Archive for the ‘Portrety’ category

Portret 10.

Kwiecień 11, 2015

Dzień dobry.

Prevertowski Hawr, z którego nie można uciec. To miasto cieni, jakiś niespełnionych pragnień, miasto nieokreślone, miasto „drzwi które ktoś otworzył/ drzwi które ktoś zamknął”.[1]

 

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż potem, po latach, przybrała taki pozór. Owszem, zapamiętała dobrze ich pierwsze spotkanie, on jednak z pewnością nie zapamiętał jej. Zbyt dużo błahych ludzi, a ona w ich tłumie. Długo po tym w ogóle się nie widywali, on zajęty, zapracowany; ona zakochana, w nowym środowisku. Minęli się może na wąskich korytarzach, może coś o nim usłyszała, puściła to mimo uszu.

(Czytała w oryginale Małego Księcia, siedząc samotnie pod ścianą. Zapamiętał).

Nie wydawał się jej atrakcyjny, choć był pociągający. Wysoki, chudy, miał piękne dłonie, wspaniały głos i sposób bycia, który bardzo jej odpowiadał.

(Tylko raz powiedział jej, że bardzo się zmieniła i świetnie wygląda w okularach. Na więcej nie mógł sobie pozwolić).

Był swobodny, dowcipny, błyskotliwy, a jednocześnie do bólu rzeczowy, oficjalny, poważny, obowiązkowy. Lubiła takich mężczyzn, wyluzowanych sztywniaków.

(Była taka cicha).

Okazywało się, że oglądają podobne filmy; że podobne rzeczy ich bawią; że lubią tak samo spędzać czas; może nawet, że wrażliwość podobna, choć on o tyle bardziej cyniczny. Że dobrze im się od czasu do czasu rozmawia o niczym ważnym.

(Dogonił ją na ulicy, żeby chwilę pogadać).

Zaczęła o nim myśleć, zaczęła czekać na spotkania z nim, wymieniali emaile, ona z wypiekami na twarzy. To nie czasy smartfonów, to czasy kawiarenek, do których chodziło się „na Internet” raz w tygodniu. Wśród wrzeszczących małolatów z okolicznych kamienic, paląc papierosa za papierosem, czytała i pisała.

(Czuł się dziwnie odbierając maile od niej; czasem chciał napisać więcej).

Była chora. Trema paraliżowała ją za każdym razem, zawsze, nieodmiennie bała się, że powie coś głupiego, a potem notowała w zeszytach, że znowu zachowywała się bardzo głupio. Jak kretynka.

(Pożyczał jej książki, pod byle pretekstem. Mogli potem o nich rozmawiać bez wzbudzania podejrzeń).

Powiedziały, żeby się wystroiła; dekolt, spódnica, gołe nogi, szpilki. Przejrzała się w lustrze i wróciła do swojego pokoju. Pod niebieski sweter włożyła podkoszulkę, buty na obcasach zamieniła na płaskie i założyła rajstopy. Nie było jeszcze tak gorąco.

(Przywitał ją u siebie w mieszkaniu. Zaproponował owoce, odmówiła. Zaproponował wino, odmówiła, chociaż było schłodzone. Był nieformalnie, w krótkich spodenkach).

Stres to mało powiedziane. Gdyby napiła się tego wina, migrena zabiłaby ją w przeciągu pięciu minut. Na jego sofie?

(Porozmawiali. Była dzieckiem, wciąż, zbyt słabym, żeby to udźwignąć).

Potem byli inni. Były i inne. On przytył, ona schudła. Plotkowano, tu i tam, o nim; o niej nikt nigdy nie plotkował. Wmawiała sobie, że jest obojętna, ale nigdy nie była.

(Był zły na siebie).

I nagle coś się odmieniło. Miasto latem jest zupełnie inne. Niektórzy go potępiali, że mąci jej w głowie, nie przejmowała się. Siedząc przy nim czuła, że wszystko jest łatwe, że nie ma dla niej żadnych barier, że wszystko się powiedzie. Była cała w skowronkach, za każdym, każdym, każdym razem. Pierwszy raz swobodniej opowiadała mu o sobie, że chciałaby robić przetwory, że uwielbia mówić po francusku, ale jeszcze dobrze nie mówi (jak mogłaby tego nie dodać), że chyba chciałaby uczyć.

(Słuchał zafascynowany, z uśmiechem. Podobała mu się. Naprawdę).

Czekała na te spotkania. Jak mocno. Jak bardzo szczęśliwą ją czyniły, jak bardzo pijana ze szczęścia była potem. Świat był jej.

I nic.

(Nic).

Spotkali się, był zajęty. Nawet nie porozmawiali, wyszła na to cholerne zimno i ten cholerny śnieg. Ściągnęła czapkę, rozchełstała szalik, porozpinała płaszcz, a rękawiczki upchnęła w torbie. Marzła, do cholery, tylko tak dawała sobie radę. Prawie.

(Nie mógł. Po prostu nie mógł. Musiał jej dać do zrozumienia).

Upokorzona, nie chciała go więcej widzieć.

(Czasem patrzył na nią, kiedy nie mogła go zobaczyć).

Dlaczego?

(Nie wiedział, w każdym razie nie do końca).

 

***

To nie ja

to kwiaty które widziałem

śpiewają

to nie ja

to wino które wypiłem

śmieje się

to nie ja to miłość którą zgubiłem

płacze

Jacques Prévert

pikfe

 

 

[1] „Słowa”, J. Prévert, wyd. PIW, 1973, wybór: E. Fiszer, str. 26.

P.S. I to chyba na razie koniec Portretów.

Portret 13. Pomarańczowa Pani.

Kwiecień 10, 2015

Dzień dobry.

Portret 13.

Pomarańczowa Pani.

20140602122905-paris

Źródło.

Nie powiem.

Nigdy byście nie uwierzyli, a przecież wystarczy, że zadzwonię do Olinusa albo do Sybiraczki, wypowiem magiczne słowo i nasze zeznania z pewnych legendarnych ferii spędzonych w pewnym legendarnym pensjonacie we Francji będą się I-D-E-A-L-N-I-E zgadzać. Potem zapytacie o ciąg dalszy, wykrzykniemy Paryż! I opowiemy słowo w słowo to samo.

Tak więc, to chyba jednak prawda.

***

D.

Pomarańczowa Pani zachowała się co najmniej dziwnie, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, choć trzeba jej przyznać, że mogła być nieco zaskoczona.
– Wyjdź stąd! Wyjdź stąd! Wyjdź!!!

Później umarła, kiedy zobaczyła go bez koszulki. Warto, za taki widok.

Uwielbiałyśmy go z Maleńką. Był cudowny. Gadatliwy, pełen energii, nigdy na nic nie narzekał. Niecały tydzień, który miał spędzić razem z Pomarańczową Panią był dla niego całym morzem czasu. Miał tę rzadką umiejętność wykorzystywania każdej chwili swojego życia i nie można było się przy nim nudzić. Był szybki, wszędzie gnał, ale nigdy nie zapominał o innych. Jego przyjaciel mówił, że nie ma takiej sytuacji, w której D. nie zrobiłby wszystkiego, żeby pomóc.

***

Pomarańczowa Pani bardzo przy nim złagodniała, a on odnalazł w niej to, czego szukał od dawna. Nie litość, nie żal, tylko troskę. Potrafiła przekonać go, że będzie lepiej, chociaż fakty przeczyły temu w oczywisty sposób. Potrafiła natchnąć go wiarą, że będzie widział, chociaż lekarze mówili coś dokładnie odwrotnego.

Nigdy nie przywiązywał specjalnej wagi do swojej choroby, sprawiał wrażenie, że nie traktuje jej poważnie. Jeszcze na samym początku poprosił ją, żeby zakropliła mu oczy. Zadrżała jej ręka, do lewego zamiast trzech kropli wpadły cztery. D. zaczął krzyczeć, zakrył twarz dłońmi i pobiegł do łazienki, tylko po to, żeby zaraz wyjrzeć z za framugi z głupim uśmiechem.

Miał apetyt na życie; żył chwilą; chciał wszystko zobaczyć, wszystkiego spróbować, być wszędzie.

***

W jej ramionach znalazł ukojenie, ona przy nim odnalazła swoją siłę. Wiedziała, że takiej jej potrzebuje, choć zwykle sprawiali wrażenie, że jest dokładnie odwrotnie.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że mogę na ciebie patrzeć – powiedział.

– A ty nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że możesz mnie widzieć. Obiecaj, że wszystko się ułoży – poprosiła go.

– Słowo – powiedział pewnym siebie głosem, a ona uwierzyła mu w jednej chwili.

***

Nigdy nie obnosił się ze swoim nieszczęściem. Nawet kiedy kolejne operacje nie przynosiły spodziewanych efektów, D. nie użalał się nad sobą. Nie znosił litości, twierdząc, że w głębi duszy każdy i tak cieszył się, że to nie na niego padło widmo całkowitej ślepoty.

Kiedy stracił wiarę, że wyzdrowieje, nie stał się bardziej pokorny. Walczył o każdy obraz, jaki mógł zobaczyć; gromadził kolorowe wspomnienia, zapamiętywał twarze, gesty, cały świat. Powiedział jej, że powinna odejść, nie chciał być ciężarem.  Pomarańczowa Pani przyznała mu wówczas rację, dodając jedynie, że jego choroba, niezwykle już ciężka, dotyczy nie oczu, a umysłu. Znalazł w niej wówczas prawdziwe oparcie, była razem z nim zawsze wtedy, kiedy jej potrzebował. Nazywał Pomarańczową Panią swoim szczęściem, najwspanialszym, jakie go spotkało.

***

I wiecie, co ta idiotka potem zrobiła?

Zerwała.

Nigdy nie zrozumiałam – dlaczego. Bo czasem chciał zostać w domu i napić się herbaty na kanapie (Nazwała go leniem! Jego! Leniem!)? Bo śpiewał przy goleniu? Bo nie lubił, kiedy nosiła szpilki? A może tak dla towarzystwa? Bo Maleńka tak, to ona też?

Razem wyszły z tamtej knajpy. Paliły potem razem, siedząc pod jakimś paryskim murem.  Później razem piły, spiły się nieprzytomnie, wydały wszystkie pieniądze. I żałowały. Jak bardzo żałowały.

pikfe

Portret 12. Maleńka.

Kwiecień 9, 2015

Dzień dobry.

Portret 12.

Maleńka.

4

Źródło.

Nie powiem.

Nigdy byście nie uwierzyli, a przecież wystarczy, że zadzwonię do Olinusa albo do Sybiraczki, wypowiem magiczne słowo i nasze zeznania z pewnych legendarnych ferii spędzonych w pewnym legendarnym pensjonacie we Francji będą się I-D-E-A-L-N-I-E zgadzać. Potem zapytacie o ciąg dalszy, wykrzykniemy Paryż! I opowiemy słowo w słowo to samo.

Tak więc, to chyba jednak prawda.

***

Z.

Był w ogóle o boże. Od samego początku.

Nic dziwnego, że kiedy Maleńka zobaczyła go w pewnym legendarnym pensjonacie po prostu zemdlała.

Lubił swetry. I dżinsy. Trzeba przyznać, że wyglądał świetnie. Była w nim swego rodzaju elegancja i nonszalancja, nie wiem, czy wynikająca z pewności siebie czy ze skromności.

Strasznie ją na początku onieśmielał, straciła nawet ochotę do swoich zwykłych popisów narciarskich, zwykle typowo samobójczej urody. Kiedy zobaczyła, że Z. jest na stoku, usiadła na ławce i stwierdziła, że ona dziś nie zjeżdża.

Ona onieśmielała jego. Nawet kiedy siedziała tuż obok, przy stoliku, na wspólnym śniadaniu, kiedy wszyscy się wygłupiali, nie odezwał się słowem. Upuścił nóż i prawie przewrócił dzbanek z kawą.

A później L. sprytnie wykombinował, że najkrótsza droga do naszych serc prowadzi przez serca naszych sióstr. Nie była to może do końca prawda, serce Maleńkiej było bowiem zdobyte od pierwszego wejrzenia. Niemniej jednak to, co wymyślił L. i zrealizował Z. znacznie ułatwiło sprawę. Lody zostały przełamane podczas pewnej pamiętnej bitwy na śnieżki. Pocałował ją potem po raz pierwszy siedząc na ławce przed alpejskim schroniskiem.

***

Oszaleli ze szczęścia, zakochali się wtedy w sobie kompletnie bez pamięci, ale Z. okazał się nieco innym człowiekiem, niż Maleńka na początku sobie wyobrażała. I zakochała się jeszcze bardziej w jego perfidnym poczuciu humoru, w jego inteligentnych ripostach; we wrażliwości niepasującej do takiego mężczyzny; w niewzruszonym spokoju; w nieostentacyjnej charyźmie.

Ona także zadziwiła Z. Nie była taka, jak się spodziewał. Była dokładnie taka, jakiej pragnął. Idealna.

***

Była zazdrosna. Pierwszy raz w życiu była cholernie zazdrosna. Nawet o mnie (sic!). Kiedy po raz kolejny uprawiała swoje samobójcze zjazdy, zauważyła, że rozmawiam z Z. i zamiast patrzeć przed siebie, gapiła się na nas obmyślając jakieś perfidne okrucieństwa. Wpadła wtedy w wielką zaspę, na szczęście nic się nie stało. Z. ją ochrzanił, chociaż trochę chciało mu się śmiać, kiedy wyłaziła, wściekła, z tego całego śniegu.

***

Nigdy nie udawał przed nią nikogo innego. Pomimo tego, że naprawdę pokochał Maleńką, tak jak jeszcze nikogo w życiu, nie zatracił sam siebie. Pozostał tym, kim był wcześniej, nie silił się na gesty, które nie leżały w jego naturze. Kiedy dostałyśmy od L. suknie prosto z Paryża – pamiętam to jak dziś – Z. dyskretnie, ironicznym szeptem przypomniał, że on dla Maleńkiej ukradł wczorajsze bułki.

I później, kiedy zobaczył ją w tej sukni, taką piękną, powiedział jej to, ale dodał, że jest tak samo piękna w jego bluzie sprzed trzech lat. I obiecał, że to, co jest między nimi nigdy się nie skończy, a ona rzuciła się mu w ramiona. Tam, gdzie byłyśmy, padał śnieg.

***

I wiecie, co ta idiotka potem zrobiła?

Zerwała.

Nigdy nie zrozumiałam – dlaczego. Chyba był dla niej za dobry. Nie wiem, za opiekuńczy może? Zbyt troskliwy? Dbał za bardzo? Chodziło o to, że lubił Gypsy Kings czy o to, że lubił mieć równo ustawione kapcie przy łóżku? Nie wiem.

Wylała mu kufel piwa na głowę (sic!!!) i wyszła z knajpy. Paliły potem razem, ona i Pomarańczowa Pani, siedząc pod jakimś paryskim murem.  Później razem piły, spiły się nieprzytomnie, wydały wszystkie pieniądze. I żałowały. Jak bardzo żałowały.

pikfe

Portret 11.

Kwiecień 8, 2015

Dzień dobry.

Portret 11.

Nie uwierzylibyście.

440px-From_montmartre

Źródło.

 Nie powiem.

Nigdy byście nie uwierzyli, a przecież wystarczy, że zadzwonię do Olinusa albo do Sybiraczki, wypowiem magiczne słowo i nasze zeznania z pewnych legendarnych ferii spędzonych w pewnym legendarnym pensjonacie we Francji będą się I-D-E-A-L-N-I-E zgadzać. Potem zapytacie o ciąg dalszy, wykrzykniemy Paryż! I opowiemy słowo w słowo to samo.

Tak więc, to chyba jednak prawda.

***

L.

To jedyny mężczyzna, który był ode mnie niższy. Jedyny, który znał więcej języków niż ja (cztery). Jedyny, który dostrzegał mnie taką, jaką zawsze chciałam być. Jedyny, który potrafił przewidzieć moje reakcje i jedyny, który zawsze wiedział jak mnie podejść. Jedyny, który sprowadził dla mnie kreację z Paryża. Jedyny, który to samo zrobił dla moich sióstr.

Jedyny inny. Zupełnie inny od wszystkich. Nieprawdopodobnie żywiołowy i gadatliwy; urodzony organizator, urodzony optymista, urodzony fighter. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Nikt nigdy nie widział go z książką; siedzącego w kameralnym kinie; z tomikiem poezji na kolanach. Wszyscy widzieli go biegającego za piłką, pływającego na desce, szalejącego na rowerze górskim czy na nartach, cieszącego się życiem bez szczególnych roztkliwień.

Nie tworzył problemów, wszystko było dla niego proste. Margines wolności, który dawał zachodził na sąsiednią kartkę. Obdarzył mnie wielkim zaufaniem, które jednak okrutnie zawiodłam, spotykając się z Vincentem, jednym z jego najlepszych przyjaciół. Nie potrafił tego zrozumieć, nie umiał przestać mnie kochać, ale pozwolił mi odejść. Pozwolił mi odejść razem z Vincentem, obiecał, że jakoś się pozbiera. A potem płakał, ale nikt już tego nie widział.

Moje siostry narobiły wtedy strasznego rabanu. Lepiej ode mnie wiedziały, kto jest miłością mojego życia i z pewnością nie był to ten drugi, sądząc po ich protestach. I ja szybko przejrzałam na swoje wielkie, smutne oczy. Zrozumiałam, że nigdy nie będę w stanie pokochać Vincenta, że zawsze będzie mi brakowało żywiołowości, energii, radości życia L.

Spotkaliśmy się przypadkiem i żadne z nas nie zachowało zimnej krwi – klasyczna, publiczna awantura z początkowymi próbami mówienia opanowanym głosem. Później poszło już po całości, wywlekanie brudów, wzajemne oskarżenia, nic przyjemnego. Uciekłam, całkiem niepotrzebnie, bo wcale za mną nie poszedł.

Przesiedział tę noc w knajpie. Doszedł do wniosku, że wprawdzie nie życzy źle Vincentowi, ale też na pewno dobrze życzy sobie. Nie był typem cierpiętnika. I na pewno nie był typem romantyka. Przyjacielowi wydawało się zawsze, że każda miłość jest ostatnia, ale L. zawsze zostawiał sobie margines swobody i nie inaczej było tym razem. Nigdy nie potrafiłby poświęcić swojej niezależności, ale szanował też cudzą.

Nad ranem doszedł do wniosku, że nie będę szczęśliwsza bez niego. I że on nie będzie szczęśliwszy beze mnie. Włóczył się potem po mieście. W nocy wszystko wydawało mu się bardziej klarowne. Wspominał nasz związek, zastanawiał się, czemu zostawiłam go dla Vincenta, choć on, L., tak o mnie walczył. I tak bardzo się starał. Dręczył się. Wściekał.

Trafił w końcu na wzgórze Montmartre, gdzie ponownie się spotkaliśmy, jakimś nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności. Był już wtedy tak wściekły, że rzucił we mnie souvenirem, taką tandetną harmonijką z najbardziej kiczowatymi widokami Paryża. Zarzucił mi, że traktuję go protekcjonalnie, że jestem podła; nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. Kazałam mu się wynosić, używając jakiegoś kretyńskiego tekstu, i wtedy on powiedział coś, co zapamiętam do końca życia.

– Jaka ty jesteś głupia, przecież bez ciebie to nie ma sensu. Kocham cię.

I choć niczego innego nie chciałam wtedy usłyszeć, wrodzone poczucie dramatyzmu chwili nie pozwoliło mi rzucić się mu w ramiona ku ogólnej radości zgromadzonej gawiedzi. Zaczęłam uciekać schodami na dół. Szybko, zręcznie wymijając turystów, pozostawiłam zaskoczonego L. wysoko na górze. Nie byłby sobą, gdyby po chwili nie rzucił się w pogoń za mną. Nie byłby sobą, gdyby nie zrobił czegoś szalonego. Zjechał po poręczy, tak na złamanie karku, doprowadzając tłumy idące bardziej tradycyjnie do białej gorączki.

Na dole nie poprosił mnie o rękę, tylko obejrzał się za siebie i błagał, żebyśmy szybko stąd poszli. Pamiętam jak dziś jego lekko strwożone spojrzenie; ten charakterystyczny ruch głowy, który wykonuje człowiek, kiedy ktoś siedzi mu na karku.

Nie puściłam jego dłoni, dalej poszliśmy razem. Zapytał się mnie, czy jestem szczęśliwa, a ja roześmiałam się i odpowiedziałam mu.

– Jestem sobą.

Później zapytałam, co chciałby teraz robić.

– Nic ponad to, co robię – odparł z uśmiechem, ale dręczyłam go dalej.

– Surfować po baskijskim wybrzeżu – odpowiedział po chwili namysłu. – A ty?

– Pisać.

pikfe

Portret 9. Emocjonalny popapraniec.

Kwiecień 7, 2015

Dzień dobry.

Portret 9.

Emocjonalny popapraniec.

Z uporem maniaka nazywam go tak w pamiętnikach, tych pisanych prawie dekadę temu. Czasem zamiennie ze słówkiem dziwak. Nigdy nie określiłam, że widujemy się, raczej, że spotykamy się czasami. Nie rozumiem go; nie wiem, o co mu chodzi; zachowuje się, jakby wstydził się zaprosić mnie na bal ósmych klas; odwala takie numery, że nawet nie wiem, czy chce się ze mną dalej widywać. Pisze smsy o tym, jaka jestem wspaniała, a potem nie odzywa się przez tydzień. Planujemy wspólny wyjazd w góry, ale on ostatecznie rezygnuje, bo za bardzo mu się podobam (sic).

Na koniec, rozstrzygająca rozmowa, na kartkach pamiętnika nawrzucałam potem chłopakowi aż miło. Bo to w ogóle świetny dzień był.

Zaczęło się, kiedy dostałam na skórze dziwnych, okropnych, swędzących wyprysków. Potem było seminarium, na którym promotor zaproponował mi jakąś bezsensowną, banalną typologię z dupy. Następnie poszłam na konsultacje do jednego z adiunktów, a jego monolog zwalił mnie z nóg. Uznałam, że jestem głupia jak but i jeśli napiszę tę pracę, to będzie cud. Zresztą cała praca będzie do dupy, bo ja jestem do dupy. Na koniec dnia, niczym wisienka na torcie, spotkanie z nim. Zakomunikował mi, że sypiał, sypia i będzie sypiał z więcej niż jedną koleżanką i że nie chciałby mnie skrzywdzić.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.

Rozważania o nim zakańczam wujem Stefanem, mistrzem ciętej riposty.

***

A jednak.

Był nieprawdopodobnie interesującym partnerem do rozmowy; uważny, inteligentny, racjonalny, o świeżym, oryginalnym i krytycznym spojrzeniu na rzeczywistość. Nigdy nie powtarzał cudzych osądów, umiał spowodować, że nagle dostrzegałam coś z zupełnie innej, niespodziewanej perspektywy. Tam, gdzie spodziewałam się krytyki, słyszałam aplauz; tam, gdzie oczekiwałam entuzjazmu, czekała na mnie miazga.

Czytał wszystko. Widział wszystko. Pamiętał wszystko.

Jego wiedza budziła podziw, był jakby poza naszą, studencką skalą, choć nigdy się nie wywyższał. (Że skończył medycynę powiedział dopiero, kiedy utrzymywanie tego w dalszej tajemnicy byłoby nieuczciwością i robieniem ze mnie idiotki).

***

Po tej dekadzie, kiedy wróciłam do wspomnień z nim związanych, ubawiłam się tym wszystkim, ale nie tylko. Dostrzegłam też, jak wielka zmiana optyki nastąpiła w moim życiu.

Choć niewiele starszy ode mnie, był dużo dojrzalszy, podczas gdy ja byłam jeszcze podlotkiem. Wkurzała mnie jego dojrzałość, chyba nieco cyniczna i zblazowana, choć bardzo poważna; jego mogła zachwycać moja dziewczęcość i naiwność spojrzenia (niezamierzona, ale teraz tak właśnie to widzę), bo niewiele chyba było jej w jego życiu singla i playboya, na którego wprawdzie nie pozował, ale którym bez wątpienia był.

Kiedyś zupełnie go nie rozumiałam, dopiero z czasem zaczęło docierać do mnie, że w wielu sprawach miał rację. Albo, że może nie do końca, ale w sumie teraz byłabym skłonna zgodzić się z nim.

I choć kiedyś tak tego nie widziałam, mało szlachetnie wzorując się na Bridget Jones (?) i nazywając go emocjonalnym popaprańcem, był uczciwy i zobaczył naszą wspólną przyszłość znacznie wyraźniej niż ja. Zaoszczędził mi wielkiego zawodu, którego mógł uniknąć tylko mówiąc mi „nie”.

Tyle na szczęście zrozumiałam.

I może też, dzięki decyzji, którą wtedy podjął, gdzieś tam, w jego głowie, żyje jeszcze tamta pikfe.

pikfe

P.S. I spojrzenie Olinusa, Trzeciej Perspektywy. Mnie coś umknęło, jej nie.

Bardzo skromny, ale odmienił moją grupę (mieszankę ludzi z różnych miast, w różnym wieku, z różnych powodów studiujących zaocznie). Miałam nawet fajnych ludzi na roku i myślę sobie, że ta fajność była właśnie jego zasługą. Kiedy wszyscy połapali się, ile on wie, ile przeczytał i ile widział i że nie ma w nim żadnej pozy, absolutnie żadnej, to postanowili nie pozować, bo to byłoby głupie. Ja tak to widzę.
Jak kiedyś jedna PANI DOKTORANTKA źle go potraktowała – do końca zajęć nikt się do niej nie odezwał, a to były ćwiczenia! Nie chciał podważyć jej wiedzy, ale ona sobie tak ubzdurała, zrąbała go, a cała grupa wbiła wzrok w podłogę i ani słowa. Chyba na następnych zajęciach go przeprosiła.

Oli

Portret 8. Robak.

Kwiecień 4, 2015

Dzień dobry.

Portret 8.

Robak.

Kiedy ja wzdychałam do Boga, Robak wzdychał do mnie. Nawet przez sekundę nie pomyślałam, że ktoś może widzieć we mnie tyle, ile ja dostrzegałam w Bogu.

A jednak.

Robak był wytrwały, choć niekłopotliwy. Nigdy nie zdradził się z uczuciami, jakie żywił i nawet, kiedy dowiedziałam się o nich, nie krzyknęłam „wiedziałam!”, spoglądając na stare fakty w nowym świetle. Nic z tych rzeczy, był fenomenalnie dyskretny w tym względzie, choć spotykaliśmy się często.

Bardzo lubiłam z nim rozmawiać. Inteligentny, oczytany, pasjami oglądał niszowe filmy i słuchał niszowej muzyki. To dzięki niemu sięgnęłam po „Władcę Pierścieni”, potem po prozę Sapkowskiego, to on pożyczył mi Imre Kertesza, z nim dyskutowałam o Woolf i Coetzeem. Przynosił mi płyty, których nigdy nie byłam w stanie słuchać i raczył opowieściami o dziwacznych horrorach. Zawsze zatrzymywał się, kiedy paliłam, żeby chwilę pogadać.

Był inny niż większość moich kolegów z roku, całkowicie pozbawiony zacięcia do przybierania artystycznej pozy. Nie było w nim nawet śladu zadęcia, tylko skromność. I luz (może sztuczny, ale bardzo przekonywujący). Nie straszył ciemnymi podwórkami, butelką ciepłej wódki i śmierdzącym kiepem; wręcz przeciwnie, niepalący, niepijący, momentami może nieco mroczny, ale mimo wszystko uśmiechnięty, taki poukładany, choć kibic i po przejściach.

***

Uratował mnie kiedyś, tak bardzo pomógł, i ani przez chwilę nie chciał nic w zamian, przez cały wieczór pozostając tylko kolegą.

Pamiętam tamten dzień, kiedy błądziłam samotnie po ulicach miasta, zastanawiając się, czym jest Śmierć i dlaczego tak bardzo nas dotyka, dlaczego wszystko, a czasem nawet więcej, zabiera. Padało, było zimno i ciemno, jakiś listopad?

Minęłam kawiarnię, jasną i rozświetloną, w której siedziały wszystkie moje koleżanki, rozemocjonowane rozmawiały przy kawie i papierosie, a ja patrzyłam z zewnątrz i wiedziałam, że nie; że nie tym razem, że nie wejdę.

Do domu nie chciałam wracać, był jak kawiarnia.

Nikt nigdzie mnie nie rozumiał. Chciałam być sama i jednocześnie rozpaczliwie kogoś potrzebowałam, nie będąc nawet w stanie wsiąść do tramwaju.

Spotkałam jego, przypadkiem, w deszczu, na ciemnej ulicy.

I choć nigdy nie był moim przyjacielem, przytuliłam go i zaczęłam płakać. Długo, mocno, boleśnie.

Był mądry, nie zadawał pytań. Milczał tak długo, jak tego potrzebowałam, a potem zabrał mnie gdzieś i gadał, gadał, gadał. Tak długo, aż spokojną wsadził mnie w tramwaj i poprosił o smsa, że dojechałam.

***

Jak dobrze byłoby, gdyby to był koniec.

Jednakże Robak miał gadatliwych kolegów, dowiedziałam się bowiem z ust co najmniej drugich, że darzy mnie niezwykłym uczuciem nie od tygodnia, nie od miesiąca, ale od lat.

I to chyba była litość, może wzięcie na próbę, a może chęć uszczęśliwienia?

Nie pamiętam, wstydzę się.

Przedsięwzięcie od początku skazane na porażkę, choć przy aplauzie plotkujących. Nieudolne próby tworzenia paczki, w której nie było dla mnie miejsca. Niezbyt udane wyjścia z moimi przyjaciółmi. Jego niedyskrecja, która mnie zabolała. Jego koszulka, którą zdjął ukazując ciało tak dla mnie nieatrakcyjne, że o niczym poważnym nie mogło być mowy. Żadnych mięśni na przedramieniu, żadnej niedowagi, ktoś gdzieś mówił, że kobiety nie są wzrokowcami i liczy się charakter? Robak miał dobry charakter.

Poza tym źle się czułam jako bogini. Próbowałam chyba wykorzystywać to, że ustawił mnie na tym nieosiągalnym dla zwykłych śmiertelników piedestale. Wszystko było mi wolno, a wiedziałam, że tak nie wolno.

W tej samej kawiarni przed którą stałam patrząc na moje rozentuzjazmowane koleżanki, powiedziałam mu, nie po latach, nie po miesiącach, tylko po tygodniach, że ja jednak nie. Trudne, choć z pewnością trudniejsze dla niego. Niemniej jednak ułatwił mi zadanie; zaczął bowiem grozić straszną krzywdą uczynioną sobie. I wkurzył mnie, choć zachowałam zimną krew.

Wsadziłam go do tramwaju i poprosiłam o smsa, że dojechał.

pikfe

Portret 7.

Kwiecień 3, 2015

Dzień dobry.

Portret 7.

Szklany śnieg.

Poznała go w paryskim barze, całkiem niedaleko od swojego hotelu. Dosiadł się do jej stolika, pytając, czy nie dałaby mu pieniędzy. Duże, podkrążone oczy z niesamowitym blaskiem spoglądały na nią z naprzeciwka. Zanotowała w pamięci bladość skóry, niechlujny zarost, szmatławe i śmierdzące brudem ciuchy, tłuste włosy i potworne paznokcie. Nie mogła jednak oderwać wzorku od jego oczu.
– Zamów śniadanie, ja zapłacę – powiedziała.
– Wyglądam już tak źle, że nawet nie chcesz dać mi paru euro? – pokiwała potakująco głową. Rozłożył bezradnie ręce, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Najpiękniejszego uśmiechu, jaki widziała w całym swoim życiu. Dokładnie tak wtedy pomyślała, tak dobrze pamiętała tamten dzień.
Do ich stolika podeszła kelnerka, a on mało dyskretnie przyglądał się jej nogom.
– Mogę przyjąć zamówienie? – zapytała zniecierpliwiona.
– Jajecznicę, sok pomarańczowy i mocną kawę – odpowiedziała ona, widząc, że on nie kwapi się do podjęcia jakiejkolwiek decyzji dotyczącej tego, co będzie jadł, o ile nie będą to nogi kelnerki.
– Świetny zestaw na kaca – powiedziała do siebie, coraz bardziej dziwiąc się, że ktoś taki siedzi z nią przy stoliku.
– Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. Nie mam okularów, nie widzę, co jest napisane w karcie, a zresztą – ty stawiasz, ty wybierasz. Nie wiem, na co mógłbym sobie pozwolić – dodał, ponownie się uśmiechając.
– Papierosa? – zapytała.
– Z nieba mi spadłaś – spojrzał na nią z wdzięcznością, kiedy wyciągał z paczki marlboro. – Na imię mi Robert.
– … – powiedziała podając mu rękę ponad stołem. – Jesteś paryżaninem?
– Hmmm…. – roześmiał się. – A wyglądam?
– Nie wiem, jak wygląda paryżanin – odparła speszona.
– Myślę, że wiesz, tylko wstyd przyznać ci przy mnie, że kojarzy ci się z wyrafinowaną, drogą, męską elegancją albo z czarnym bawełnianym płaszczem, okularami w rogowych oprawkach i szalem. Nie pasuję.
Kelnerka postawiła przed Robertem jajecznicę, sok i kawę, a on spojrzał na danie zdegustowany. Zauważyła, że trzęsą mu się dłonie. Zaciągnął się papierosem.
– Nie zjem tego – powiedział.
– Nie jedz – odparła.
– Nie jesteś Francuzką, prawda?
– To widać?
– Zamówiłaś mi jajecznicę.
Roześmiała się.
– Zawsze sama jadasz śniadania?
– Z reguły.
– Jestem ci coś winien. Niewiele, bo nie liczę jajecznicy, ale mimo wszystko coś. Chodź ze mną – spojrzała na niego zdziwiona. Serce tłukło się jej w piersi. Był piękny. Brudny, śmierdzący, odrażający, ale piękny.
– Muszę iść do pracy – powiedziała.
– A czym się zajmujesz? – zapytał niedbale, wstając już od stolika.
– Wprowadzaniem faktur do systemu – spojrzał na nią okrągłymi ze zdziwienia oczami. Miała wrażenie, że całkowicie go zamurowało.
– To dość dobrze płatne zajęcie – odparła, jakby na swoje usprawiedliwienie. W domu nikt nie powiedział nic złego o tej pracy.
– I mimo wszystko chcesz tam iść? Zadzwoń, powiedz, że zwymiotowałaś. Chodź ze mną. Nie lubię mieć długów wdzięczności.

pikfe