Archive for the ‘Stary kufer’ category

Portret 13. Pomarańczowa Pani.

Kwiecień 10, 2015

Dzień dobry.

Portret 13.

Pomarańczowa Pani.

20140602122905-paris

Źródło.

Nie powiem.

Nigdy byście nie uwierzyli, a przecież wystarczy, że zadzwonię do Olinusa albo do Sybiraczki, wypowiem magiczne słowo i nasze zeznania z pewnych legendarnych ferii spędzonych w pewnym legendarnym pensjonacie we Francji będą się I-D-E-A-L-N-I-E zgadzać. Potem zapytacie o ciąg dalszy, wykrzykniemy Paryż! I opowiemy słowo w słowo to samo.

Tak więc, to chyba jednak prawda.

***

D.

Pomarańczowa Pani zachowała się co najmniej dziwnie, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, choć trzeba jej przyznać, że mogła być nieco zaskoczona.
– Wyjdź stąd! Wyjdź stąd! Wyjdź!!!

Później umarła, kiedy zobaczyła go bez koszulki. Warto, za taki widok.

Uwielbiałyśmy go z Maleńką. Był cudowny. Gadatliwy, pełen energii, nigdy na nic nie narzekał. Niecały tydzień, który miał spędzić razem z Pomarańczową Panią był dla niego całym morzem czasu. Miał tę rzadką umiejętność wykorzystywania każdej chwili swojego życia i nie można było się przy nim nudzić. Był szybki, wszędzie gnał, ale nigdy nie zapominał o innych. Jego przyjaciel mówił, że nie ma takiej sytuacji, w której D. nie zrobiłby wszystkiego, żeby pomóc.

***

Pomarańczowa Pani bardzo przy nim złagodniała, a on odnalazł w niej to, czego szukał od dawna. Nie litość, nie żal, tylko troskę. Potrafiła przekonać go, że będzie lepiej, chociaż fakty przeczyły temu w oczywisty sposób. Potrafiła natchnąć go wiarą, że będzie widział, chociaż lekarze mówili coś dokładnie odwrotnego.

Nigdy nie przywiązywał specjalnej wagi do swojej choroby, sprawiał wrażenie, że nie traktuje jej poważnie. Jeszcze na samym początku poprosił ją, żeby zakropliła mu oczy. Zadrżała jej ręka, do lewego zamiast trzech kropli wpadły cztery. D. zaczął krzyczeć, zakrył twarz dłońmi i pobiegł do łazienki, tylko po to, żeby zaraz wyjrzeć z za framugi z głupim uśmiechem.

Miał apetyt na życie; żył chwilą; chciał wszystko zobaczyć, wszystkiego spróbować, być wszędzie.

***

W jej ramionach znalazł ukojenie, ona przy nim odnalazła swoją siłę. Wiedziała, że takiej jej potrzebuje, choć zwykle sprawiali wrażenie, że jest dokładnie odwrotnie.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że mogę na ciebie patrzeć – powiedział.

– A ty nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że możesz mnie widzieć. Obiecaj, że wszystko się ułoży – poprosiła go.

– Słowo – powiedział pewnym siebie głosem, a ona uwierzyła mu w jednej chwili.

***

Nigdy nie obnosił się ze swoim nieszczęściem. Nawet kiedy kolejne operacje nie przynosiły spodziewanych efektów, D. nie użalał się nad sobą. Nie znosił litości, twierdząc, że w głębi duszy każdy i tak cieszył się, że to nie na niego padło widmo całkowitej ślepoty.

Kiedy stracił wiarę, że wyzdrowieje, nie stał się bardziej pokorny. Walczył o każdy obraz, jaki mógł zobaczyć; gromadził kolorowe wspomnienia, zapamiętywał twarze, gesty, cały świat. Powiedział jej, że powinna odejść, nie chciał być ciężarem.  Pomarańczowa Pani przyznała mu wówczas rację, dodając jedynie, że jego choroba, niezwykle już ciężka, dotyczy nie oczu, a umysłu. Znalazł w niej wówczas prawdziwe oparcie, była razem z nim zawsze wtedy, kiedy jej potrzebował. Nazywał Pomarańczową Panią swoim szczęściem, najwspanialszym, jakie go spotkało.

***

I wiecie, co ta idiotka potem zrobiła?

Zerwała.

Nigdy nie zrozumiałam – dlaczego. Bo czasem chciał zostać w domu i napić się herbaty na kanapie (Nazwała go leniem! Jego! Leniem!)? Bo śpiewał przy goleniu? Bo nie lubił, kiedy nosiła szpilki? A może tak dla towarzystwa? Bo Maleńka tak, to ona też?

Razem wyszły z tamtej knajpy. Paliły potem razem, siedząc pod jakimś paryskim murem.  Później razem piły, spiły się nieprzytomnie, wydały wszystkie pieniądze. I żałowały. Jak bardzo żałowały.

pikfe

Portret 12. Maleńka.

Kwiecień 9, 2015

Dzień dobry.

Portret 12.

Maleńka.

4

Źródło.

Nie powiem.

Nigdy byście nie uwierzyli, a przecież wystarczy, że zadzwonię do Olinusa albo do Sybiraczki, wypowiem magiczne słowo i nasze zeznania z pewnych legendarnych ferii spędzonych w pewnym legendarnym pensjonacie we Francji będą się I-D-E-A-L-N-I-E zgadzać. Potem zapytacie o ciąg dalszy, wykrzykniemy Paryż! I opowiemy słowo w słowo to samo.

Tak więc, to chyba jednak prawda.

***

Z.

Był w ogóle o boże. Od samego początku.

Nic dziwnego, że kiedy Maleńka zobaczyła go w pewnym legendarnym pensjonacie po prostu zemdlała.

Lubił swetry. I dżinsy. Trzeba przyznać, że wyglądał świetnie. Była w nim swego rodzaju elegancja i nonszalancja, nie wiem, czy wynikająca z pewności siebie czy ze skromności.

Strasznie ją na początku onieśmielał, straciła nawet ochotę do swoich zwykłych popisów narciarskich, zwykle typowo samobójczej urody. Kiedy zobaczyła, że Z. jest na stoku, usiadła na ławce i stwierdziła, że ona dziś nie zjeżdża.

Ona onieśmielała jego. Nawet kiedy siedziała tuż obok, przy stoliku, na wspólnym śniadaniu, kiedy wszyscy się wygłupiali, nie odezwał się słowem. Upuścił nóż i prawie przewrócił dzbanek z kawą.

A później L. sprytnie wykombinował, że najkrótsza droga do naszych serc prowadzi przez serca naszych sióstr. Nie była to może do końca prawda, serce Maleńkiej było bowiem zdobyte od pierwszego wejrzenia. Niemniej jednak to, co wymyślił L. i zrealizował Z. znacznie ułatwiło sprawę. Lody zostały przełamane podczas pewnej pamiętnej bitwy na śnieżki. Pocałował ją potem po raz pierwszy siedząc na ławce przed alpejskim schroniskiem.

***

Oszaleli ze szczęścia, zakochali się wtedy w sobie kompletnie bez pamięci, ale Z. okazał się nieco innym człowiekiem, niż Maleńka na początku sobie wyobrażała. I zakochała się jeszcze bardziej w jego perfidnym poczuciu humoru, w jego inteligentnych ripostach; we wrażliwości niepasującej do takiego mężczyzny; w niewzruszonym spokoju; w nieostentacyjnej charyźmie.

Ona także zadziwiła Z. Nie była taka, jak się spodziewał. Była dokładnie taka, jakiej pragnął. Idealna.

***

Była zazdrosna. Pierwszy raz w życiu była cholernie zazdrosna. Nawet o mnie (sic!). Kiedy po raz kolejny uprawiała swoje samobójcze zjazdy, zauważyła, że rozmawiam z Z. i zamiast patrzeć przed siebie, gapiła się na nas obmyślając jakieś perfidne okrucieństwa. Wpadła wtedy w wielką zaspę, na szczęście nic się nie stało. Z. ją ochrzanił, chociaż trochę chciało mu się śmiać, kiedy wyłaziła, wściekła, z tego całego śniegu.

***

Nigdy nie udawał przed nią nikogo innego. Pomimo tego, że naprawdę pokochał Maleńką, tak jak jeszcze nikogo w życiu, nie zatracił sam siebie. Pozostał tym, kim był wcześniej, nie silił się na gesty, które nie leżały w jego naturze. Kiedy dostałyśmy od L. suknie prosto z Paryża – pamiętam to jak dziś – Z. dyskretnie, ironicznym szeptem przypomniał, że on dla Maleńkiej ukradł wczorajsze bułki.

I później, kiedy zobaczył ją w tej sukni, taką piękną, powiedział jej to, ale dodał, że jest tak samo piękna w jego bluzie sprzed trzech lat. I obiecał, że to, co jest między nimi nigdy się nie skończy, a ona rzuciła się mu w ramiona. Tam, gdzie byłyśmy, padał śnieg.

***

I wiecie, co ta idiotka potem zrobiła?

Zerwała.

Nigdy nie zrozumiałam – dlaczego. Chyba był dla niej za dobry. Nie wiem, za opiekuńczy może? Zbyt troskliwy? Dbał za bardzo? Chodziło o to, że lubił Gypsy Kings czy o to, że lubił mieć równo ustawione kapcie przy łóżku? Nie wiem.

Wylała mu kufel piwa na głowę (sic!!!) i wyszła z knajpy. Paliły potem razem, ona i Pomarańczowa Pani, siedząc pod jakimś paryskim murem.  Później razem piły, spiły się nieprzytomnie, wydały wszystkie pieniądze. I żałowały. Jak bardzo żałowały.

pikfe

Portret 11.

Kwiecień 8, 2015

Dzień dobry.

Portret 11.

Nie uwierzylibyście.

440px-From_montmartre

Źródło.

 Nie powiem.

Nigdy byście nie uwierzyli, a przecież wystarczy, że zadzwonię do Olinusa albo do Sybiraczki, wypowiem magiczne słowo i nasze zeznania z pewnych legendarnych ferii spędzonych w pewnym legendarnym pensjonacie we Francji będą się I-D-E-A-L-N-I-E zgadzać. Potem zapytacie o ciąg dalszy, wykrzykniemy Paryż! I opowiemy słowo w słowo to samo.

Tak więc, to chyba jednak prawda.

***

L.

To jedyny mężczyzna, który był ode mnie niższy. Jedyny, który znał więcej języków niż ja (cztery). Jedyny, który dostrzegał mnie taką, jaką zawsze chciałam być. Jedyny, który potrafił przewidzieć moje reakcje i jedyny, który zawsze wiedział jak mnie podejść. Jedyny, który sprowadził dla mnie kreację z Paryża. Jedyny, który to samo zrobił dla moich sióstr.

Jedyny inny. Zupełnie inny od wszystkich. Nieprawdopodobnie żywiołowy i gadatliwy; urodzony organizator, urodzony optymista, urodzony fighter. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Nikt nigdy nie widział go z książką; siedzącego w kameralnym kinie; z tomikiem poezji na kolanach. Wszyscy widzieli go biegającego za piłką, pływającego na desce, szalejącego na rowerze górskim czy na nartach, cieszącego się życiem bez szczególnych roztkliwień.

Nie tworzył problemów, wszystko było dla niego proste. Margines wolności, który dawał zachodził na sąsiednią kartkę. Obdarzył mnie wielkim zaufaniem, które jednak okrutnie zawiodłam, spotykając się z Vincentem, jednym z jego najlepszych przyjaciół. Nie potrafił tego zrozumieć, nie umiał przestać mnie kochać, ale pozwolił mi odejść. Pozwolił mi odejść razem z Vincentem, obiecał, że jakoś się pozbiera. A potem płakał, ale nikt już tego nie widział.

Moje siostry narobiły wtedy strasznego rabanu. Lepiej ode mnie wiedziały, kto jest miłością mojego życia i z pewnością nie był to ten drugi, sądząc po ich protestach. I ja szybko przejrzałam na swoje wielkie, smutne oczy. Zrozumiałam, że nigdy nie będę w stanie pokochać Vincenta, że zawsze będzie mi brakowało żywiołowości, energii, radości życia L.

Spotkaliśmy się przypadkiem i żadne z nas nie zachowało zimnej krwi – klasyczna, publiczna awantura z początkowymi próbami mówienia opanowanym głosem. Później poszło już po całości, wywlekanie brudów, wzajemne oskarżenia, nic przyjemnego. Uciekłam, całkiem niepotrzebnie, bo wcale za mną nie poszedł.

Przesiedział tę noc w knajpie. Doszedł do wniosku, że wprawdzie nie życzy źle Vincentowi, ale też na pewno dobrze życzy sobie. Nie był typem cierpiętnika. I na pewno nie był typem romantyka. Przyjacielowi wydawało się zawsze, że każda miłość jest ostatnia, ale L. zawsze zostawiał sobie margines swobody i nie inaczej było tym razem. Nigdy nie potrafiłby poświęcić swojej niezależności, ale szanował też cudzą.

Nad ranem doszedł do wniosku, że nie będę szczęśliwsza bez niego. I że on nie będzie szczęśliwszy beze mnie. Włóczył się potem po mieście. W nocy wszystko wydawało mu się bardziej klarowne. Wspominał nasz związek, zastanawiał się, czemu zostawiłam go dla Vincenta, choć on, L., tak o mnie walczył. I tak bardzo się starał. Dręczył się. Wściekał.

Trafił w końcu na wzgórze Montmartre, gdzie ponownie się spotkaliśmy, jakimś nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności. Był już wtedy tak wściekły, że rzucił we mnie souvenirem, taką tandetną harmonijką z najbardziej kiczowatymi widokami Paryża. Zarzucił mi, że traktuję go protekcjonalnie, że jestem podła; nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. Kazałam mu się wynosić, używając jakiegoś kretyńskiego tekstu, i wtedy on powiedział coś, co zapamiętam do końca życia.

– Jaka ty jesteś głupia, przecież bez ciebie to nie ma sensu. Kocham cię.

I choć niczego innego nie chciałam wtedy usłyszeć, wrodzone poczucie dramatyzmu chwili nie pozwoliło mi rzucić się mu w ramiona ku ogólnej radości zgromadzonej gawiedzi. Zaczęłam uciekać schodami na dół. Szybko, zręcznie wymijając turystów, pozostawiłam zaskoczonego L. wysoko na górze. Nie byłby sobą, gdyby po chwili nie rzucił się w pogoń za mną. Nie byłby sobą, gdyby nie zrobił czegoś szalonego. Zjechał po poręczy, tak na złamanie karku, doprowadzając tłumy idące bardziej tradycyjnie do białej gorączki.

Na dole nie poprosił mnie o rękę, tylko obejrzał się za siebie i błagał, żebyśmy szybko stąd poszli. Pamiętam jak dziś jego lekko strwożone spojrzenie; ten charakterystyczny ruch głowy, który wykonuje człowiek, kiedy ktoś siedzi mu na karku.

Nie puściłam jego dłoni, dalej poszliśmy razem. Zapytał się mnie, czy jestem szczęśliwa, a ja roześmiałam się i odpowiedziałam mu.

– Jestem sobą.

Później zapytałam, co chciałby teraz robić.

– Nic ponad to, co robię – odparł z uśmiechem, ale dręczyłam go dalej.

– Surfować po baskijskim wybrzeżu – odpowiedział po chwili namysłu. – A ty?

– Pisać.

pikfe

Portret 9. Emocjonalny popapraniec.

Kwiecień 7, 2015

Dzień dobry.

Portret 9.

Emocjonalny popapraniec.

Z uporem maniaka nazywam go tak w pamiętnikach, tych pisanych prawie dekadę temu. Czasem zamiennie ze słówkiem dziwak. Nigdy nie określiłam, że widujemy się, raczej, że spotykamy się czasami. Nie rozumiem go; nie wiem, o co mu chodzi; zachowuje się, jakby wstydził się zaprosić mnie na bal ósmych klas; odwala takie numery, że nawet nie wiem, czy chce się ze mną dalej widywać. Pisze smsy o tym, jaka jestem wspaniała, a potem nie odzywa się przez tydzień. Planujemy wspólny wyjazd w góry, ale on ostatecznie rezygnuje, bo za bardzo mu się podobam (sic).

Na koniec, rozstrzygająca rozmowa, na kartkach pamiętnika nawrzucałam potem chłopakowi aż miło. Bo to w ogóle świetny dzień był.

Zaczęło się, kiedy dostałam na skórze dziwnych, okropnych, swędzących wyprysków. Potem było seminarium, na którym promotor zaproponował mi jakąś bezsensowną, banalną typologię z dupy. Następnie poszłam na konsultacje do jednego z adiunktów, a jego monolog zwalił mnie z nóg. Uznałam, że jestem głupia jak but i jeśli napiszę tę pracę, to będzie cud. Zresztą cała praca będzie do dupy, bo ja jestem do dupy. Na koniec dnia, niczym wisienka na torcie, spotkanie z nim. Zakomunikował mi, że sypiał, sypia i będzie sypiał z więcej niż jedną koleżanką i że nie chciałby mnie skrzywdzić.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.

Rozważania o nim zakańczam wujem Stefanem, mistrzem ciętej riposty.

***

A jednak.

Był nieprawdopodobnie interesującym partnerem do rozmowy; uważny, inteligentny, racjonalny, o świeżym, oryginalnym i krytycznym spojrzeniu na rzeczywistość. Nigdy nie powtarzał cudzych osądów, umiał spowodować, że nagle dostrzegałam coś z zupełnie innej, niespodziewanej perspektywy. Tam, gdzie spodziewałam się krytyki, słyszałam aplauz; tam, gdzie oczekiwałam entuzjazmu, czekała na mnie miazga.

Czytał wszystko. Widział wszystko. Pamiętał wszystko.

Jego wiedza budziła podziw, był jakby poza naszą, studencką skalą, choć nigdy się nie wywyższał. (Że skończył medycynę powiedział dopiero, kiedy utrzymywanie tego w dalszej tajemnicy byłoby nieuczciwością i robieniem ze mnie idiotki).

***

Po tej dekadzie, kiedy wróciłam do wspomnień z nim związanych, ubawiłam się tym wszystkim, ale nie tylko. Dostrzegłam też, jak wielka zmiana optyki nastąpiła w moim życiu.

Choć niewiele starszy ode mnie, był dużo dojrzalszy, podczas gdy ja byłam jeszcze podlotkiem. Wkurzała mnie jego dojrzałość, chyba nieco cyniczna i zblazowana, choć bardzo poważna; jego mogła zachwycać moja dziewczęcość i naiwność spojrzenia (niezamierzona, ale teraz tak właśnie to widzę), bo niewiele chyba było jej w jego życiu singla i playboya, na którego wprawdzie nie pozował, ale którym bez wątpienia był.

Kiedyś zupełnie go nie rozumiałam, dopiero z czasem zaczęło docierać do mnie, że w wielu sprawach miał rację. Albo, że może nie do końca, ale w sumie teraz byłabym skłonna zgodzić się z nim.

I choć kiedyś tak tego nie widziałam, mało szlachetnie wzorując się na Bridget Jones (?) i nazywając go emocjonalnym popaprańcem, był uczciwy i zobaczył naszą wspólną przyszłość znacznie wyraźniej niż ja. Zaoszczędził mi wielkiego zawodu, którego mógł uniknąć tylko mówiąc mi „nie”.

Tyle na szczęście zrozumiałam.

I może też, dzięki decyzji, którą wtedy podjął, gdzieś tam, w jego głowie, żyje jeszcze tamta pikfe.

pikfe

P.S. I spojrzenie Olinusa, Trzeciej Perspektywy. Mnie coś umknęło, jej nie.

Bardzo skromny, ale odmienił moją grupę (mieszankę ludzi z różnych miast, w różnym wieku, z różnych powodów studiujących zaocznie). Miałam nawet fajnych ludzi na roku i myślę sobie, że ta fajność była właśnie jego zasługą. Kiedy wszyscy połapali się, ile on wie, ile przeczytał i ile widział i że nie ma w nim żadnej pozy, absolutnie żadnej, to postanowili nie pozować, bo to byłoby głupie. Ja tak to widzę.
Jak kiedyś jedna PANI DOKTORANTKA źle go potraktowała – do końca zajęć nikt się do niej nie odezwał, a to były ćwiczenia! Nie chciał podważyć jej wiedzy, ale ona sobie tak ubzdurała, zrąbała go, a cała grupa wbiła wzrok w podłogę i ani słowa. Chyba na następnych zajęciach go przeprosiła.

Oli

Portret 6. Bóg.

Kwiecień 1, 2015

Dzień dobry.

Cytaty kursywą pochodzą z moich pamiętników.

Portret 6.

Bóg.

Dzisiaj miał zarost, ja miałam zawał.

W czwartek nie dopisałam, że zawsze ilekroć go zobaczę, trafia mnie PIORUN (na szczęście nie grzmi…).

Dzisiaj widziałam go, jak bawił się z psem (…) tak, wiem, że to brzmi beznadziejnie: rozczulił mnie facet, który bawił się z psem. Pełen odlot.

Stał oparty o ścianę, tak niedbale, wpadłam, bo pewnie byłam spóźniona, kiwnęłam głową na dzień dobry, a on tak się uśmiechnął…

Kiedy zobaczyłam go dzisiaj poczułam w gardle najmniejsza kosteczkę małego palca u nogi…

Kocham ten stan. Duuuużo endorfin, chociaż go nie widziałam.

Czasem tak po prostu idę, a wydaje mi się, że frunę. Uśmiecham się od ucha do ucha, a świat jest nasz.

Imponuje mi wiedzą (no, nie tylko, gdyby był spaślakiem z tłustymi włosami, bez tego rozbrajającego uśmiechu, pewnie nie wzbudziłby we mnie takich namiętności).

Prawie wpadliśmy na siebie (…) Jakiś amok, obłęd. Całe wnętrzności podskoczyły mi do mózgu, potem opadły do stóp i trochę się jeszcze poobijały po ciele. Chyba zrobiłam się blada, puls musiał mi skoczyć do jakiś pięciuset na minutę, ręce zaczęły mi dygotać. Boże, CAŁA zaczęłam dygotać i tak mi zostało do tej pory. To było w środę [pisane w poniedziałek].

Jestem w stanie „wrak nerwowy” albo „kłębek nerwów” albo „silniejszy bodziec i potrójny zawał murowany”.

Zauważył mnie i to zauważył nie ze względu na jakąś historię, tylko ze względu na to, co wiem.

[powiedział, że] jestem bardzo dobra, że to, co robię, robię bardzo dobrze, że umiem się uczyć i umiem myśleć, co jest bardzo rzadkie.

Był pierwszą osobą, którą spotkałam. Uśmiechnął się do mnie (…) tak, jakby powtarzał „Jesteś bardzo dobra i cieszę się, że mogę ci to powiedzieć”.

Dogonił mnie na schodach, a ja byłam bliska spadnięcia z nich.

Zapytałam, czy ma coś do pisania – wyjął z kieszeni długopis i zapytał, czy może być. Nie, kurcze, nie może… Chciałam uciec z tym długopisem (…) Spisałam jakąś maksymalną głupotę (godzina rozpoczęcia 19:77).

 

Usiadł koło mnie.

– Zdałaś?

– Tak.

– Niemożliwe. Jak?

– Na 4.

– Niemożliwe – uśmiech.

 

Ten zarost, ten mięsień na przedramieniu, ta figura, ten uśmiech, te oczy, ten mózg, ten sposób bycia – on mnie zupełnie onieśmiela.

Będę czekać pod kinem 45 minut. Zwariowałam zupełnie, wiem. Różne rzeczy przydarzają się ludziom. (…) tyle tylko, że nie było go przed tym cholernym kinem. Marzłam 45 minut, a ten baran leniwy nie przyszedł (…) upewniłam się tylko w dwóch rzeczach: a) że jestem głupia b) jak bardzo chciałam, żeby przyszedł i jak bardzo żałuję, że nie przyszedł.

Mój stan raczej się pogarsza. W dodatku nic nie zwiastuje poprawy, co jest dość smutne.

Wieczorem poszłam z Sybiraczką na fajkę. Ona cały czas mówi o swoim nowym ukochanym, ja o Nim – razem dogadujemy się dość dobrze.

Czasami w życiu jest taki moment, że człowiek ceni obojętność.

Śnił mi się ostatnio. Powiedział, że [dawniej] bardzo się kochaliśmy. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, patrząc sobie w oczy i wiedząc, że nic się nie zmieni. (…) Po prostu pogodzenie się z faktem, że TEGO nie będzie. (…) Bardzo smutna ta chwila pożegnania, to zdanie sobie sprawy, że już nigdy nie będzie tego, o czym marzyliśmy, że nigdy nie doświadczymy tego, czego pragnęliśmy najbardziej.

Powinnam uważać z takimi idiotyzmami, bo nie przysparzają szczęścia.

pikfe

Portret 4. Arkadia LOVE.

Marzec 31, 2015

Dzień dobry.

 

Arkadia LOVE zaczyna się tutaj.

https://pikfe.wordpress.com/2010/04/28/byc-gdzies-indziej-z-pewnym-hobbitem/

***

(…) Oprócz nich spotykamy jednak także inny rodzaj gier, takie mianowicie, które oparte są na dążeniu do stworzenia jak najintensywniejszej diegezy. Nie musi to być wcale zbieżne z symulacją, czyli wiernym odwzorowaniem bodźców (jak w systemach imersyjnych). Czasem wrażenie obcowania z kompletnym światem osiąga się sposobami bardziej ascetycznymi. (…)

Dotyczy to szczególnie takich przypadków, gdy powołanie świata odbywa się za pomocą środków wyłącznie językowych. Tak właśnie dzieje się w „wieloosobowych lochach”, czyli MUD-ach. (…) Pavel Curtis stwierdza dobitnie: MUD nie jest zorientowany na cel; nie ma rozpoczęcia, ani zakończenia, nie ma w nim „rezultatu”, ani też pojęć „wygranej” czy „zwycięstwa”. Mówiąc krótko, mimo iż użytkowników MUD-ów nazywa się potocznie graczami, MUD wcale grą nie jest.

Chociaż w popularnym rozumieniu rzeczywistość wirtualna to mnóstwo elektronicznych kasków i cyberrękawic (..) [MUD-y] są dokładnie tym samym, tyle, że obrazy nie są generowane przez komputer, ale tworzone w wyobraźni graczy.

***

I listy.

PicsArt_2015-03-30 20_25_25

Listy są niesamowite, mają w sobie coś z rozmowy na czacie, są żywe, barwne, dygresyjne. Przez lata nie straciły nic ze swojej świeżości. Są trochę jak obraz impresjonisty – obrazek chwili, tej, bardzo konkretnej, odczuwalnej, bliskiej skórze, a jednak pozbawionej jeszcze głębszej perspektywy, niosącej niesprecyzowaną treść.

Są o nim, ale tak bardzo pisane z myślą o odbiorcy, że ma się wrażenie uczestniczenia w rozmowie, że chce się odpowiadać. Protestować, zaprzeczać, kiwać z uznaniem głową.

Są plastyczne, wiodą od szczegółu do ogółu, ozdobione czasem rysunkiem, chaotyczne graficznie. Czasem pisane ołówkiem, czasem długopisem, zawsze na gładkim papierze.

Litery drukowane mieszają się z pisanymi, duże z tymi tycimi, odnośniki, strzałki, malutkie odstępy i wielkie akapity albo wielkie odstępy, malutkie akapity. Albo jedno i drugie. Jak mapa, rysunek, taka dodatkowa treść.

To listy pełne zwyczajnego, codziennego życia; listy pisane w wolnej chwili, o najdziwniejszych godzinach; listy dzielenia się emocjami, doznaniami, nastrojami.

Listy pytań, nadziei, przyszłości i teraźniejszości.

Pisane o wszystkim, także o tym, co najważniejsze; i o niczym, o tych wszystkich bzdurach, z których składa się nasze życie.

Listy – dialogi, nigdy wcześniej, ani nigdy później takich nie dostałam. To były listy pisane do mnie. Tak po prostu i aż tak mocno.

***

Nigdy nie pozwolił mi wypełnić się marzeniami.

Bo choć nigdy go nie było, to dzięki godzinom spędzonym w Arkadii, potem na gg, jeszcze potem w listach, cały czas przypominał o sobie takim, jakim był, a nie takim, jakim pragnęłabym go widzieć.

I jednocześnie, to jemu najbliżej byłoby do Tego Wyśnionego, tego, o którym marzyłam jako nastolatka – to on wysyłał kwiaty pocztą kwiatową; to on potrafił przejechać kilkaset kilometrów, żeby mnie zaskoczyć; to on sprowadził mi książkę z za granicy, bo wiedział, że jej potrzebuję, a nie mam ani środków, ani możliwości. To on pisał listy myśląc o mnie.

Tylko ja nie byłam wtedy zbyt rozumna.

Nigdy go nie poznałam.

I żałuję.

pikfe

Cytaty kursywą pochodzą z książki Piotra Sitarskiego Rozmowa z cyfrowym cieniem. Model komunikacyjny rzeczywistości wirtualnej, RABID 2002, strony 27 – 33.

Portret 1. Książę.

Marzec 18, 2015

Dzień dobry.

Właściwie nie wiem, kim był. Wiem za to doskonale, kim sobie wyobraziłam, że był…

 

Cinderella-and-Prince-Charming-cinderella-6672883-278-431

Nie był.

Ja, wówczas lat naście i to bardziej piętnaście niż dziewiętnaście, dziewczę wczesne liceum, żadnych papierosów, alkoholu, narkotyków, nawet bez głupiego pocałunku.

On, wówczas lat dwadzieścia ileś, student na filmówce, ojciec filmowiec.

Plener. Dyskoteka. Wszyscy podpici albo pijani. Atmosfera wakacyjna, świetna zabawa, choć chyba jeszcze nie zawsze rozumiałam wszystkie podteksty.

Zatańczył ze mną.

Wystarczyło.

Klasyka.

Zakochana do nieprzytomności.

Prawie od pierwszego wejrzenia.

I nic nie było, nawet pocałunku.

Gówniarą byłam.

Telefonu też nie było.

Za to morze łez.

Setki zapisanych stron.

Zatrzymanie akcji serca na dźwięk telefonu.

Miliony godzin poświęconych analizom zjawiska.

Miliardy marzeń.

Aż kusi, żeby otworzyć stare pamiętniki, bo ja tak naprawdę nie mogę go sportretować. Nie pamiętam, kim był, pamiętam tylko siebie. Jego w tym wszystkim prawie nie ma, tylko wyobrażenie nastolatki o tym, czym jest miłość.

Cóż, chyba jednak nie tym.

***

No dobra, przebrnęłam przez ten pamiętnik, ale to się chyba jednak nie nadaje do publikacji, choć jest dość śmieszne. Z początku wydał mi się „głupi i brzydki” . Nie pamiętałam również, że kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, był „potwornie skacowany”, co mnie – niewinną wówczas niewiastę – głęboko poruszyło. Zatem chyba nie było tak, jak zapamiętałam, od pierwszego wejrzenia. Pamięć jest potwornie zawodna. Na dyskotece użył sformułowania „last dance”, żeby ze mną zatańczyć. Uśmiechał się do mnie… zabójczo. Nie próbował mnie całować, nie wydawał mi się pijany. Wracając z pleneru siedzieliśmy obok siebie i słuchaliśmy jednego walkmana. A potem już tylko „sześć dni bez niego, sześć dni pustki”. I ten straszny „żal, że… że… nam nie wyszło, że zgubiliśmy się w tym potwornym świecie”.

Pięknie, prawda?

Młody człowiek nie wie, że przechodzi przez to samo, co inni. Nie wie, że z dużym prawdopodobieństwem to się skończy tak samo. Nie kuma.

Bo jest młody.

Wyjątkowy.

Inny.

Świeży.

Głupi.

Naiwny.

Boski.

pikfe