Posted tagged ‘Dolina Chochołowska’

Zakopane z Yodą (1).

Listopad 22, 2011

Dzień dobry.

Nie bywam ostatnio zbyt często w Sieci, a co za tym idzie – na blogach i na blogu. Najgłębsza przyczyna tego stanu rzeczy to oczywiście Yoda – a jest mi szkoda każdej minuty. Poza tym w ostatnim tygodniu udało się nam wyskoczyć do Zakopanego. W gruncie rzeczy spowodowała to Yoda, a ściślej rzecz ujmując jej nieprzemijający katar. Postanowiliśmy udać się „do gór” w celach sanatoryjnych, ale i ku własnej przyjemności.

Jak to zwykle nam – nie chwaląc się za bardzo – pogoda dopisała, tak więc już pierwszego dnia zapakowaliśmy Yodę w ciepłe ubranka i pognaliśmy do Doliny Kościeliskiej.

Od razu na wstępie zaznaczę, że chciaż mój blog nigdy nie był piękny fotograficznie, to w tym przypadku może być nawet nieco gorzej. Zabrałam ze sobą tylko naszą malutką idiotkamerę i po prostu pstrykałam fotki.

Tego pierwszego dnia Yoda dość długo była aktywna i chociaż widoki nie robiły na niej żadnego wrażenia ;), to świerki – i owszem. Bardzo się jej podobały i nawet próbowała do nich zagadywać.

W schronisku Ornak PUSTO, co było fantastyczne. Wysiedzieliśmy się w słońcu, a Yoda – bez wątpienia w najbardziej luksusowych warunkach, bo w wózku i pod ciepłą pierzyną, się w tym słońcu wyspała. Spotkaliśmy też inną małą Yodę, już dwuipółletnią, która dzielnie zasuwała z rodzicami w kierunku Iwanickiej Przełęczy, co dało nam nadzieję, że i my niebawem nie będziemy musieli posuwać się tylko po dolinkach.

Następnego dnia wybraliśmy się do Doliny Chochołowskiej – oczywiście, ludzi prawie nie było, chociaż dostarliśmy tam dobrze koło dziesiątej. Trafiliśmy idealnie – na całkiem martwy sezon i na przepiękną pogodę.

W schronisku zadawaliśmy szpanu, żeśmy wleźli z wózkiem, ale naprawdę – to nie był jakiś wielki problem. Może dlatego, że nastawiliśmy się na mozół, a w sumie poszło bardzo ładnie? W Chochołowskiej jedyne dwa ciężkie fragmenty prowadzą po kocich łbach – niezbyt to komfortowe dla dziecka, ale na szczęście nasz wózek sprawdził się idealnie.

Na Polanie Chochołowskiej było naprawdę przepięknie.

A pod sam koniec okazało się, że Yoda ma już poczucie humoru, choc może nieco jeszcze dziwne. Big B pognał z wózkiem do auta, a ja szłam wolniej z Yodą na rękach i podziwiałyśmy zachód słońca u wylotu doliny.

Postanowiłam zrobić nam zdjęcie z ręki, co doprowadziło moją córkę do spazmów śmiechowych 🙂

pikfe

Reklamy

Zakopane w lutym. Część pierwsza.

Grudzień 4, 2009

Dzień dobry.

Tęskno mi już za górami. W ogóle zaczynam sądzić, że Tatry są jakimś przekleństwem i uzależnieniem. W końcu wychodziłam się latem tak, że myślałam o urlopie na Malediwach lub Seszelach, ale już czuję zew gór i już chętnie bym tam wróciła. Stąd powrót chociaż wirtualny. Dodałam parę zdjęć i opisów, są zaznaczone kursywą. I filmik też jest. Nudy okropne 😉

24 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część pierwsza.
Dzień dobry.

Ze Wsi wyjechaliśmy późno, bo dopiero po dwunastej – a to zakupy, a to coś do załatwienia, a to czegoś się zapomniało i tak nam zeszło przedpołudnie. Pogoda była okropna, padał śnieg z deszczem i dlatego Big B zdecydował, że pojedziemy autostradą A4 i dalej Zakopianką. Autostrada oczywiście była remontowana, jak zawsze, ale naturalnie zapłaciliśmy pełną kwotę, jak zawsze. Na Zakopiance robią Cuda, budują Mega Drogę w Tatry, co nas osobiście bardzo zmartwiło – mieliśmy okazję popatrzeć, bo środy wieczór staliśmy w korkach. Dla miejscowych to musi być jakiś koszmar.

Pierwsze zdjęcie, jak zwykle – Mała Łąka.

Pierwszy dzień był leniwy. Na ten wyjazd kupiliśmy sobie termos i mieliśmy radochę przez cały wyjazd, a pierwszego dnia w szczególności. Zasiedliśmy na ławeczce w Małej Łące, przy strumyku i piliśmy herbatę prowadząc mniej i bardziej wesołe dyskusje o naszej przyszłości, a ponieważ rozmowa była sensowna i do rzeczy nie mieliśmy poczucia zmarnowanego dnia.

Szósty luty był już bardziej aktywny, choć prowadzone rozmowy i dyskusje dużo mniej sensowne i całkiem od rzeczy. Rano pogoda była piękna, herbata w termosie ciepła, ludzi – jak zwykle zimą – mało. Poszliśmy Małą Łąką na Przysłop, gdzie długo popasaliśmy przy herbacie i w ciepłym, zimowym słońcu podziwialiśmy widoki.

Stamtąd udaliśmy się naszą ulubioną stałą trasą na Wielką Polanę Małołącką – nie wiem czemu, ale uwielbiam to miejsce.

Posiedzieliśmy tam chwilę, ale przyszło dużo ludzi, więc zwinęliśmy się na Przełęcz Grzybowiec, gdzie nasze dyskusje stały się całkowicie pozbawione sensu,a my popsuliśmy sobie humory i tym samym spacer. Zeszliśmy tłumną Doliną Strążyską i markotni wróciliśmy do domu Ścieżką pod Reglami.

Kolejny dzień zaczął się pięknie – od wizyty na Olczańskim Wierchu, skąd jest przepiękny widok na całe Tatry. Mieliśmy w planach wstać na wschód słońca jak AardvarK w listopadzie, ale rozeszło się po kościach i nie wstaliśmy.

Kto oglądał galerię AardvarKa, ten dostrzeże upływ czasu.

Z Olczańskiego pojechaliśmy na Cyrhlę, ale nie było miejsca do zaparkowania, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy nad Morskie Oko, ale stwierdzilismy, że jest za późno, więc wybraliśmy Chochołowską, ale Big B stwierdził, ze musi najpierw jechać do McD!!! Taki kawał drogi! Oczywiście – była sobota, tłumy jechały Zakopianką, więc staliśmy w korku, a ja myślałam, że eksploduję ze złości i ciągle się awanturowałam (chociaż starałam się nie). Powrzaskiwałam, że:
a) zaszło słońce i już nie będzie świecić (a my w aucie pod McD!);
b) marnujemy piekny dzień (w aucie pod McD; w aucie w korkach przez McD);
c) nie mogłeś zjeść w domu?! (ja zjadłam);
d) czemu tam nie skręciliśmy?!
e) w Chochołowskiej będą tłumy ludzi, a ja nie cierpię chodzić w tłumie!

(chwila ciszy; Big B uśmiecha się mniej lub bardziej otwarcie)

a, b, c, d, e – od początku, Big B sugeruje, że złość wzmagała się z każdą chwilą.

Dotarliśmy w końcu do Doliny Chochołowskiej, gdzie… prawie nie było ludzi. Big B żartował sobie z dzikich tłumów aż do samego schroniska: „Kochanie, przesuń się, wpadasz na ludzi.”, „Kotek, ale tłumy, wracamy do domu!”, „Czy widzisz tych wszystkich ludzi?!”. Oczywiście miałam ochotę go zabić, ale należało mi się, więc trochę się nawet śmiałam – sama z siebie.
My jednak wiemy, czemu tych ludzi tam nie było. Otóż w Dolinie jeżdżą sanie. Sanie są ciągnięte przez konie. Konie robią kupę. Kupa nie jest sprzątana. Niesprzątana kupa płynie oraz sunie całą długością Doliny, rozdeptywana i rozjeżdżana.

Big B i pikfe nie polecają spaceru w Chochołowskiej zimą, dlatego też innych zdjęć z Doliny nie będzie.

Ósmy luty był rajski – AardvarK wymyślił nam Dolinę Lejową i to był bardzo dobry pomysł. Tam jest naprawdę pięknie. I głucho, przynajmniej o tej porze roku.

Nie spotkaliśmy nikogo po drodze, siadaliśmy na ławkach, żeby napić się herbaty, zjeść czekoladę, pogadać albo posiedzieć chwilę (ale naprawdę tylko chwilę, bo jestem gadułą) w ciszy. W czasie drogi snułam piękną i romantyczną wizję naszego żywota. Otoczenie sprzyjało.

I strumyk płynął.


Najdłużej siedzieliśmy przy kulturowych wypasach (owiec) na Przysłopie Kominiarskim, gdzie było naprawdę cicho i momentami dość wiosennie.

Oglądaliśmy strumyki i widoki.  Fotografowaliśmy strumyki, fotografowaliśmy widoki, a nawet nakręciliśmy nudny filmik. W roli głównej Lejowy Potok.


Śniegu prawie nie było… a przynajmniej były takie miejsca, już bardzo, bardzo wiosną pachniało.

W końcu doszliśmy do znacznie bardziej ludnej Kościeliskiej – ale to i tak pestka w porównaniu z latem.

Pierwsze dni mieliśmy prawie wiosenne, lecz pogoda w górach ma to do siebie, że szybko się zmienia i zima wróciła z dnia na dzień, całkiem niespodziewanie, bo głównie w nocy.

W drodze do Murowańca dnia następnego, już zimowego.

cdn nastąpi jutro 🙂

pikfe

Zakopane. Część czwarta i ostatnia.

Sierpień 10, 2009

Dzień dobry.

Przez tydzień gościliśmy u siebie Uiala i było bardzo miło, ale trochę absorbująco i stąd luki w opisach górskich wycieczek. Jeszcze nie zakończyłam tego wyjazdu, a już zaniosło się na następny, też w Tatry, ale tym razem z AardvarKiem, Sybiraczką i Uialem, wypasiona ekipa, doprawdy.

Ostatnio zeszliśmy z naszej Góry Przeznaczenia, a raczej Big B zszedł, a ja się zczłapałam z powodu obolałej stopy. I kiedy następnego dnia założyłam znowu ten cholerny but, wiedziałam, że nici z kolejnej poważnej wycieczki – w ten sposób odwiedziliśmy Jaskinię Mroźną w Kościeliskiej i choć bardzo chciałam iść gdzieś jeszcze, Big B siłą prawie zaciągnął mnie z powrotem do domu.

Co do jaskini – fajnie, ale niestety byli ludzie, a ludzie niestety nie umieją zachować ciszy, więc darli japy cały czas, a pod ziemią naprawdę jest dużo przyjemniej, kiedy otacza nas cisza, słychać skapującą wodę i pogłos kroków. Udało nam się zostać w ogonie i przez chwilę byliśmy sami i wtedy było … tak, jak nigdzie indziej. I choć to tylko Mroźna, to uczucie niesamowite.

Obraz 238

Zabawniej jeszcze było kiedy wyszliśmy – po zejściu z długich schodków, naszym oczom ukazał się ten widok.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 199

Po lewej stronie – kible i jak to kible, wcale nie pachniały najlepiej. Po prawej stronie – biwak, ludzie, jak to ludzie, siedzą sobie nad strumykiem. Ale przy kiblach?

My wróciliśmy do domu i o losie! pojechaliśmy na Krupówki kupić jakieś buty dla mnie. No… ceny w Zakopanem są dość powalające, mimo, że konkurencja duża. NAJTAŃSZE półbuty znaleźliśmy za 140 złotych i choć jeszcze próbowaliśmy szukać czegoś więcej, to rynek nie dopisał, Scarpy za 800, Ecco za 1000… Zmasakrowało mnie przejście po Krupówkach, ale przynajmniej miałam buty, żeby wybrać się w nich na porządniejszą wycieczkę niż do Mroźnej i z powrotem.

Znów wyruszyliśmy wcześnie, piękna Kościeliska ukazała się nam z rana.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 200

Szliśmy raźnym krokiem, minęliśmy trzy bardzo miłe panie, które pozdrowiły nas uśmiechami, ale okazało się, że nie wszyscy jeszcze wstali.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 203

Choć inni byli już po kąpieli w strumieniu.

Obraz 261

Kiedy doszliśmy do schroniska… było jeszcze zamknięte, a dookoła żywej duszy, co nastroiło nas bardzo pozytywnie. Cóż, naprawdę nie mam nic przeciwko ludziom, ale nie w górach. Chodzenie w wężyku drących japy i kompletnie niemyślących ludzi jakoś mnie nie bawi. Lezą, jak chcą, nie jest istotne, czy zwalają kamienie, czy wypychają się przed innych czy może powinni ustąpić miejsca. Śmiecą i srają gdzie popadnie, zostawiając wszędzie pięknie upstrzone chusteczki higieniczne. Na pewno nie wszyscy i dlatego wychodzimy rano – rano rzadko kogoś się spotyka, więc i prawdopodobieństwo mniejsze, że trafi się na takiego, co właśnie załatwił się obok szlaku.

Plan mieliśmy taki, żeby wejść na Starobociański i zejść do Chochołowskiej przez Kończysty i Trzydniowiański Wierch. Pogoda była piękna.

Obraz 278

I tak ładnie dookoła…

Obraz 280

Nie może być jednak zbyt pięknie – zaraz zrobiło się koszmarnie gorąco i duszno, a okazało się, że w roztargnieniu swoim wypiliśmy już prawie cały sok i znaczną część wody, a na mapie po strumykach ani śladu. Trochę mnie to podłamało i oczywiście nigdy nie chciało mi się pić tak bardzo, jak tamtego dnia. Droga na Iwanicką Przełęcz jest dość kłopotliwa, ale bardzo piękna.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 210

Na Iwanickiej zjedliśmy, spotkaliśmy parę osób i rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę na Ornak w pełnym słońcu. Było ciężko. Miałam omamy strumykowe, tak słuchowe, jak i oczne.

Obraz 292

Na Ornaku nie zabawiliśmy długo z powodu rojów krwiożerczych i bezczelnych much wszelkich znanych mi rodzajów. Szybkim krokiem pośpieszyliśmy do Siwej Przełęczy, a ja wypatrywałam źródełek po drugiej stronie Doliny Starej Roboty. I widziałam je! Wymyśliłam wtedy, że mogłabym być wiedźmą, a na takie okazje zabierać ze sobą miotłę. Dosiadłabym jej, raz-dwa poleciała i napełniła nasze butelki. Big B dziwnie się spojrzał, ale jeszcze dziwniej, kiedy oznajmiłam mu, że musiałabym od czasu do czasu zamieniać go w starego capa, ale tutaj to nawet fajnie, tyle zielonej, zdrowej trawki do jedzenia. Myślę, że dużo czułości wysłał mi w tamtym spojrzeniu 🙂 Na takich pogawędkach mijała nam droga do Siwej Przełęczy. I na takich widokach.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 213

Tatry_lipiec_2009_IXUS 212

A tu już widok z Siwej Przełęczy na Starobociański Wierch. Znów mi się pomyliło, powiedziałam Starorobociański, a Big B na to: „Dlaczego nie możesz tego zapamiętać? Pomyśl o STARYM BOCIANIE!”. Z taką wskazówką zapamiętałam oczywiście i od tamtej chwili wchodziłam na Starobociański Wierch.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 216

Szlak jest bardzo zniszczony, a ekspozycja dość duża. Wchodząc (a raczej prąc do przodu) spotkaliśmy dwóch panów, jeden był bardzo, bardzo przystojny, a obydwaj symaptyczni. Wymieniliśmy informacje na temat szlaków i oni dowiedzieli się, że do Iwanickiej droga jest bardzo przyjemna i much starsznie dużo, a my, że zejście z Trzydniowiańskiego przez Kulawiec i Krowi Żleb jest okrutnie żmudne, a much jeszcze więcej. I w końcu, już prawie gardło zaschło mi z pragnienia, doszliśmy na szczyt. A tam… „Wędrowiec nad morzem mgły” w tatrzańskim wydaniu i bez mgły.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 217

Napotkani niżej panowie – jeden bardzo, bardzo przystojny – mieli rację co do much. Niestety nie dało się wytrzymać dłużej niż chwilę. Popatrzyliśmy na Rohacze i zmykaliśmy stamtąd czym prędzej.

Obraz 338

Zrobiło się nawet chłodno, co było przyjemnym akcentem, ale nie ugasiło mojego pragnienia w żaden sposób. Wyśledziłam na mapie źródełko gdzieś na Kulawcu i myśl o nim gnała mnie do przodu. Po zejściu na Starobociańską Przełęcz podziwialiśmy wielki masyw Starobociańskiego Wierchu.

Obraz 350

Na Kończystym popas w tłumku ludzi i tłumie much, a potem szybkim krokiem w tłum ludzi na Trzydniowiański i tam w zasadzie bez zatrzymywania się na dół. Szlak na początku jest dość przyjemny i malowniczy.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 221

Wpadłam jednak w rozpacz, bowiem okazało się, że strumyk jest tylko sezonowy i to akurat nie był jego sezon. Big B musiał obiecywać mi Pepsi na Polanie Huciska i długo uspokajać. Wiadomo, jak to jest – człowiek idzie za marchewką, a kiedy już prawie jej dosięga, zabierają mu wędkę, chociaż on jest gotów za tę marchewkę zabić. Tylko nawet nie ma kogo! Do tego zrobiło się gorąco i potwornie parno, a zejście w Krowim Żlebie… cóż, nie polecam, chyba, że ktoś lubi chodzić po schodach siedemdziesięciocentymetrowej wysokości. Dla moich kolan to był ból i naprawdę ogarnęło mnie na tym odcinku znużenie. Zastanawiałam się, czemu zamiast w te cholerne góry nie pojechaliśmy na przykład na Malediwy albo na Seszele 🙂 I nagle Big B mówi „Stój! Słyszysz?”. Strumyk! Płynął ukryty w chaszczach, więc Big B uznał, że z pewnością w górnym biegu leży martwa sarna i filtruje wodę, więc ja musiałam napić się pierwsza, ale szczerze mówiąc mógł być nawet martwy niedźwiedź. I pijąc zimną wodę z górskiego strumyka wiedziałam, czemu jednak po raz kolejny wybraliśmy Tatry. Dalej poszło już łatwo, no, może początkowym szokiem, kiedy zeszliśmy do Chochołowskiej.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 223

Na szczęście zaraz wzięliśmy rowery (9 złotych od sztuki… złomu) i migiem znaleźliśmy się na Polanie Huciska, gdzie natychmiast napiłam się obiecanej Pepsi. Busem dojechaliśmy do Kir i stamtąd porządnie zmęczeni samochodem do domu, gdzie oczywiście czytaliśmy do snu.

Następny dzień był leciutki, nawet nie braliśmy plecaków, ale ubawiliśmy się po pachy (prawie dosłownie, bo po łokcie na pewno). Wybraliśmy się Ścieżką Pod Reglami do Doliny Ku Dziurze. Po drodze znów małe ptaszki.

Obraz 356

W Ku Dziurze prawie nie było ludzi, zgodnie z zasadą, że dolinka prowadzi donikąd, a cel… no cóż, jaskinia nie jest imponująca. I kto się chwali, że był w Dolinie Ku Dziurze? Wracając zahaczyliśmy też o Dolinę Za Bramką, jako, że znajomy góral zarzekał się, że prowadzi stamtąd szlak na Łysanki. I nikt o nim nie wie! Cóż, my zawsze byliśmy przekonani, że szlak kończy się u zbiegu dwóch strumieni, no ale skoro góral się zarzeka, to może warto sprawdzić? Po drodze jednak coś innego przykuło naszą uwagę, a była to budowa tam na małych strumykach. Tak, tak, razem mamy 52 lata, więc na początku trochę się kryliśmy, ale potem poszliśmy na całego i skierowaliśmy wodę wyłożoną przez nas drogą. nagromadziliśmy wody w „zbiorniku retencyjnym”, odmuliliśmy dno, zapewniliśmy stały i wartki dopływ, a potem wyżłobiliśmy korytko w żwirze, otworzyliśmy tamę i woda popłynęła tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. A ludzie szli obok. A zabawa była przednia.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 229

A mądrości górala… cóż, wygląda na to, że dawno nie był w górach. Szlaku oczywiście nie ma, choć w 1898 roku Towarzystwo Tatrzańskie wyznaczyło ścieżkę, ale nie doczekała się ona miana szlaku – w przewodniku z lat pięćdziesiątych wymieniona jest jako nieznakowana, choć atrakcyjna, ale wtedy jeszcze można było chodzić nieznakowanymi ścieżkami. Nie przeszkodziło to jednak wesołej rodzince z tatusiem – karkiem wyruszyć w górę. My siedzieliśmy u zbiegu strumieni i słuchaliśmy szemrzenia wody.Obraz 378

Obraz 383

A potem, chyba na fali tego zdziecinnienia, co je tamy wywołały, widzieliśmy trochę nietypowe zwierzę tatrzańskie, smoka mianowicie.

Obraz 377

Każdy, kto smoka widzi i jest chętny, może następnym razem z nami budować tamy na tatrzańskich strumieniach.

I tym dziecinnym akcentem kończę relację z Zakopanego, ale to nie koniec gór, bo przecież zostaje Słowacja. I wreszcie Rohacze.

pikfe

P.S. W domu wzięłam do ręki przewodnik i czytam i cóż widzę? Starorobociański Wierch. Spokojnie, żeby nie dźgnąć zbyt silnie męskiego ego mówię „Ale kochanie, tu jest napisane Starorobociański Wierch. Big B na to, że niemożliwe, ale zaraz do mnie doskakuje i czyta w przewodniku, no tak, rzeczywiście. Ale nie, przewodnika nie czytał, więc wyjmuje mapę i cóż tam widzi napisane? Starorobociański Wierch 🙂

I od tej pory jest Starym Bocianem, hi, hi.