Archive for the ‘Życie wiejskie’ category

Czas obfitości.

Lipiec 13, 2014

Dzień dobry.

Uwielbiam swój ogród warzywny.

PicsArt_2014-07-08 06_47_53

I sąsiadów, którzy ofiarowali skrzynkę czarnej porzeczki.

WP_20140701_00920140705223847

Bo ja po prostu lubię swoje zajęcia.

pikfe

P.S. Na recenzję książki z pierwszego zdjęcia – Francuskie dzieci jedzą wszystko –  zapraszam niebawem na Perspektywy4.

Święty Mikołaj.

Grudzień 27, 2013

Dzień dobry.

Przed Świętami było łatwo.
– Mamo, czy Święty Mikołaj będzie się cieszył, jak dam to siostrze?
– Mamo, czy Święty Mikołaj się cieszy, że zrobiłam siku na kibelek?
– Yoda, jak zjesz te kluski, Święty Mikołaj na pewno będzie bardzo zadowolony.

A po Świętach?
Jak się wychowuje dzieci po Świętach?

🙂

pikfe

Tyle mam do powiedzenia…

Czerwiec 5, 2013

… a i nie mam czasu, i mi go szkoda na wszytko inne.

Mam za to półroczne niemowlę z nadprzyrodzonymi zdolnościami wyczuwania przez sen tego, w jakiej mama jest pozycji (ma stać, nie leżeć!) oraz …

img027

samodzielnie rysowała Yoda,

podpisał Big B.

pikfe

Walka wewnętrzna.

Luty 20, 2013

Dzień dobry.

Walka wewnętrzna to określenie cokolwiek przesadzone, a jednak w jakimś sensie adekwatne.

Jest za dwadzieścia szósta rano, wstałam o piątej, nie śpię od czwartej (ale dramatu nie ma, bo śpię od dziewiątej, jako zwolenniczka spania wtedy, kiedy śpią dzieci). W domu cicho, starsza śpi z tatą, młodsza jeszcze nie budzi się, kiedy zostaje sama w łóżku, a przynajmniej nie zawsze. Koty nakarmione, kawa wypita.

A ja przed monitorem.

Niesamowite.

Bo czyste naczynia są w zmywarce, a nie na półkach.

Bo mokre pranie leży w pralce, a suche prasowanie wisi na suszarce.

Bo obiad na dzisiaj istnieje tylko jako pozycja na tygodniowym menu.

Nie jest to dla mnie łatwe, tak po prostu nie wyjąć ze zmywarki, kiedy mam czas. Nawet taki czas.

WOLNY.

Dla BigB to bułka z masłem. Jego wolne wypada raczej wieczorami, ok, wtedy zwykle mamy wszystko zrobione po całym dniu, niemniej jednak on nie traci czasu na głupoty, kiedy Yoda i Stasiuk śpią.

Czy mam się frustrować, że ja robię od piątej rano? No nie, z tego wyleczyłam się już przy Yodzie i po prostu robiłam od tej piątej, bez bagażu frustracji. Teraz jest trudniej, bo kiedy są dwie czasu jednak mniej, a frustrować się czasem trochę łatwiej (wstajesz o czwartej, żeby pobyć chwilę samej, a dziecko postanawia zapewnić towarzystwo już dziesięć minut później).

Zatem: nie robię, piszę. Uczę się o BigB, on jakoś nie ma nigdy wyrzutów sumienia. I wiem, że to on ma rację, bo lepiej zadbać o swoje dobre nastawienie niż o naczynia w zmywarce albo o wyprasowane body. Ostatecznie założę niewyprasowane, ale przynajmniej warczeć przy tym nie będę.

Wyjmę pranie z Yodą, wyprasuję ze Stasiukiem, a ze zmywarki naprawdę szybko da radę powyciągać, zresztą Yoda bardzo lubi to robić. Z obiadem ostatnio dałyśmy sobie radę w trójkę, Yoda asystuje siedząc na blacie, a Stasiuk w foteliku samochodowym obok Yody czeka, aż wreszcie będzie coś nowego do powąchania.

A ja mam teraz chwilę dla siebie.

I czasem myślę sobie tylko, że są pary w których ona robi od piątej rano i wścieka się, że on śpi, więc jak on się budzi, to ona na niego wrzeszczy, a on zaczyna wtedy wrzeszczeć na nią, że od piątej nie będzie, a jej nikt nie każe; a ona, że kto niby to zrobi, jak nie ona itd., itp.

Acha, i na sam koniec: gdyby BigB miał bloga, to nawet nie pisałby takich postów.

pikfe

 

Lato wiejskie.

Lipiec 9, 2011

Dzień dobry.

Może trochę pada, może zdarzają się brzydkie dni, ale mam jednak mocne uczucie, że mamy lato i jest u nas sielsko – wiejsko.

Codziennie chodzę z Yodą na długie spacery, a od czasu do czasu gdzieś jeździmy.

Byliśmy już nawet w Mieście. Wiecie, jak ja dawno nie byłam w Mieście? Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam autobus 😉

Yoda w samochodzie nie marudzi, a wyprawami jest zachwycona – przynajmniej tak wygląda. W każdym nowym miejscu rozgląda się z ciekawością, nie marudzi i nie płacze. Oczywiście, nie jest tak jak było przed Yodą, jest zupełnie inaczej, ale o tym kiedy indziej.

Na Wsi jest jednak przyjemniej niż w Mieście (zwykle – o tym też innym razem).

To trzmiel gapa, za żadne skarby nie potrafił dostać się do pyłków, kombinował i kombinował, czym ubawił mnie do łez. W końcu, po wielu, wielu próbach, udało mu się, szczęśliwie.

Nasze koty też mają się dobrze, choć poświęcamy im mniej uwagi niz kiedyś. Wszystkie jednak wyglądają na szczęśliwe, uwielbiają wychodzić na dwór, ale zawsze wracają do domu i śpią w kocim kąciku, czyli na fotelu Ektorp oraz na sąsiadującym parapecie.

Tu Biała, jedna z córek Dziewczynki. Ta kotka z nami została, tak więc w chwili obecnej jesteśmy posiadaczami trzech kotów.

Biała też czuje lato 🙂

Wszystkim Wam cudownego lata!

pikfe

Atmosfera Świąt.

Grudzień 19, 2010

Dzień dobry.

Dużo się ostatnio w Internecie pisze o Świętach i braku atmosfery Świąt, wszechogarniającej komercji i wielkim żarciu. O ciągłym kupowaniu, utraceniu religijnego ducha, złości i nienawiści, która nawet w Święta nie mija.

Ja cudów nie oczekuję. Ograniczam się (jeszcze? na zawsze?) do uprawy własnego ogródka.

Jeśli ktoś ma ochotę stać trzy godziny w markecie – jego sprawa.

Jeśli inny spędza popołudnia w CH, może lubi?

Siedzieć i jeść przez trzy dni? Skoro inaczej nie umie. Albo też cały rok czeka na trzy dni obżarstwa.

Na to, jakie będą nasze Święta pracowaliśmy cały rok. Cały grudzień też. W trzy dni nic się nie zmieni.

A zarzuty o komercjalizację? Wiecie, ja jej tak za bardzo nie odczuwam. I chyba nigdy nie odczuwałam. Wydaje mi się, że jest jednak tak, że to my się komercjalizujemy, a nie oni komercjalizują nas.

Owszem, kupuję.

Prezenty. To dla mnie jedna z większych przyjemności Świąt – kupowanie, pakowanie, dawanie prezentów. I tak, uderzyliśmy do CH. Słuchaliśmy jakiegoś tandetnego Jingle Bells patrząc na plastikową kukłę Mikołaja. I co? Ja mam w pamięci widok mojej (kiczowatej?) lipy, kiczowata szopka nic tu nie zmienia.

Innym ludziom taka szopka sprawia frajdę i przyjemność? I świetnie.

Kupiłam też parę rzeczy do domu. Świąteczne poduchy, lampiony dla ozdoby – sprawia mi to frajdę. I świeczka zapalona w tym lampionie, pod czerwonym jabłkiem wiszącym na lipie (ku ozdobie, dla ptaków) pomaga mi poczuć Ducha Świąt. Lipa wygląda wyjątkowo, jak nigdy w roku.

Czy ja oczekuję od Big B, żeby roztkliwiał się nad tym lapionem? No nie. On nigdy się nad nim nie roztkliwi, woli w Święta święty spokój i jakąś fajną strzelankę albo strategię. I świetnie.

Spędzam (cóż, na miarę moich obecnych możliwości) więcej czasu w kuchni. Nie dlatego, że mam mus, tylko dlatego, że mam ochotę zrobić coś wyjątkowego. Trochę tak, jak – w moim odczuciu – u Virginii, skąd zresztą wzięłam przepisy, ponieważ dopiero szukam moich świątecznych przysmaków.

I wczoraj postanowiłam spędzić wieczór w kuchni, robiąc Laski Świętego Mikołaja. Z początku było tragicznie, gdyż zamiast Lasek Świętego Mikołaja wyszła mi Kupa Kota:

Potem przyszedł Big B, popłakaliśmy się ze śmiechu, bo to wyglądało dokładnie tak, jak na zdjęciu. Potem mi pomógł (wyciskał ciasto z foliaka, a ja je formowałam) i wyszło TROSZKĘ lepiej, choć brak u mnie zdolności manualnych powoduje, że z Laską Świętego Mikołaja niewiele to ma wspólnego.

I czy to był znój i mordęga? Otóż, nie był, bo razem potrafiliśmy tak to zorganizować, że nie był. Big B pomógł mi w potrzebie (kuchnia to raczej moja działka), za co jestem mu wdzięczna ponieważ kompletnie nie dawałam sobie rady z wyciskaniem z foliaka. Ja nie mam ciśnienia na IDEALNE LASKI ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA,więc nie odczuwam frustracji. A do tego jeszcze świetnie się ubawiliśmy i spędziliśmy razem czas.

I jeszcze inna sprawa: czy ja muszę się w Święta jednać z bliskimi, którzy bliscy mi nie są? Składać im fałszywe życzenia? Bo są Święta? W moim odczuciu Święta nic tu nie zmieniają.

Cudownie jest, jeśli ktoś umie pojednać się w Wigilię i to pojednanie zostaje na stałe czyste i niefałszywe, ale trzeba być Herkulesem, żeby oczyścić stajnie Augiasza, a nie raz i nie dwa przez tyle lat syf się zbiera.

Ja bym od siebie takiej siły nie oczekiwała. Dlatego zamierzam zachowywać się normalnie, na nikogo nie wrzeszczeć i do nikogo się nie przymilać. Pomogę, jeśli będę potrzebna, ale przecież nie dlatego, że są Święta.

Wiem, że nie każdy odczuwa tak, jak ja. Nie każdy cieszyłby się będąc na moim miejscu, a niektórzy być może byliby jeszcze szczęśliwsi.

Nie każdemu chce się wstać wcześnie rano i pojechać na zakupy wtedy, kiedy jeszcze nie ma ludzi. A wcześniej zrobić listę i kupić wszystko, czego potrzeba i nic więcej.

Nie każdy znajduje przyjemność w kupowaniu prezentów i nie każdy organizuje to tak, że wychodzi miło i sympatycznie, a nie w tłumie i w nerwach.

W końcu, nie każdy ma cierpliwość, żeby znieść te parę niedogodności po to, żeby te Święta były przyjemniejsze.

Dobrze czy źle? Nic mnie do tego.

Czasem mam tylko wrażenie, że każdy potrafi narzekać.

Na korki.

Na tłumy.

Na obżarstwo i opilstwo.

Na rodzinę.

Na znajomych.

Na markety.

Na komercjalizację.

Na pogodę.

Na wrzask i pośpiech.

Na nerwy.

Na gotowanie.

Na sprzątanie.

I na inne.

Ja się tym nie przejmuję.

Święta są w nas.

pikfe

Wiejscy mieszkańcy.

Grudzień 17, 2010

Dzień dobry.

Dziś masa zdjęć, bo naprawdę nie wiem, na jakie się zdecydować.

Otóż przedwczoraj, kiedy leżałam w łóżku (niestety, teraz zdarza mi się to co drugi dzień. Po takim leżącym dniu jest lepiej i wstaję, ale po chodzącym jest gorzej i znów muszę leżeć), Big B przyszedł do mojego smętnego pokoiku, zamkniętego w dodatku przed kotami, wyjrzał przez okno i kazał szybko wstawać.

Oto, co zobaczyliśmy – tuż przy mojej rabacie, jakieś pięćdziesiąt metrów od Domku.

Big B pognał po aparat, przyniósł mi statyw i pół popołudnia mogłam obserwować lisa.

Nie jest świetny?

Jak już kiedyś pisałam a propos kozic, obserwacje zwierząt są dla mnie zajęciem fascynującym, choć część z Was uzna je pewnie za tak ciekawe, jak łowienie ryb. Zwierzęta mają w zasadzie dość wąski repertuar zachować (zwłaszcza dla laika) – lis przez jakieś pół godziny próbował się wygodnie ułożyć oraz namiętnie się drapał. I poza tym nic.

Ale był piękny, dziki, zimowy.

Lis na wsi to raczej nic nowego. W tym roku, w trakcie kwitnienia (pod koniec) widzieliśmy w sadzie liska – szczeniaka, wyglądał przepięknie.

I ja nie miałabym nic przeciwko odpoczynkowi w słońcu, na śniegu, gdyby nie to, co zobaczyłam później.

I chwilę przed wejściem do nory:

Nie mam nic przeciwko lisom, nie boję się ich (wychodząc z założenia, że jednak one bardziej boją się mnie), ale to jest parka… Przeczytałam w Internecie, że one teraz dobierają się w pary, w marcu rodzą się młode, które w maju zaczynają funkcjonować coraz bardziej samodzielnie.

Po pierwsze, mamy koty i psy. Oczywiście, są szczepione przeciwko wściekliźnie, ale walka z lisem jakoś mi się nie widzi za wesoło. Nie wypuszczę teraz psów na noc, boję się. Siódmy też ma przymusowy areszt domowy. Lisy nie wyglądają na wściekłe, ale przecież ja nie jestem weterynarzem, mam tylko gugla.

Po drugie, w maju te liski zaczną tu harcować, a jak damy radę, w tym samym miesiącu wrócę tu z krasnalem. Mieszkamy na wsi, Domek nie jest ogrodzony od lisów. Bałabym się zostawić dzieciaka nawet na chwilę.

I co mam zrobić? W takich chwilach bardzo brakuje mi mojego dziadka leśnika, który na pewno by mi doradził, co zrobić.

Musimy je chyba przegonić, ale podobno w przypadku lisów to nie jest wcale takie łatwe. NA PEWNO ich nie otruję, co niektórzy sugerowali – wydaje mi się to tak cholernie bestialskie, że nie biorę takiego rozwiązania pod uwagę.

Można zastosować kopciucha, ale też inną, alternatywną metodę… czytałam kiedyś świetną książkę, Nie taki straszny wilk Farley’a Mowata. Gość zamieszkał na pustkowiu nieopodal wilczej rodziny. Opisuje swoje perypetie w zabawny sposób, a książka – jeśli ktoś lubi literaturę faktu o zwierzętach – godna polecenia.

Mowat stanął przed dylematem zaznaczenia swojego terytorium, co – jak wiadomo – wilki robią za pomocą moczu. Nie było to ponoć łatwe (faceci chyba nie mają umiejętności podsikiwania), ale dał radę i zadziałało świetnie. Wilk podchodził do obsikanego przez Mowata kamienia, wąchał i odchodził na swoje terytorium. Może namówię Big B i on też spróbuje? 🙂 W końcu jest samcem, tak?

Ostatecznie można je też odstrzelić (co wydaje mi się najbardziej humanitarne z rozwiązań ostatecznych), a znajomych myśliwych akurat nie brak. Wolałabym jednak je wypłoszyć. Niech zmienią norkę. Ostatecznie to dzikie zwierzęta, tak blisko ludzkich siedzib nie powinny przebywać.

Wiadomo, najlepiej byłoby złapać je w pułapkę i wywieźć, ale ja się na tym kompletnie nie znam. Może powinnam zadzwonić do jakiegoś leśnika?

Chyba właśnie tak zrobię, może on mi coś rozsądnego doradzi. Okropne są takie dylematy.

Po południu, kiedy lisy miały porę sjesty, wyjrzałam znów i zobaczyłam inne zwierzę, mające akurat ucztę.

Wydaje mi się, że to pustułka, ale poprawcie mnie jeśli się mylę.

Szczątki tego czegoś, co jeszcze niedawno było (prawdopodobnie, bo są najpospolitsze) wróbelkiem, widać dość dokładnie.

Wiecie, że lubię życie na wsi, a już obserwacje zwierząt to coś, co cenię bardzo wysoko. Nie ma może u nas jakiś tabunów dzikich zwierząt (a szkoda), ale i tak jestem zachwycona. Szkoda tylko, że musimy te liski przegonić.

pikfe