niej kociaka przymilnego na nic się nie zdała, a może wręcz przeciwnie. To nie dziwne, koty w końcu znane są z tego, że wiedzą czego chcą.
Kotka na imię ma Dziewczynka, co nie jest może imieniem pierwszej urody. Teoretycznie jest kotem moim i Big B, ale nadal nie mamy jej gdzie trzymać, więc chyba już od roku mieszka z Owcą i jej przychówkiem – o którym niebawem.

Na początek zdjęcie, którego nie było, autorstwa AardvarKa. Owcy i Barana przychówek mniejszy i większy, mocno ze sobą spleciony.

Kotka zaszła w ciążę, pierwszą i urodziła pięć małych kociąt. Jak to zwykle u Owcy – wszystkie czarne jak węgiel. Kotki rosły i były takie, jak wszystkie małe kotki są – kochane.

Zdjęcia są robione komórką… więc musicie wierzyć mi na słowo, że nie są to małe myszy czy szczury.

Jak to u Owcy bywa pięć małych kotów rosło cudnie. Lubiłam wstawać rano, kiedy u nich nocowaliśmy, i przynosić wszystkie kociaki do łóżka – najpierw z lekka pełzały, a po jakimś czasie szalały przepięknie. Urosły i stały się takie:

Obok albo tata albo wuj.

Niestety – jeden kotek zachorował na panleukopenię, ukochana kotka Owcy. Bardzo się męczyła, a Owca nie chciała jej zostawiać pod kroplówką w lecznicy, nie było wiadomo, czy te dodatkowe męki uratują kota.
Wiecie, to był taki kot, który wszędzie za nimi łaził, zasypiał na ciele, przytulony do człowieka, najmniejszy, ale też najbardziej ciekawy świata. Ona pierwsza zaczęła gramolić się na zewnątrz z kartonu, podczas gdy jej rodzeństwo jadło i piło.
Smutno było na nią patrzeć, jak siedzi otępiała, wymiotuje, ma biegunkę. Kotka nikła w oczach, robiła się zimna, a weterynarze w zasadzie od początku nie dawali jej większych szans.
Cały czas miałam nadzieję, że uratują Gringa, ale wieczorem tamtego dnia Owca zadzwoniła z płaczem, że nie, że Gringo nie dała rady.
Nie wiem, czy to ona jest na tych zdjęciach.
Nadal bardzo mi jej żal. Miałaby świetny nowy dom i byłaby świetnym kotem.

I obowiązkowo nudne filmiki, z przychówkiem Owcy i Barana 🙂

pikfe

P.S. I wyjątkowo komentarz:

To Gringo jest na tych zdjęciach, na drugim jest razem z tatą – Maluchim.
~Baran i Owca, 2009-05-12 19:19

Koty, które były i koty, które są. Część czwarta.

Grudzień 8, 2009

Dzień dobry.

Znów mamy kolejny wtorek, czas szybko leci. Dziś dodatkowo nudne filmiki o Liszu, jak zawsze tutaj – bez point 😉

29 stycznia 2009
Koty, które były i koty, które są. Część czwarta.

Dzień dobry.
Dziś o kocie, który od pewnego czasu jest i ma się dobrze.

I dużo zdjęć. I nawet dwa nowe, choćby to powyżej.

Kot ów przywędrował do nas czas jakiś po Epim i Dużym Kocie i jak to u nas – nie obyło się bez problemów. Okazało się, że dzieci jakieś popaliły trochę kocie wąsy i brwi substancją żrącą, do czego właściciele nie chcieli się przyznać, ale brak brwi i wąsów z jednej strony był rażący, więc w końcu przyznali, co przyznać powinni.

Nie czuł się jednak dramatycznie źle. Jakość tego filmiku jest… hmmm… w każdym razie w rzeczywistości Lisz nie jest białym, płaskim duchem.


U weterynarza okazało się, że to nie jest trwałe uszkodzenie i kotowi (tak piszę, bo Stalker tak mówił, jak był mały i tak nam zostało) nic nie będzie.

Nazwa kota? Długa tym razem, w pełnej wersji przedstawiamy go tak „Oto Tralalaliszek, dla przyjaciół Liszek, dla wrogów Tralalisz”. Nasz weterynarz ma ewidencję komputerową kotów naszych, za każdym razem miło jest patrzeć na jego minę, kiedy jego oczom ukazuje się długa lista: Erwin, Fred, Epi, Duży Kot, Kubeł, Tralalaliszek, Myszowaty, Zołza, Siódmy… Imię Liszek jest bardzo dobre, krótkie i wygodne, a kot na nie reaguje.

W ogóle moim zdaniem koty z reguły (przynajmniej moje)reagują na imię, tylko akurat niekoniecznie mają ochotę nie zrzucać małego przedmiotu z parapetu albo przestawać kopać dołek w doniczce.

Liszek nigdy nie był kotem przesadnie towarzyskim –pierwszego dnia u nas w domu darł okrutnie paszczę, aż w końcu ułożyłam się tyłem do świata na łóżku, owinęłam kota w poły mojej wielkiej, długiej,ciepłej, wełnianej spódnicy i w końcu był cicho.

Mały Liszek w starym kinie. Od razu dementuję – kot nie choruje na pikselozę.


Lubił się z nami bawić, ale zwykle były to zabawy we wściekłe atakowanie, a że sierść miał na początku lichą, wyglądał dość zabawnie w wojowniczych pozach.


Zwróćcie uwagę na to pierze na ogonie 🙂

Kotek był malutki, kiedy do nas przywędrował, chyba nawet trochę zbyt mały, żeby zabierać go od mamy. Mamy bardzo dużo zdjęć, dlatego tyle ich tu jest, nie wiedziałam, co wybrać…

I filmików też mam parę…

Lisz urósł duży, ma potężne łapy, wielki łeb (bo jakoś trudno powiedzieć łepek), szerokie bary, waży pewnie około sześciu kilo.


W domu jest przesadnie spokojny – śpi po osiemnaście godzin dziennie w swoim domku w mojej szafie (w szafie zostały tylko jasne ubrania,czarne są zamykane w innej), czasem pobiega trochę jak głupi po schodach,przejdzie się po domu, znajdzie paprocha i trochę nim porzuca, albo podręczy naszą kotkę, przy czym należy zauważyć, że ona częściej dręczy jego.

Nie lubi być przytulany, czasem przyjdzie ugniatać trochę brzuch, co przy jego masie nie należy do najmilszych doświadczeń, ale skoro już przyszedł, to zwykle go nie przeganiamy. I cierpimy 😉

Z czasem całkowcie zniknęła mu czarna plamka z czubka łebka, teraz jest już zupełnie biały i naprawdę urósł duży, ale w domu nie należy do najszczęśliwszych. Szalał na działce i tak tam wyrósł, że po dwóch tygodnich niewidzenia kota, z trudem go poznałam. Wyglądał jak mały czołdżek i przestał być koci w dotyku, jeśli wiecie, co mam na myśli. Zrobił się potężnym, umięśnionym kocurem i nie okazywał szczególnego przywiązania do domu – znikał na dwie, trzy doby, a przecież dziki Fred meldował się zawsze każdego ranka.

Lisz znalazł na działce koteczkę, razem się włóczyli i chyba dlatego nie miał ochoty pokazywać się w miejscu, gdzie stała klatka, w której wstrętne baby zabierały go domu, gdzie przecież jest przeraźliwie nudno.

Lisz jest zdecydowanie najszczęśliwszy na działce, dopiero tam staje się prawdziwym kotem, a nie wyrośniętym i rozleniwionym kociakiem, który całe dnie spędza w swoim ciepłym domku. Czy nie ładnie wygląda?

Z Liszkiem problem jest jeden – nie chce jeść nic poza suchą karmą. Żadnych saszetek, puszek, żadnego mięsa, nic po prostu poza… sałatą.

Ulubiona zabawa kota, który śpi całe dnie to bycie przykrywanym przez prześcieradło i odkopywanie się w kociej furii oraz zagryzanie dywanu – dostaje świra, wystarczy tylko poruszyć dywanem, a kot już nawet nie wie, gdzie by tu kąsać i gryźć.

I na koniec – spróbujcie tak się ułożyć. To naprawdę zdrowy kotek.

A już na samiuteńki koniec – Lisz, który się myje. Wyrośnięty, wielki kocur.

pikfe