Posted tagged ‘Dolina Małej Łąki’

Zakopane w lutym. Część pierwsza.

4 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Tęskno mi już za górami. W ogóle zaczynam sądzić, że Tatry są jakimś przekleństwem i uzależnieniem. W końcu wychodziłam się latem tak, że myślałam o urlopie na Malediwach lub Seszelach, ale już czuję zew gór i już chętnie bym tam wróciła. Stąd powrót chociaż wirtualny. Dodałam parę zdjęć i opisów, są zaznaczone kursywą. I filmik też jest. Nudy okropne 😉

24 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część pierwsza.
Dzień dobry.

Ze Wsi wyjechaliśmy późno, bo dopiero po dwunastej – a to zakupy, a to coś do załatwienia, a to czegoś się zapomniało i tak nam zeszło przedpołudnie. Pogoda była okropna, padał śnieg z deszczem i dlatego Big B zdecydował, że pojedziemy autostradą A4 i dalej Zakopianką. Autostrada oczywiście była remontowana, jak zawsze, ale naturalnie zapłaciliśmy pełną kwotę, jak zawsze. Na Zakopiance robią Cuda, budują Mega Drogę w Tatry, co nas osobiście bardzo zmartwiło – mieliśmy okazję popatrzeć, bo środy wieczór staliśmy w korkach. Dla miejscowych to musi być jakiś koszmar.

Pierwsze zdjęcie, jak zwykle – Mała Łąka.

Pierwszy dzień był leniwy. Na ten wyjazd kupiliśmy sobie termos i mieliśmy radochę przez cały wyjazd, a pierwszego dnia w szczególności. Zasiedliśmy na ławeczce w Małej Łące, przy strumyku i piliśmy herbatę prowadząc mniej i bardziej wesołe dyskusje o naszej przyszłości, a ponieważ rozmowa była sensowna i do rzeczy nie mieliśmy poczucia zmarnowanego dnia.

Szósty luty był już bardziej aktywny, choć prowadzone rozmowy i dyskusje dużo mniej sensowne i całkiem od rzeczy. Rano pogoda była piękna, herbata w termosie ciepła, ludzi – jak zwykle zimą – mało. Poszliśmy Małą Łąką na Przysłop, gdzie długo popasaliśmy przy herbacie i w ciepłym, zimowym słońcu podziwialiśmy widoki.

Stamtąd udaliśmy się naszą ulubioną stałą trasą na Wielką Polanę Małołącką – nie wiem czemu, ale uwielbiam to miejsce.

Posiedzieliśmy tam chwilę, ale przyszło dużo ludzi, więc zwinęliśmy się na Przełęcz Grzybowiec, gdzie nasze dyskusje stały się całkowicie pozbawione sensu,a my popsuliśmy sobie humory i tym samym spacer. Zeszliśmy tłumną Doliną Strążyską i markotni wróciliśmy do domu Ścieżką pod Reglami.

Kolejny dzień zaczął się pięknie – od wizyty na Olczańskim Wierchu, skąd jest przepiękny widok na całe Tatry. Mieliśmy w planach wstać na wschód słońca jak AardvarK w listopadzie, ale rozeszło się po kościach i nie wstaliśmy.

Kto oglądał galerię AardvarKa, ten dostrzeże upływ czasu.

Z Olczańskiego pojechaliśmy na Cyrhlę, ale nie było miejsca do zaparkowania, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy nad Morskie Oko, ale stwierdzilismy, że jest za późno, więc wybraliśmy Chochołowską, ale Big B stwierdził, ze musi najpierw jechać do McD!!! Taki kawał drogi! Oczywiście – była sobota, tłumy jechały Zakopianką, więc staliśmy w korku, a ja myślałam, że eksploduję ze złości i ciągle się awanturowałam (chociaż starałam się nie). Powrzaskiwałam, że:
a) zaszło słońce i już nie będzie świecić (a my w aucie pod McD!);
b) marnujemy piekny dzień (w aucie pod McD; w aucie w korkach przez McD);
c) nie mogłeś zjeść w domu?! (ja zjadłam);
d) czemu tam nie skręciliśmy?!
e) w Chochołowskiej będą tłumy ludzi, a ja nie cierpię chodzić w tłumie!

(chwila ciszy; Big B uśmiecha się mniej lub bardziej otwarcie)

a, b, c, d, e – od początku, Big B sugeruje, że złość wzmagała się z każdą chwilą.

Dotarliśmy w końcu do Doliny Chochołowskiej, gdzie… prawie nie było ludzi. Big B żartował sobie z dzikich tłumów aż do samego schroniska: „Kochanie, przesuń się, wpadasz na ludzi.”, „Kotek, ale tłumy, wracamy do domu!”, „Czy widzisz tych wszystkich ludzi?!”. Oczywiście miałam ochotę go zabić, ale należało mi się, więc trochę się nawet śmiałam – sama z siebie.
My jednak wiemy, czemu tych ludzi tam nie było. Otóż w Dolinie jeżdżą sanie. Sanie są ciągnięte przez konie. Konie robią kupę. Kupa nie jest sprzątana. Niesprzątana kupa płynie oraz sunie całą długością Doliny, rozdeptywana i rozjeżdżana.

Big B i pikfe nie polecają spaceru w Chochołowskiej zimą, dlatego też innych zdjęć z Doliny nie będzie.

Ósmy luty był rajski – AardvarK wymyślił nam Dolinę Lejową i to był bardzo dobry pomysł. Tam jest naprawdę pięknie. I głucho, przynajmniej o tej porze roku.

Nie spotkaliśmy nikogo po drodze, siadaliśmy na ławkach, żeby napić się herbaty, zjeść czekoladę, pogadać albo posiedzieć chwilę (ale naprawdę tylko chwilę, bo jestem gadułą) w ciszy. W czasie drogi snułam piękną i romantyczną wizję naszego żywota. Otoczenie sprzyjało.

I strumyk płynął.


Najdłużej siedzieliśmy przy kulturowych wypasach (owiec) na Przysłopie Kominiarskim, gdzie było naprawdę cicho i momentami dość wiosennie.

Oglądaliśmy strumyki i widoki.  Fotografowaliśmy strumyki, fotografowaliśmy widoki, a nawet nakręciliśmy nudny filmik. W roli głównej Lejowy Potok.


Śniegu prawie nie było… a przynajmniej były takie miejsca, już bardzo, bardzo wiosną pachniało.

W końcu doszliśmy do znacznie bardziej ludnej Kościeliskiej – ale to i tak pestka w porównaniu z latem.

Pierwsze dni mieliśmy prawie wiosenne, lecz pogoda w górach ma to do siebie, że szybko się zmienia i zima wróciła z dnia na dzień, całkiem niespodziewanie, bo głównie w nocy.

W drodze do Murowańca dnia następnego, już zimowego.

cdn nastąpi jutro 🙂

pikfe

Tatry zeszłego roku w listopadzie.

11 listopada, 2009

Dzień dobry.

Dzień podły, więc dziś – zgodnie z zapowiedzią – wspomnienia z Zakopanego, z pięknego listopada 2008.

Więcej bardzo fajnych zdjęć z tego wyjazdu znajdziecie u AardvarKa.

13 listopada 2008

Zakopane.

Dziś nieodległe jeszcze wspomnienia z Zakopanego, gdzie – wbrew zapowiedziom – dopisała nam fantastyczna pogoda i skąd grzechem było wracać do Łodzi, gdzie najtrudniejszy szlak prowadzi z domu do pracy.
W piątek dojechaliśmy bardzo późno w nocy, za Oświęcimiem (nie jeździmy pełnopłatną, choć wiecznie remontowaną autostradą i zakorkowaną Zakopianką) spotkały nas niespodzianki w postaci remontu nawierzchni i ruchu wahadłowego. Bajecznie, ale i tak byłam bardziej wyluzowana niż Big B. AardvarK też specjalnie się nie skarżył, choć wiadomo było, że każde z nas wolałoby już być na miejscu. Plus taki, że stojąc w korku dobrze się pali. My znowu próbujemy rzucić, AardvarK nie pali 😉

Sobota była w zasadzie leniwa – wstaliśmy późno, odsypiając tydzień, choć tylko Big B i ja, AardvarK dzwonił już o ósmej, pytając się, czy gdzieś się wybieramy, ale słabo pamiętam ten telefon. On był już na spacerze. Szacun 🙂
Do wylotu Małej Łąki dowlekliśmy się dopiero około 13, ale ku naszemu miłemu zaskoczeniu prawie wcale nie było tam ludzi, choć aura jak na zdjęciu 🙂

mala_laka

O dziwo doszliśmy do Wielkiej Polany nie wypruwając sobie flaków, co zwykle następuje pierwszego dnia – mnie chyba tak cudownie nastroiła pogoda. Z AardvarKiem spotkaliśmy się już po zejściu z Grzybowca (odnowili kawałkami szlak!), narodziły się wspaniałe plany wejścia na Sarnią Skałkę, może nawet dojścia do Kalatówek, ale szybko i bezwzględnie zostały uśmiercone przez grzane wino w herbaciarni w Dolinie Strążyskiej 🙂 I tak jeszcze przed zmrokiem zdążyliśmy zejść z gór w bardzo dobrych humorach i ze wspaniałymi planami na kolejny dzień.
W Zakopanem okazało się, że w kinie Giewont grają już Quantum of Solace, ale zaprotestowałam, chociaż Big B i AardvarK wyrazili ochotę. Umówiliśmy się, że pójdziemy, ale może następnego dnia.

W niedzielę nie mieliśmy już siły, żeby znów nie iść w góry – o 6.20 pojechaliśmy po AardvarKa i przed siódmą czekaliśmy już w Kuźnicach na kolejkę na Kasprowy. Ludzi bardzo mało w porównaniu z sezonem, ledwo kilkanaście osób, które jednak zostały po jakimś czasie ukarane za zbyt wczesne wstawanie. Lodowaty głos z megafonu ogłosił, że kolejka nie będzie kursować z powodu zbyt silnego wiatru i następny komunikat zostanie przekazany dopiero koło godziny dziewiątej. Nie zastanawiając się zbyt długo, aczkolwiek lekko zawiedzeni, ruszyliśmy przez Boczań i Skupniów Upłaz do Murowańca. Wlekąc się z lekka i zachwycając pogodą dotarliśmy tam koło dziesiątej. Zdjęcie prawie tuż sprzed schroniska.

murowaniec

W Murowańcu zasiedzieliśmy się trochę jedząc bardzo wczesny obiad i spotykając kolegę Maćka z Łodzi, zawiedzionego pogodą – liczył, że użyje raków i czekana. Ja cieszyłam się, że nie ma takiej możliwości 🙂 Plan dalszej wycieczki skrystalizował się przy obiedzie – pogoda trochę się popsuła, wysokie Tatry zaszły chmurami i zaczęło wiać dość lodowato i nieprzyjemnie, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby wracać. Ruszyliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy.
Tu AardvarK nad Stawem, w chmurach Kościelec.

aardvark

Stamtąd podeszliśmy na przełęcz Karb (dla mnie Krab) – bałam się trochę stromizn, bo nigdy wcześniej tam nie byłam, a Kościelec kojarzy mi się wyjątkowo morderczo, ale okazało się, że kompletnie nie było czego się bać, a widok z góry na Czarny Staw jest przepiękny. Tymczasem niepogoda nie dawała za wygraną, chmury były coraz niżej i coraz bardziej wiało, ale my nadal tak bardzo cieszyliśmy się z wycieczki, że nie sprawiało nam to specjalnej przykrości. To prawda, że widoki w Tatrach są piękne, ale muszę przyznać, że jeżdżę tam głównie po to, żeby chodzić, a widoki są miłym dodatkiem. Mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć „pojezierze gąsienicowe” – jako dziecko widziałam, ale zupełnie zapomniałam jak tam jest pięknie, nawet, kiedy szczyty skrywają się w chmurach.

pojezierze

Zeszliśmy z Przełęczy, mocno już wiało lodowatym wichrem i chmury nadal schodziły coraz niżej, ale my nadal mieliśmy ochotę chodzić, a mgła nie przedstawiała się przerażająco – widoczność nie była oczywiście taka, jak w piękny, słoneczny dzień, ale z Big B postanowiliśmy, że pójdziemy przez Świnicką Przełęcz, a AardvarK zdecydował się wejść na Kasprowy zielonym szklakiem, chociaż ostrzegaliśmy go, że jest długi, mozolny i do wchodzenia go nie polecamy. Umówiliśmy się, że spotkamy się na Kasprowym i zjedziemy na dół kolejką. Po wypaleniu rozchodniaka jak zawsze zaczęliśmy gnać w górę jak psychopaci, co natychmiast poskutkowało przestojami na złapanie oddechu. AardvarK chodzi wolniej, ale równym tempem i idąc z nim nie męczyliśmy się jak nienormalni 😉 Stwierdziliśmy, że czasu mamy dużo – zanim on się tam wdrapie, ho, ho, jeszcze będziemy na Kasprowym czekać.
Droga na Przełęcz cudowna – nie wiało, było cichutko, wszystko utopione w białej mgle – czułam się jak w dekoracjach do „Władcy Pierścieni”. Praktycznie nie było ludzi, co zawsze jest miłe i zawsze-zawsze zaskakujące w polskich Tatrach. Szło się nam bardzo dobrze (dysząc i sapiąc, a jakże!) aż do momentu wyjścia na samą Przełęcz, gdzie lodowaty wiatr wiał okrutnie. Ukryci za głazem zapaliliśmy papierosa i spokojnie poszliśmy w stronę Kasprowego. Cóż się okazało? AardvarK – choć twierdzi, że prawie tego nie przeżył i że następnym razem zabiera zestaw reanimacyjny – już szedł w stronę Liliowych, bo nie chciało mu się na nas czekać! Hm… Stalker stwierdził, że AardvarK wygląda (na zdjęciach) jak „zgrzybiały mistrz kung-fu”, ale chyba nie jest jeszcze taki zgrzybiały. Albo my jesteśmy.
Na Kasprowym pięć metrów śniegu – jak zauważył AardvarK – sześciennych 🙂
Udało nam się zjechać kolejką, a o 19 poszliśmy na nowego Bonda, ale o tym kiedy indziej. Po filmie zawieźliśmy AardvarKa do jego kwatery, wróciliśmy do siebie i padliśmy. Na kolacji byliśmy w mojej ulubionej zakopiańskiej restauracji Sopa, gdzie jak zawsze zjadłam przepyszne polędwiczki z bundzem w sosie pomidorowym (34 zł) i dwa naleśniki z serem i rumem (12 zł). Naprawdę polecamy wszystkim. Warto.

Następnego dnia pobudka znów o jakiejś strasznej godzinie – o 6.40 byliśmy po AardvarKa, żeby podjąć kolejną – tym razem udaną – próbę dostania się na Kasprowy kolejką. Mieliśmy szczęście, że wczoraj nie jeździła, ponieważ ze szczytu mogliśmy podziwiać takie widoki.

kasprowy_szczyt

Postanowiliśmy przejść wszystkie Czerwone Wierchy, co może nie jest szczególnym wyczynem, jeśli wjeżdża się kolejką, ale jest niezłym pomysłem w piękny listopadowy dzień, kiedy wiadomo, że nie będzie chodzić się w kolejce.
Dzięki pięknej pogodzie i chmurom widocznym na zdjęciu spełniło się moje górskie marzenie – widziałam widmo Brockenu.

widmo

Gdyby ktoś był bardziej zainteresowany odsyłam do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Widmo_Brockenu
Wycieczka fantastyczna, choć Big B i AardvarK znaleźli w sobie wspaniałych kumpli do palenia, więc paliliśmy na każdym szczycie – kto był, wie, jak często 🙂 Poza tym kozice przywykły już do ludzi 🙂

kozica

Nie robiłam tego zdjęcia super aparatem, tylko zwykłą  idiot-kamerą i myślę, że mogłabym nawet  podejść bliżej, ale one jednak mają rogi, więc ja miałam stracha. Zatem: Kopa – fajka, Małołączniak – fajka, Krzesanica – fajka. I jak zwykle popas 🙂

popas

Na Ciemniaku odpuścili z paleniem, ale Big B był chyba trochę zawiedziony tym faktem.
Schodziliśmy przez Adamicę – miałam ochotę na zejście przez Tomanową, ale nie liczyłam, że w Dolinie Kościeliskiej również nie będzie ludzi. Nie przepadam schodzić przez Adamicę, bo to dość zabójcze zejście dla moich kolan, ale z drugiej strony spacer Kościeliską w tłumie ludzi jest zabójczy dla dobrego samopoczucia. Cóż, każdy chciałby mieć Tatry tylko dla siebie.
Na postoju wygrzewaliśmy się w słońcu, Big B zasnął na trawie i za nic w świecie – jak zawsze – nie chciał się obudzić, a ja podziwiałam piękną tatrzańską przyrodę w listopadzie.

Myślałam, że z Adamicy nigdy nie zejdziemy, ta droga bardzo dłużyła się mnie i moim kolanom, choć na stokach podziwialiśmy jeszcze stada kozic. Nie polecam tej drogi ani w dół, ani w górę – na Ciemniak idzie się „przepisowo” trzy godziny czterdzieści pięć minut i nie jest to lekki spacerek, jeśli mamy przeciętną kondycję mieszczucha.
W Kościeliskiej jak zawsze było dużo ludzi, ale na szczęście został tylko mały kawałek do przejścia. Potem polansowaliśmy się na Krupówkach – zjedliśmy obiad w Kolorowej (AardvarK poleca placek po zbójnicku, 20 zł) i wróciliśmy do domu, gdzie padliśmy.

Wycieczkę w dzień wyjazdu zaplanowaliśmy ambitną, zwłaszcza, jeśli wliczyć w to czas naszych częstych popasów na papierosa – zostawiliśmy auto – już z bagażami – na Toporowej Cyrhli i stamtąd udaliśmy się przez Psią Trawkę na Polanę Waksmundzką. Znam tę drogę dobrze i bardzo ją lubię – nie jest w ogóle męcząca i nawet latem nie ma tam zbyt wielu ludzi, za to jest naprawdę pięknie.

strumyk

Później zdecydowaliśmy się na szlak, którego nie znaliśmy, choć później AardvarK przypomniał sobie, że tam był 😉 Szliśmy z Polany Waksmundzkiej  zielonym szlakiem w stronę Murowańca, żeby później odbić na czarny i żółty szlak prowadzący na Krzyżne.
Dolina Pańszczycy zapiera dech w piersiach, moim zdaniem jest to jeden z najpiękniejszych szlaków w Tatrach. „Dolina Pańszczyca jest odgałęzieniem Doliny Suchej Wody, na południowy wschód od Hali Gąsienicowej. Skaliste szczyty Żółtej Turni, Wierchu pod Fajki i Granatów od zachodu – Orlej Baszty, Buczynowych Turni i Przełęczy Krzyżne od południa oraz rozległy grzbiet Koszytej i Małej Koszystej od wschodu ograniczają tę piękną i malowniczą dolinę. W górnej jej części rozpościerają się pola maliniaków (wielkich głazów) – niżej gęste zarośla kosówki i lasy. W środkowej części doliny leży nieduży Czerwony Stawek, poniżej niego Potok Pańszczyca spływa przez halę tejże nazwy ku północy” (Tadeusz Zwoliński, Tatry Polskie, 1951).

a

b

Dotarliśmy do Czerwonego Stawku, gdzie naturalnie popasaliśmy. O Krzyżnym oczywiście nie mogło być mowy, więc wróciliśmy kawałek i skierowaliśmy się w stronę Murowańca, gdzie popasaliśmy (placek po zbójnicku gorszy niż w Kolorowej). Stamtąd wracaliśmy niezbyt atrakcyjną drogą dojazdową do schroniska aż do Psiej Trawki, skąd zboczyliśmy na szlak prowadzący na Cyrhlę.
Uwaga, jeśli ktoś z Was będzie kiedyś tamtędy szedł, jest tam kot, który żebrze o jedzenie, więc pakując się pamiętajcie o nim 😉 Jest już nieźle wyuczony – mruczy, łasi się i ociera, idzie przy nodze jak pies. Tak zwane – z racji miejsca zamieszkania, odległego od świata cywilizacji – Sybiraki też były przez niego zaczepiane jakiś czas temu w podobny sposób, który – sądząc po kociej tuszy – jest skuteczny 🙂 Oto i on (kot, nie sposób) 🙂

kot

W drodze  do Łodzi – jakie wspaniałe zakończenie dnia! 😦 – wstąpiliśmy do Sopy, a potem bez problemów dojechaliśmy do domów.
Smutek, że tak krótko. Smutek, że tak płasko. Smutek, że znowu codziennie najtrudniejszy szlak – rutyna.

pikfe

Jej, znów mam ochotę na Tatry 🙂 W zeszłym roku Big B był już po zbiorach (ja jeszcze nie mieszkałam Na Wsi), AardvarK chciał z nami jechać (hmmm…. ciekawe, czy teraz też by chciał? 🙂 ), zapakowaliśmy się do auta i pomknęliśmy w góry. I to był naprawdę bardzo fajny wyjazd, a pogoda po prostu wymarzona. Nie to, co dzisiaj.

pikfe

Zakopane. Część trzecia.

5 sierpnia, 2009

Dzień dobry.

W życiu codziennym żadnych krwawych wydarzeń. Siedzimy Na Wsi w miłym towarzystwie Uiala (dawnego Stalkera), który wczoraj stwierdził, że moje chili con carne jest niejadalne. Hm. Inni je jedzą i jakoś nie narzekają.

Wracając jednak do Zakopanego – zaczynamy od niezbyt udanego wypoczynku. W zasadzie nie byliśmy za bardzo zmęczeni, ale trzeci dzień pobytu w górach jakoś nigdy nie należał do udanych – trzy lata temu dostaliśmy udaru, dwa lata temu prawie pozabijaliśmy się między Grzesiem a Rakoniem (Big B chciał jeść w słońcu, bo muchy. Ja w cieniu, bo słońce.), a rok temu wyszliśmy o wiele za późno i z powodu tłumu zawróciliśmy, zanim doszliśmy do Murowańca. W takie dni najlepiej odpocząć. Kocyk, jedzonko, bliska i mało uczęszczana trasa (zgodnie z zasadą – nigdzie nie prowadzi, nie ma spektakularnych widoków, nikt się nie chwali, że TAM był) – wybór padł na Przysłop Kominiarski i Dolinę Lejową. Po drodze – małe ptaszki.

IMG_0157

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami dziki tłum walił w stronę Ornaku, a my niepostrzeżenie prawie skręciliśmy w stronę Doliny Lejowej i po dotarciu na Przysłop stwierdziliśmy, że właśnie tam będziemy leżeć i się relaksować – opalanie, czytanie, spokój, cisza.

Obraz 088

Wleźliśmy na polanę, kocyk został rozłożony, ciała ułożone i wtem oczom ukazało się ciemniejące od much niebo. NIE DAŁO SIĘ. Pożarłyby nas żywcem, nie mówiąc już o komforcie odpoczynku. Big B ględził, że po co on ten koc targał, że te muchy, że go zeżrą. Wstaliśmy więc i udaliśmy się na ławeczkę nieopodal, gdzie prawie much nie było. I choć mniej przyjemnie, to jednak zaczęliśmy się opalać i czytać. Wysmarowałam się kremem z filtrem (Sybiraczka mnie okrutnie gnębi), acz trochę niedbale. Pokarało mnie szybko – popaliłam się tak niedbale, jak się posmarowałam. Jak nie muchy, to głupota – po półtorej godzinie, kiedy stwierdziłam, że chyba dostałam uczulenia na słońce musieliśmy uciekać. Big B ględził, że po co on ten koc targał, że to słońce, że nas spali 🙂 W domu załamałam się opalenizną, ale to był dopiero początek opalania się w łatki, o czym później.

Po jakże wspaniałym odpoczynku postanowiliśmy wybrać się na naszą Górę Przeznaczenia, czyli na Małołączniak. Nasza pierwsza wycieczka w Tatry (później Big B wyznał mi, że tak pędziłam, że on w duchu modlił się, żeby następnego dnia padało, bo nie da rady – a to nie kondycja była, tylko miłości skrzydła), góra zaręczynowa poza tym. I do tego lubimy ten szlak, więc znowu wczesna pobudka i marsz do Małej Łąki. Na samym początku podejścia pod Przysłop ujrzałam…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 112

tego samego niedźwiedzia, którego miałam okazję widzieć w zeszłym roku. Drżącą ręką nawet zrobiłam mu zdjęcie. Niedźwiedź ma na imię Spróchniały Pieniek… Prawie dostałam zawału, ale już nic Big B nie mówiłam, poznał prawdę dopiero po powrocie. On tego niedźwiedzia nie widział – ani wtedy, ani teraz. Do moich silnych emocji z nim (tzn. z niedźwiedziem) związanych podchodzi z dużym dystansem.

A później wyszło słońce, niedźwiedzie poznikały i zrobił się elfi las.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 113

Pod Przysłop lekko nie było, mnie tam nigdy lekko nie jest, ale zawsze zostaję nagrodzona już na górze. I widoki i jedzonko – tylko nie tym razem, bo muchy… Ale widoki i owszem. Zieloność poruszająca moje serce.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 114

I potem już Szlak Hawiarski – urokliwy, w cieniu, znów z poczuciem, że jesteśmy tu tylko gośćmi i to nie zawsze mile widzianymi.

IMG_0207

I tak sobie szliśmy w cieniu, podziwiając przyrodę i mówiąc szeptem.

IMG_4356

IMG_4380

IMG_4383

Big B został ukąszony przez pszczołę, ale jego wina, bo położył na niej rękę. Śmiesznie zapiszczał, jak Pippin w filmowej wersji „Władcy pierścieni”, ale nawet się nie zaśmiałam, taka byłam dzielna. Zjedliśmy śniadanie pod granią, dobry Big B przygotował, podczas gdy ja robiłam zdjęcia kwiatkom i zrobiłam ich tyle i takim ładnym kwiatkom, że należy się im osobny wpis na blogu.

Poza tym się zdenerwowałam – zarówno na szlaku na Giewont, jak i tu, jakiś debil zostawiał znak, że był tu.

IMG_4387

Nie rozumiem, nie zrozumiem i zawsze takie zachowania będą mnie denerwować. Ludzie mają maniakalną potrzebę oznaczania swojej obecności – te wszystkie wyryte „Robert Zabrze 2005” albo „Laski z Gdyni 97”, jakby to miało jakieś znaczenie dla potomności. Ale Kali (fan Lechii, jak z innych śladów żeśmy się dowiedzieli) przegiął. I po co, ja się pytam.

Tymczasem robiło się coraz jaśniej i coraz cieplej.

IMG_4376

Aż w końcu wyszliśmy na grzbiet Małołączniaka, tak zwanej przez nas Wielkiej Patelni. Dodam jeszcze, że oszukańczej, bo góra jak zwykle zrobiła mnie w bambuko i udawała, że ma szczyt bliżej niż ma w rzeczywistości. Big B z oszukańczym szczytem w tle.

IMG_4394

I nie było w ogóle ludzi – zwykle na Wielkiej Patelni już ktoś nas wyprzedzał (bardzo dużo czasu zajmują nam popasy, zresztą nie chodzimy za szybko – w końcu nigdzie się nam nie śpieszy) albo deptał po piętach, a tu nic. W całej okolicy widzieliśmy tylko jedną parę wchodzącą na Ciemniak przez Adamicę. I Big B sunął po Wielkiej Patelni, żeby dojść na szczyt (innej góry! dodam dla porządku) przed nimi, a ja… robiłam zdjęcia kwiatkom. Zaskoczenie, prawda?

IMG_4396

IMG_4401

No i w końcu, jak już myślałam, że nie dojdę – doszłam. Wietrzyk wiał ze słowackiej strony, rozkosz, pomyślałam, siądniemy sobie i w ciszy odpoczniemy, zanim ruszymy dalej. Znaleźliśmy ładne miejsce z widokiem na Krywań, zdjęliśmy plecaki, zasiedliśmy, wstaliśmy, założyliśmy plecaki i poszliśmy dalej, zostawiając na szczycie Małołączniaka roje much. No ile można?

Na Krzesanicy spotkaliśmy się z ludźmi, którzy wchodzili na Ciemniak, wymieniliśmy się poglądem, że miło tak samemu pochodzić po polskich Tatrach i że te muchy są i w jedną i w drugą stronę i że chyba kolejka na Kasprowy dziś nie jeździ, bo przecież ktoś by już doszedł, a tu pustki.Poza muchami oczywiście. Widzicie, ile tego badziewia w kadrze? Już teraz wiem, jak robi się zdjęcia UFO.

IMG_4415

Widok z Krzesanicy na Ciemiak z jednej strony…

IMG_0241

… i na chmury kłębiące się nad Wysokimi z drugiej…

IMG_0222

Na Krzesanicy oczywiście milion much, więc szybko uciekaliśmy i nawet zrobiło nam się smutno, że wycieczka zaraz się kończy. Przemknęliśmy więc na Ciemniak napotykając już parę osób. Krzesanica, Małołączniak i czubek Giewontu.

IMG_0251

I Rohacze w Tatrach Zachodnich po słowackiej stronie, marzenie Big B od zeszłego roku.

IMG_0309

Zdecydowaliśmy, że schodzić będziemy Doliną Tomanową, bo to szlak piękny i niepopularny, choć ma jedną wielką wadę – potem trzeba przejść całą Dolinę Kościeliską (czego unika się schodząc mniej pięknym i bardziej popularnym szlakiem przez Adamicę) w porze… no… szczytu. Ale Tomanowa jest piękna.

IMG_0280

IMG_4434

I można robić piękne ujęcia… roślinności.

IMG_4431

Ale niestety – mój super nowy but zawiódł – przy Kościeliskiej już się wlokłam. Są bardzo wygodne, ale lewy ma fabryczną (mam nadzieję!), bardzo dobrze ukrytą wadę, która jednak uaktywnia się po paru godzinach ciągłego chodzenia. Byłam z lekka załamana, zwłaszcza, że wiedziałam, że nie ma szans, żebym poszła w tych butach następnego dnia. Ale ciii, jeszcze nic Big B nie mówiłam, żeby mu nie psuć wycieczki koniecznością współczucia mi.

IMG_4439

Poddałam się przy Ornaku, zdjęłam buta, żeby stopa odpoczęła i zastanawiałam się, jak dojdę, kiedy pewna niezbyt rozgarnięta rodzinka rozbawiła nas do łez. Dopadł synuś do tego znaku.

IMG_4445

I drze się (w ogóle dużo ludzi się drze w górach) do podążających rodziców, że kurcze blade, nie napisali, ile jeszcze do tego schroniska, ale drogowskaz jest! I zatrzymują się, wyciągają mapę, przekręcają mapę, kombinują, jakby tu spojrzeć, żeby dobrze było, wszystko trwa ładnych pięć minut, aż nagle dochodzą do wspaniałego wniosku! Tak! schronisko jest tuż obok, wystarczy spojrzeć wokół siebie, budynek widać między drzewami. Ha! Ha! To pewnie dlatego nie napisali, ile jeszcze czasu do schroniska. Ha! Ha!

My się zebraliśmy (schroniska nawet nie ryzykowaliśmy) i w tłumie ruszyliśmy do Kir, a moja noga doskwierała mocno. Napotkaliśmy po drodze stado beczących owiec, bardzo śmierdzą, ale są urokliwe.

IMG_4453

I w końcu dotarliśmy do domu, razem z moją obolałą stopą, która jutro uniemożliwi nam prawdziwą wycieczkę i będziemy musieli zadowolić się Jaskinią Mroźną i lekturami w domu.

pikfe

P.S. Zza ramienia czytał mi Uial i poprawiał błędy, za co wielkie dzięki.

Zakopane. Część druga.

3 sierpnia, 2009

Dzień dobry.

Dziś Zakopanego ciąg dalszy i ten ciąg czas jakiś jeszcze będzie trwał. Z ciekawych i krwawych zdarzeń zycia codziennego dodam, że dziś przy krojeniu cebuli usiłowałam uciąć sobie dwa palce lewej ręki, co jednak nie do końca mi się udało.

Po rozchodzeniu, będącym rozchodzeniem nieco zbyt długim, zdecydowaliśmy, że wejdziemy na Giewont. Big B był, ale ja nigdy. Dawnymi laty Mami zabroniła, a ostatnimi czasy nie za bardzo mieliśmy ochotę w tym tłumie. Ale tym razem zapragnęłam, więc pobudka bardzo wczesna, przed piątą, o ile dobrze pamiętam. Inaczej to przecież nie miałoby sensu. Szliśmy Doliną Małej Łąki na Polanę. Było pięknie. Cicho, chłodno, bez ludziów.

Obraz 035

Obraz 038

Idąc dnem dawnego jeziora widzieliśmy sarnę i słyszeliśmy bardzo donośnie rechoczącą żabę… tak się mówi? Rechocząca żaba? Hmmm… pewnie kumkająca – w każdym razie była głośna. A my cały czas szliśmy sami. Czuje się wtedy coś, co znika, kiedy idzie się w szplaerze lub wężyku innych turystów – to poczucie, że góry nie są nasze, że jest tam pełno innych stworzeń, które mają do nich większe prawo, lepiej się w nich czują, tam się urodziły i tam zostaną. Lekki dreszcz na plecach, słabe, ale jednak poczucie osamotnienia i świadomość, że jest się tylko nieproszonym gościem.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 074

Że nawet, kiedy do siebie szepczemy, płoszymy ptaki. I że są nawet w tatrach miejsca, gdzie człowiek jeszcze nie sięgnął.

Obraz 046

Nie szpeszyliśmy się zbytnio, ale też nikt nas nie gonił. Spotkaliśmy na szlaku dwójkę turystów, byli symaptyczni, zagadaliśmy, jak to zwykle, kiedy spotyka się tylko dwójkę – szli na Giewont, tak jak my, ale nie znali drogi, nie mieli mapy. Mnie to zawsze trochę dziwi. Tymczasem do Giewontu jeszcze kawałek.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 080

Szlak, jak widać. Sypią się kamienie po głowie. Idziemy, idziemy i zbliżamy się. Nadal sami.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 081

Big B dzielnie prze pod górę, a ja ciągle zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcia kwiatkom. Uwielbiam to.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 087

W kosodrzewinie zaczyna robić się gorąco, zdejmuję getry i cieszę się, że nie więcej niż godzina przed nami, potem tylko schodzenie (dla moich kolan aż)  bez bezlitosnego prażenia na graniach. Na Przełęczy Kondrackiej uroczy widok. Pustka.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 090

Acz – choć nie ma to wielkiego znaczenia – nie byliśmy pierwi. Wyprzedzili nas „na maksa oldskulowi” niemieccy studenci oraz jeden młody chłopak. Niemniej jednak na szczycie byliśmy dłuższą chwilę całkiem sami. To już coś, prawda? 🙂

Tatry_lipiec_2009_IXUS 091

Obraz 052

Obraz 059Giewontowa trawka.

Schodziliśmy przez Siodło akurat wtedy, kiedy pierwsze tłumy ruszały w górę – uff, co za ulga. Big B gnał na dół, a ja kuśtykałam o kijkach i robiłam zdjęcia kwiatkom.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 099

Tatry_lipiec_2009_IXUS 100

I tak, w miarę spokojnie zeszliśmy na przełęcz w Grzybowcu, gdzie już naprawdę niezłe tłumy szykowały się na górę. Ależ byliśmy z siebie zadowoleni 🙂

I jeszcze to zdjęcie dla porównania.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 108

Jutro zaczynamy od niezbyt udanego wypoczynku, a dziś idę już spać. Dobranoc.

pikfe

Zakopane. Część pierwsza.

31 lipca, 2009

Dzień dobry.

Miło jest pisać o wakacjach w Zakopanem, nie zaprzeczam. Wolałabym jeszcze tam być i chodzić, ale przecież dwa tygodnie to i tak duuużo.Widać to po ilości zdjęć, które zrobiliśmy, nieco ponad tysiąc (choć to podobno nie jest dużo) i dlatego właśnie wpis z Zakopanego będzie się ciągnął jak ciągutek przez dni parę. Pratchett co prawda zalicza oglądanie cudzych zdjęć z wakacji do tortur piekielnych, ale tu każdy może w każdej chwili uciec nie urażając opowiadającego.

Dzień przyjazdu.

W sobotę rano, jedenastego lipca, podskakiwałam z podniecenia jak piłka. Nie wiem, czy już o tym nie pisałam, ale uwielbiam jeździć z Big B samochodem i jednym z naszych przyjemniejszych wspomnień jest podróż do Dunkierki, 1300 kilometrów jednego dnia. Dzień na podróż wypadł dobry, nie gotowaliśmy się w aucie, ale też nie padało. Przy samym Zakopnem zaskoczenie – nie można jechać przez Chochołów, remont mostu, więc zawracamy do Nowego Targu, zwykle usilnie omijanego i ostatni odcinek pokonujemy w ogonku.

Ale zaraz potem spacer w Dolinie Małej Łąki.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 013

Iść po południu na spacer do doliny, bajkowo po prostu. W moich nowych butach i w doskonałym humorze miałam wrażenie, że unoszę się nad ziemią.

Dzień drugi.

Dziś tak zwane rozchodzenie. Zwykle wystarczała nam Ścieżka  nad Reglami, ale Big B postanowił wprowadzić pewne modyfikacje i w ten sposób wylądowaliśmy raniutko, chwilę przed szóstą, na Toporowej Cyrhli.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 016

I stamtąd szybkim krokiem na Kopieniec, na którym Big B jeszcze nie był, a ja już byłam, razem z Owcą, AardvarKiem i Stalkerem. Widziałam wtedy nieprawdopodobnie przystojnych górali w rozchełstanych koszulach, jadących na pięknych, czarnych koniach i słyszałam spiewające góralki i ich głos pasuje do Tatr. Tym razem było cicho i spokojnie, pół człowieka.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 017

I choć może tego nie widać, było chłodno. Idealny ranek na przekąskę na Kopieńcu i na podziwianie widoków.

Obraz 017

Schodząc na stronę góralskich chałup na polanie, dopiero zaczynamy nasze rozchodzenie i chociaż teoretycznie wiem, co mnie czeka, to w praktyce jedynie mgliście to sobie wyobrażam. Przez Psią Trawkę idziemy do Poalny Waksmundzkiej, a ludzi dość mało – jak na Tatry, jak na lipiec. No… na szlaku z Cyrhli chyba zawsze jest mało ludzi. Zastanawialiśmy się z Big B czemu, przecież tam jest pięknie.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 037

Tatry_lipiec_2009_IXUS 036

Ścieżka ma dwie wady – pierwszą jest jej czasochłonność, a drugą fakt, że w zasadzie nigdzie nie prowadzi – na szczyt żaden, nad staw żaden, nawet nie do jakiejś znanej doliny. I jest pusta. Ale, ale – ludzi nie było zbyt wielu nawet na dojazdowej drodze do murowańca, a to nastraja pozytywnie. Szliśmy sobie spokojnie aż do Polany Waksmundzkiej, gdzie nie poszliśmy skrótem, a ja uratowałam dwa topiące się robaczki. Jak by Lisica powiedziała, pikfe w umiłowaniu do szczegółu, co także na zdjęciach dobrze widać:)

Tatry_lipiec_2009_IXUS 056

I Polana Waksmundzka, właśnie przez nią prowadzi dziki skrót do szlaku do Murowańca, który wije się wśród drzew.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 040

Stamtąd, nie siedząc zbyt długo (owady latające!) udaliśmy się do Murowańca, ale nie przez przełęcz Krab, jak poprzednim razem, ale szlakiem zielonym. Mimo tego – zachwycające Dolina Pańszczycy.

Obraz 022

Obraz 029

W Murowańcu lepiej nie mówić, co się działo. Weszłam po stempelek i uciekłam, Big B nawet nie ryzykował wejścia. Dziki tłum stojący w duchocie i gorącu po miskę strawy, masakra. A potem już nudy – drogą dojazdową do Psiej Trawki i na Cyrhle. Nie powiem, byłam nieco zmęczona. Jak na rozchodzenie, to wycieczka trochę za długa, ale cały dzień piękny, na szlaku spokój, więc wróciliśmy w szczęściu.

pikfe

O Zakopanem pisałam na starym blogu, można porównać parę zdjęć. Ja to uwielbiam.

P.S. 1 Kota na Cyrhli nie było, a ja miałam ze sobą saszetkę – przez całą wycieczkę…