Archive for the ‘Tatry’ category

Jak pięknie.

Luty 17, 2016

Dzień dobry.

chocholow

Zdjęcie pochodzi stąd: http://kamery.topr.pl/kamery.html#Morskie_Oko_kamera_2

pikfe

Czekam.

Listopad 26, 2014

Dzień dobry.

Czekam.

Na śnieg.

mo

mo1

mo2

mo8

pikfe

Ratownikiem być.

Październik 14, 2010

Dzień dobry.

Cieszę się – i pewnie nie jestem w tym osamotniona – że udało się wydostać na powierzchnię chilijskich górników ( choć podobno niektórzy z piekła pod ziemią trafiali wprost do piekła na ziemi: oczekujących żon i oczekujących kochanek). Wysiłek, jaki włożono w to, żeby wyciągnąć ludzi z wnętrza Ziemi i pomóc im przetrwać, jest naprawdę imponujący i świetnie, że wszystko dobrze się skończyło.

Rozmawiałyśmy o tym wczoraj z Olinusem Prime i zeszło nam na ratowników: że ten, który zjeżdża na dół, nie ma za fajnie, że jednak strach, że nie ma pewności, że się uda, a chłop ryzykuje życie, żeby innym pomóc wpakować się do kapsuły.

Z drugiej strony – to jego zawód, taką drogę wybrał.

I przypomniał mi się wówczas trzydziesty numer kwartalnika Tatry.

Doszłam do wniosku, że w sumie ten chilijski ratownik miał super: ryzykował swoje życie, ale nie dla ludzi, którzy sami zawinili i którzy potrzebowali pomocy z powodu swojej porażającej głupoty. Katastrofa była niezależna od nich; wykazali wielką siłę ducha siedząc pod ziemią przez te pierwsze dni. Być może, jak mówią, nie są bohaterami, ale – co może strasznie brzmi – zasłużyli na ratunek.

Bo niby każdy zasługuje, tak? Ale za coś się te Nagrody Darwina przyznaje.

I wracając do Tatr – zamieszczana jest tam zawsze kronika wypadków TOPR i HZS (słowacki odpowiednik )i w numerze, który przeglądałam, opisane wypadki były naprawdę kuriozalne.

Wpół do dziesiątej, w drugiej połowie sierpnia, do ratowników dzwonią turyści, mówiąc, że utknęli gdzieś pod Rysami i potrzebują pomocy. Zostają uratowani. Okazuje się, że wyszli znad Czarnego Stawu około szóstej po południu, nie znali terenu i nie mieli ze sobą latarek.

TOPR zostaje poinformowany, że pod wierzchołkiem Kościelca siedzi osłabiony turysta, który wymaga pomocy. Pomoc zostaje mu udzielona. Okazuje się, że pomysłowy warszawiak zaraz po przyjeździe w Tatry, udał się na Kościelec, nie wziąwszy ze sobą nawet jedzenia.

W pierwszej połowie września w kopule szczytowej Giewontu ginie mężczyzna porażony przez piorun. Okazuje się, że wychodził na Giewont podczas burzy (z piorunami).

Ale tym razem Nagroda Darwina wędruje do pewnego Słowaka, który na szczycie Czerwonej Turnii (wiecie, nie wygląda jak byle pagórek) zapragnął zrobić zdjęcie grupie, z którą wchodził, chciał biedaczysko wszystkich zmieścić w kadrze, cofał się i cofał, ale do tyłu nie spojrzał, wrzasnął, spadł i się zabił.

Podziwiam ratowników. Naprawdę. Podziwiam ich siłę, odwagę, umiejętność pracy w zespole, zdolności etc. Ale przede wszystkim: ich cierpliwość.

Wiecie, ja rozumiem – nagle przychodzi burza (choć z Big B nie raz widzieliśmy turystów prących na szczyt mimo okolicznego walenia piorunów – niektórzy to nawet z dzieciakiem szli); ktoś się poślizgnie i złamie nogę (i nie ma na nogach japonek); ktoś doznaje nagłego ataku paniki (choć chodził po górach wcześniej i myśli, że jest przygotowany na dużą ekspozycję); ktoś inny dostaje udaru; ktoś nieuważnie postawi stopę i spadnie. Tak, wypadki w górach się zdarzają i to jest nieuniknione, ale jak ktoś włazi na Giewont z czasie burzy, to ja się pytam: czego on oczekuje?!

Ale ratownik przysięgał i nie dość, że musi lecieć i ryzykować życiem, to jeszcze potem nie może takiemu (zakładam, że uratowanemu) strzelić w gębę za głupotę.

Również z tego powodu (i wielu, wielu innych) nie mogłabym zostać ratownikiem, bo ja niejedną mordę bym obiła, tak, żeby się gór odechciało.

pikfe

Zdziwienie.

Lipiec 3, 2010

Dzień dobry.

Tak sobie przeglądałam demotywatory…

Źródło: http://demotywatory.pl/1825144/Japonki-9.99-dzinsy-99.90

Ona NAPRAWDĘ ma japonki!

Nie to, żebym nie wiedziała; kiedyś chyba nawet widziałam hard-core’a tego typu, ale wymazałam to ze swojej pamięci.

Jednak widać jak na dłoni, że głupota ludzka nie zna granic. Pozostaje tylko wierzyć, że się wycofała, ale:

a) i tak za daleko zaszła;

b) nie wygląda na taką, co by się do odwrotu szykowała.

Kiedyś wybuchła dyskusja o tym, czy akcje ratowników GOPR powinny być płatne. Ludzie dostali szału na samą wzmiankę o tym, a jeszcze bardziej rozwścieczyło ich, że w nowych prawach turysta będzie zobowiązany do posiadania odpowiedniego sprzętu oraz umiejętności. Czyli – idziesz zimą w góry, masz raki, a nie deskę nabijaną gwoździami; idziesz latem – buty za kostkę. Ja przynajmniej tak to rozumiem. No dobrze, chociaż adidasy.

Ludzie, którzy wybiorą się w góry, a nie zadbają o to minimum, będą płacić za akcje ratunkowe.

Nie, nigdy w życiu takich przepisów! Bo ratownicy GOPR będą ścigać za brak kurtki z Gore-Texu albo butów na podeszwie Vibram. I ucierpią na tym dzieci z biednych rodzin (lepiej, żeby zabiły się w japonkach) oraz ludzie będą trzęśli tyłkiem, że może im się wypadek przytrafić i do końca życia się nie wypłacą – więc w góry nie pójdą (hm… to nawet lepiej 😉 )

Niezdrowe emocje wzbudził zapis, że  sport i turystykę w górach uprawia się „na własną odpowiedzialność”.

I ja tu swoje trzy grosze: ja chodzę w góry na własną odpowiedzialność i zawsze robię wszystko, żeby ratownicy nie musieli ryzykować dla mnie zdrowia i życia. Mam wygodne buty i ciepłe rzeczy w plecaku. Zawsze, nawet w upały niosę czapkę, rękawiczki, szalik, sweter, długie spodnie i kurtkę. Mam koc izolacyjny, podstawowe leki, sporo jedzenia i naładowany telefon. Nie wybieramy się na kilkunastogodzinne wycieczki dzień po przyjeździe, dajemy naszym organizmom szanse, żeby sobie przypomniały góry. Jeżeli nie czuję się pewnie na łańcuchach, nie planujemy takich wycieczek (z tego powodu, jak do tej pory, omijaliśmy Tatry Wysokie). Wychodzimy wcześnie rano i nie wracamy po zmroku. Zawsze mamy mapę i przestudiowany wcześniej szlak. Zimą nigdy nie chodzimy w wyższe partie gór, ponieważ nie jesteśmy na to przygotowani, a latem bierzemy pod uwagę warunki atmosferyczne i kiedy zbliża się burza, schodzimy na dół (niestety nie jest to reguła; byliśmy świadkami, jak w czasie burzy ludzie podchodzili pod szczyt).

To wszystko nie wynika z tchórzostwa, tylko z szacunku – do ratowników, do gór, do siebie. Bo uważam nas za dorosłych ludzi, którzy potrafią zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby spędzić wakacje bezpiecznie. I nie boją się brać za to odpowiedzialności. Skoro zakładam, że ratownik zrobiłby wszystko, żeby mnie uratować, ja mogę zrobić wszystko, żeby on miał spokojny dyżur. Zdaję sobie sprawę, że mimo wszystko coś może się nam w górach przydarzyć – takie są góry – i zakładam, że ktoś mnie wtedy uratuje.

W mojej opinii taka pańcia, jak ta ze zdjęcia, dla własnego dobra powinna za lot śmigłowcem zapłacić. Bo głupota boli. I powinna boleć, żeby potem idioci i idiotki nie rozpowiadali o swoich idiotycznych wyczynach.

Tyle, że… skoro jest tak głupia, że w takim stroju wybiera się w Tatry Wysokie, to trzeba założyć, że jest również tak głupia, że wiedząc, że GOPR wystawi jej rachunek (mózgi pewnych ludzi dopiero w ekstremalnych sytuacjach kojarzą pewne fakty), ze strachu/ oszczędności/ wstydu po ten śmigłowiec nie zadzwoni i na własną rękę (nogę) będzie jednak próbowała sama. I co wtedy?

Czy jednak bezpłatnie ją zabrać na dół czy nominować potem do Nagrody Darwina?

pikfe

Zakopane w lutym. Część druga i ostatnia.

Grudzień 5, 2009

Dzień dobry.

I znów parę rzeczy dodanych.

Tęsknota za górami nie maleje.

25 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część druga i ostatnia.

zień dobry.
Zgodnie z zapowiedzią – Zakopanego ciąg dalszy.

W ten zimowy czas, dziewiątego lutego, postanowiliśmy wybrać się – także znaną już trasą – do Murowańca z Kuźnic przez Skupniów Upłaz. Wywiązała się ciekawa dyskusja na temat naszego górskiego wyglądu – Big B uznał, że musimy odświeżyć nasze górskie szafy po tym, jak założyłam moją śliczną pelerynę – reklamówkę banku 😉

Ech, ja lubię moje mało nowoczesne i może trochę obciachowe górskie ciuchy. Granatową puchową kurtkę, która przemaka (stąd peleryna), ale jest bardzo ciepła i lekka (podobno wyglądam w niej jak bomba); dwa swetry noszone do kompletu, jeden ciepły, a drugi nieprzewiewny; kilkunastoletnie buty, które przeciekają jak sandały, ale upieram się przy nich, bo są bardzo, bardzo wygodne; coś, co jest czapką, ale można to nazwać czaposkarpetą; czerwone spodnie już wyrzuciłam! Big B miał za to starą kurtkę narciarską, poprzecieraną na rękawach i wiekowy plecaczek, który się rozsypuje.
Ludzie – w pięknych zimowych spodniach, z eleganckimi plecakami, w twarzowych czapkach, wszystko dobrane pod kolor – przyglądali się nam badawczo, a może nawet z rozbawieniem i w końcu się złamaliśmy, a raczej złamał mnie Big B oraz peleryna, która rozdarła się na pół, kiedy próbowałam zdjąć ją przed schroniskiem. Od czasu do czasu kupimy jakąś rzecz w góry. Buty dla mnie, kurtkę dla Big B, plecak – to na początek.

Szliśmy sobie z Kuźnic powoli, nie śpiesząc się nigdzie. Bo i po co? Nie zawsze można takie widoki podziwiać.

I tak sobie szliśmy w śniegu rozważając co bardziej oldskulowe elementy naszych strojów, aż na Upłazie weszliśmy w chmurę.

Spodziewaliśmy się oczywiście śniegu, a nawet mnóstwa śniegu, ale to, co spotkaliśmy na drodze przeszło nasze oczekiwania. Zrobiło się jak na pustyni, poczuliśmy się jak na planecie Hoth. Normalnie Luke i Han 😉

Mniej więcej w centrum widać cień kijaszka znaczącego szlak.

W głębi prawdopodobnie Kopieniec.

Big B na planecie Hoth.

W głębi prawdopodobnie Giewont.

Malownicza kosówka.

Trawki na Przełęczy między Kopami.

Szło się cudownie, choć mnie męczyły się oczy od nadmiaru świeżego śniegu, który razie światłem odbitym od słońca, które ukryte było za grubą warstwą chmur na górze i trochę cieńszą na dole, tuż koło nas. Kiedy dochodziliśmy do schroniska, zaczęło się trochę przejaśniać.

Przejaśniło się całkiem bez sensu, ale przynajmniej mieliśmy możliwość obejrzenia drogi w chmurze i drogi bez chmury. Każda ma swoje zalety.

Wracaliśmy spokojnie i całkiem samotnie Doliną Jaworzynki, gdzie znów toczyliśmy dyskusje mądrzejsze oraz dyskusje głupsze. Takie rozmowy pokazują mi zawsze jedno – jak bardzo, mimo wszystko, mimo całej miłości, prób wzajemnego zrozumienia, gotowości na kompromisy, chęci współpracy – jesteśmy zapatrzeni w siebie, w swój własny punkcik na horyzoncie, zanurzeni w wychowaniu, kompleksach, narzuconych doświadczeniach, własnych przemyśleniach, wizji świata i światopoglądzie i jak to  wszystko jest czasem dla drugiej osoby kompletnie niezrozumiałe i jak bardzo trzeba się starać, żeby zrozumieć, że coś jest niezrozumiałe. Czasem jednak pojawia się światełko nadziei. Nam pojawiło się w Dolinie Jaworzynki.

Ogólnie było pięknie.

Ostatniego dnia spełniło się moje małe górskie marzenie – wreszcie poszliśmy do Morskiego Oka. Byłam tam oczywiście w dzieciństwie, ale jeszcze nie złożyło się,żebyśmy poszli tam razem z Big B, a ja bardzo, bardzo chciałam.
Spakowani wieczorem rano zaliczyliśmy małe opóźnienie, kiedy okazało się, że zamarzła klapa od bagażnika i część rzeczy musimy pakować z kabiny…
Udało nam się jednak dotrzeć do Palenicy koło wpół do dziewiątej, kiedy jeszcze praktycznie nikogo tam nie było. Pogoda była piękna, a wkrótce takie widoki zachęciły nas jeszcze bardziej do spaceru.

Świeciło słońce, było ciepło i pięknie, aż nagle powiał wiatr i przyszła zawierucha z drzew – coś strasznego! Śnieg wciska się wszędzie – za kołnierz, do kieszeni, nie wspominając już o tym, co działo się z moimi okularami. Było bardzo śmiesznie.

Zawierucha wyłania się podstępnie z za zakrętu.

Big B i pikfe polecają drogę nad Morskie Oko zimą – nie ma zbyt wielu ludzi (pod warunkiem, że przyjedzie się wcześnie; kiedy wracaliśmy, tak mniej więcej około południa – dzikie tłumy szły i dzikie tłumy wjeżdżały saniami), wstrętna asfaltowa droga ukryta jest pod śniegiem, więc w dużo mniejszym stopniu odczuwa się to, że nie jest się na prawdziwym spacerze w górach.
Zdarzyło się nam – dzięki Zawieruchom oczywiście – zobaczyć Elfi Las.

Dość szybko doszliśmy do Wodogrzmotów, które nigdy nie wzbudzały we mnie nadmiernie pozytywnych uczuć, pewnie z powodu asfaltu i przerdzewiałych metalowych barierek, ale akurat tamtego dnia wyglądały naprawdę ładnie.

Szło się bardzo dobrze, ale na popasie okazało się, że Big B zapomniał posłodzić herbaty. Teoretycznie to zdrowo, ale w praktyce – masakra! On oczywiście palił, ja rzuciłam jakiś miesiąc temu (o czym tu nie pisałam, ale napiszę) i trochę mnie denerwowało, że on pali – bo pali; bo śmierdzi; bo czekam, aż wypali. I jeszcze ta gorzka herbata! Ale drogę mieliśmy piękną.

Trudno to co prawda nazwać chodzeniem po górach – kontakt z dziką przyrodą z za barierek, starannie ustawionych i wyślizganych przez setki tysięcy rąk. Szczerze? Nie wyobrażam sobie tej drogi latem, tak koło południa, i nawet nie chcę sobie wyobrażać. I tak dobrze, że nie ma schodów ruchomych.

Idąc tak Żlebem Żandarmerii rozmyślaliśmy o stokach Opalonego, z których schodzą ogromne lawiny: „jest to (…) największe lawinisko polskiej części Tatr, a las zastępuje tu kosodrzewina. Również i w dalszej części doliny płaszcz leśny podarty jest przez lawiny na pasy i strzępy.” (Józef Nyka, „Tatry Polskie”, 1992, wyd. VII). Na szczęście był drugi stopień zagrożenia lawinowego, więc spokojnie przeszliśmy.
Zachwyceni widokami doszliśmy w końcu do prawie pustego schroniska.

Okazało się, że nad Morskim Okiem wieje STRASZNIE! Trudno było ustać – trzeba było myśleć o tym, że chce się stać, a nie zostać przewróconym przez wiatr, jeśli wiecie, o co mi chodzi. A wyjść na zewnątrz musieliśmy – dla widoków.

I dla filmiku – słychać, że wiało strasznie. Filmik jest nudny, w dodatku z dziwaczną pointą…

Momentami, kiedy na górze musiało wiać bardzo mocno, tumany zwiewanego na dół śniegu wyglądały jak ogromne lawiny, spadające na sam dół, do zmarzniętego Morskiego Oka, gdzie znów wiatr poganiał śniegowe dymki po płaskiej powierzchni zamarzniętego jeziora. Można było stać (i trzeba się było na ustaniu skoncentrować) i patrzeć. Stać i patrzeć. I nic poza tym, a i tak nie można się było napatrzeć.

Mnich.

Kiedy tłum przed i w schronisku zaczął niebezpiecznie gęstnieć, stwierdziliśmy, że najwyższy czas wracać, choć powrót był to ze wszech miar smutny – do samochodu i z samochodu już nie na kwatery, ale do domu.
Kiedy człowiek jest dzieckiem, to każą mu wyjeżdżać, co jest smutne, ale do zniesienia. Jak już jest dorosłym, to sam musi sobie kazać, co jest i smutne i bardzo trudne do zniesienia. Ostatnie spojrzenie za siebie i pa.


Aż mi się przykro zrobiło, że mnie tam nie ma.

pikfe

Zakopane w lutym. Część pierwsza.

Grudzień 4, 2009

Dzień dobry.

Tęskno mi już za górami. W ogóle zaczynam sądzić, że Tatry są jakimś przekleństwem i uzależnieniem. W końcu wychodziłam się latem tak, że myślałam o urlopie na Malediwach lub Seszelach, ale już czuję zew gór i już chętnie bym tam wróciła. Stąd powrót chociaż wirtualny. Dodałam parę zdjęć i opisów, są zaznaczone kursywą. I filmik też jest. Nudy okropne 😉

24 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część pierwsza.
Dzień dobry.

Ze Wsi wyjechaliśmy późno, bo dopiero po dwunastej – a to zakupy, a to coś do załatwienia, a to czegoś się zapomniało i tak nam zeszło przedpołudnie. Pogoda była okropna, padał śnieg z deszczem i dlatego Big B zdecydował, że pojedziemy autostradą A4 i dalej Zakopianką. Autostrada oczywiście była remontowana, jak zawsze, ale naturalnie zapłaciliśmy pełną kwotę, jak zawsze. Na Zakopiance robią Cuda, budują Mega Drogę w Tatry, co nas osobiście bardzo zmartwiło – mieliśmy okazję popatrzeć, bo środy wieczór staliśmy w korkach. Dla miejscowych to musi być jakiś koszmar.

Pierwsze zdjęcie, jak zwykle – Mała Łąka.

Pierwszy dzień był leniwy. Na ten wyjazd kupiliśmy sobie termos i mieliśmy radochę przez cały wyjazd, a pierwszego dnia w szczególności. Zasiedliśmy na ławeczce w Małej Łące, przy strumyku i piliśmy herbatę prowadząc mniej i bardziej wesołe dyskusje o naszej przyszłości, a ponieważ rozmowa była sensowna i do rzeczy nie mieliśmy poczucia zmarnowanego dnia.

Szósty luty był już bardziej aktywny, choć prowadzone rozmowy i dyskusje dużo mniej sensowne i całkiem od rzeczy. Rano pogoda była piękna, herbata w termosie ciepła, ludzi – jak zwykle zimą – mało. Poszliśmy Małą Łąką na Przysłop, gdzie długo popasaliśmy przy herbacie i w ciepłym, zimowym słońcu podziwialiśmy widoki.

Stamtąd udaliśmy się naszą ulubioną stałą trasą na Wielką Polanę Małołącką – nie wiem czemu, ale uwielbiam to miejsce.

Posiedzieliśmy tam chwilę, ale przyszło dużo ludzi, więc zwinęliśmy się na Przełęcz Grzybowiec, gdzie nasze dyskusje stały się całkowicie pozbawione sensu,a my popsuliśmy sobie humory i tym samym spacer. Zeszliśmy tłumną Doliną Strążyską i markotni wróciliśmy do domu Ścieżką pod Reglami.

Kolejny dzień zaczął się pięknie – od wizyty na Olczańskim Wierchu, skąd jest przepiękny widok na całe Tatry. Mieliśmy w planach wstać na wschód słońca jak AardvarK w listopadzie, ale rozeszło się po kościach i nie wstaliśmy.

Kto oglądał galerię AardvarKa, ten dostrzeże upływ czasu.

Z Olczańskiego pojechaliśmy na Cyrhlę, ale nie było miejsca do zaparkowania, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy nad Morskie Oko, ale stwierdzilismy, że jest za późno, więc wybraliśmy Chochołowską, ale Big B stwierdził, ze musi najpierw jechać do McD!!! Taki kawał drogi! Oczywiście – była sobota, tłumy jechały Zakopianką, więc staliśmy w korku, a ja myślałam, że eksploduję ze złości i ciągle się awanturowałam (chociaż starałam się nie). Powrzaskiwałam, że:
a) zaszło słońce i już nie będzie świecić (a my w aucie pod McD!);
b) marnujemy piekny dzień (w aucie pod McD; w aucie w korkach przez McD);
c) nie mogłeś zjeść w domu?! (ja zjadłam);
d) czemu tam nie skręciliśmy?!
e) w Chochołowskiej będą tłumy ludzi, a ja nie cierpię chodzić w tłumie!

(chwila ciszy; Big B uśmiecha się mniej lub bardziej otwarcie)

a, b, c, d, e – od początku, Big B sugeruje, że złość wzmagała się z każdą chwilą.

Dotarliśmy w końcu do Doliny Chochołowskiej, gdzie… prawie nie było ludzi. Big B żartował sobie z dzikich tłumów aż do samego schroniska: „Kochanie, przesuń się, wpadasz na ludzi.”, „Kotek, ale tłumy, wracamy do domu!”, „Czy widzisz tych wszystkich ludzi?!”. Oczywiście miałam ochotę go zabić, ale należało mi się, więc trochę się nawet śmiałam – sama z siebie.
My jednak wiemy, czemu tych ludzi tam nie było. Otóż w Dolinie jeżdżą sanie. Sanie są ciągnięte przez konie. Konie robią kupę. Kupa nie jest sprzątana. Niesprzątana kupa płynie oraz sunie całą długością Doliny, rozdeptywana i rozjeżdżana.

Big B i pikfe nie polecają spaceru w Chochołowskiej zimą, dlatego też innych zdjęć z Doliny nie będzie.

Ósmy luty był rajski – AardvarK wymyślił nam Dolinę Lejową i to był bardzo dobry pomysł. Tam jest naprawdę pięknie. I głucho, przynajmniej o tej porze roku.

Nie spotkaliśmy nikogo po drodze, siadaliśmy na ławkach, żeby napić się herbaty, zjeść czekoladę, pogadać albo posiedzieć chwilę (ale naprawdę tylko chwilę, bo jestem gadułą) w ciszy. W czasie drogi snułam piękną i romantyczną wizję naszego żywota. Otoczenie sprzyjało.

I strumyk płynął.


Najdłużej siedzieliśmy przy kulturowych wypasach (owiec) na Przysłopie Kominiarskim, gdzie było naprawdę cicho i momentami dość wiosennie.

Oglądaliśmy strumyki i widoki.  Fotografowaliśmy strumyki, fotografowaliśmy widoki, a nawet nakręciliśmy nudny filmik. W roli głównej Lejowy Potok.


Śniegu prawie nie było… a przynajmniej były takie miejsca, już bardzo, bardzo wiosną pachniało.

W końcu doszliśmy do znacznie bardziej ludnej Kościeliskiej – ale to i tak pestka w porównaniu z latem.

Pierwsze dni mieliśmy prawie wiosenne, lecz pogoda w górach ma to do siebie, że szybko się zmienia i zima wróciła z dnia na dzień, całkiem niespodziewanie, bo głównie w nocy.

W drodze do Murowańca dnia następnego, już zimowego.

cdn nastąpi jutro 🙂

pikfe

Tatry zeszłego roku w listopadzie.

Listopad 11, 2009

Dzień dobry.

Dzień podły, więc dziś – zgodnie z zapowiedzią – wspomnienia z Zakopanego, z pięknego listopada 2008.

Więcej bardzo fajnych zdjęć z tego wyjazdu znajdziecie u AardvarKa.

13 listopada 2008

Zakopane.

Dziś nieodległe jeszcze wspomnienia z Zakopanego, gdzie – wbrew zapowiedziom – dopisała nam fantastyczna pogoda i skąd grzechem było wracać do Łodzi, gdzie najtrudniejszy szlak prowadzi z domu do pracy.
W piątek dojechaliśmy bardzo późno w nocy, za Oświęcimiem (nie jeździmy pełnopłatną, choć wiecznie remontowaną autostradą i zakorkowaną Zakopianką) spotkały nas niespodzianki w postaci remontu nawierzchni i ruchu wahadłowego. Bajecznie, ale i tak byłam bardziej wyluzowana niż Big B. AardvarK też specjalnie się nie skarżył, choć wiadomo było, że każde z nas wolałoby już być na miejscu. Plus taki, że stojąc w korku dobrze się pali. My znowu próbujemy rzucić, AardvarK nie pali 😉

Sobota była w zasadzie leniwa – wstaliśmy późno, odsypiając tydzień, choć tylko Big B i ja, AardvarK dzwonił już o ósmej, pytając się, czy gdzieś się wybieramy, ale słabo pamiętam ten telefon. On był już na spacerze. Szacun 🙂
Do wylotu Małej Łąki dowlekliśmy się dopiero około 13, ale ku naszemu miłemu zaskoczeniu prawie wcale nie było tam ludzi, choć aura jak na zdjęciu 🙂

mala_laka

O dziwo doszliśmy do Wielkiej Polany nie wypruwając sobie flaków, co zwykle następuje pierwszego dnia – mnie chyba tak cudownie nastroiła pogoda. Z AardvarKiem spotkaliśmy się już po zejściu z Grzybowca (odnowili kawałkami szlak!), narodziły się wspaniałe plany wejścia na Sarnią Skałkę, może nawet dojścia do Kalatówek, ale szybko i bezwzględnie zostały uśmiercone przez grzane wino w herbaciarni w Dolinie Strążyskiej 🙂 I tak jeszcze przed zmrokiem zdążyliśmy zejść z gór w bardzo dobrych humorach i ze wspaniałymi planami na kolejny dzień.
W Zakopanem okazało się, że w kinie Giewont grają już Quantum of Solace, ale zaprotestowałam, chociaż Big B i AardvarK wyrazili ochotę. Umówiliśmy się, że pójdziemy, ale może następnego dnia.

W niedzielę nie mieliśmy już siły, żeby znów nie iść w góry – o 6.20 pojechaliśmy po AardvarKa i przed siódmą czekaliśmy już w Kuźnicach na kolejkę na Kasprowy. Ludzi bardzo mało w porównaniu z sezonem, ledwo kilkanaście osób, które jednak zostały po jakimś czasie ukarane za zbyt wczesne wstawanie. Lodowaty głos z megafonu ogłosił, że kolejka nie będzie kursować z powodu zbyt silnego wiatru i następny komunikat zostanie przekazany dopiero koło godziny dziewiątej. Nie zastanawiając się zbyt długo, aczkolwiek lekko zawiedzeni, ruszyliśmy przez Boczań i Skupniów Upłaz do Murowańca. Wlekąc się z lekka i zachwycając pogodą dotarliśmy tam koło dziesiątej. Zdjęcie prawie tuż sprzed schroniska.

murowaniec

W Murowańcu zasiedzieliśmy się trochę jedząc bardzo wczesny obiad i spotykając kolegę Maćka z Łodzi, zawiedzionego pogodą – liczył, że użyje raków i czekana. Ja cieszyłam się, że nie ma takiej możliwości 🙂 Plan dalszej wycieczki skrystalizował się przy obiedzie – pogoda trochę się popsuła, wysokie Tatry zaszły chmurami i zaczęło wiać dość lodowato i nieprzyjemnie, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby wracać. Ruszyliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy.
Tu AardvarK nad Stawem, w chmurach Kościelec.

aardvark

Stamtąd podeszliśmy na przełęcz Karb (dla mnie Krab) – bałam się trochę stromizn, bo nigdy wcześniej tam nie byłam, a Kościelec kojarzy mi się wyjątkowo morderczo, ale okazało się, że kompletnie nie było czego się bać, a widok z góry na Czarny Staw jest przepiękny. Tymczasem niepogoda nie dawała za wygraną, chmury były coraz niżej i coraz bardziej wiało, ale my nadal tak bardzo cieszyliśmy się z wycieczki, że nie sprawiało nam to specjalnej przykrości. To prawda, że widoki w Tatrach są piękne, ale muszę przyznać, że jeżdżę tam głównie po to, żeby chodzić, a widoki są miłym dodatkiem. Mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć „pojezierze gąsienicowe” – jako dziecko widziałam, ale zupełnie zapomniałam jak tam jest pięknie, nawet, kiedy szczyty skrywają się w chmurach.

pojezierze

Zeszliśmy z Przełęczy, mocno już wiało lodowatym wichrem i chmury nadal schodziły coraz niżej, ale my nadal mieliśmy ochotę chodzić, a mgła nie przedstawiała się przerażająco – widoczność nie była oczywiście taka, jak w piękny, słoneczny dzień, ale z Big B postanowiliśmy, że pójdziemy przez Świnicką Przełęcz, a AardvarK zdecydował się wejść na Kasprowy zielonym szklakiem, chociaż ostrzegaliśmy go, że jest długi, mozolny i do wchodzenia go nie polecamy. Umówiliśmy się, że spotkamy się na Kasprowym i zjedziemy na dół kolejką. Po wypaleniu rozchodniaka jak zawsze zaczęliśmy gnać w górę jak psychopaci, co natychmiast poskutkowało przestojami na złapanie oddechu. AardvarK chodzi wolniej, ale równym tempem i idąc z nim nie męczyliśmy się jak nienormalni 😉 Stwierdziliśmy, że czasu mamy dużo – zanim on się tam wdrapie, ho, ho, jeszcze będziemy na Kasprowym czekać.
Droga na Przełęcz cudowna – nie wiało, było cichutko, wszystko utopione w białej mgle – czułam się jak w dekoracjach do „Władcy Pierścieni”. Praktycznie nie było ludzi, co zawsze jest miłe i zawsze-zawsze zaskakujące w polskich Tatrach. Szło się nam bardzo dobrze (dysząc i sapiąc, a jakże!) aż do momentu wyjścia na samą Przełęcz, gdzie lodowaty wiatr wiał okrutnie. Ukryci za głazem zapaliliśmy papierosa i spokojnie poszliśmy w stronę Kasprowego. Cóż się okazało? AardvarK – choć twierdzi, że prawie tego nie przeżył i że następnym razem zabiera zestaw reanimacyjny – już szedł w stronę Liliowych, bo nie chciało mu się na nas czekać! Hm… Stalker stwierdził, że AardvarK wygląda (na zdjęciach) jak „zgrzybiały mistrz kung-fu”, ale chyba nie jest jeszcze taki zgrzybiały. Albo my jesteśmy.
Na Kasprowym pięć metrów śniegu – jak zauważył AardvarK – sześciennych 🙂
Udało nam się zjechać kolejką, a o 19 poszliśmy na nowego Bonda, ale o tym kiedy indziej. Po filmie zawieźliśmy AardvarKa do jego kwatery, wróciliśmy do siebie i padliśmy. Na kolacji byliśmy w mojej ulubionej zakopiańskiej restauracji Sopa, gdzie jak zawsze zjadłam przepyszne polędwiczki z bundzem w sosie pomidorowym (34 zł) i dwa naleśniki z serem i rumem (12 zł). Naprawdę polecamy wszystkim. Warto.

Następnego dnia pobudka znów o jakiejś strasznej godzinie – o 6.40 byliśmy po AardvarKa, żeby podjąć kolejną – tym razem udaną – próbę dostania się na Kasprowy kolejką. Mieliśmy szczęście, że wczoraj nie jeździła, ponieważ ze szczytu mogliśmy podziwiać takie widoki.

kasprowy_szczyt

Postanowiliśmy przejść wszystkie Czerwone Wierchy, co może nie jest szczególnym wyczynem, jeśli wjeżdża się kolejką, ale jest niezłym pomysłem w piękny listopadowy dzień, kiedy wiadomo, że nie będzie chodzić się w kolejce.
Dzięki pięknej pogodzie i chmurom widocznym na zdjęciu spełniło się moje górskie marzenie – widziałam widmo Brockenu.

widmo

Gdyby ktoś był bardziej zainteresowany odsyłam do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Widmo_Brockenu
Wycieczka fantastyczna, choć Big B i AardvarK znaleźli w sobie wspaniałych kumpli do palenia, więc paliliśmy na każdym szczycie – kto był, wie, jak często 🙂 Poza tym kozice przywykły już do ludzi 🙂

kozica

Nie robiłam tego zdjęcia super aparatem, tylko zwykłą  idiot-kamerą i myślę, że mogłabym nawet  podejść bliżej, ale one jednak mają rogi, więc ja miałam stracha. Zatem: Kopa – fajka, Małołączniak – fajka, Krzesanica – fajka. I jak zwykle popas 🙂

popas

Na Ciemniaku odpuścili z paleniem, ale Big B był chyba trochę zawiedziony tym faktem.
Schodziliśmy przez Adamicę – miałam ochotę na zejście przez Tomanową, ale nie liczyłam, że w Dolinie Kościeliskiej również nie będzie ludzi. Nie przepadam schodzić przez Adamicę, bo to dość zabójcze zejście dla moich kolan, ale z drugiej strony spacer Kościeliską w tłumie ludzi jest zabójczy dla dobrego samopoczucia. Cóż, każdy chciałby mieć Tatry tylko dla siebie.
Na postoju wygrzewaliśmy się w słońcu, Big B zasnął na trawie i za nic w świecie – jak zawsze – nie chciał się obudzić, a ja podziwiałam piękną tatrzańską przyrodę w listopadzie.

Myślałam, że z Adamicy nigdy nie zejdziemy, ta droga bardzo dłużyła się mnie i moim kolanom, choć na stokach podziwialiśmy jeszcze stada kozic. Nie polecam tej drogi ani w dół, ani w górę – na Ciemniak idzie się „przepisowo” trzy godziny czterdzieści pięć minut i nie jest to lekki spacerek, jeśli mamy przeciętną kondycję mieszczucha.
W Kościeliskiej jak zawsze było dużo ludzi, ale na szczęście został tylko mały kawałek do przejścia. Potem polansowaliśmy się na Krupówkach – zjedliśmy obiad w Kolorowej (AardvarK poleca placek po zbójnicku, 20 zł) i wróciliśmy do domu, gdzie padliśmy.

Wycieczkę w dzień wyjazdu zaplanowaliśmy ambitną, zwłaszcza, jeśli wliczyć w to czas naszych częstych popasów na papierosa – zostawiliśmy auto – już z bagażami – na Toporowej Cyrhli i stamtąd udaliśmy się przez Psią Trawkę na Polanę Waksmundzką. Znam tę drogę dobrze i bardzo ją lubię – nie jest w ogóle męcząca i nawet latem nie ma tam zbyt wielu ludzi, za to jest naprawdę pięknie.

strumyk

Później zdecydowaliśmy się na szlak, którego nie znaliśmy, choć później AardvarK przypomniał sobie, że tam był 😉 Szliśmy z Polany Waksmundzkiej  zielonym szlakiem w stronę Murowańca, żeby później odbić na czarny i żółty szlak prowadzący na Krzyżne.
Dolina Pańszczycy zapiera dech w piersiach, moim zdaniem jest to jeden z najpiękniejszych szlaków w Tatrach. „Dolina Pańszczyca jest odgałęzieniem Doliny Suchej Wody, na południowy wschód od Hali Gąsienicowej. Skaliste szczyty Żółtej Turni, Wierchu pod Fajki i Granatów od zachodu – Orlej Baszty, Buczynowych Turni i Przełęczy Krzyżne od południa oraz rozległy grzbiet Koszytej i Małej Koszystej od wschodu ograniczają tę piękną i malowniczą dolinę. W górnej jej części rozpościerają się pola maliniaków (wielkich głazów) – niżej gęste zarośla kosówki i lasy. W środkowej części doliny leży nieduży Czerwony Stawek, poniżej niego Potok Pańszczyca spływa przez halę tejże nazwy ku północy” (Tadeusz Zwoliński, Tatry Polskie, 1951).

a

b

Dotarliśmy do Czerwonego Stawku, gdzie naturalnie popasaliśmy. O Krzyżnym oczywiście nie mogło być mowy, więc wróciliśmy kawałek i skierowaliśmy się w stronę Murowańca, gdzie popasaliśmy (placek po zbójnicku gorszy niż w Kolorowej). Stamtąd wracaliśmy niezbyt atrakcyjną drogą dojazdową do schroniska aż do Psiej Trawki, skąd zboczyliśmy na szlak prowadzący na Cyrhlę.
Uwaga, jeśli ktoś z Was będzie kiedyś tamtędy szedł, jest tam kot, który żebrze o jedzenie, więc pakując się pamiętajcie o nim 😉 Jest już nieźle wyuczony – mruczy, łasi się i ociera, idzie przy nodze jak pies. Tak zwane – z racji miejsca zamieszkania, odległego od świata cywilizacji – Sybiraki też były przez niego zaczepiane jakiś czas temu w podobny sposób, który – sądząc po kociej tuszy – jest skuteczny 🙂 Oto i on (kot, nie sposób) 🙂

kot

W drodze  do Łodzi – jakie wspaniałe zakończenie dnia! 😦 – wstąpiliśmy do Sopy, a potem bez problemów dojechaliśmy do domów.
Smutek, że tak krótko. Smutek, że tak płasko. Smutek, że znowu codziennie najtrudniejszy szlak – rutyna.

pikfe

Jej, znów mam ochotę na Tatry 🙂 W zeszłym roku Big B był już po zbiorach (ja jeszcze nie mieszkałam Na Wsi), AardvarK chciał z nami jechać (hmmm…. ciekawe, czy teraz też by chciał? 🙂 ), zapakowaliśmy się do auta i pomknęliśmy w góry. I to był naprawdę bardzo fajny wyjazd, a pogoda po prostu wymarzona. Nie to, co dzisiaj.

pikfe