Archive for the ‘Przemyślenia’ category

Portret 7.

3 kwietnia, 2015

Dzień dobry.

Portret 7.

Szklany śnieg.

Poznała go w paryskim barze, całkiem niedaleko od swojego hotelu. Dosiadł się do jej stolika, pytając, czy nie dałaby mu pieniędzy. Duże, podkrążone oczy z niesamowitym blaskiem spoglądały na nią z naprzeciwka. Zanotowała w pamięci bladość skóry, niechlujny zarost, szmatławe i śmierdzące brudem ciuchy, tłuste włosy i potworne paznokcie. Nie mogła jednak oderwać wzorku od jego oczu.
– Zamów śniadanie, ja zapłacę – powiedziała.
– Wyglądam już tak źle, że nawet nie chcesz dać mi paru euro? – pokiwała potakująco głową. Rozłożył bezradnie ręce, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Najpiękniejszego uśmiechu, jaki widziała w całym swoim życiu. Dokładnie tak wtedy pomyślała, tak dobrze pamiętała tamten dzień.
Do ich stolika podeszła kelnerka, a on mało dyskretnie przyglądał się jej nogom.
– Mogę przyjąć zamówienie? – zapytała zniecierpliwiona.
– Jajecznicę, sok pomarańczowy i mocną kawę – odpowiedziała ona, widząc, że on nie kwapi się do podjęcia jakiejkolwiek decyzji dotyczącej tego, co będzie jadł, o ile nie będą to nogi kelnerki.
– Świetny zestaw na kaca – powiedziała do siebie, coraz bardziej dziwiąc się, że ktoś taki siedzi z nią przy stoliku.
– Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. Nie mam okularów, nie widzę, co jest napisane w karcie, a zresztą – ty stawiasz, ty wybierasz. Nie wiem, na co mógłbym sobie pozwolić – dodał, ponownie się uśmiechając.
– Papierosa? – zapytała.
– Z nieba mi spadłaś – spojrzał na nią z wdzięcznością, kiedy wyciągał z paczki marlboro. – Na imię mi Robert.
– … – powiedziała podając mu rękę ponad stołem. – Jesteś paryżaninem?
– Hmmm…. – roześmiał się. – A wyglądam?
– Nie wiem, jak wygląda paryżanin – odparła speszona.
– Myślę, że wiesz, tylko wstyd przyznać ci przy mnie, że kojarzy ci się z wyrafinowaną, drogą, męską elegancją albo z czarnym bawełnianym płaszczem, okularami w rogowych oprawkach i szalem. Nie pasuję.
Kelnerka postawiła przed Robertem jajecznicę, sok i kawę, a on spojrzał na danie zdegustowany. Zauważyła, że trzęsą mu się dłonie. Zaciągnął się papierosem.
– Nie zjem tego – powiedział.
– Nie jedz – odparła.
– Nie jesteś Francuzką, prawda?
– To widać?
– Zamówiłaś mi jajecznicę.
Roześmiała się.
– Zawsze sama jadasz śniadania?
– Z reguły.
– Jestem ci coś winien. Niewiele, bo nie liczę jajecznicy, ale mimo wszystko coś. Chodź ze mną – spojrzała na niego zdziwiona. Serce tłukło się jej w piersi. Był piękny. Brudny, śmierdzący, odrażający, ale piękny.
– Muszę iść do pracy – powiedziała.
– A czym się zajmujesz? – zapytał niedbale, wstając już od stolika.
– Wprowadzaniem faktur do systemu – spojrzał na nią okrągłymi ze zdziwienia oczami. Miała wrażenie, że całkowicie go zamurowało.
– To dość dobrze płatne zajęcie – odparła, jakby na swoje usprawiedliwienie. W domu nikt nie powiedział nic złego o tej pracy.
– I mimo wszystko chcesz tam iść? Zadzwoń, powiedz, że zwymiotowałaś. Chodź ze mną. Nie lubię mieć długów wdzięczności.

pikfe

Portret 5.

2 kwietnia, 2015

Dzień dobry.

Wybaczcie.

Fiut.

Nadal.

Po tych wszystkich latach, które minęły, jest to jedyne słowo, jakie przychodzi mi na myśl, kiedy o nim myślę. Nie zostałam głęboko zraniona, ani w jakiś szczególny sposób oszukana. Nie pozostawił mnie samotnej i zakochanej na emocjonalnej pustyni, właściwie to nawet mnie nie zostawił, po prostu się rozeszło, tak z mojej, jak i z jego strony.

Ale i tak.

Fiut.

Fiutek właściwie. Podły, złośliwy fiutek.

** *

Ambicje artystyczne, a właściwie ambicje do bycia artystą. Poza taka. Artystyczna. Miał o sobie doskonałe mniemanie, chociaż – może poza dość atrakcyjnym jak na osiemnastolatka wyglądem – niewiele ku niemu powodów. Był towarzyski i popularny, z łatwością odnajdywał się wśród ludzi strojąc się w piórka swojej zajebistości. Skoncentrowany na sobie egocentryk, wyuczony odpowiedniego zestawu zachowań. Gaduła – spryciula. Płytki jak kałuża na chodniku. Romantyk, którego romantyczność ograniczała się do tego słówka na ef. Arcymistrz schematu przekonany o własnej oryginalności.

***

Bo to taka miniatura była – to nie tak, że ja, zaślepiona miłością, niewinnym, dziewczęcym uczuciem, NIE widziałam. Widziałam, czasem aż za dobrze. Miałam tego fiutostwa pełną świadomość, zaświadczoną dostrzeżonymi i obiektywnie zinterpretowanymi gestami, czynami, słowami.

Jestem taki rozpieprzony.

Ja. Ja. Ja.

Tylko, że ja – pomimo – trwałam. Dość długo wytrwałam, jak na swoje naście lat, rzekomo kochając i jednocześnie żyjąc z pełną świadomością, jakie typu człowiekiem on jest.

Czemu nie pieprznęłam tego wcześniej?

***

Ktoś, kogo nie obchodziłam.

Ktoś, przy kim niczego się nie nauczyłam.

Ktoś, przy kim nie dowiedziałam się niczego o sobie.

Zdarzyło mi się za to o sobie zapomnieć. To bolało.

Może więc jednak czegoś się nauczyłam?

Od fiuta.

Auć.

Jak to życie.

pikfe

Portret 6. Bóg.

1 kwietnia, 2015

Dzień dobry.

Cytaty kursywą pochodzą z moich pamiętników.

Portret 6.

Bóg.

Dzisiaj miał zarost, ja miałam zawał.

W czwartek nie dopisałam, że zawsze ilekroć go zobaczę, trafia mnie PIORUN (na szczęście nie grzmi…).

Dzisiaj widziałam go, jak bawił się z psem (…) tak, wiem, że to brzmi beznadziejnie: rozczulił mnie facet, który bawił się z psem. Pełen odlot.

Stał oparty o ścianę, tak niedbale, wpadłam, bo pewnie byłam spóźniona, kiwnęłam głową na dzień dobry, a on tak się uśmiechnął…

Kiedy zobaczyłam go dzisiaj poczułam w gardle najmniejsza kosteczkę małego palca u nogi…

Kocham ten stan. Duuuużo endorfin, chociaż go nie widziałam.

Czasem tak po prostu idę, a wydaje mi się, że frunę. Uśmiecham się od ucha do ucha, a świat jest nasz.

Imponuje mi wiedzą (no, nie tylko, gdyby był spaślakiem z tłustymi włosami, bez tego rozbrajającego uśmiechu, pewnie nie wzbudziłby we mnie takich namiętności).

Prawie wpadliśmy na siebie (…) Jakiś amok, obłęd. Całe wnętrzności podskoczyły mi do mózgu, potem opadły do stóp i trochę się jeszcze poobijały po ciele. Chyba zrobiłam się blada, puls musiał mi skoczyć do jakiś pięciuset na minutę, ręce zaczęły mi dygotać. Boże, CAŁA zaczęłam dygotać i tak mi zostało do tej pory. To było w środę [pisane w poniedziałek].

Jestem w stanie „wrak nerwowy” albo „kłębek nerwów” albo „silniejszy bodziec i potrójny zawał murowany”.

Zauważył mnie i to zauważył nie ze względu na jakąś historię, tylko ze względu na to, co wiem.

[powiedział, że] jestem bardzo dobra, że to, co robię, robię bardzo dobrze, że umiem się uczyć i umiem myśleć, co jest bardzo rzadkie.

Był pierwszą osobą, którą spotkałam. Uśmiechnął się do mnie (…) tak, jakby powtarzał „Jesteś bardzo dobra i cieszę się, że mogę ci to powiedzieć”.

Dogonił mnie na schodach, a ja byłam bliska spadnięcia z nich.

Zapytałam, czy ma coś do pisania – wyjął z kieszeni długopis i zapytał, czy może być. Nie, kurcze, nie może… Chciałam uciec z tym długopisem (…) Spisałam jakąś maksymalną głupotę (godzina rozpoczęcia 19:77).

 

Usiadł koło mnie.

– Zdałaś?

– Tak.

– Niemożliwe. Jak?

– Na 4.

– Niemożliwe – uśmiech.

 

Ten zarost, ten mięsień na przedramieniu, ta figura, ten uśmiech, te oczy, ten mózg, ten sposób bycia – on mnie zupełnie onieśmiela.

Będę czekać pod kinem 45 minut. Zwariowałam zupełnie, wiem. Różne rzeczy przydarzają się ludziom. (…) tyle tylko, że nie było go przed tym cholernym kinem. Marzłam 45 minut, a ten baran leniwy nie przyszedł (…) upewniłam się tylko w dwóch rzeczach: a) że jestem głupia b) jak bardzo chciałam, żeby przyszedł i jak bardzo żałuję, że nie przyszedł.

Mój stan raczej się pogarsza. W dodatku nic nie zwiastuje poprawy, co jest dość smutne.

Wieczorem poszłam z Sybiraczką na fajkę. Ona cały czas mówi o swoim nowym ukochanym, ja o Nim – razem dogadujemy się dość dobrze.

Czasami w życiu jest taki moment, że człowiek ceni obojętność.

Śnił mi się ostatnio. Powiedział, że [dawniej] bardzo się kochaliśmy. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, patrząc sobie w oczy i wiedząc, że nic się nie zmieni. (…) Po prostu pogodzenie się z faktem, że TEGO nie będzie. (…) Bardzo smutna ta chwila pożegnania, to zdanie sobie sprawy, że już nigdy nie będzie tego, o czym marzyliśmy, że nigdy nie doświadczymy tego, czego pragnęliśmy najbardziej.

Powinnam uważać z takimi idiotyzmami, bo nie przysparzają szczęścia.

pikfe

Portret 4. Arkadia LOVE.

31 marca, 2015

Dzień dobry.

 

Arkadia LOVE zaczyna się tutaj.

https://pikfe.wordpress.com/2010/04/28/byc-gdzies-indziej-z-pewnym-hobbitem/

***

(…) Oprócz nich spotykamy jednak także inny rodzaj gier, takie mianowicie, które oparte są na dążeniu do stworzenia jak najintensywniejszej diegezy. Nie musi to być wcale zbieżne z symulacją, czyli wiernym odwzorowaniem bodźców (jak w systemach imersyjnych). Czasem wrażenie obcowania z kompletnym światem osiąga się sposobami bardziej ascetycznymi. (…)

Dotyczy to szczególnie takich przypadków, gdy powołanie świata odbywa się za pomocą środków wyłącznie językowych. Tak właśnie dzieje się w „wieloosobowych lochach”, czyli MUD-ach. (…) Pavel Curtis stwierdza dobitnie: MUD nie jest zorientowany na cel; nie ma rozpoczęcia, ani zakończenia, nie ma w nim „rezultatu”, ani też pojęć „wygranej” czy „zwycięstwa”. Mówiąc krótko, mimo iż użytkowników MUD-ów nazywa się potocznie graczami, MUD wcale grą nie jest.

Chociaż w popularnym rozumieniu rzeczywistość wirtualna to mnóstwo elektronicznych kasków i cyberrękawic (..) [MUD-y] są dokładnie tym samym, tyle, że obrazy nie są generowane przez komputer, ale tworzone w wyobraźni graczy.

***

I listy.

PicsArt_2015-03-30 20_25_25

Listy są niesamowite, mają w sobie coś z rozmowy na czacie, są żywe, barwne, dygresyjne. Przez lata nie straciły nic ze swojej świeżości. Są trochę jak obraz impresjonisty – obrazek chwili, tej, bardzo konkretnej, odczuwalnej, bliskiej skórze, a jednak pozbawionej jeszcze głębszej perspektywy, niosącej niesprecyzowaną treść.

Są o nim, ale tak bardzo pisane z myślą o odbiorcy, że ma się wrażenie uczestniczenia w rozmowie, że chce się odpowiadać. Protestować, zaprzeczać, kiwać z uznaniem głową.

Są plastyczne, wiodą od szczegółu do ogółu, ozdobione czasem rysunkiem, chaotyczne graficznie. Czasem pisane ołówkiem, czasem długopisem, zawsze na gładkim papierze.

Litery drukowane mieszają się z pisanymi, duże z tymi tycimi, odnośniki, strzałki, malutkie odstępy i wielkie akapity albo wielkie odstępy, malutkie akapity. Albo jedno i drugie. Jak mapa, rysunek, taka dodatkowa treść.

To listy pełne zwyczajnego, codziennego życia; listy pisane w wolnej chwili, o najdziwniejszych godzinach; listy dzielenia się emocjami, doznaniami, nastrojami.

Listy pytań, nadziei, przyszłości i teraźniejszości.

Pisane o wszystkim, także o tym, co najważniejsze; i o niczym, o tych wszystkich bzdurach, z których składa się nasze życie.

Listy – dialogi, nigdy wcześniej, ani nigdy później takich nie dostałam. To były listy pisane do mnie. Tak po prostu i aż tak mocno.

***

Nigdy nie pozwolił mi wypełnić się marzeniami.

Bo choć nigdy go nie było, to dzięki godzinom spędzonym w Arkadii, potem na gg, jeszcze potem w listach, cały czas przypominał o sobie takim, jakim był, a nie takim, jakim pragnęłabym go widzieć.

I jednocześnie, to jemu najbliżej byłoby do Tego Wyśnionego, tego, o którym marzyłam jako nastolatka – to on wysyłał kwiaty pocztą kwiatową; to on potrafił przejechać kilkaset kilometrów, żeby mnie zaskoczyć; to on sprowadził mi książkę z za granicy, bo wiedział, że jej potrzebuję, a nie mam ani środków, ani możliwości. To on pisał listy myśląc o mnie.

Tylko ja nie byłam wtedy zbyt rozumna.

Nigdy go nie poznałam.

I żałuję.

pikfe

Cytaty kursywą pochodzą z książki Piotra Sitarskiego Rozmowa z cyfrowym cieniem. Model komunikacyjny rzeczywistości wirtualnej, RABID 2002, strony 27 – 33.

Portret 3.

30 marca, 2015

Dzień dobry.

Pamiętacie może taki zespół, The Kelly Family?

thekellyfamily445w

***

Był romantyczny, opiekuńczy, czuły i namiętny.

(zasadniczo wykorzystywał nieletnią, ale nie miało wtedy żadnego znaczenia, że jest starszy ode mnie o jedenaście lat, a ja mam wczesne naście)

Był sławny, ale normalny.

Czasem bywał zepsuty przez sławę, ale wracał na dobrą drogę.

(alkohol, narkotyki, łatwe laski; prawdziwa miłość pozwala pokonać wszystko)

Pisał wiersze. Słuchał, kiedy czytałam mu swoje.

(i nieznajomość języka polskiego zupełnie nie przeszkadzała mu w recytacji poezji Leśmiana w kwitnącym sadzie przy świetle księżyca)

Chochlik, ochroniarz, siostra dostarczali mu pisane piórem na papeterii listy, na które zawsze odpisywał.

Raz nawet umarł razem ze mną na paryskiej ulicy.

Kiedy indziej zaplanował balonową wyprawę nad Europą i prawie spadł mi na głowę (ale przeżył tym razem).

Był artystą, twórczym, wrażliwym, z subtelnym poczuciem humoru.

Robił zdjęcia – i to długo przed erą Insta.

Czasem miał wątpliwości, wybierał źle, co czyniło fabułę bardzo dramatyczną.

***

Tysiące stron zapisanych naszymi opowiadaniami.

Sybiraczki, Olinusa i moimi.

Aż tłusto od kalek (jedwabna koszula zsuwała się z jej pleców nie raz, a jakże!), stereotypów, wątków typowo harlequinowych. Heroiczne próby rysunku psychologicznego postaci; bohaterskie pozory realizmu (czasem dialogi pisane były po angielsku); próbki nastoletniego humoru (lepiej nie wspominać); tworzone całe wyobrażone światy, w których w trójkę mogłyśmy przebywać razem, oderwane od tego wszystkiego, co w realnym życiu doprowadzało nas do łez/ frustracji/ wściekłości*.

Cały czas słuchając ich muzyki, w trójkę (w szóstkę?) przebywałyśmy tam, gdzie najbardziej nam się podobało, grając dorosłym na nosie.

Głupie.

Ale schronienie. Jakie wspaniałe schronienie można stworzyć we własnej głowie.

Jak wspaniale można przeżywać świat opisując swoje marzenia.

Jak cudownie móc się tymi marzeniami dzielić z tymi, którzy potrafią je zrozumieć.

On miał swoje sławne rodzeństwo.

Ja miałam swoje siostry.

I opowiadania.

 pikfe

 * Obiektywnie i z perspektywy lat patrząc, nie było to szczególnie ciężkie życie; raczej łatwe, lekkie i przyjemne. Ale wtedy – co oczywiste – nie miałyśmy tej perspektywy, a w wieku lat nastu byle drobiazg oznacza koniec świata, prawda?

Portret 2.

29 marca, 2015

Dzień dobry.

Przybrudzony pustak to jedyne słowa, jakie przychodzą mi do głowy, żeby go opisać. Może nie warto tu rozwodzić się nad nielicznymi i wątpliwymi zaletami tego człowieka jako mojego życiowego partnera. Szczęśliwie nigdy nim nie został, a sam miał jednak na tyle rozumu (i proszę, zaleta!), żeby się mną nie interesować w najmniejszym nawet stopniu.

Nie. Nie. Nie.

Nie miał ze mną nic wspólnego, nawet nie był w moim typie, a uczucia rodziły się powoli i w bólach, tylko po to, aby czmychnąć całkowicie zapomniane po zapoznaniu bohatera z Portretu1.

To jeden z tych mężczyzn, do których nigdy nie wracam myślami.

Wypełniacze nastoletniej próżni, nieudane eksperymenty, emocjonalne poligony.

Pustak był mi osobą obcą całkowicie, nie wiedziałam o nim kompletnie nic, poza faktem, że zwykle po piątkowych i sobotnich dichotekach był tak skacowany, że ledwo trzymał się na nogach. Nie wiem, czy znalazłby się choć jeden temat do rozmowy.

I ja wtedy zdawałam sobie z tego sprawę.

Nie próbowałam udać się w tajemnicy do budynku przypominającego oborę, w którym co weekend zbierał się kwiat okolicznej młodzieży i w okolicznych krzakach eksperymentował na wiele sposobów.

Nie próbowałam spotkać Pustaka gdzieś poza miejscem jego zamieszkania, tak niby przypadkiem, choć przynajmniej teoretycznie mogłabym próbować.

Nie próbowałam niczego.

On po prostu był, wypełniał tymczasowo lukę rycerza na białym koniu.

Rzadko widywany (oczekiwanie!) stanowił idealny obiekt westchnień – zero kontaktu, maksimum wyobraźni. Zero rozczarowań, bo zero prawdziwego człowieka.

Wymysł, w dodatku zupełnie nieprzystający do rzeczywistości.

Nie on jeden.

pikfe

Portret 1. Książę.

18 marca, 2015

Dzień dobry.

Właściwie nie wiem, kim był. Wiem za to doskonale, kim sobie wyobraziłam, że był…

 

Cinderella-and-Prince-Charming-cinderella-6672883-278-431

Nie był.

Ja, wówczas lat naście i to bardziej piętnaście niż dziewiętnaście, dziewczę wczesne liceum, żadnych papierosów, alkoholu, narkotyków, nawet bez głupiego pocałunku.

On, wówczas lat dwadzieścia ileś, student na filmówce, ojciec filmowiec.

Plener. Dyskoteka. Wszyscy podpici albo pijani. Atmosfera wakacyjna, świetna zabawa, choć chyba jeszcze nie zawsze rozumiałam wszystkie podteksty.

Zatańczył ze mną.

Wystarczyło.

Klasyka.

Zakochana do nieprzytomności.

Prawie od pierwszego wejrzenia.

I nic nie było, nawet pocałunku.

Gówniarą byłam.

Telefonu też nie było.

Za to morze łez.

Setki zapisanych stron.

Zatrzymanie akcji serca na dźwięk telefonu.

Miliony godzin poświęconych analizom zjawiska.

Miliardy marzeń.

Aż kusi, żeby otworzyć stare pamiętniki, bo ja tak naprawdę nie mogę go sportretować. Nie pamiętam, kim był, pamiętam tylko siebie. Jego w tym wszystkim prawie nie ma, tylko wyobrażenie nastolatki o tym, czym jest miłość.

Cóż, chyba jednak nie tym.

***

No dobra, przebrnęłam przez ten pamiętnik, ale to się chyba jednak nie nadaje do publikacji, choć jest dość śmieszne. Z początku wydał mi się „głupi i brzydki” . Nie pamiętałam również, że kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, był „potwornie skacowany”, co mnie – niewinną wówczas niewiastę – głęboko poruszyło. Zatem chyba nie było tak, jak zapamiętałam, od pierwszego wejrzenia. Pamięć jest potwornie zawodna. Na dyskotece użył sformułowania „last dance”, żeby ze mną zatańczyć. Uśmiechał się do mnie… zabójczo. Nie próbował mnie całować, nie wydawał mi się pijany. Wracając z pleneru siedzieliśmy obok siebie i słuchaliśmy jednego walkmana. A potem już tylko „sześć dni bez niego, sześć dni pustki”. I ten straszny „żal, że… że… nam nie wyszło, że zgubiliśmy się w tym potwornym świecie”.

Pięknie, prawda?

Młody człowiek nie wie, że przechodzi przez to samo, co inni. Nie wie, że z dużym prawdopodobieństwem to się skończy tak samo. Nie kuma.

Bo jest młody.

Wyjątkowy.

Inny.

Świeży.

Głupi.

Naiwny.

Boski.

pikfe