Posted tagged ‘Baraniec’

Ziarska Chata. Część trzecia i ostatnia.

Sierpień 14, 2009

Dzień dobry.

Kiedy zaczynam pisać na moim zegarku jest dwadzieścia po siódmej, a pościeliłam dziś łóżko, wykąpałam się (z peelingiem nóg), sprzątnęłam trochę, zrobiłam paznokcie u obu rąk i w ogóle lubię rano wstawać. Co prawda, muszę jakoś rozciągnąć czas, ponieważ dziś jeszcze czeka mnie wypielenie rabaty, golenie (brrr) nóg, pakowanie się (jedziemy już dziś Do Miasta, wyjazd wesołą ekipą w niedzielę raniutko), więc wcale tak dużo tego czasu nie mam.

Zaczynamy dzień w Ziarskiej Chacie od … lenistwa. Po wyprawie na Rohacze cały bity dzień siedzieliśmy w schronisku i czytaliśmy książki, Big B już nie wiem co, bo on czytał w górach jak szalony, a ja „Pchli Pałac” Elif Safak, bardzo mi się podobało, bardziej chyba od książek Pamuka. Wyjeżdżając do Ziarskiej Chaty wyczytaliśmy, że jest to jedna z tłumniej odwiedzanych dolin. Cóż, siedzieliśmy na tarasie pół dnia i nawet nikt się do nas nie przysiadł, a z nami wszystko w porządku 😉 Dzikie tłumy, prawda? Za białą linią schroniskowy pies, co nie chciał „parek”.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 301

Otoczenie Ziarskiej Chaty jest ładne, choć zabudowa naokoło schroniska woła o pomstę do nieba, co częściowo widać na powyższym zdjęciu. Doskonale nie może być, ale może być cudnie.

Obraz 762

Obraz 763

Obraz 768

I choć może to marnowanie czasu w górach, taki dzień był nam potrzebny. Siedziałam z książką w słońcu, mogłam czytać bez żadnych przeszkadzajek dzień cały, co nie zdarza się przecież zbyt często.  I nie chciałam, żeby ten dzień się kończył. Puentą powinno być „ale się skończył”?

I my znów na wyprawie, znów wlekliśmy swoje ciała na Banówkę (tym razem wiedząc już, gdzie szczyt) i znów szlak nam nie podszedł, choć jest naprawdę pięknie.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 303

Plan był taki, żeby dojść na Banówkę, stamtąd zejść na Banikowską Przełęcz i wejść na Pacholę, wrócić znów na Przełęcz i dalej Doliną Spaloną nad Rohackie Stawy. Jednakże pogoda nieco pokrzyżowała nasze plany – już na Jałowieckiej Przełęczy wicher prawie pourywał nam głowy, włożyliśmy prawie wszystkie ciuchy, a komfort chodzenia nie był za wysoki. Tak, świeciło słońce; tak, było ciepło; tak, nie za gorąco; po prostu wiało tak, że chodzenie nie sprawiało zbyt dużej frajdy. Ciekawie było, kiedy z Przysłopu przechodziliśmy na Banówkę, moją pierwszą granią w Tatrach Zachdnich. Byłam z lekka zdenerwowana, bo pamiętałam, że tam jest POTWORNIE. Ogromne przepaście, wąziutkie ścieżki, śliskie, zdradliwe, łamiące się skały. Otóż – są może ze dwa miejsca, które rzeczywiście pokonuje się „nie bez emocji„, ale poza tym to ja zupełnie tego szlaku nie pamiętałam. Stres za pierwszym razem? Instynktowna próba zachowania życia? Nie wiem, czułam się, jakbym szła na Banówkę po raz pierwszy. Są przepaście, są wąskie ścieżki, skały jak to skały, czasem pękną i nie są betonem przytwierdzone do grani, ale nie jest potwornie.

Na Banówce zjedliśmy (wypadła moja kolej robienia bułek – oczywiście w ten wicher), a potem zadecydowaliśmy, że nie ma co iść na Pacholę w taki wiatr i zeszliśmy spokojnie na Banikowską Przełęcz, a stamtąd od razu do osłoniętej grzbietami Banówki i Pacholi Doliny Spalonej. W dali Rohacki Staw.

Obraz 770

Krajobraz jest dość księżycowy.

Obraz 771

Mogliśmy podziwiać, gdzie też się wybraliśmy pierwszego dnia… Na szczęście szliśmy granią, a żadne z nas żlebu nie zaliczyło.

Obraz 780

Kiedy wyszliśmy na słońce, usiedliśmy na kamieniu i gadaliśmy chyba półtorej godziny. Fajnie było. Usiąść i pogadać w Dolinie Spalonej. Możecie nam tylko zazdrościć 😉 Jak to zwykle, ludzi nie ma, cichutko, cieplutko, czekolada i Big B, który mnie wysłuchał, doradził, próbował wytłumaczyć i pocieszyć. Mężczyźni umieją nas czasem zaskoczyć, prawda?

Ta piękna roślina to ciemiężyca zielona. Rosło jej wokoło nas całkiem sporo i doprawdy – mogłabym takie mieć w swoim ogródku.

Obraz 779

Patrząc jeszcze raz na pustkowia Doliny Spalonej…

Obraz 775

… i otaczające nas granie… (zaznaczam, ja po tej grani szłam – już widać, co by się ze mną stało, jakbym zdecydowała się spaść w stronę Doliny Spalonej, tak?)

Obraz 781

… aż w końcu udało się nam dojść nad Rohackie Stawy.

Obraz 791

Od ludzi ze schroniska dowiedzieliśmy się, że kiedy oni byli na Stawami, sporo ludzi się przewalało i generalnie było dość nieprzyjemnie. My mieliśmy chyba więcej szczęścia, bo ludzi było mało. Fakt, trochę więcej niż w innych rejonach, ale niewiele. Jak na takie miejsce?

Obraz 796

I kolejny staw, najpewniej Pośredni. Na drugim planie Rakoń i Wołowiec.

Obraz 798

Również Pośrednie Stawy, w tle Rohacze.

Obraz 800

Tutaj znaleźliśmy jeżogłówkę pokrewną. Wygląda naprawdę jak trawa rosnąca pod wodą.

Obraz 809

Zeszliśmy sobie miło, podziwiając widoki i piękno górskiego krajobrazu.

Obraz 815

I znów wycieczka taka, że trzeba się wspinać pod koniec – przez Dolinę Smutną aż do Smutnej Przełęczy. Może dostrzeżecie tę niteczkę prowadzącą do przełęczy – tamtędy szliśmy.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 314

Przyznać trzeba jednak, że widoki piękne. I Rohacze od jeszcze innej strony. Dziś Big B trzymał fason, a ja umierałam pod górę. On pędził, a ja co chwilę, na momencik, musiałam przystanąć i spokojnie pooddychać, żeby chociaż na Przełęcz się doskrobać. Później, w cieniu gór, było trochę lepiej, ale to paltelniane gruzowisko całkowicie mnie wykończyło. I nawet żaden niedźwiedź się nie pojawił, żeby mnie pogonić. Doszłam jednakże – nie taka droga straszna, jak ją sfotografowali.  Kiedy schodziliśmy już do schroniska, zrobiłam zdjęcie jagodzie, jak widać. Wczoraj jagodowe kwiaty, dziś jagodowe owoce. A mówią, że nie można mieć wszystkiego 😉

Obraz 819

Na ostatni dzień zaplanowaliśmy sobie wycieczkę na Baraniec, po sąsiedzku ze schroniskiem. Pogoda nie powitała nas ładna, ale też bez przesady. Nie było może cieplutko, słońce tylko od czasu do czasu, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby zostawać w schronisku. W dole Ziarska Przełęcz, w chmurach Rohacz Płaczliwy.

Obraz 822

Chmury się… przewalały. Były i było ledwo co widać.

Obraz 829

A potem się rozpraszały i dumnie ukazywały to, co przed chwilą pozostawało w ukryciu.

Obraz 826

Wdrapaliśmy się na Smrek (albo Smerk – ja nie potrafię tego zapamiętać), a za Smrekiem/Smerkiem – skałki. Znooowuuuu. Nie miałam nastroju na skałki. W ogóle. Do tego wiało. Denerwowałam się. Obrzydł mi Baraniec, a na samą myśl o drodze powrotnej (tą samą trasą) robiło mi się gorzej. Baraniec wyłania się z chmur.

Obraz 832

Big B dostrzegając mój rozkład zarządził popas i karmienie czekoladą. Do tego akurat wyszło słońce i pomimo jego propozycji, że może jednak zawrócimy, upierałam się, żeby iść dalej. Wiadomo, jak to jest. I wtem – grzmot. Natychmiast przestałam się upierać przy czymkolwiek, ponieważ – jak wiadomo – jestem cykor. Moje nogi popędziły wzdłuż grani i jestem pewna, że Big B trochę się ze mnie podśmiewywał w czeluściach kaptura swojego. Zaczęło lać, więc mieliśmy wspaniałą okazję wypróbować nasze kurtki w naturalnych warunkach. Sprawdziły się (nie przemokły), ale następnym razem kupię trochę dłuższą. Gnałam na Ziarską Przełęcz z zachowaniem rozsądku (wiadomo, śliskie skały etc – takie rzeczy nie umkną uwadze cykora), ale jakby mnie sam diabeł gonił. Już wtedy razem się ze mnie śmialiśmy.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 318

Ale cóż – Big B nie widzi naszych ciał popalonych piorunami, a ja widzę, więc nic dziwnego, że starałam się tego jak najszybciej uniknąć. Po szczęśliwym uniknięciu pioruna na grani (no… burza nie była bezpośrednio nad nami. Myślę, że była spory kawałek, ale przecież mogło ją szybko przywiać.) Zeszliśmy poniżej Przełęczy i tam już tylko lało. Było śmiesznie, w końcu to jakaś przygoda. Nie żałowałam Barańca, Big B też chyba za bardzo nie, padało, a my zakapturzeni śmialiśmy się do siebie i zastanawialiśmy się nad faktem jezior górskich w butach.

Oczywiście – jak to zwykle w życiu bywa, im bliżej byliśmy schroniska, tym mniej padało. Udało się nawet wyjąć aparat.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 325

Przy Chacie już nie padało, mogliśmy za to podziwiać harce chmur. I tymi ostatnimi widokami kończą się nasze wakacje.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 326

Tatry_lipiec_2009_IXUS 328

Smutek, prawda?

Ale, ale – za dwa tygodnie relacja z pobytu w Zakopanem z AardvarKiem, Sybiraczką i Uialem. O ile z nimi wytrzymam 😉 Wracamy 22. sierpnia.

pikfe

Ziarska Chata. Część pierwsza.

Sierpień 12, 2009

Dzień dobry.

Dziś żegnamy Zakopane, szczęśliwie w niezbyt dobrą pogodę. Ostatniego popołudnia pojechaliśmy na Olczański Wierch cieszyć się widokami, nie my jedni zresztą.

Obraz 390

A potem znad Tatr Wysokich i równocześnie znad Kościeliskiej wynurzyły się burze i lało, aż z Olczańskiego spływaliśmy. W efakcie następnego dnia góry były w chmurach całkowicie i nawet najmniejszej skałki na Giewoncie nie dostrzegłam przez chmury, a kiedy próbowałam je wypatrzeć, Big B zaczynał wpadać w panikę. No bo jak tak będzie lać, to co on będzie czytał w schronisku? Przeczytał już większość tego, co zabrał, jako, że unikamy lansu na Krupówkach i po wycieczkach wracamy do domu. I zakiełkowała w jego głowie myśl, żeby udać się do Krakowa – kupimy książki, ja w Krakowie nie byłam poza półdniową wizytą w dzieciństwie, z której pamiętam tylko Smoka Wawelskiego ziejącego ogniem. Nie byłam jakaś zachwycona, nie powiem, miałam nadzieję, że z rana (musieliśmy opuścić pokój do siódmej) pojedziemy na Słowację i tam sobie pobędziemy. Nie wiem, co mielibyśmy tam robić, jako, że w schronisku mieliśmy zameldować się po 19, ale wiecie, jak ktoś ma delikatne reisefieber, to wolałby jednak w okolicy tego schroniska się pokręcić, choćby i trzeba było parę godzin się kręcić. Ale Big B bardzo chciał jechać do Krakowa, a ja pomyślałam, że ma dobry pomysł, a w każdym razie na pewno lepszy niż mój, który w najbardziej optymistycznej wersji zakładał parogodzinne czekanie na słowackim parkingu w słońcu, a w najbardziej pesymistycznej – w deszczu.

I tak pojechaliśmy do Krakowa, nową drogą (przynajmniej na niektórych odcinkach). I Big B stwierdził, że bez sensu, bo może i pasów więcej, ale kiedyś można było popatrzeć na strumyk (teraz już nie, ekrany), a podróż miała w sobie jakiś czar. A teraz mknie się po prostu i w zasadzie między Krakowem a Zakopanem nic nie ma. Jak w Niemczech, kiedy podróżuje się autostradą.

Jak jest w Krakowie każdy wie, a ja – byłam zachwycona, Kraków ujął mnie jeszcze bardziej niż Lublin i od tamtego dnia będzie mi się kojarzył z książkową rozpustą. W Ziarskiej mogłoby lać 7/7 i 24/24, a my nadal mielibyśmy co czytać. Poszliśmy poza tym na kawę, zjedlim obiad i wypróbowalim nasze nowe kurtki, kiedy lało okrutnie w czasie obchodzenia Wawelu. I Smok nadal tam jest, taki, jakim zapamiętałam go z dzieciństwa.

A potem pojechaliśmy na Słowację. Pierwsze wrażenia? W porównaniu z Zakopanem mało cywilizacji turystycznej, biedniej, mniej gęsto, acz architektoniczne koszmary w spadku po poprzedniej epoce i owszem. No, ale u nas mamy już takież koszmary w spadku po epoce obecnej, więc jesteśmy do przodu. Tatr od strony południowej oczywiście nie widzieliśmy poprzez chmury, ale to przecież nic straconego, będziemy jeszcze wracać.

Po drodze zajechaliśmy do miejscowości Štrbské Pleso, obejrzeć jezioro. I zakochaliśmy się.

Obraz 416

Obraz 417

Niestety, nawet nie zdążliśmy zamontować naszego statywu, kiedy zaczęło lać okrutnie i trzeba było uciekać z powrotem do samochodu.

W końcu dojechaliśmy na parking przed Ziarską Doliną, a tam szlaban i żywej duszy. Przeszliśmy się w nadziei, że może 0 19, jak było umówione, jakaś dobra dusza przyjedzie i zaeskortuje nas do schroniska, ale skoro nikt się nie pojawił, chwyciłam za słuchawkę i mówię, że szlaban jest zamknięty i raczej nie przejedziemy, a oni mi na to, żeby go otworzyć. Hm… okazało się, że łańcuch i kłódka tylko udają, więc pikfe popędziła otwierać szlaban.

Obraz 420

Kiedy rezerwowałam nocleg w schronisku, obsługa (piszę tak, ponieważ nikt nigdy nie podpisał się żadnym mailem) tłumaczyła, że nie możemy dojechać samochodem, bo zimą zeszła wielka lawina i zabrała most. Naprawili go tuż przed naszym przyjazdem i dlatego mogliśmy dojechać autem, a lawina… cóż. W rejonie Doliny Żarskiej ogromne lawiny zdarzają się często, w 2000 roku spod Przysłopu zeszła lawina długa na trzy kilometry,  szeroka na 200 metrów, która częściowo przysypała schronisko i turystów znajdujących się dookoła, ale na szczęście nikt wówczas nie zginął. Tej zimy jedna z lawin musiała też przejść tuż obok Chaty, bo jeden z budynków miał naderwany dach, a dwa świerki tuż obok ułamały się w połowie, jak dwie zapałki. Zresztą, sami zobaczcie, jaka to była lawina – w trzecim tygodniu lipca, na dnie doliny tyle śniegu?

Obraz 423

Obraz 422

A ten mostek…Szczerze mówiąc trochę zamarłam, kiedy go zobaczyłam. Big B zresztą też. Dopiero następnego dnia okazało się, że jeżdżą po nim wielgachne traktory.

Obraz 424

W schronisku obsługa okazała się bardzo miła, po spisaniu wszystkich numerów identyfikacyjnych, imion, nazwisk, dokładnych adresów z naszych dowodów oraz wręczeniu nam obowiązkowej ankiety, w której jeszcze raz trzeba było podać to wszystko, tylko samemu poszliśmy do naszego pokoju. Łóżka wygodne, bardzo, bardzo czysto, tak w pokoju, jak i w łazienkach. Schronisko jest dopiero parę lat po remoncie i to widać. Nie trzeba sikać „na narciarza” jak jeszcze do zeszłego roku w Dolinie Pięciu Stawów.  Polecam Ziarską Chatę z czystym sercem.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 334

Potem pani objaśniła nam działanie piekielnej machiny łazienkowej. Otóż, do urządzenia…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 331

wkładamy otrzymany w barze żeton (pierwszy raz chodziłam do baru, żeby móc się wykąpać). Naciskamy przycisk…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 332

Woda zaczyna lecieć, ale… mamy tylko trzy minuty! I zastopować machinę można tylko raz w celu namydlenia ciała i naszamponienia głowy. Później znów start i płuczemy ciało. I ja to rozumiem – ludzi w schronisku dużo, każdy ma prawo się wykąpać w ciepłej wodzie, nie dłużej niż po kwadransie od momentu, kiedy umyśli sobie kąpiel, ale jedna rzecz w tym urządzeniu była naprawdę potworna – przerywanie. Pod sam koniec (minimum 30 sekund) woda leciała przez chwilkę, a zaraz potem przestawała i tak w kółko. Masakra. Efekt był taki, że nauczyliśmy się myć w dwie i pół minuty, a kiedy zaczynało przerywać, umykaliśmy stamtąd czym prędzej.

Przyznałam się też Big B do źródła moich głębokich lęków związanych z pobytem w schronisku – obciach będzie, jak to napiszę, ale ci, co dobrze mnie znają raczej się zbyt nie zdziwią – moją głowę zaprzątała nieustająca troska o to, co będziemy jedli i pili w górach. W Zakopanem jest łatwo, tak? A tam? Na Słowacji? I do tego jeszcze w schronisku? Jak kupimy bułki? Jak kupimy wodę? Tam w ogóle dowożą jedzenie?

Dowozili jedzenie, wrzątek to nawet za darmo dawali, śniadania i obiady były bezproblemowo, choć dość wstrętne. Big B trochę się ze mnie śmiał.  „Parki” (czyli parówki) będą mi się śniły po nocach, zwłaszcza, że nawet schroniskowy pies nie chciał ich tknąć, a my wcinaliśmy co rano. A woda? No cóż, strumyków jest całkiem sporo. Co prawda kiedy ostatnio oznajmiłam Sybiraczce, że pijemy ze strumienia wydała z siebie pisk i wrzasnęła do Sybiraka „Sybiraku, oni PIJĄ wodę ze strumienia!!!”, a w odpowiedzi usłyszałam okrzyk przerażenia i wyduszone zdanie, że tam misie sikają albo jeszcze coś gorszego. Coś gorszego niż misie niż coś gorszego niż siki? 🙂

Pierwszy dzień w słowackich Tatrach przywitał nas piękną pogodą. Zaplanowaliśmy wycieczkę na Banówkę, a stamtąd przez Trzy Korony na Smutną Przełęcz i z powrotem do schroniska. Big B  mówił o jakiś niebezpiecznych miejscach, ale widziałam na mapie tylko trzy wykrzykniki, więc za bardzo się nie przejmowałam. Na drogowskazie 2.30 na Banówkę, a my ruszamy w drogę. Zniszczenia polawinowe w dolinie.

Obraz 432

I mozolnie idziemy w górę podziwiając wielki masyw Barańca.

Obraz 440

Droga jest… koszmarna. Nie wiem dlaczego, ale w ogóle nam ten szlak nie podszedł, umęczyliśmy się okrutnie i naprawdę miałam wrażenie, że nie dojdziemy. Nie żeby było brzydko.

Obraz 448 Ale udało się, dochodzimy do przełęczy, wspinamy się na Przysłop, a zaraz potem jemy na szczycie Banówki i dziwimy się, jak to jest możliwe, żeby przejść ten odcinek w 2.30?! Tak szybko? My wlekliśmy się ponad trzy.

Obraz 477

A potem… maskara. Góra, która z naszej strony wyglądała jak Grześ, z drugiej wygląda jak Giewont od północnej strony. Hm… przecież po to pojechaliśmy w Tatry Zachodnie, żebym nie musiała po graniach łazić i widzieć Big B spadającego na dół, tudzież dostawać palpitacji serca przy każdym zawachaniu. Nie mam lęku wysokości, mam za to potwornego cykora. A Big B zaświeciły się oczy z radości na widok tych wszystkich skałek i grani. No i ruszyliśmy do przodu wśród moich popiskiwań, utaskiwań, narzekań, przestróg, drżących nóg, dygoczących rąk i powtarzania „Co ja tu robię? Uważaj! To mnie zabije? Jezu, ale przepaść! Nie idź na tamte skałki!AAAaaaa!”

Tatry_lipiec_2009_IXUS 233

Tatry_lipiec_2009_IXUS 237

No normalnie widziałam nas lecących w przepaść i zastanawiałam się, kiedy ten koszmar się skończy, aż nagle mój wzrok powędrował na domniemaną trasę naszej wycieczki i oto, co zobaczyłam.

Obraz 461

Nie pocieszył mnie ten widok, nie powiem, ale Big B był tak szczęśliwy łażąc po skałkach, że nie miałam serca zawrócić i posiłkowałam się myślą, że na pewno tam nie idziemy, choć przecież widziałam, że właśnie tam idziemy, Hruba Kopa i Trzy Korony. Drżałam okrutnie, aż do momentu, kiedy pojawił się świstak.

Obraz 487

Jak na zawołanie, bo Big B mówił może godzinę wcześniej, że nigdy świstaka nie widział i chciałby zobaczyć. Świstak siedział na czubku skały i obserwował okolicę, co jakiś czas gwizdając ostrzegawczo do swoich ukrytych kamratów. Był piękny. Są takie zwinne, dla mnie to takie górskie kocury. Ponadto dzięki niemu mogliśmy obejść ohydną skałkę boczną ścieżynką i Big B nie ględził pod nosem, że on chce tamtędy. Nikt przecież nie chce wypłoszyć świstaka. Tymczasem szczyt kolejny się zbliżał, w końcu weszliśmy i jakież było nasz zdziwienie, kiedy okazało się, że to Banówka! Wcale nie ten wcześniej, to był Przysłop, a ten, o którym myśleliśmy, że to Przysłop, to był jakiś bezimienny, oszukańczy szczycik. Ponieważ dotarci na Banówkę zajęło nam (z popasem) jakieś cztery godziny, stwierdziliśmy, że Słowacy muszą mieć chyba jakieś motorki w tyłkach.

Zaczęliśmy iść w stronę Hrubej Kopy i Trzech Koron i zaczął się koszmar. Przepaście z jednej i z drugiej strony, łańcuchy, kominy, a purysta jakiś wyznaczył szlak SAMYM CZUBKIEM grani. Big B w niebo wzięty, a ja w ostatnim kręgu piekła się smażę. Bałam się strasznie, w którymś momencie kazałam (KAZAŁAM) Big B iść boczną ścieżką, nie był zbyt szczęśliwy, ale poszedł. Potem dopiero wyznał mi, że był wściekły, że są takie fajne skałki, a on tu musi je obchodzić, ale w tamtym krytycznym momencie, kiedy łzy napływały mi do oczu, zachował się bez zarzutu. Później zjedliśmy czekoladę, zostałam wytulona, obejrzałam się dokładnie (nadal żyję), obejrzałam Big B (też żył), spotkaliśmy emerytkę o kulach, która przeszła Trzy Korony (acz mówiła, że było ciężko) i jakoś humor mi się poprawił, choć było z lekka ekstremalnie. Muszę przyznać, że nawet się ubawiłam. Tu Big B, wyjątkowo trzyma się łańcucha. W dole jeden z Rohackich Stawów.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 243

A tu ja się gramolę.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 248

Takie ścianki mieliśmy do pokonania. I inne też, ale ręce za bardzo mi się trzęsły, żeby robić zdjęcia 😉

Tatry_lipiec_2009_IXUS 244

Tatry_lipiec_2009_IXUS 245

I w końcu zeszliśmy i nawet było mi żal, że to już koniec, bo poczułam się pewniej i sprawiało mi to sporą frajdę. Chodziłam kiedyś troszkę na sztuczną ściankę i moim zdaniem wspinaczka przypomina trochę jogę – w każdym momencie trzeba mieć na uwadze każdą część swojego ciała, co wymaga skupienia. Tego rodzaju skupienie przynosi ze sobą w darze prawdziwy psychiczny odpoczynek, a jednocześnie fizycznie człowiek odczuwa zupełnie inny rodzaj zmęczenia niż na przykład w czasie mozolenia się na Wielkiej Patelni pod Małołączniakiem. Zeszliśmy pięknie ze Smutnej Przełęczy do schroniska, podziwiając jeszcze jednego świstaka i jedząc w ciszy gór batony.

Na Słowacji fantastyczne jest to, że nie ma ludzi – praktycznie cały czas szliśmy sami, a wyszliśmy parę minut po ósmej. Po piętnastej z trudem dostrzeże się pojedynczych turystów, a po osiemnastej człowiek jest sam. Przez cały dzień spotkaliśmy może sto osób. To jest już luksus moi drodzy. I te widoki, których jeszcze nie znaliśmy. Rohacze, a w tle nasze Wysokie.

Obraz 471

Drugi dzień pobytu na Słowacji przeznaczyliśmy na odpoczynek, bo pogoda średnio dopisała. Borys już marzył o swoich Rohaczach, ale mogło się rozpadać (ostatecznie się nie rozpadało), więc zabraliśmy książki i wyszliśmy w góry znaleźć jakieś przyjemne miejsce. Big B czytał wtedy „Krzyżacki poker” – mamy 1957 rok, Polska rozciąga się od morza do morza, Zakon Krzyżacki jest naszym knującym spiski, ale jednak lennikiem,  a Wielka Brytania i Irlandia są emiratami…   Ja zaś zabrałam „Marzyciela” Iana McEwana i jestem tą książką oczarowana, dawno nie czytałam nic, co tak bardzo by mi się podobało. Taka współczesna wersja „Małego Księcia”. Jednak nie tylko czytałam 🙂

Obraz 539

W drodze powrotnej pokłóciliśmy się o kichanie. Kich się nosem czy ustami? Prawieśmy się na szlaku pozabijali.

Jutro Rohacze.

pikfe