Archive for the ‘Stary blog’ category

Czteroletnica.

Czerwiec 10, 2010

Dzień dobry.

W ten upalny dzień obudziliśmy się razem ze świadomością, że on jest mój, a ja jego już od czterech lat.

Z racji pogody całe popołudnie spędziliśmy z dziećmi w cieniu lipy, czytając książki i gazety. Kiedyś te rocznice miały dla nas większe znaczenie – nie mieszkaliśmy razem, więc na coś tam się człowiek szarpał, a to jakiś wyjazd jednodniowy, a to famtastyczne prezenty.

No… po prawdzie, to w tym roku też kupimy sobie fantastyczny prezent, ale razem, do spółki – kolekcję książek Lema.

Wyjazdu dziś nie było, bo nie jesteśmy samobójcami, a jutro do pracy na piątą… 🙂

Z tej okazji wpis ze Starego Blogu, z zeszłego roku. Nic bym w nim nie zmieniła, jak było, tak jest.

16 czerwca 2009
Trzyletnica.
Dzień dobry.
Nie tak dawno temu mieliśmy z Big B trzyletnicę, o czym chyba wspominałam pobieżnie.
Trzyletnica minęła spokojnie i bez szaleństw, pewnie też dlatego, że dwa wcześniejsze dni spędziliśmy na sporach i kłótniach, a chociaż może tego po nas nie widać, to powalczyć umiemy.

Pamiętam, że dawno, dawno temu (w zasadzie to już pomroki dziejów) Lisica mówiła mi, że Big B się zmieni. Że zmieni się między nami. Że już nie będzie tak, jak dawniej.
Ha! Wcale jej nie uwierzyłam. No bo co niby miało by się zmienić? Big B będzie mnie gorzej traktował? Nie będzie taki kochany? Zmieni się w potwora?

Ja Wam powiem, co się zmienia.

Kiedyś: Kochanie, pomasować Ci stopy?
Teraz: Kochanie, dłużej nie mogę masować, bo gra mi się wczytała.

Kiedyś: Jesteś głodna?
Teraz: Co na obiad?

Kiedyś: Idę do sklepu. Masz ochotę na biały ser?
Teraz: Może pójdziesz do sklepu? Mam ochotę na biały ser.

Kiedyś: Oglądamy Przeminęło z wiatrem?
Teraz: Kupiłem Kompanię braci!

Kiedyś: Ślicznie wyglądasz, mój aniołku.
Teraz: To nie jest twój kolor, mój aniołku.

Kiedyś: Bardzo ładna torebka.
Teraz: Po co ci jeszcze jedna torebka?!

Kiedyś: Pośpij sobie, kochanie.
Teraz: Jeszcze w łóżku?

Kiedyś: Kotku, chcesz czegoś do picia?
Teraz: Kotku, zrobisz kawki?

Niby nic.
Ale jednak coś.

Z drugiej strony jednak – już nie muszę się wstydzić, że jestem człowiekiem. Nie stresuję się tak, jak kiedyś, że…
Rano nie wyglądam najlepiej.
Pocę się, jak jest gorąco.
Chce mi się siku, jak jedziemy parę godzin.
Czasem zakładam mało wyjściowe ciuchy.
Mam przestój w czytaniu.
Zapomnę o czymś.
Jest mi smutno z błahego powodu.

Jest inaczej. Ale nie jest gorzej.

pikfe

P.S. Z 10. czerwca 2010: Wierzę, że z Big B nigdy nie będzie gorzej. Może tylko kiedyś być trudniej, ale postaramy się, żeby i tak było pięknie.

Reklamy

Stary blog raz jeszcze.

Kwiecień 17, 2010

Dzień dobry.

Powrócę jeszcze do Starego Blogu, muszę w końcu zamknąć z nim sprawę. No i może niebawem będę miała dwa koty, muszę się więc dokładnie wczytać 🙂

26 kwietnia 2009

Dzień dobry.

Dziś CTRL C i CTRL V, ale myślę, że warto.

Jestem kotem i mam pewne niezbywalne prawa.

  1. Mam prawo chodzić po twojej twarzy kiedy zechcę i w dzień, i w nocy.
  2. Mam prawo przyglądać się wszystkiemu, co się dzieje w łazience i odpowiednio to komentować. Co więcej, mam prawo poczytywać sobie każde zamknięcie drzwi za jawną obrazę.
  3. Ma prawo obwąchiwać twoje buty, ażeby ustalić, czy się nie zadawałeś ani nie zabawiałeś z jakimś wysoce podejrzanym zwierzęciem lub czy nim się nie zajmowałeś.
  4. Mam prawo asystować ci przy przygotowywaniach wszelkich posiłków, spożywaniu ich i sprzątaniu.
  5. Mam prawo budzić cię o trzeciej nad ranem, jeżeli nie odpowiada mi zawartość mojej miski.
  6. Mam prawo przewrócić każdy pojemnik z wodą, którą uznam za niezdatną do picia.
  7. Mam prawo używać nieparlamentarnych wyrażeń i zwrotów pod adresem wiewiórek i ptaków, które ośmielą się pokazać za moimi oknami.
  8. Mam prawo przeglądać wszelkie produkty spożywcze, jakie zostaną przyniesione do domu. Ponadto mam prawo mieszkać w każdej papierowej torbie lub kartonie, jakie znajdują się w domu, tak długo, jak będę miał ochotę.
  9. Mam prawo fundować sobie drzemkę o każdej porze i w każdym miejscu , gdzie mi się podoba, bez obawy, że zostanę usunięty, tylko dlatego, że będziesz chciał sobie usiąść, umyć ręce lub popisać na komputerze.
  10. Mam prawo sypiać na każdym urządzeniu, które jest ciepłe.
  11. Mam prawo uczestniczyć w każdej zmianie pościeli i polować na Zjawy Urojone ukrywające się pod kołdrą.
  12. Mam prawo zachować wyniosłą rezerwę, kiedy zbesztasz mnie za to, że przez pomyłkę wziąłem twoje palce za rzeczowne Zjawy Urojone ukrywające się pod kołdrą.
  13. Mam prawo mordować rolki papieru toaletowego, które w przeciwnym razie mogłyby w nocy na ciebie napaść.
  14. Mam prawo do twojej całkowitej uwagi, zawsze gdy zabierasz się do czytania albo do pracy.
  15. Wreszcie mam prawo być kochany, wygłaskiwany, rozpieszczany i zabawiany, gdyż,jak ci wiadomo, wszystko, co najlepsze w życiu, wywołuje mruczenie.
  16. A gdybyś niechcący zbłądził, łaskawie ci wybaczę. W końcu jesteś tylko człowiekiem, ale i tak cię kocham.

Znalezione na http://kocio-kwik.blogspot.com/

pikfe

Nasz kot idzie do nieba.

Styczeń 17, 2010

Dzień dobry.

Dziś na blogu króciutkie opowiadanie Margaret Atwood, które już kiedyś pojawiło się na Starym Blogu. Dla mnie nawet przy piętnastym czytaniu nie traci nic ze swojego uroku.

Nasz kot idzie do nieba.
Margaret Atwood

Nasz kot został raptownie wzięty do nieba. Nigdy nie lubił dużych wysokości, więc usiłował wbić pazury w tego niewidzialnego węża, olbrzymia dłoń, czy też orła, za których przyczyna musiał tak się wznosić, nie miał jednak szczęścia.
Gdy dostał się do nieba, było tam wielkie pole. Po polu biegało mnóstwo różowiutkich małych stworzonek, które na pierwszy rzut oka wydały mu się myszami. Potem dostrzegł siedzącego na drzewie Boga. Anioły latały wokoło, trzepocząc skrzydłami; furkotały, jak gołębie. Co jakiś czas Bóg wyciągał swoją wielką, pokrytą futrem łapę, chwytał jednego z nich w powietrzu i chrupał. Na ziemi pod drzewem leżało pełno ogryzionych anielskich skrzydeł.
Nasz kot podszedł grzecznie do drzewa.
– Miau – powiedział nasz kot.
– Miau – odparł Bóg. A właściwie bardziej zaryczał.
– Zawsze myślałem, że jesteś kotem – powiedział nasz kot – ale nie byłem pewien.
– W niebie wszystkie sprawy się wyjaśniają – odparł Bóg. – W takim kształcie postanowiłem ci się objawić.
– Cieszę się, że nie jesteś psem – odparł nasz kot. – czy mógłbym może odzyskać moje jądra?
– Oczywiście – odparł Bóg. – Są za tamtym krzakiem.
Nasz kot zawsze wiedział, że jego jądra gdzieś muszą być. Pewnego dnia obudził się z dość nieprzyjemnego snu i już ich nie było. Wszędzie ich szukał – pod kanapami, pod łóżkami, w szafach –  a one cały czas były tutaj, w niebie! Podszedł do krzaka i oczywiście oba tam były. Przytwierdziły się do niego natychmiast.
Nasz kot był bardzo zadowolony. – Dziękuję – powiedział do Boga.
Bóg czyścił swoje eleganckie, długie wąsiki. – De rien * – powiedział.
– Czy mógłbym pomóc ci łapać anioły? – zapytał nasz kot.
– Nigdy nie przepadałeś za dużymi wysokościami – odparł Bóg, wyciągając się na gałęzi w słońcu. Zapomniałam dodać, że świeciło słońce.
– To prawda – przytaknął nasz kot. – Nie przepadałem. – Było kiedyś parę peszących przygód, o których wolał nie pamiętać. – A może chociaż te myszy?
– To nie myszy – odpowiedział Bóg – Ale łap sobie, ile chcesz. Tylko nie zabijaj ich od razu. Niech trochę pocierpią.
– Mam się nimi pobawić? – zapytał nasz kot. – Kiedyś zwykle miewałem przez to kłopoty.
– To kwestia semantyki – odparł Bóg. – Tutaj nie będziesz miał przez to kłopotów.
Nasz kot wolał zignorować tę uwagę, ponieważ nie wiedział, co oznacza „semantyka”. Nie zamierzał wyjść na głupiego.
– Jeśli nie myszy, to co? – zapytał. Zdążył już na jedną skoczyć. Teraz przytrzymywał ja łapą. Rzucała się i cichutko popiskiwała.
– To dusze ludzi, którzy byli źli na Ziemi – odparł Bóg, mrużąc swoje żółtozielone ślepia. – A teraz przepraszam, czas uciąć drzemkę.
– W takim razie co robią w niebie? – zapytał nasz kot.
– Nasze niebo jest dla nich piekłem – odpowiedział Bóg. – Lubię mieć wszechświat w równowadze.

* nie ma za co (fr).
Margaret Atwood, „Nasz kot idzie do nieba” (całość) [w]: „Namiot”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2007.

umieściła na stronie

pikfe

Trzy części Wyobraźni.

Styczeń 16, 2010

Dzień dobry.

Dziś wspominka ze Starego Blogu.

23 czerwca 2009
Wyobraźnia.
Dobry wieczór.
Mam dwie siostry – Owcę i Sybiraczkę.

Kiedy byłyśmy dziećmi, łączyły nas szczególne więzy. Wspólne zabawy lalkami, ferie spędzane razem, bale czarownic, nieprzespane noce, zabawy w „Ściganego” i „Drużynę A”, ale też w szpital pluszaków. Razem przeżywane pierwsze miłości, pierwsze pocałunki, pierwsze ludzkie okropności.

Ale przede wszystkim – cały wielki świat tylko nasz.
Ferie w Marville z reprezentacją Francji w piłce nożnej.
Ratowanie zaspołu The Kelly Family z rozwalonego balonu.
Czarownica Kunegunda z lasu na Drugiej Działce.
Wakacje w Paryżu z Zidanem (TYM Zidanem), który nas gonił zapamiętale.
Akademicy – czarownicy na kulturoznawstwie.
John McClane  trenujący Tommy’ego Lee Jonesa na asfaltówce przed Drugą Działką.

To wszystko w opowiadaniach, które pisałam, a potem czytałam na głos.
Eskapizm? To już był chyba nawet ESKEJPIZM, ale było fantastycznie – mamy dużo wspólnych wspomnień ze zdarzeń, które nigdy się nie wydarzyły.

Ale kiedy Owca pyta, czy pamiętamy mecz w schronisku w Marville, to my pamiętamy.
Kiedy Sybiraczka wspomina dwie angielskie turystki i jedną amerykańską, to my doskonale wiemy, kiedy i dlaczego się przebierałyśmy.
Kiedy ja pytam o komnatę pod wanną w Kamienicy, to one wiedzą, o co chodzi.

I to jest piękne.

pikfe
pikfe (21:45)

24 czerwca 2009
Kamienica. Wyobraźni część druga.
Dobry wieczór.

„To był mały, niezwracający na siebie uwagi budynek w centrum miasta.  (…) Elegancka i stylowa brama z początków wieku rozpadła się kilka lat wcześniej. Podwórko pozostało brukowane, ale już w niczym nie przypominało przyjemnego mieszczańskiego podwórka, którym było kilkadziesiąt lat temu. Dzikie wino pnące się po kablu telefonicznym porastało całą prawą oficynę. Wszędzie walał się gruz i kawałki papy. Koło szopki stała ogromna czerwona kanapa, w której latem mieszkały myszy. Sam budynek powoli zamieniał się w ruinę. Butwiały belki podtrzymujące strop, pękały ściany. Wyblakły starannie pomalowane ściany, a niemalowane okiennice straszyły szarością. Krzywe szyby deformowały świat. Siostry zastanawiały się, co ich prababcia mogła tam ukryć. (…)

– Kiedy wasza prababcia umarł, dokładnie przeszukałem budynek. Szukałem tajnych przejść i odkryłem dwa. Oto pierwsze – wyszeptał coś pod nosem i dotknął dłonią brzegu wanny, która natychmiast zniknęła ukazując spiralne schody prowadzące na dół.
– To nie są ruchome regały ani rozsuwające się cegły. To bardzo zaawansowana magia i nieźle się napracowałem, żeby znaleźć to przejście. Proszę. – pierwsza zaczęła schodzić Owca. Zapachniało wilgocią, a po chwili zrobiło się zupełnie ciemno.
– Nie można tu zapalić światła? Może jakieś pochodnie albo co? – zapytała Sybiraczka.
– Schody są chronione przed świtałem zaklęciem, którego nie udało mi się złamać.
– Acha – jęknęła Sybiraczka – ale zapadni nie ma?
– Już nie. – schodzili kilkanaście minut w zupełnych ciemnościach.
– Widzę płomień! – krzyknęła Owca.
– To przy drzwiach do komnaty, już niedaleko.
– Na szczęście – szepnęła Sybiraczka – pikfe, czy ty tu w ogóle jesteś?
– Jestem, jestem.
– Ona się boi, że powie coś głupiego – kumy zarechotały, a pikfe pomyślała, że mogłaby wpaść w jakąś nieodkrytą przez Czarownika – Akademika zapadnię. W końcu stanęli przed potężnymi drewnianymi drzwiami z żelazną klamką.”

pikfe
pikfe (20:05)

29 czerwca 2009
Kunegunda. Wyobraźni część trzecia i chyba ostatnia.
Dobry wieczór.

Pewnego dnia odwiedziły mnie – nieświadomie – trzy siostry, małe dziewczątka w uroczych sukienkach. Usiadły w lesie i zaczęły tworzyć historię o czarownicy Kunegundzie. Były bardzo przejęte, bardzo wystraszone i nie wchodziły do lasu po zapadnięciu zmroku. Później oswoiły się z czarownicą, a nawet uznały, że mogą zostać wiedźmami.
Do lasu przynosiły różne prezenty dla Kunegundy, które układały w kręgu zrobionym z cegieł.
Posadziły w lesie jagody.
Kiedy były starsze, zorganizowały Bal Czarownic. W starych łachmanach tańczyły nocą wokół ogniska, w którym potem spaliły wcześniej zrobione kukły wiedźm.
Po przyjeździe zawsze przychodziły do lasu przywitać się ze starą Kunegundą i w napięciu słuchały skrzypienia drzwi jej domku na kurzej łapce.
Chciały pozyskać przychylność czarownicy. I miały ją, choć nawet, gdyby nie przyszły, ona nie mogłaby nic zrobić. Czarownice nie mogą już wpływać na losu ludzi.

Któregoś lata nie przyszły zaraz po przyjeździe. Po paru dniach, skruszone, zorganizowały wspaniały Bal Czarownic z głośnymi tańcami. Przepraszały starą wiedźmę.
Następnego lata Bal także się odbył, ale już bez kukieł. Chyba zabrakło pomysłów. Może chęci.

Kiedy Kunegunda obserwowała je idące drogą widziała, że nie mają już tych uroczych sukienek w kwiatki i jasnych, małych sandałków. Rozmawiały też o innych rzeczach niż dawniej. Przychodziły od czasu do czasu, najczęściej pojedynczo, najczęściej po to, żeby powiedzieć na głos coś, czego tamte dwie nie powinny usłyszeć. Przestały też budować szałas w lesie. Popadł w ruinę i zarósł małymi olchami. Została tylko kupa czerwonych cegieł, porośniętych mchem, które kiedyś były piecem. Czasem siostry przychodziły do szałasu zapalić i rozmawiały wtedy szeptem, tak, że Kunegunda prawie ich nie rozumiała.

Aż któregoś lata ścieżkę prowadzącą na polankę starej wiedźmy zarosły młode drzewka, których nikt nie zadeptał. Nikt nie odwiedził czarownicy.
Drogą w lesie chodziły trzy siostry, ale nie pamiętały o kręgu z cegieł. Znowu zaczęły nosić sukienki w kwiaty, ale wyglądały w nich jakoś inaczej. W każdym razie nie wyglądały tak, jakby chciały urządzić Bal Czarownic.

Kunegunda umarła na zapomnienie.

pikfe
napisała w 2002
pikfe (22:11)

Muszę przyznać, że lubię mieć siostry.

pikfe

pikfe kiedyś.

Grudzień 22, 2009

Dzień dobry.

Skończyły się koty co wtorek z mojego starego bloga, więc od dziś – jeszcze parę wpisów, które lubię i koniec eksploatowania tego, co już kiedyś napisałam.

Ze dwa razy chyba poprosiłam bliskie mi osoby albo też osoby, które z różnych powodów cenię, żeby opublikowały coś na moim blogu podczas mojej nieobecności. I choć było tych osób całkiem sporo, to wpisy zdarzyły się tylko dwa razy. Za pierwszym razem zdecydowała się Lisica, za drugim Owca. Dziś wpis Lisicy, który do tej pory mnie bawi 🙂 Owca – za tydzień.

10 lutego 2009
Złote Myśli Pikfe
Moja przyjaźń z Pikfe trwa już kilka ładnych lat, podczas których miałyśmy często okazję pisać do siebie listy. Pole mam dosyć ograniczone ze wzgledu na brak uprzedniej zgody autorki na opublikowanie niniejszych, ale mam nadzieję, że jeszcze jakiś list dostanę…

Oto próbka twórczości Pikfe z lat wczesnych 🙂

26.06.2005
(…) G., Ty też jesteś maniaczką, ale pozostałaś przy normalnych strukturach umysłu(…)
To jeden z największych komplementów, jakie w życiu otrzymałam 🙂

29.11.2006
(…) To dziwne, ale on się wcale nade mną nie użala. Czasem to trochę straszne, ale w gruncie rzeczy pozytywne, chociaż czasem trochę denerwujące. Ostatnio nawet o tym rozmawialiśmy i Big B. zwrócił na to uwagę mówiąc: „oj kochanie, ty pewnie chciałabyś, żebym ja więcej się nad tobą poużalał”…)
Przyznam szczerze, że ja do tej pory tak myślę o swoim związku…

15.12.2006
(…) Objadałam się bardzo śniadaniami w hotelu – był szwedzki stół:). Zjadałam jajko, bagietkę z białym serem, dwa tosty z dżemem, jogurt waniliowy, croissanta (albo dwa). Jakoś nie mogłam się powstrzymać (…)
Pikfe we wcieleniu „upodobanie szczegółu”

07.01.2007
(…) Te same problemy po prostu – pewna aspołeczność, chęć robienia CZEGOŚ i konieczność robienia niekoniecznie tego, czego by się najbardziej chciało, niechęć do wydzwaniania, proszenia i załatwiania, a jednocześnie – mimo wszystko! – głębokie przeświadczenie, że inaczej się nie da i – mimo tego! – brak samozaparcia, zdecydowania, wytrwałości, ciągle tylko jakieś boczne ścieżki, chwilowe zainteresowania, które czynią CEL (którego nawet nie umiemy określić) jeszcze bardziej mglistym i rozmazanym. (…)
Lubię bardzo ten fragment, to taka diagnoza nas sprzed dwóch lat. Miło jest wiedzieć, że choć odrobinkę więcej tego zdecydowania w nas dzisiaj…(Nawet jeśli Pikfe twierdzi inaczej 🙂

Więcej na razie nie będzie – czekam na opinię autorki. Kiedy czytałam te listy aż mi się łezka w oku zakręciła. Pikfe, jesteś cudowną przyjaciółką.

Wracaj do nas szybko!

Lisy

I wyjątkowo komentarz, jako, że Lisica prosiła o opinię 🙂

Ty też jesteś cudowną przyjaciółką, ale nie wiem, czy mogę podtrzymać normalne struktury umysłu po tym, jak opisałaś mnie w umiłowaniu do szczegółu 🙂
~pikfe, 2009-02-11 16:36

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część szósta.

Grudzień 17, 2009

Dzień dobry.

Dziś kolejna historia o kotach, tym razem prawie wcale nie moich, choć jestem pewna, że Esme i Rincewind (tak, tak, zbieżność nie jest przypadkowa) wolałyby mnie 😉

(Sybiraki, którym wydaje się, że mają dwa koty – akurat jest całkiem odwrotnie, dwa koty mają Sybiraków – wściekają się teraz przed komputerami i szykują jakieś podłe komentarze. Ale i tak danie główne mam dla nich na jutro).

Spędziłam z kotami, które mają Sybiraków dwa tygodnie, w czasie których Sybiraki cieszyły się podróżą poślubną w pięknych Tatrach. Sybiraczka codziennie dopytywała się o swoich właścicieli, ale oni nie wyglądali na specjalnie zestresowanych faktem nagłego zniknięcia podopiecznych.  Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni / Gdy nie ma dzieci w domu – to jesteśmy niegrzeczni. No, ale byłam ja. Ja byłam dobra i nie głodziłam koteczków, które mogą jeść tylko jeden rodzaj suchej karmy (choć Esme lubi podobno wrąbać trochę niebieskiej karimaty), bo inaczej sensacje okrutne budzą Sybiraków po nocach. Koteczki dostają od Sybiraków jakieś śladowe ilości karmy i ja się wcale nie dziwię, że lecą do misek na złamanie karku. Też byśmy lecieli.

O karmienie kotów toczy się miedzy nami coś na kształt żartobliwego sporu – Sybiraki dają kotom przepisowe ilości jedzenia (albo tak mówią, bo koty i tak do szczuplaków nie należą), a ja przez okres, kiedy zajmowałam się Esme i Rincewindem – no cóż, raczej im nie żałowałam. Tak, trochę się pomyliłam, więc z lekka nieświadomie, ale jak oni mi potem powiedzili JAK MAŁO powinnam tym kotom dawać, to ja się dziwić przestałam, że koty budzą Sybiraków po nocach.

Byc może z powodu tej nieco większej dawki karmy niż zwykle koty przez te dwa tygodnie były grzeczne i kochane, nie budziły mnie po nocach, nie jęczały (z głodu!;) ), naprawdę słowem poskarżyć się nie mogę. Rincewind zapałał do mnie uczuciem od samego początku w zasadzie, a już drugiej nocy spał razem ze mną w łóżku. Esmeralda była nieco bardziej powściągliwa (siedziała pod szafkami w kuchni), ale w końcu i ona przekonała się do mnie.

Ręka moja, żeby nie było wątpliwości.

Esme i Rincewind są kotami rasowymi i niestety potwierdzają tezę, że kot rasowy intelektem nie dorównuje dachowcowi.

Rincewind staje nad świeczką. I stoi. Swąd palonego włosa rozchodzi się w powietrzu. Sybirak rzuca się z wrzaskiem na kota, żeby uratować go od samospalenia. Kot ucieka od tego wrzasku, nie od ognia.

Choinka. Stoi. Błyszczy. Sybiraczka twierdzi, że koty jej nie zauważyły. Prawie całe Święta.

Oto wciąż niespalony (ale nie kupujcie Sybirakom świeczek) Rincewind.

Rincewind jest sprzedajny (czyżby magia imion?!) – najbardziej kocha tych, którzy zarządzają jedzeniem.

Rincewind jest – oj, trzeba to przyznać – rozpuszczony jak jasna cholera 🙂 Jeśli Sybiraczka nie zawoła go do łóżka w stylu „Koteczku kochany, Rincewindku malutki, chodź i połóż się na mojej poduszce” kot może: drapać kanapę bardzo głośno (bo przecież nie chodzi o pazury, tylko oto, żeby oni nie spali, jak on nie śpi), walić łapami w kartony, walić w drzwi, walić w podłogę koło Sybiraczki głowy. Nie wiem, czy robił to, kiedy razem mieszkaliśmy, ale ja mam bardzo mocno sen i byle stuki-puki mnie nie obudzą.

Esme patrzy na Ciebie.

Esme jest kotem tchórzliwym – raczej ciężko jest liczyć, że zobaczy się ją przy pierwszej wizycie. To kot, który naprawdę nie lubi obcych. Lubi za to (choć teoretycznie nie może) wędzoną, hiszpańską, cieniutko pokrojoną wędlinę, która w cudowny sposób zniknęła z mojego talerza, a zaraz potem Esme zniknęła pod szafką. I obyło się bez sensacji. Może wędlina była podobna w smaku do karimaty? 😉

I jeszcze kawałek ze Starego Bloga, bo Esme i Rincewind pojawiają się nie po raz pierwszy.

13 czerwca 2009
Ech…
Dzień dobry.
Całej pogodzie winny kot Rincewind i kotka Esmeralda!
A było tak – osoby niesłusznie uważające się za właścicieli wyżej wymienionych kotów, czyli Sybiraki, postanowiły wyrwać się z Miasta na Wieś – na wieczór, na noc i na następny dzień, ale w którymś momencie radosnego dnia wśród sadów pojawił się w ich odrażających ludzkich umysłach podły plan, aby zostać na kolejną noc.

A koty? Same? Głodne? O nie, drodzy PAŃSTWO.

Esmeralda poczęła ważyć napar w kotle – wydobywały się z niego ciężkie, czarne chmury.
Rincewind otworzył balkon, ubrał białą szatę.
Wyszedł na balkon, stanął na tylnych łapach i ryknął jak Saruman zagarniając kłęby czarnych chmur, które Esmaralda pracowicie gotowała w swoim kotle.
Rincewind – Saruman stał i ryczał na balkonie, a chmury leciały i leciały, aż w końcu doleciały na Wieś i zmusiły tak zwanych właścicieli do powrotu w kocie pielesze.
Ilekroć Sybirak albo Sybiraczka napomknęli o tym, żeby może jednak zostać, wiatr się wzmagał, deszcz lał się strumieniami, a czarne chmury nadciągały bezlitośnie.

Cóż, przynajmniej wiemy czemu.

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

Grudzień 15, 2009

Dzień dobry.

Dziś już ostatni odcinek o kotach, przynajmniej ze Starego Bloga. Kotów do opisania zostało mi jeszcze całkiem sporo 🙂

12 maja 2009
Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

Dzień dobry.
Dziś na smutną nutę, choć minęło już troszkę czasu.

Była sobie kiedyś kotka dzikuska – siedziała głównie za kanapą, emocjonalnie była raczej chłodna, a na rękach zachowywała się jak kot spetryfikowany i szukała tylko okazji do ucieczki. Próby uczynienia z niej kociaka przymilnego na nic się nie zdała, a może wręcz przeciwnie. To nie dziwne, koty w końcu znane są z tego, że wiedzą czego chcą.
Kotka na imię ma Dziewczynka, co nie jest może imieniem pierwszej urody. Teoretycznie jest kotem moim i Big B, ale nadal nie mamy jej gdzie trzymać, więc chyba już od roku mieszka z Owcą i jej przychówkiem – o którym niebawem.

Na początek zdjęcie, którego nie było, autorstwa AardvarKa. Owcy i Barana przychówek mniejszy i większy, mocno ze sobą spleciony.

Kotka zaszła w ciążę, pierwszą i urodziła pięć małych kociąt. Jak to zwykle u Owcy – wszystkie czarne jak węgiel. Kotki rosły i były takie, jak wszystkie małe kotki są – kochane.

Zdjęcia są robione komórką… więc musicie wierzyć mi na słowo, że nie są to małe myszy czy szczury.

Jak to u Owcy bywa pięć małych kotów rosło cudnie. Lubiłam wstawać rano, kiedy u nich nocowaliśmy, i przynosić wszystkie kociaki do łóżka – najpierw z lekka pełzały, a po jakimś czasie szalały przepięknie. Urosły i stały się takie:

Obok albo tata albo wuj.

Niestety – jeden kotek zachorował na panleukopenię, ukochana kotka Owcy. Bardzo się męczyła, a Owca nie chciała jej zostawiać pod kroplówką w lecznicy, nie było wiadomo, czy te dodatkowe męki uratują kota.
Wiecie, to był taki kot, który wszędzie za nimi łaził, zasypiał na ciele, przytulony do człowieka, najmniejszy, ale też najbardziej ciekawy świata. Ona pierwsza zaczęła gramolić się na zewnątrz z kartonu, podczas gdy jej rodzeństwo jadło i piło.
Smutno było na nią patrzeć, jak siedzi otępiała, wymiotuje, ma biegunkę. Kotka nikła w oczach, robiła się zimna, a weterynarze w zasadzie od początku nie dawali jej większych szans.
Cały czas miałam nadzieję, że uratują Gringa, ale wieczorem tamtego dnia Owca zadzwoniła z płaczem, że nie, że Gringo nie dała rady.
Nie wiem, czy to ona jest na tych zdjęciach.
Nadal bardzo mi jej żal. Miałaby świetny nowy dom i byłaby świetnym kotem.

I obowiązkowo nudne filmiki, z przychówkiem Owcy i Barana 🙂

pikfe

P.S. I wyjątkowo komentarz:

To Gringo jest na tych zdjęciach, na drugim jest razem z tatą – Maluchim.
~Baran i Owca, 2009-05-12 19:19