Archive for the ‘Stary blog’ category

Czteroletnica.

10 czerwca, 2010

Dzień dobry.

W ten upalny dzień obudziliśmy się razem ze świadomością, że on jest mój, a ja jego już od czterech lat.

Z racji pogody całe popołudnie spędziliśmy z dziećmi w cieniu lipy, czytając książki i gazety. Kiedyś te rocznice miały dla nas większe znaczenie – nie mieszkaliśmy razem, więc na coś tam się człowiek szarpał, a to jakiś wyjazd jednodniowy, a to famtastyczne prezenty.

No… po prawdzie, to w tym roku też kupimy sobie fantastyczny prezent, ale razem, do spółki – kolekcję książek Lema.

Wyjazdu dziś nie było, bo nie jesteśmy samobójcami, a jutro do pracy na piątą… 🙂

Z tej okazji wpis ze Starego Blogu, z zeszłego roku. Nic bym w nim nie zmieniła, jak było, tak jest.

16 czerwca 2009
Trzyletnica.
Dzień dobry.
Nie tak dawno temu mieliśmy z Big B trzyletnicę, o czym chyba wspominałam pobieżnie.
Trzyletnica minęła spokojnie i bez szaleństw, pewnie też dlatego, że dwa wcześniejsze dni spędziliśmy na sporach i kłótniach, a chociaż może tego po nas nie widać, to powalczyć umiemy.

Pamiętam, że dawno, dawno temu (w zasadzie to już pomroki dziejów) Lisica mówiła mi, że Big B się zmieni. Że zmieni się między nami. Że już nie będzie tak, jak dawniej.
Ha! Wcale jej nie uwierzyłam. No bo co niby miało by się zmienić? Big B będzie mnie gorzej traktował? Nie będzie taki kochany? Zmieni się w potwora?

Ja Wam powiem, co się zmienia.

Kiedyś: Kochanie, pomasować Ci stopy?
Teraz: Kochanie, dłużej nie mogę masować, bo gra mi się wczytała.

Kiedyś: Jesteś głodna?
Teraz: Co na obiad?

Kiedyś: Idę do sklepu. Masz ochotę na biały ser?
Teraz: Może pójdziesz do sklepu? Mam ochotę na biały ser.

Kiedyś: Oglądamy Przeminęło z wiatrem?
Teraz: Kupiłem Kompanię braci!

Kiedyś: Ślicznie wyglądasz, mój aniołku.
Teraz: To nie jest twój kolor, mój aniołku.

Kiedyś: Bardzo ładna torebka.
Teraz: Po co ci jeszcze jedna torebka?!

Kiedyś: Pośpij sobie, kochanie.
Teraz: Jeszcze w łóżku?

Kiedyś: Kotku, chcesz czegoś do picia?
Teraz: Kotku, zrobisz kawki?

Niby nic.
Ale jednak coś.

Z drugiej strony jednak – już nie muszę się wstydzić, że jestem człowiekiem. Nie stresuję się tak, jak kiedyś, że…
Rano nie wyglądam najlepiej.
Pocę się, jak jest gorąco.
Chce mi się siku, jak jedziemy parę godzin.
Czasem zakładam mało wyjściowe ciuchy.
Mam przestój w czytaniu.
Zapomnę o czymś.
Jest mi smutno z błahego powodu.

Jest inaczej. Ale nie jest gorzej.

pikfe

P.S. Z 10. czerwca 2010: Wierzę, że z Big B nigdy nie będzie gorzej. Może tylko kiedyś być trudniej, ale postaramy się, żeby i tak było pięknie.

Stary blog raz jeszcze.

17 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Powrócę jeszcze do Starego Blogu, muszę w końcu zamknąć z nim sprawę. No i może niebawem będę miała dwa koty, muszę się więc dokładnie wczytać 🙂

26 kwietnia 2009

Dzień dobry.

Dziś CTRL C i CTRL V, ale myślę, że warto.

Jestem kotem i mam pewne niezbywalne prawa.

  1. Mam prawo chodzić po twojej twarzy kiedy zechcę i w dzień, i w nocy.
  2. Mam prawo przyglądać się wszystkiemu, co się dzieje w łazience i odpowiednio to komentować. Co więcej, mam prawo poczytywać sobie każde zamknięcie drzwi za jawną obrazę.
  3. Ma prawo obwąchiwać twoje buty, ażeby ustalić, czy się nie zadawałeś ani nie zabawiałeś z jakimś wysoce podejrzanym zwierzęciem lub czy nim się nie zajmowałeś.
  4. Mam prawo asystować ci przy przygotowywaniach wszelkich posiłków, spożywaniu ich i sprzątaniu.
  5. Mam prawo budzić cię o trzeciej nad ranem, jeżeli nie odpowiada mi zawartość mojej miski.
  6. Mam prawo przewrócić każdy pojemnik z wodą, którą uznam za niezdatną do picia.
  7. Mam prawo używać nieparlamentarnych wyrażeń i zwrotów pod adresem wiewiórek i ptaków, które ośmielą się pokazać za moimi oknami.
  8. Mam prawo przeglądać wszelkie produkty spożywcze, jakie zostaną przyniesione do domu. Ponadto mam prawo mieszkać w każdej papierowej torbie lub kartonie, jakie znajdują się w domu, tak długo, jak będę miał ochotę.
  9. Mam prawo fundować sobie drzemkę o każdej porze i w każdym miejscu , gdzie mi się podoba, bez obawy, że zostanę usunięty, tylko dlatego, że będziesz chciał sobie usiąść, umyć ręce lub popisać na komputerze.
  10. Mam prawo sypiać na każdym urządzeniu, które jest ciepłe.
  11. Mam prawo uczestniczyć w każdej zmianie pościeli i polować na Zjawy Urojone ukrywające się pod kołdrą.
  12. Mam prawo zachować wyniosłą rezerwę, kiedy zbesztasz mnie za to, że przez pomyłkę wziąłem twoje palce za rzeczowne Zjawy Urojone ukrywające się pod kołdrą.
  13. Mam prawo mordować rolki papieru toaletowego, które w przeciwnym razie mogłyby w nocy na ciebie napaść.
  14. Mam prawo do twojej całkowitej uwagi, zawsze gdy zabierasz się do czytania albo do pracy.
  15. Wreszcie mam prawo być kochany, wygłaskiwany, rozpieszczany i zabawiany, gdyż,jak ci wiadomo, wszystko, co najlepsze w życiu, wywołuje mruczenie.
  16. A gdybyś niechcący zbłądził, łaskawie ci wybaczę. W końcu jesteś tylko człowiekiem, ale i tak cię kocham.

Znalezione na http://kocio-kwik.blogspot.com/

pikfe

Nasz kot idzie do nieba.

17 stycznia, 2010

Dzień dobry.

Dziś na blogu króciutkie opowiadanie Margaret Atwood, które już kiedyś pojawiło się na Starym Blogu. Dla mnie nawet przy piętnastym czytaniu nie traci nic ze swojego uroku.

Nasz kot idzie do nieba.
Margaret Atwood

Nasz kot został raptownie wzięty do nieba. Nigdy nie lubił dużych wysokości, więc usiłował wbić pazury w tego niewidzialnego węża, olbrzymia dłoń, czy też orła, za których przyczyna musiał tak się wznosić, nie miał jednak szczęścia.
Gdy dostał się do nieba, było tam wielkie pole. Po polu biegało mnóstwo różowiutkich małych stworzonek, które na pierwszy rzut oka wydały mu się myszami. Potem dostrzegł siedzącego na drzewie Boga. Anioły latały wokoło, trzepocząc skrzydłami; furkotały, jak gołębie. Co jakiś czas Bóg wyciągał swoją wielką, pokrytą futrem łapę, chwytał jednego z nich w powietrzu i chrupał. Na ziemi pod drzewem leżało pełno ogryzionych anielskich skrzydeł.
Nasz kot podszedł grzecznie do drzewa.
– Miau – powiedział nasz kot.
– Miau – odparł Bóg. A właściwie bardziej zaryczał.
– Zawsze myślałem, że jesteś kotem – powiedział nasz kot – ale nie byłem pewien.
– W niebie wszystkie sprawy się wyjaśniają – odparł Bóg. – W takim kształcie postanowiłem ci się objawić.
– Cieszę się, że nie jesteś psem – odparł nasz kot. – czy mógłbym może odzyskać moje jądra?
– Oczywiście – odparł Bóg. – Są za tamtym krzakiem.
Nasz kot zawsze wiedział, że jego jądra gdzieś muszą być. Pewnego dnia obudził się z dość nieprzyjemnego snu i już ich nie było. Wszędzie ich szukał – pod kanapami, pod łóżkami, w szafach –  a one cały czas były tutaj, w niebie! Podszedł do krzaka i oczywiście oba tam były. Przytwierdziły się do niego natychmiast.
Nasz kot był bardzo zadowolony. – Dziękuję – powiedział do Boga.
Bóg czyścił swoje eleganckie, długie wąsiki. – De rien * – powiedział.
– Czy mógłbym pomóc ci łapać anioły? – zapytał nasz kot.
– Nigdy nie przepadałeś za dużymi wysokościami – odparł Bóg, wyciągając się na gałęzi w słońcu. Zapomniałam dodać, że świeciło słońce.
– To prawda – przytaknął nasz kot. – Nie przepadałem. – Było kiedyś parę peszących przygód, o których wolał nie pamiętać. – A może chociaż te myszy?
– To nie myszy – odpowiedział Bóg – Ale łap sobie, ile chcesz. Tylko nie zabijaj ich od razu. Niech trochę pocierpią.
– Mam się nimi pobawić? – zapytał nasz kot. – Kiedyś zwykle miewałem przez to kłopoty.
– To kwestia semantyki – odparł Bóg. – Tutaj nie będziesz miał przez to kłopotów.
Nasz kot wolał zignorować tę uwagę, ponieważ nie wiedział, co oznacza „semantyka”. Nie zamierzał wyjść na głupiego.
– Jeśli nie myszy, to co? – zapytał. Zdążył już na jedną skoczyć. Teraz przytrzymywał ja łapą. Rzucała się i cichutko popiskiwała.
– To dusze ludzi, którzy byli źli na Ziemi – odparł Bóg, mrużąc swoje żółtozielone ślepia. – A teraz przepraszam, czas uciąć drzemkę.
– W takim razie co robią w niebie? – zapytał nasz kot.
– Nasze niebo jest dla nich piekłem – odpowiedział Bóg. – Lubię mieć wszechświat w równowadze.

* nie ma za co (fr).
Margaret Atwood, „Nasz kot idzie do nieba” (całość) [w]: „Namiot”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2007.

umieściła na stronie

pikfe

Trzy części Wyobraźni.

16 stycznia, 2010

Dzień dobry.

Dziś wspominka ze Starego Blogu.

23 czerwca 2009
Wyobraźnia.
Dobry wieczór.
Mam dwie siostry – Owcę i Sybiraczkę.

Kiedy byłyśmy dziećmi, łączyły nas szczególne więzy. Wspólne zabawy lalkami, ferie spędzane razem, bale czarownic, nieprzespane noce, zabawy w „Ściganego” i „Drużynę A”, ale też w szpital pluszaków. Razem przeżywane pierwsze miłości, pierwsze pocałunki, pierwsze ludzkie okropności.

Ale przede wszystkim – cały wielki świat tylko nasz.
Ferie w Marville z reprezentacją Francji w piłce nożnej.
Ratowanie zaspołu The Kelly Family z rozwalonego balonu.
Czarownica Kunegunda z lasu na Drugiej Działce.
Wakacje w Paryżu z Zidanem (TYM Zidanem), który nas gonił zapamiętale.
Akademicy – czarownicy na kulturoznawstwie.
John McClane  trenujący Tommy’ego Lee Jonesa na asfaltówce przed Drugą Działką.

To wszystko w opowiadaniach, które pisałam, a potem czytałam na głos.
Eskapizm? To już był chyba nawet ESKEJPIZM, ale było fantastycznie – mamy dużo wspólnych wspomnień ze zdarzeń, które nigdy się nie wydarzyły.

Ale kiedy Owca pyta, czy pamiętamy mecz w schronisku w Marville, to my pamiętamy.
Kiedy Sybiraczka wspomina dwie angielskie turystki i jedną amerykańską, to my doskonale wiemy, kiedy i dlaczego się przebierałyśmy.
Kiedy ja pytam o komnatę pod wanną w Kamienicy, to one wiedzą, o co chodzi.

I to jest piękne.

pikfe
pikfe (21:45)

24 czerwca 2009
Kamienica. Wyobraźni część druga.
Dobry wieczór.

„To był mały, niezwracający na siebie uwagi budynek w centrum miasta.  (…) Elegancka i stylowa brama z początków wieku rozpadła się kilka lat wcześniej. Podwórko pozostało brukowane, ale już w niczym nie przypominało przyjemnego mieszczańskiego podwórka, którym było kilkadziesiąt lat temu. Dzikie wino pnące się po kablu telefonicznym porastało całą prawą oficynę. Wszędzie walał się gruz i kawałki papy. Koło szopki stała ogromna czerwona kanapa, w której latem mieszkały myszy. Sam budynek powoli zamieniał się w ruinę. Butwiały belki podtrzymujące strop, pękały ściany. Wyblakły starannie pomalowane ściany, a niemalowane okiennice straszyły szarością. Krzywe szyby deformowały świat. Siostry zastanawiały się, co ich prababcia mogła tam ukryć. (…)

– Kiedy wasza prababcia umarł, dokładnie przeszukałem budynek. Szukałem tajnych przejść i odkryłem dwa. Oto pierwsze – wyszeptał coś pod nosem i dotknął dłonią brzegu wanny, która natychmiast zniknęła ukazując spiralne schody prowadzące na dół.
– To nie są ruchome regały ani rozsuwające się cegły. To bardzo zaawansowana magia i nieźle się napracowałem, żeby znaleźć to przejście. Proszę. – pierwsza zaczęła schodzić Owca. Zapachniało wilgocią, a po chwili zrobiło się zupełnie ciemno.
– Nie można tu zapalić światła? Może jakieś pochodnie albo co? – zapytała Sybiraczka.
– Schody są chronione przed świtałem zaklęciem, którego nie udało mi się złamać.
– Acha – jęknęła Sybiraczka – ale zapadni nie ma?
– Już nie. – schodzili kilkanaście minut w zupełnych ciemnościach.
– Widzę płomień! – krzyknęła Owca.
– To przy drzwiach do komnaty, już niedaleko.
– Na szczęście – szepnęła Sybiraczka – pikfe, czy ty tu w ogóle jesteś?
– Jestem, jestem.
– Ona się boi, że powie coś głupiego – kumy zarechotały, a pikfe pomyślała, że mogłaby wpaść w jakąś nieodkrytą przez Czarownika – Akademika zapadnię. W końcu stanęli przed potężnymi drewnianymi drzwiami z żelazną klamką.”

pikfe
pikfe (20:05)

29 czerwca 2009
Kunegunda. Wyobraźni część trzecia i chyba ostatnia.
Dobry wieczór.

Pewnego dnia odwiedziły mnie – nieświadomie – trzy siostry, małe dziewczątka w uroczych sukienkach. Usiadły w lesie i zaczęły tworzyć historię o czarownicy Kunegundzie. Były bardzo przejęte, bardzo wystraszone i nie wchodziły do lasu po zapadnięciu zmroku. Później oswoiły się z czarownicą, a nawet uznały, że mogą zostać wiedźmami.
Do lasu przynosiły różne prezenty dla Kunegundy, które układały w kręgu zrobionym z cegieł.
Posadziły w lesie jagody.
Kiedy były starsze, zorganizowały Bal Czarownic. W starych łachmanach tańczyły nocą wokół ogniska, w którym potem spaliły wcześniej zrobione kukły wiedźm.
Po przyjeździe zawsze przychodziły do lasu przywitać się ze starą Kunegundą i w napięciu słuchały skrzypienia drzwi jej domku na kurzej łapce.
Chciały pozyskać przychylność czarownicy. I miały ją, choć nawet, gdyby nie przyszły, ona nie mogłaby nic zrobić. Czarownice nie mogą już wpływać na losu ludzi.

Któregoś lata nie przyszły zaraz po przyjeździe. Po paru dniach, skruszone, zorganizowały wspaniały Bal Czarownic z głośnymi tańcami. Przepraszały starą wiedźmę.
Następnego lata Bal także się odbył, ale już bez kukieł. Chyba zabrakło pomysłów. Może chęci.

Kiedy Kunegunda obserwowała je idące drogą widziała, że nie mają już tych uroczych sukienek w kwiatki i jasnych, małych sandałków. Rozmawiały też o innych rzeczach niż dawniej. Przychodziły od czasu do czasu, najczęściej pojedynczo, najczęściej po to, żeby powiedzieć na głos coś, czego tamte dwie nie powinny usłyszeć. Przestały też budować szałas w lesie. Popadł w ruinę i zarósł małymi olchami. Została tylko kupa czerwonych cegieł, porośniętych mchem, które kiedyś były piecem. Czasem siostry przychodziły do szałasu zapalić i rozmawiały wtedy szeptem, tak, że Kunegunda prawie ich nie rozumiała.

Aż któregoś lata ścieżkę prowadzącą na polankę starej wiedźmy zarosły młode drzewka, których nikt nie zadeptał. Nikt nie odwiedził czarownicy.
Drogą w lesie chodziły trzy siostry, ale nie pamiętały o kręgu z cegieł. Znowu zaczęły nosić sukienki w kwiaty, ale wyglądały w nich jakoś inaczej. W każdym razie nie wyglądały tak, jakby chciały urządzić Bal Czarownic.

Kunegunda umarła na zapomnienie.

pikfe
napisała w 2002
pikfe (22:11)

Muszę przyznać, że lubię mieć siostry.

pikfe

pikfe kiedyś.

22 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Skończyły się koty co wtorek z mojego starego bloga, więc od dziś – jeszcze parę wpisów, które lubię i koniec eksploatowania tego, co już kiedyś napisałam.

Ze dwa razy chyba poprosiłam bliskie mi osoby albo też osoby, które z różnych powodów cenię, żeby opublikowały coś na moim blogu podczas mojej nieobecności. I choć było tych osób całkiem sporo, to wpisy zdarzyły się tylko dwa razy. Za pierwszym razem zdecydowała się Lisica, za drugim Owca. Dziś wpis Lisicy, który do tej pory mnie bawi 🙂 Owca – za tydzień.

10 lutego 2009
Złote Myśli Pikfe
Moja przyjaźń z Pikfe trwa już kilka ładnych lat, podczas których miałyśmy często okazję pisać do siebie listy. Pole mam dosyć ograniczone ze wzgledu na brak uprzedniej zgody autorki na opublikowanie niniejszych, ale mam nadzieję, że jeszcze jakiś list dostanę…

Oto próbka twórczości Pikfe z lat wczesnych 🙂

26.06.2005
(…) G., Ty też jesteś maniaczką, ale pozostałaś przy normalnych strukturach umysłu(…)
To jeden z największych komplementów, jakie w życiu otrzymałam 🙂

29.11.2006
(…) To dziwne, ale on się wcale nade mną nie użala. Czasem to trochę straszne, ale w gruncie rzeczy pozytywne, chociaż czasem trochę denerwujące. Ostatnio nawet o tym rozmawialiśmy i Big B. zwrócił na to uwagę mówiąc: „oj kochanie, ty pewnie chciałabyś, żebym ja więcej się nad tobą poużalał”…)
Przyznam szczerze, że ja do tej pory tak myślę o swoim związku…

15.12.2006
(…) Objadałam się bardzo śniadaniami w hotelu – był szwedzki stół:). Zjadałam jajko, bagietkę z białym serem, dwa tosty z dżemem, jogurt waniliowy, croissanta (albo dwa). Jakoś nie mogłam się powstrzymać (…)
Pikfe we wcieleniu „upodobanie szczegółu”

07.01.2007
(…) Te same problemy po prostu – pewna aspołeczność, chęć robienia CZEGOŚ i konieczność robienia niekoniecznie tego, czego by się najbardziej chciało, niechęć do wydzwaniania, proszenia i załatwiania, a jednocześnie – mimo wszystko! – głębokie przeświadczenie, że inaczej się nie da i – mimo tego! – brak samozaparcia, zdecydowania, wytrwałości, ciągle tylko jakieś boczne ścieżki, chwilowe zainteresowania, które czynią CEL (którego nawet nie umiemy określić) jeszcze bardziej mglistym i rozmazanym. (…)
Lubię bardzo ten fragment, to taka diagnoza nas sprzed dwóch lat. Miło jest wiedzieć, że choć odrobinkę więcej tego zdecydowania w nas dzisiaj…(Nawet jeśli Pikfe twierdzi inaczej 🙂

Więcej na razie nie będzie – czekam na opinię autorki. Kiedy czytałam te listy aż mi się łezka w oku zakręciła. Pikfe, jesteś cudowną przyjaciółką.

Wracaj do nas szybko!

Lisy

I wyjątkowo komentarz, jako, że Lisica prosiła o opinię 🙂

Ty też jesteś cudowną przyjaciółką, ale nie wiem, czy mogę podtrzymać normalne struktury umysłu po tym, jak opisałaś mnie w umiłowaniu do szczegółu 🙂
~pikfe, 2009-02-11 16:36

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część szósta.

17 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Dziś kolejna historia o kotach, tym razem prawie wcale nie moich, choć jestem pewna, że Esme i Rincewind (tak, tak, zbieżność nie jest przypadkowa) wolałyby mnie 😉

(Sybiraki, którym wydaje się, że mają dwa koty – akurat jest całkiem odwrotnie, dwa koty mają Sybiraków – wściekają się teraz przed komputerami i szykują jakieś podłe komentarze. Ale i tak danie główne mam dla nich na jutro).

Spędziłam z kotami, które mają Sybiraków dwa tygodnie, w czasie których Sybiraki cieszyły się podróżą poślubną w pięknych Tatrach. Sybiraczka codziennie dopytywała się o swoich właścicieli, ale oni nie wyglądali na specjalnie zestresowanych faktem nagłego zniknięcia podopiecznych.  Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni / Gdy nie ma dzieci w domu – to jesteśmy niegrzeczni. No, ale byłam ja. Ja byłam dobra i nie głodziłam koteczków, które mogą jeść tylko jeden rodzaj suchej karmy (choć Esme lubi podobno wrąbać trochę niebieskiej karimaty), bo inaczej sensacje okrutne budzą Sybiraków po nocach. Koteczki dostają od Sybiraków jakieś śladowe ilości karmy i ja się wcale nie dziwię, że lecą do misek na złamanie karku. Też byśmy lecieli.

O karmienie kotów toczy się miedzy nami coś na kształt żartobliwego sporu – Sybiraki dają kotom przepisowe ilości jedzenia (albo tak mówią, bo koty i tak do szczuplaków nie należą), a ja przez okres, kiedy zajmowałam się Esme i Rincewindem – no cóż, raczej im nie żałowałam. Tak, trochę się pomyliłam, więc z lekka nieświadomie, ale jak oni mi potem powiedzili JAK MAŁO powinnam tym kotom dawać, to ja się dziwić przestałam, że koty budzą Sybiraków po nocach.

Byc może z powodu tej nieco większej dawki karmy niż zwykle koty przez te dwa tygodnie były grzeczne i kochane, nie budziły mnie po nocach, nie jęczały (z głodu!;) ), naprawdę słowem poskarżyć się nie mogę. Rincewind zapałał do mnie uczuciem od samego początku w zasadzie, a już drugiej nocy spał razem ze mną w łóżku. Esmeralda była nieco bardziej powściągliwa (siedziała pod szafkami w kuchni), ale w końcu i ona przekonała się do mnie.

Ręka moja, żeby nie było wątpliwości.

Esme i Rincewind są kotami rasowymi i niestety potwierdzają tezę, że kot rasowy intelektem nie dorównuje dachowcowi.

Rincewind staje nad świeczką. I stoi. Swąd palonego włosa rozchodzi się w powietrzu. Sybirak rzuca się z wrzaskiem na kota, żeby uratować go od samospalenia. Kot ucieka od tego wrzasku, nie od ognia.

Choinka. Stoi. Błyszczy. Sybiraczka twierdzi, że koty jej nie zauważyły. Prawie całe Święta.

Oto wciąż niespalony (ale nie kupujcie Sybirakom świeczek) Rincewind.

Rincewind jest sprzedajny (czyżby magia imion?!) – najbardziej kocha tych, którzy zarządzają jedzeniem.

Rincewind jest – oj, trzeba to przyznać – rozpuszczony jak jasna cholera 🙂 Jeśli Sybiraczka nie zawoła go do łóżka w stylu „Koteczku kochany, Rincewindku malutki, chodź i połóż się na mojej poduszce” kot może: drapać kanapę bardzo głośno (bo przecież nie chodzi o pazury, tylko oto, żeby oni nie spali, jak on nie śpi), walić łapami w kartony, walić w drzwi, walić w podłogę koło Sybiraczki głowy. Nie wiem, czy robił to, kiedy razem mieszkaliśmy, ale ja mam bardzo mocno sen i byle stuki-puki mnie nie obudzą.

Esme patrzy na Ciebie.

Esme jest kotem tchórzliwym – raczej ciężko jest liczyć, że zobaczy się ją przy pierwszej wizycie. To kot, który naprawdę nie lubi obcych. Lubi za to (choć teoretycznie nie może) wędzoną, hiszpańską, cieniutko pokrojoną wędlinę, która w cudowny sposób zniknęła z mojego talerza, a zaraz potem Esme zniknęła pod szafką. I obyło się bez sensacji. Może wędlina była podobna w smaku do karimaty? 😉

I jeszcze kawałek ze Starego Bloga, bo Esme i Rincewind pojawiają się nie po raz pierwszy.

13 czerwca 2009
Ech…
Dzień dobry.
Całej pogodzie winny kot Rincewind i kotka Esmeralda!
A było tak – osoby niesłusznie uważające się za właścicieli wyżej wymienionych kotów, czyli Sybiraki, postanowiły wyrwać się z Miasta na Wieś – na wieczór, na noc i na następny dzień, ale w którymś momencie radosnego dnia wśród sadów pojawił się w ich odrażających ludzkich umysłach podły plan, aby zostać na kolejną noc.

A koty? Same? Głodne? O nie, drodzy PAŃSTWO.

Esmeralda poczęła ważyć napar w kotle – wydobywały się z niego ciężkie, czarne chmury.
Rincewind otworzył balkon, ubrał białą szatę.
Wyszedł na balkon, stanął na tylnych łapach i ryknął jak Saruman zagarniając kłęby czarnych chmur, które Esmaralda pracowicie gotowała w swoim kotle.
Rincewind – Saruman stał i ryczał na balkonie, a chmury leciały i leciały, aż w końcu doleciały na Wieś i zmusiły tak zwanych właścicieli do powrotu w kocie pielesze.
Ilekroć Sybirak albo Sybiraczka napomknęli o tym, żeby może jednak zostać, wiatr się wzmagał, deszcz lał się strumieniami, a czarne chmury nadciągały bezlitośnie.

Cóż, przynajmniej wiemy czemu.

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

15 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Dziś już ostatni odcinek o kotach, przynajmniej ze Starego Bloga. Kotów do opisania zostało mi jeszcze całkiem sporo 🙂

12 maja 2009
Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

Dzień dobry.
Dziś na smutną nutę, choć minęło już troszkę czasu.

Była sobie kiedyś kotka dzikuska – siedziała głównie za kanapą, emocjonalnie była raczej chłodna, a na rękach zachowywała się jak kot spetryfikowany i szukała tylko okazji do ucieczki. Próby uczynienia z niej kociaka przymilnego na nic się nie zdała, a może wręcz przeciwnie. To nie dziwne, koty w końcu znane są z tego, że wiedzą czego chcą.
Kotka na imię ma Dziewczynka, co nie jest może imieniem pierwszej urody. Teoretycznie jest kotem moim i Big B, ale nadal nie mamy jej gdzie trzymać, więc chyba już od roku mieszka z Owcą i jej przychówkiem – o którym niebawem.

Na początek zdjęcie, którego nie było, autorstwa AardvarKa. Owcy i Barana przychówek mniejszy i większy, mocno ze sobą spleciony.

Kotka zaszła w ciążę, pierwszą i urodziła pięć małych kociąt. Jak to zwykle u Owcy – wszystkie czarne jak węgiel. Kotki rosły i były takie, jak wszystkie małe kotki są – kochane.

Zdjęcia są robione komórką… więc musicie wierzyć mi na słowo, że nie są to małe myszy czy szczury.

Jak to u Owcy bywa pięć małych kotów rosło cudnie. Lubiłam wstawać rano, kiedy u nich nocowaliśmy, i przynosić wszystkie kociaki do łóżka – najpierw z lekka pełzały, a po jakimś czasie szalały przepięknie. Urosły i stały się takie:

Obok albo tata albo wuj.

Niestety – jeden kotek zachorował na panleukopenię, ukochana kotka Owcy. Bardzo się męczyła, a Owca nie chciała jej zostawiać pod kroplówką w lecznicy, nie było wiadomo, czy te dodatkowe męki uratują kota.
Wiecie, to był taki kot, który wszędzie za nimi łaził, zasypiał na ciele, przytulony do człowieka, najmniejszy, ale też najbardziej ciekawy świata. Ona pierwsza zaczęła gramolić się na zewnątrz z kartonu, podczas gdy jej rodzeństwo jadło i piło.
Smutno było na nią patrzeć, jak siedzi otępiała, wymiotuje, ma biegunkę. Kotka nikła w oczach, robiła się zimna, a weterynarze w zasadzie od początku nie dawali jej większych szans.
Cały czas miałam nadzieję, że uratują Gringa, ale wieczorem tamtego dnia Owca zadzwoniła z płaczem, że nie, że Gringo nie dała rady.
Nie wiem, czy to ona jest na tych zdjęciach.
Nadal bardzo mi jej żal. Miałaby świetny nowy dom i byłaby świetnym kotem.

I obowiązkowo nudne filmiki, z przychówkiem Owcy i Barana 🙂

pikfe

P.S. I wyjątkowo komentarz:

To Gringo jest na tych zdjęciach, na drugim jest razem z tatą – Maluchim.
~Baran i Owca, 2009-05-12 19:19

Kulturoznawca szuka pracy. Część druga.

13 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Dziś część druga i ostatnia o szukaniu pracy z dyplomem kulturoznawcy.

Ja wiem, że skończenie tych studiów to nie jakiś stygmat; wiem, że można się przekwalifikować i przecież tylko parę moich cv&lm było na stanowiska jakoś tam związane ze studiami. Tak zwana przeze mnie poniżej Nowa Praca była posadą księgowej w ogromnej korporacji księgującej. Z filmem noir niewiele ma to wspólnego.

Pięknym przykładem kulturoznawcy, któremu idzie dobrze jest moja przyjaciółka, Lisica. Za granicami Polski, z dyplomem teatrologa, została kierowniczką odpowiedzialną za budżet rządowej instytucji, ma pod sobą ludzi, a zaczynała tam od wolontariatu. Sama jednak mówi, że tam dyplom ma tylko takie znaczenie, że jest, a co się skończyło, to już rzadko kogo obchodzi.

07 stycznia 2009
Automat.

I zmiana tematu.
Uuu, aż ciarki przeszły mi po plecach, pewna firma odpowiedziała na moje cv takim oto mailem:

„Szanowna Pani/Szanowny Panie,
Dziękujemy bardzo za zainteresowanie naszą firmą oraz przesłanie aplikacji.
Uprzejmie informujemy, że po dokładnym przeanalizowaniu wszystkich zgłoszonych kandydatur skontaktujemy się z wybranymi osobami.
Pozdrawiamy serdecznie,
Dział Personalny”

Oczywiście, maila wystosował do mnie automat (przyszedł mniej więcej po godzinie od wysłania mojego), nie było nawet nazwiska. Napisał do mnie cały Dział! Dobrze, to niby miłe, ale przecież „serdecznie pozdrowił” mnie automat, tak mniej więcej, jak moje DVD mówi „hello”, kiedy je włączam. Ktoś kiedyś miał miłą intencję zaprogramowania maszyny na dobry i dobrze widziany uczynek i tyle.
Zależy mi na pracy, nawet bardzo, ale Cały Dział nie napisał w ogłoszeniu gdzie miałabym pracować, za ile, w jakich godzinach, ale oczywiście uraczono mnie tym, co zwykle w ogłoszeniach o pracę: stabilna firma, atrakcyjne zarobki, rozwój, fajny zespół… hm… nikt przecież nie napisze, że szef jest tyranem, pensja w zasadzie normalna, a godziny pracy to pełna dyspozycyjność albo praca na zmiany.
Wysyłam te cv, podaję wszystkie swoje dane (nie podam – od razu wyrzucą do kosza), a nie wiem nawet, co dokładnie miałabym robić, gdzie miałabym pracować, w jakich godzinach i za ile. Nie wybrzydzam, ale trochę mnie to dziwi.
W zasadzie to nie wiem nawet, czy ta praca by mnie interesowała, może od samego początku wiedziałabym, że nie. Trudno mi sobie wyobrazić powód „że nie”, to fakt, bardzo zależy mi na tym, żeby w końcu coś znaleźć, tak sobie tylko hipotetyzuję.
Moje hipotetyzowanie i zamysł nad mailem od automatu wynika pewnie z faktu, że to nie pracodawcy starają się o mnie, tylko ja o nich, ale naprawdę – być może w Działach Personalnych „dokładnie przeanalizowuje” się moje cv całkiem niepotrzebnie i to nie tylko dlatego, że  „nie spełnia oczekiwań/ wymagań”, ale też dlatego, że gdybym miała możliwość poznania bardziej dokładnie warunków, na jakich miałabym pracować, nie zdecydowałabym się aplikować. I myślę, że nie jestem jedyna.
Wiem, że takie rozmyślania to … bzdury w zasadzie, bo to się nie zmieni, a pewnie będzie jeszcze gorzej, bo jeszcze więcej będziemy dostawać „serdecznych pozdrowień” od automatów.
Poza tym to naprawdę chciałabym znaleźć już pracę, bo niebawem zrobię się malutka jak łepek od szpilki, a moje samopoczucie będzie podobne do samopoczucia człowieka, który stał się łebkiem od szpilki.

13 stycznia 2009
Takie tam.

Dobry wieczór.
Na początek:
1. pracuj.pl: Twojego profilu jeszcze nie odwiedził żaden pracodawca.
2. gazeta.pl: CV_pikfe :  Oglądane 0 razy.
3. wp: Nie masz nowych wiadomości.

16 stycznia 2009
Piątek w niezłym humorze.

Dzień dobry.
Dziś naprawdę nieźle zaczęłam dzień – od wysyłania cv i lm (listów motywacyjnych). Doprowadza mnie na skraj załamania nerwowego – zwłaszcza pisanie lm na stanowisko… sprzedawcy w sklepie. Na sprzedawcę jednak też mnie nie chcą. Dziś po raz pierwszy zaryzykowałam stolicę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. (…)
Jednak znalazłam prawdziwą perełkę, mającą trochę wspólnego z moim wpisem „automat”, a dotyczącą tego, jak pracodawcy opisują stanowisko i warunki pracy.Otóż natrafiłam dziś na takie ogłoszenie: „Opis stanowiska: Magazyn dzianin”
Koniec.

17 stycznia 2009
Sobota automatem.

Dziś a propos wysyłania sowich cv&lm do stolicy. Znalazłam fajny portal z ogłoszeniami o pracę, czasem znajdzie się nawet coś dla kulturoznawców. I co w naszym województwie?
„Oferty pracy.Wyniki wyszukiwania:Nie znaleziono żadnych ogłoszeń.”
Z ciekawostek nazewniczych – „windykator” to teraz… „negocjator terenowy”.

20 stycznia 2009
Odwilżowy wtorek.

Trzecia rzecz: byłam na rozmowie kwalifikacyjnej, cud się zdarzył i odpowiedziano na moje cv&lm. Rzecz pewnie jeszcze długo będzie się rozstrzygać, mam nadzieję, że w końcu rozstrzygnie się pozytywnie, choć trudno nazwać to pracą marzeń.I jutro idę na drugą rozmowę, zobaczymy.Jednak nie o tym chciałam – przed rozmową miałam dość silne postanowienie, żeby nie czytać internetowych poradników w rodzaju „jak przetrwać” i innych symulacji, ale Sybiraczka jakoś mnie na gg namówiła i prawie umarłyśmy ze śmiechu.
„Co powiedzieliby o pani dotychczasowi przełożeni?”
„Potrafi Pani pracować pod presją czasu? Proszę podać dowody.”
„Jakie są Pani wady?”
„Jakie są Pani zalety?”
„Czy gdyby Pani mogła cofnąć czas, wybrałaby Pani ten sam zawód co obecnie?”
„Jaka była Pani największa porażka?”
„Czy miała Pani kiedykolwiek kłopoty finansowe?”
„Proszę opowiedzieć o trudnym problemie, z którym musiała się Pani uporać.”
To właściwie jest sprawdzian tego, jak dobrze umiemy wciskać bajki. No bo co? Powiem, że moją wadą jest to, że wynoszę z roboty gumki i ołówki? Przyznam się?Czy może wyznam, że nienawidzę mojego zawodu, a powodem, dla którego ciągle w nim tkwię jest mój „brak elastyczności i umiejętności dostosowania do nowych sytuacji”?A może wyznam, że moje dotychczasowe szefostwo mnie nie lubi, uważa za mało ważny trybik, pomija przy awansach i nie daje podwyżek, bo mam małe dziecko i kiedy ono choruje, to ja też? JASNE.Będę błyszczeć jak brylancik oszlifowany i używać słów „kreatywna”, „elastyczna”, „nowe wyzwania”, „samorealizacja”, „kariera”, „aktywnie” i „warunki płacowe”. I tylko problem w tym, że to nie ja będę, tylko jakieś zombie powtarzające to, co TRZEBA.
Ale: nie taki diabeł straszny. Moja rozmowa była w zasadzie przyjemna i żadne z tych dziwnych, pokręconych pytań nie padło. Była rzeczowa, konkretna, w miłej atmosferze.
Tylko, że jeszcze nie zadzwonili.

W między czasie byłam na rozmowie w firmie head-hunterskiej, a potem w korporacji, w której miałam pracować. Wszystko odbyło się miło i sympatycznie, w sumie bez masy jakiś głupich pytań i niepotrzebnego zadęcia. Naprawdę byłam zadowolona, a nie pisałam o tym, bo przecież nie mogłam zapeszyć 😉 W korporacji powiedziano mi, że zajście w ciążę to nie jest żaden problem, a kiedy – zanim jeszcze poszłam do tej pracy pierwszy raz – powiedziałam, że jestem w ciaży, nikt nie kazał mi spadać, ale wręcz przeciwnie – powiedzieli, że może coś się znajdzie na innym stanowisku (poprzednie wiązało się z co najmniej dwumiesięcznym wyjazdem). No, ale potem poroniłam i cała ta historia jest już w poniższych wpisach.

02 marca 2009
Żywot farciary i żal.

Dobry wieczór.Mam sporo szczęścia – jestem już w domu, ciąża pozamaciczna pozostała w sferze podejrzeń. I całe szczęście. W Nowej Pracy (o której jeszcze napiszę, ale nie dziś) zrozumieli, że nie mogłam przyjść pierwszego dnia na oficjalne rozpoczęcie i bez żadnej łaski powiedzieli, że mogę przyjść jutro. To miłe i budujące. Nawet nie umieram na zawał przed tym pierwszym dniem, a podejrzewałam, że to może się zdarzyć.

03 marca 2009
Śmierć idealistki.

Dzień dobry.
W nocy kiepsko spałam – denerwowałam się chyba pójściem do pracy, która oficjalnie zaczęła się wczoraj, ale ja miałam w tym czasie badanie usg w szpitalu. Jak napisałam wczoraj, ludzie z Nowej Pracy powiedzieli, że mogę przyjść ten jeden dzień później.
Rano wstałam, skontrolowałam gardło Stalkera, które okazało się być czerwone i zapadła decyzja, że zamiast do szkoły pójdzie do lekarza, więc miałam więcej czasu, żeby się przygotować nie musząc go odprowadzać.
Spakowałam herbatę, kawę, cukier, kubek, dokumenty, nawet śniadanie i dwa jabłka, po czym wsiadłam w tramwaj i przez zamglone miasto pojechałam do Nowej Pracy.

Nie dostałam Nowej Pracy – już na miejscu okazało się, że mój stan zdrowia („poronienie całkowite”) nie predestynuje mnie do wyjazdu na szkolenie do Francji, bo przecież dzień przed owym wyjazdem mogę zadzwonić, powiedzieć, że źle się czuję i nie pojechać. No bo jak było z tym szpitalem? Przecież nie przyszłam Pierwszego Dnia do pracy.
Szczerze mówiąc nawet o tym nie myślałam – jeśli jest nawet małe prawdopodobieństwo krwotoku do brzucha i utraty jajnika, coś takiego jak Pierwszy Dzień w Nowej Pracy przestaje się liczyć. Mimo tego napisałam do Nowej Pracy maila informując, jaka jest moja sytuacja, zadzwoniłam przed i po badaniach, powiedziałam, że wszystko jest ok.
Wcześniej też byłam głupia i naiwna, choć mnie przed tym ostrzegano – napisałam, że prawdopodobnie jestem w ciąży. Dostałam bardzo miłego maila, że szczerość się liczy, że jestem godna zaufania. I teraz wyszło, że kręcę – jestem w ciąży, nie jestem, ląduję w szpitalu.

Na poziomie lodowatej racjonalności rozumiem tą decyzję, ale emocjonalnie to kop.
Odbieram to trochę jako karę za to, co przeszłam i za to, że uczciwie o tym informowałam. Trzeba być suczą suką, a nie bawić się w pisanie szczerych maili w nadziei, że ktoś to doceni. Teoretycznie dano mi – za co powinnam być ogromnie wdzięczna – trzecią (?) szansę – gdzieś w kwietniu, pod koniec, może mnie przyjmą, do tego czasu mam się relaksować, badać (ciekawe skąd mam wziąć ubezpieczenie? Będę musiała zarejestrować się jako bezrobotna) i czytać książki, skoro tak to lubię (w końcu – jestem szczęściarą, że mam jeszcze tyle wolnego i mogę sobie poczytać). W sumie, przez cały okres bezrobocia nie przeczytałam ani jednej książki, teraz mam nieprawdopodobną szansę nadrobić te zaległości, hmmm.

Chciałam tej pracy, choć mijała się z moimi marzeniami, ale przecież „(…) kobieta, która chce uprawiać literaturę, musi mieć pieniądze i własny pokój.” (Virginia Woolf, „Własny pokój), a ja miałam na to szanse tylko pod warunkiem, że dostałabym tę pracę.
Chciałam się starć i uczyć, także po to, żeby mieć czym zająć głowę w tym trudnym dla mnie czasie. Naprawdę chciałam być uczciwym i pracowitym pracownikiem, który przykłada się do tego, co robi. Nowa Praca na początku wzbudziła bardzo dobre uczucia – rozmowy kwalifikacyjne bez zadęcia, dobre warunki, rzekome docenienie mojej szczerości. Jak to Owca napisała, kiedy powiedziałam jej, że odpowiedź na mojego maila o ciąży była przemiła – „takie zachowania jak twoje i takie odpowiedzi jak Nowej Pracy pokazują, że może nie jest jeszcze tak tragicznie na tym świecie.” No tak. To nasze frajerstwo życiowe.

Bardziej optymistycznie patrząc, chwilę po tym, jak się popłakałam i załamałam, już wtedy, kiedy udało mi się wzniecić w sobie gniew na świat – jest we mnie coś, czego ta sytuacja w ogóle nie dotknęła; rdzeń mojej osobowości po którym to wszystko spływa; duma, której Nowa Praca nie złamie. Właśnie tam dzień dzisiejszy nawet nie dotarł. Jestem twarda, nie wpadnę w depresję, nic z tych głupich rzeczy. Ludzie nie wyprowadzą mnie w ten sposób z równowagi, chociaż może to tak wyglądać. Myślę, że właśnie ta odporność psychiczna uczyniłaby ze mnie dobrego pracownika – są w końcu rzeczy na tym świecie, które trzeba przeżyć i przeboleć, a kupa faktur do zrobienia jest przy nich czymś lekkim jak piórko. Mam w sobie tak dużo miłości, którą kochani rodzice i kochani dziadkowie i Owca obdarzyli mnie za dziecięcych lat i tak dużo miłości, którą obdarzają mnie nadal, od paru lat razem z Big B, że takie akcje przejdą do pomroku dziejów.

Dziś jednak dzień podziękowań za pozbawianie ludzi złudzeń, za pokazanie, jak należy postępować, żeby dostać pracę. Powinnam łgać jak cham i tyle. Potłuc lustra w domu, żeby czasem nie natknąć własną twarz i łgać od początku do końca. Za moją szczerość dostałam być może tę trzecią szansę (pierwsza była chyba wtedy, kiedy napisałam, że jestem w ciąży; druga – kiedy napisałam, że nie jestem; trzecia jest pewnie teraz – tak sobie myślę, ale farciara ze mnie), tym razem już nieco błyszczącą od łaski. Bo ja powinnam być wdzięczna – to wszystko to troska o Nową Pracę i o mnie – właśnie w tej kolejności. Teraz mam czas na relaks, taki czas, żeby sobie przemyśleć, jak postępować na tym świecie, żeby z obiegu nie wypaść. Przemyślę to dobrze.

Przypomina mi się „Apollo 13” – kto został zdrowy, choć miał być chory i kto poleciał zdrowy, ale się pochorował. Cóż, nie jego wina.

Po tym wszystkim wyjechałam Na Wieś, do Big B i już tu zostanę, w roli bardzo dla mnie zaskakującej – sadowniczki.

pikfe

P.S. Jutro chyba jakieś refleksje o poszukiwaniu pracy.

Kulturoznawca szuka pracy. Część pierwsza.

12 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Postanowiłam zgromadzić razem wszystkie mojego posty(ze Starego Bloga), które dotyczyły poszukiwania pracy. Myślę, że to lektura dość ciekawa będzie.

Ja chciałam tylko przypomnieć, że skończyłam studia wyższe, z oceną bardzo dobrą na dyplomie, całkiem nieźle znam dwa języki, tylko doświadczenia brakowało. Niemądra byłam, zamiast na staże, wolałam jeździć na korepetycje, bo bardzo to lubiłam.

17 listopada 2008
Poniedziałkowy wieczór.

Dobry wieczór.
Pogoda paskudna, zimno i pada i już naprawdę wcześnie robi się ciemno. To dość męczące widzieć słońce tylko rano z tramwaju – o ile oczywiście jest słoneczny dzień.
Zwolniłam się dziś z pracy już całkiem oficjalnie, zostaje mi popracować do końca tygodnia, dokończyć swoje sprawy. I chociaż nie mam pracy od następnego poniedziałku, to mimo wszystko się cieszę, bo teraz wiem, że moja praca nie okazała się tym, czym na początku wyobrażałam sobie, że będzie.
Jeśli po niecałych dwóch miesiącach traci się całkowicie zapał i wiarę w siebie, a narasta poczucie niedocenienia i bezsilności, to chyba nie ma sensu.
Nie zwolniłam się z powodu mojej śmiesznej nieco pensyjki, tak samo jak nie zatrudniłam się z jej powodu. Chciałam coś robić, niestety okazało się, że moje pomysły są gorsze oraz za kosztowne (nie uważam, żeby takie były). Nasze wizje były całkowicie różne, dyplomatycznie rzecz ujmując.
Czułam się niedoceniona, a mój początkowy entuzjazm został pokonany w przeciągu niecałych dwóch miesięcy, w trakcie których nauczyłam się, że moje pomysły powinny być realizowane za darmo oraz że nie mam co liczyć na żadne rady, poza „zastanowimy się”. Nie chciałam świecić oczami i powtarzać tego samego ludziom wokół, liczyłam za to na konstruktywną krytykę, dyskusję, chociaż podjęcie próby wyjaśnienia mi, dlaczego nie, dlaczego pomysł jest zły lub może i dobry (za darmo), ale zbywany tylko „ach”.

27 listopada 2008
I kolejny dzień…

Wysyłanie CV – któregoś z kolei CV bez odpowiedzi – ma w sobie ogromny ładunek negatywnych emocji, że tak to jakoś głupio ujmę. Wiem, że mi nie odpowiedzą, a mimo tego to robię, wygrzebuję jakieś oferty na różnych portalach i za każdym razem mam wrażenie, że razem z tym głupim mailem wysyłam trochę swojej pewności siebie,
a niestety – nikt nie odsyła mi jej z powrotem.
Czy naprawdę tak łatwo jest wyrzucić moje pięć lat studiów i dwa języki do kosza tylko dlatego, że nie jest to wykształcenie kierunkowe albo że brakuje doświadczenia?
Okazuje się, że moje subiektywne poczucie własnej wartości – jestem inteligentna, zdolna, łatwo się uczę etc. – jest całkowicie sprzeczne z całkiem zdawałoby się obiektywnymi sformułowaniami z CV.
Nie ma znaczenia, jakim jestem człowiekiem, tylko jakim mogłabym być pracownikiem, a jak widać po mojej skrzynce mailowej, pracownikiem za szybko nie zostanę, a przecież to, jakim jestem pracownikiem liczy się do tego, jakim jestem człowiekiem.
Obiektywnie, czarno na białym – jestem do kitu. Smutne.

30 listopada 2008
Niedzielny wieczór.

Mało pisałam w tym tygodniu, szczerze mówiąc niespecjalnie miałam ochotę po rozsyłaniu CV i listów motywacyjnych, na które nikt nie odpowiada. Pewnie lepiej zrobiłabym pisząc bloga, bo tu jeszcze od czasu do czasu ktoś zajrzy i chociaż przeczyta. (…)

Nachodzą mnie takie myśli niezbyt pozytywne: co można powiedzieć o osobie, która ma 26 lat, nadal mieszka z mamą i nie pracuje? Co byście o niej powiedzieli, gdybyście mnie nie znali? 😦
Mimo wszystko trudno jest w ten sposób o sobie nie myśleć.

02 grudnia 2008
I już nie taka znowu nowość.
Dobry wieczór.
Oto minął kolejny dzień naznaczony milczeniem w sprawie cv. Dość frustrujące, ale nie siedzę z założonymi rączkami/ nie płaczę pod kołdrą/ nie snują mi się p0 głowie myśli samobójcze. Wróciłam do pisania mojego starego opowiadania i sprawiło mi to ogromną frajdę. Napisałam list do przyjaciółki. Prasowałam i sprzątnęłam w domu, żeby nie czuć się całkiem bezużyteczną. Ze Stalkerem pouczyłam się angielskiego. Znalazłam w domu kolejną książkę do przeczytania. Nie było tak źle.

09 grudnia 2008
Wtorkowe przedpołudnie.

Dzień dobry.
Dwa powody, żeby studiować na politechnikach, a nie na kulturoznawstwach 😉
1.pracuj.pl: Twojego profilu jeszcze nie odwiedził żaden pracodawca.
2. gazeta.pl: CV_pikfe :  Oglądane 0 razy.

17 grudnia 2008
Wtorkowe smutne refleksje.

Ech,
1. pracuj.pl: Twojego profilu jeszcze nie odwiedził żaden pracodawca.
2. gazeta.pl: CV_pikfe :  Oglądane 0 razy.
3. wp: Nie masz nowych wiadomości.

18 grudnia 2008
Sam początek czwartku.

Wow, dostałam dziś odpowiedź na maila w sprawie pracy.

„Szanowna Pani,
Bardzo dziękujemy za wyrażanie zainteresowania pracą w firmie x.
Pani aplikacja została przez nas rozpatrzona, jednak na kolejny etap rekrutacji zaprosiliśmy inne osoby.
Z poważaniem.”

19 grudnia 2008
Bardzo wcześnie w piątek.

P.S. 2 I z codziennych komunikatów:
1. pracuj.pl: Twojego profilu jeszcze nie odwiedził żaden pracodawca.
2. gazeta.pl: CV_pikfe :  Oglądane 0 razy.
3. wp: Nie masz nowych wiadomości.

Koty, które były i koty, które są. Część czwarta.

8 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Znów mamy kolejny wtorek, czas szybko leci. Dziś dodatkowo nudne filmiki o Liszu, jak zawsze tutaj – bez point 😉

29 stycznia 2009
Koty, które były i koty, które są. Część czwarta.

Dzień dobry.
Dziś o kocie, który od pewnego czasu jest i ma się dobrze.

I dużo zdjęć. I nawet dwa nowe, choćby to powyżej.

Kot ów przywędrował do nas czas jakiś po Epim i Dużym Kocie i jak to u nas – nie obyło się bez problemów. Okazało się, że dzieci jakieś popaliły trochę kocie wąsy i brwi substancją żrącą, do czego właściciele nie chcieli się przyznać, ale brak brwi i wąsów z jednej strony był rażący, więc w końcu przyznali, co przyznać powinni.

Nie czuł się jednak dramatycznie źle. Jakość tego filmiku jest… hmmm… w każdym razie w rzeczywistości Lisz nie jest białym, płaskim duchem.


U weterynarza okazało się, że to nie jest trwałe uszkodzenie i kotowi (tak piszę, bo Stalker tak mówił, jak był mały i tak nam zostało) nic nie będzie.

Nazwa kota? Długa tym razem, w pełnej wersji przedstawiamy go tak „Oto Tralalaliszek, dla przyjaciół Liszek, dla wrogów Tralalisz”. Nasz weterynarz ma ewidencję komputerową kotów naszych, za każdym razem miło jest patrzeć na jego minę, kiedy jego oczom ukazuje się długa lista: Erwin, Fred, Epi, Duży Kot, Kubeł, Tralalaliszek, Myszowaty, Zołza, Siódmy… Imię Liszek jest bardzo dobre, krótkie i wygodne, a kot na nie reaguje.

W ogóle moim zdaniem koty z reguły (przynajmniej moje)reagują na imię, tylko akurat niekoniecznie mają ochotę nie zrzucać małego przedmiotu z parapetu albo przestawać kopać dołek w doniczce.

Liszek nigdy nie był kotem przesadnie towarzyskim –pierwszego dnia u nas w domu darł okrutnie paszczę, aż w końcu ułożyłam się tyłem do świata na łóżku, owinęłam kota w poły mojej wielkiej, długiej,ciepłej, wełnianej spódnicy i w końcu był cicho.

Mały Liszek w starym kinie. Od razu dementuję – kot nie choruje na pikselozę.


Lubił się z nami bawić, ale zwykle były to zabawy we wściekłe atakowanie, a że sierść miał na początku lichą, wyglądał dość zabawnie w wojowniczych pozach.


Zwróćcie uwagę na to pierze na ogonie 🙂

Kotek był malutki, kiedy do nas przywędrował, chyba nawet trochę zbyt mały, żeby zabierać go od mamy. Mamy bardzo dużo zdjęć, dlatego tyle ich tu jest, nie wiedziałam, co wybrać…

I filmików też mam parę…

Lisz urósł duży, ma potężne łapy, wielki łeb (bo jakoś trudno powiedzieć łepek), szerokie bary, waży pewnie około sześciu kilo.


W domu jest przesadnie spokojny – śpi po osiemnaście godzin dziennie w swoim domku w mojej szafie (w szafie zostały tylko jasne ubrania,czarne są zamykane w innej), czasem pobiega trochę jak głupi po schodach,przejdzie się po domu, znajdzie paprocha i trochę nim porzuca, albo podręczy naszą kotkę, przy czym należy zauważyć, że ona częściej dręczy jego.

Nie lubi być przytulany, czasem przyjdzie ugniatać trochę brzuch, co przy jego masie nie należy do najmilszych doświadczeń, ale skoro już przyszedł, to zwykle go nie przeganiamy. I cierpimy 😉

Z czasem całkowcie zniknęła mu czarna plamka z czubka łebka, teraz jest już zupełnie biały i naprawdę urósł duży, ale w domu nie należy do najszczęśliwszych. Szalał na działce i tak tam wyrósł, że po dwóch tygodnich niewidzenia kota, z trudem go poznałam. Wyglądał jak mały czołdżek i przestał być koci w dotyku, jeśli wiecie, co mam na myśli. Zrobił się potężnym, umięśnionym kocurem i nie okazywał szczególnego przywiązania do domu – znikał na dwie, trzy doby, a przecież dziki Fred meldował się zawsze każdego ranka.

Lisz znalazł na działce koteczkę, razem się włóczyli i chyba dlatego nie miał ochoty pokazywać się w miejscu, gdzie stała klatka, w której wstrętne baby zabierały go domu, gdzie przecież jest przeraźliwie nudno.

Lisz jest zdecydowanie najszczęśliwszy na działce, dopiero tam staje się prawdziwym kotem, a nie wyrośniętym i rozleniwionym kociakiem, który całe dnie spędza w swoim ciepłym domku. Czy nie ładnie wygląda?

Z Liszkiem problem jest jeden – nie chce jeść nic poza suchą karmą. Żadnych saszetek, puszek, żadnego mięsa, nic po prostu poza… sałatą.

Ulubiona zabawa kota, który śpi całe dnie to bycie przykrywanym przez prześcieradło i odkopywanie się w kociej furii oraz zagryzanie dywanu – dostaje świra, wystarczy tylko poruszyć dywanem, a kot już nawet nie wie, gdzie by tu kąsać i gryźć.

I na koniec – spróbujcie tak się ułożyć. To naprawdę zdrowy kotek.

A już na samiuteńki koniec – Lisz, który się myje. Wyrośnięty, wielki kocur.

pikfe