Archive for the ‘Koty’ category

Lato wiejskie.

9 lipca, 2011

Dzień dobry.

Może trochę pada, może zdarzają się brzydkie dni, ale mam jednak mocne uczucie, że mamy lato i jest u nas sielsko – wiejsko.

Codziennie chodzę z Yodą na długie spacery, a od czasu do czasu gdzieś jeździmy.

Byliśmy już nawet w Mieście. Wiecie, jak ja dawno nie byłam w Mieście? Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam autobus 😉

Yoda w samochodzie nie marudzi, a wyprawami jest zachwycona – przynajmniej tak wygląda. W każdym nowym miejscu rozgląda się z ciekawością, nie marudzi i nie płacze. Oczywiście, nie jest tak jak było przed Yodą, jest zupełnie inaczej, ale o tym kiedy indziej.

Na Wsi jest jednak przyjemniej niż w Mieście (zwykle – o tym też innym razem).

To trzmiel gapa, za żadne skarby nie potrafił dostać się do pyłków, kombinował i kombinował, czym ubawił mnie do łez. W końcu, po wielu, wielu próbach, udało mu się, szczęśliwie.

Nasze koty też mają się dobrze, choć poświęcamy im mniej uwagi niz kiedyś. Wszystkie jednak wyglądają na szczęśliwe, uwielbiają wychodzić na dwór, ale zawsze wracają do domu i śpią w kocim kąciku, czyli na fotelu Ektorp oraz na sąsiadującym parapecie.

Tu Biała, jedna z córek Dziewczynki. Ta kotka z nami została, tak więc w chwili obecnej jesteśmy posiadaczami trzech kotów.

Biała też czuje lato 🙂

Wszystkim Wam cudownego lata!

pikfe

Kot z piekieł czeluści!

7 czerwca, 2011

Dzień dobry.

Bez komentarza 😉

pikfe

Koniec historii z kocurkami.

17 lutego, 2011

Dzień dobry.

Dziś Światowy Dzień Kota. Długo zastanawiałam się, co napisać. Mam kocią bibliotekę, mam kocie przemyślenia, wreszcie mam kocie anegdoty.

Ale nie lubię pisać na zadany temat. Nie napisać jednak o kocie w jego dzień? Napiszę. O naszych kocurkach, i będę tak jeszcze pisała przez dni cztery.

Już jakiś czas temu wydaliśmy kocurki.

Dwa maluchy poszły już w listopadzie, a pozostałe cztery były z nami dość długo, bo aż do dwudziestego stycznia – miały trzy miesiące i dwadzieścia dni. Poznaliśmy lepiej Białego Ogona, (naszą, w odróżnieniu od Uialowej) Pisku, Szatana i Białą. Z początku malutkie i bezproblemowe…

… z czasem rosły. Miały swój pokój, w nieurządzonej jeszcze łazience na dole. Nie wychodziły stamtąd, zresztą początkowo wcale nie miały dużego zapotrzebowania przestrzennego. Big B przyniósł im korzenie drzew, szalały jak szalone.

Drzwi zastawiliśmy kartonem, w którym spały. Początkowo z niego nie wyskakiwały, a potem się nauczyły. Na szczęście NAJPIERW nauczyły się załatwiać w kuwecie.

Powoli zaczynały aneksję domu. Dół. Kanapa. Fotel. Schody. Góra. Stłuczona lampa.

To była niezła banda.

Rosły coraz bardziej,  ich charaktery kształtowały się coraz wyraźniej.

Obserwowanie ich dorastania było prawdziwą przyjemnością, bywało, że nie potrafiliśmy oderwać od nich wzroku. I mogliśmy się z nich śmiać, małe koty nie są jeszcze tak wyczulone na swoim punkcie.

Nie powiem, coś tam poniszczyły – lekko obdrapały krzesła, nadszarpnęły nieco obicie kanapy (mamy koty, jesteśmy przewidujący: obicie jest wymienne), skatowały krzesło komputerowe Big B, ukradły podkładki pod talerze i przeznaczyły je na… drapaki. Poza tym były naprawdę grzeczne: żadnego załatwiania się poza kuwetą, drapania mebli, gryzienia czego popadnie.

No… z choinką szalały, dlatego od dołu była rustykalna 🙂

Niestety, nie trafiły z różnych przyczyn do domu, do którego chciałam, żeby trafiły. Były już duże, kocica zaczynała je odpędzać, a Siódmy zaczął znikać z domu – wyraźnie było widać, że ma dość tej hałastry.Moje własne koty cenię ponad inne. Poza tym Big B zaczynał dostawać szału.

One też. Za dużo kotów na jeden Domek.

Nie mogłabym uszczęśliwić sześciu kotów.

Musieliśmy je oddać.

Ale to już inna historia.

Od lewej: Biała, Biały Ogon, Nasza Pisku Pisku, Szatan.

Mam nadzieję, że jest im dobrze.

pikfe

Siedem mordek do wykarmienia.

9 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Na szczęście już nie te widoki…

… witają mnie rano. Lepiej mi od samego bycia w domu. Czuję się nawet nieźle, ale brzuch daje o sobie znać, biorę leki i naprawdę dużo odpoczywam. Nie jestem jakaś bardzo użyteczna, ale nie o użyteczność mą teraz się najbardziej rozchodzi.

Big B jeszcze kiedy byłam w szpitalu powiedział mi, że mamy nowego kota. Oczywiście nie w domu, tylko na zewnątrz. To dzikusek, który zamieszkał w budynku gospodarczym (dla zorientowanych – w Unesco) i którego Big B zaczął podkarmiać.

Wstyd nie dokarmiać teraz zwierząt, a ten wygląda na mocno wybidzonego – choć futra bardzo grubego w bród. Zajada aż mu się uszy trzęsą.

Musimy zanieść mu do Unesco jakiś karton i kocyk (albo skrzynkę i słomę, zobaczymy), bo przy -20 to i tam zimno, a jeszcze do tego wieje.

Tak więc mamy teraz siedem kotów, które karmimy – Dziewczynę, Siódmego (to stali rezydenci), Kota Big B, Białego Ogona, Szatana, Białą (to maluchy) i Bandytę (dzikus). Finansowej mocy to nie dodaje.

(na marginesie: Biała i Biały Ogon mają już właścicieli, ale Kot Big B i Szatan nadal swoich szukają)

Jednakże w związku z pojawieniem się nowego kota, dość zuchwałego nawet (albo bardzo głodnego) pojawiają się także problemy terytorialne. Siódmy przegrał niestety pyskówę i wycofał się do domu i ja musiałam bronić honoru podwórka. Wychyliłam powoli głowę – tak, żeby nie przestraszyć Bandyty swoją obecnością – i musiałam porządnie i po kociemu powarczeć. Chwilę tak na siebie warczeliśmy i w końcu Bandyta się wycofał.

On (chyba) nie podchodzi pod dom od tamtego czasu, a dla porządku Big B przestawił mu jeszcze miseczkę bliżej Unesco.

Raczej nie zaczynajcie ze mną walki o podwórko 😉

Na tym zdjęciu widać puchatość ogona naszego nowego podwórkowego rezydenta. Nie jest zjeżony, tylko nieco sfilcowany i bardzo, bardzo zimowy.

Bandyta nie wygląda również tak groźnie, jak na zdjęciach. On się nie szczerzy złowrogo, tylko w pośpiechu pożera.

Ciekawe, jak długo z nami pomieszka. Właściwie to powinniśmy go złapać i sprawdzić płeć. Jeśli to kotka – koniecznie wysterylizować. Tylko jak ją złapać? Podobno dzikie kotki są dużo sprytniejsze od kocurów, którym wystarczy kawałek tuńczyka i wlezą wszędzie. Big B będzie musiał powalczyć.

Tej śnieżnej, mroźnej zimy dokarmiajcie zwierzęta, nawet jeśli macie ich już sześć 😉

pikfe

 

Mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrau.

2 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Nie pisałam zbyt dużo o moim ośmiu kotach, a dwa już wydaliśmy. Mają już ponad osiem tygodni, są wielkie (jeden waży prawie kilogram… ich matka dwa siedemset), czas odciążyć trochę zabidzoną kocicę.

Oczywiście, że jest mi ciężko, choć przecież wiem, że trafią w dobre miejsca. Ale oddać sześć kocurków? To dla mnie jest jednak przeżycie.

Na dwa maluchy przyjmujemy jeszcze zapisy 🙂

Nie mam prawie zdjęć – nie umiem robić zdjęć kocurkom. Cały ich urok tkwi w ruchu – kiedy uczą się tego wszystkiego, co dla dorosłych kotów jest naturalne. Można siedzieć i patrzeć, godzinami.

Kiedy bawią się w wojnę i biegają wygięte w pół, na paluchach, pokraczne.

Kiedy gonią się i nie wyhamowują albo biorą zakręt dużym łukiem.

Kiedy spadają ze schodów, bo magiczna siła, która jest zawsze obecna w domu, w którym są małe koty, odpycha je do tyłu.

Mam filmiki. Też nie są zbyt świetne, ale może coś tam uda się Wam dostrzec.

Teraz tytułowy tupot małych nóżek (łapek) – jeden z najpiękniejszych dźwięków. Tak to jest, kiedy pod podłogą jest trochę wolnej przestrzeni.

Zapasowy link do filmiku, który nie chce się załadować.

Teraz wiem, że szczytem szczęścia dla kota nie jest ciepła kanapa, tylko chłód wolności na dworze. Nie jestem przekonana, że Siódmy wolałby zawsze siedzieć na dworze (jak sądzi AardvarK), on jednak jest wychowany w domu i lubi ciepło fotela oraz swoje miejsca, ale  cieszę się, że moje małe koty trafią w miejsca, gdzie nie będą zamknięte w czterech ścianach. Teraz może podoba im się kanapa…

Zapasowy link do filmiku, który nie chce się załadować.

… ale w przyszłości pewnie będą wolały bawić się na starych pieńkach albo leżeć na polu albo buszować na jakimś strychu. Zdaję sobie sprawę, że pewnie nie dożyją sędziwego wieku, ale patrzę na Siódmego i wiem, że on za nic w świecie nie zamieniłby dworu na parę lat w zamknięciu.

Kotka i tak za jakiś czas zaczęłaby je wywalać, więc ich szczęście w Domku i tak zaraz by się skończyło. Najgorsze jest to, że Dziewczynka nie za bardzo chce uczyć je polować. Nie przynosi do domu nic pół żywego (a już nawet doszliśmy do wniosku, że byśmy jej pozwolili na krwawą lekcję w sieni, gdzie mysz nie ucieknie, a ślady krwi można umyć mopem), tylko od czasu do czasu udostępnia swój ogon.

Zapasowy link do filmiku, który nie chce się załadować.

Nie wiem, czy nauki matki mają wielkie znaczenie. Fakt faktem, że Siódmy niczego nie był uczony (osierocony) i ptaka raczej nie złapie – w przeciwieństwie do Dziewczyny – niemniej jednak jest seryjnym mordercą myszy (których swoją drogą nawet nie zjada).

Naprawdę lubię koty, a nasze małe są w gruncie rzeczy bezproblemowe. Ani razu nie załatwiły się poza kuwetą (!!!), pojętnie uczą się, że kabli się nie gryzie i na stół się nie wchodzi. Jasne, troszkę masakrują krzesła (na szczęście nie są to zbyt designerskie krzesła), ale pazurki ostrzą na konarach, które Big B im przyniósł.

Tupot małych nóżek (wcześniej sztuk dwadzieścia cztery, a teraz szesnaście) rules 😉

pikfe

W czasie deszczu…

4 listopada, 2010

Dzień dobry.

… koty się nudzą.

Śmieszy mnie mój ukochany Siódmy, który teraz całe dni spędza na dworze i podrzuca nam myszy i norniki pod drzwi.

Dziś co chwila chce wyjść, pędzi do drzwi, bo chyba zapomina, że ciągle pada. Dopada do drzwi, ja je otwieram, a kot staje jak wryty. Pomruczy pod nosem i wycofuje się.

Dwa razy podjął heroiczną próbę – raz Big B zawołał go z dworu, więc Siódmy łaskawie do niego podbiegł (bo on jest trochę jak pies), ale kontakt mokrej ziemi z suchymi, ciepłymi łapkami był – sądząc z chodu – nie do zniesienia. Drugi raz sam z siebie zdecydował się na próbę, ale zawrócił prędko przy pierwszej napotkanej kałuży, która zagradzała mu drogę.

Jak pada, nasz kot woli siedzieć w chałupie.

pikfe

P.S. O małych jeszcze napiszę, ale pragnę podkreślić, że wszystkie załatwiają się już do kuwety – my ich tego nie uczyliśmy – i ani razu nie nabrudziły poza nią.

Kocięta.

16 października, 2010

Dzień dobry.

Dla naszych sześciu kotków rozpoczął się już trzeci tydzień życia i bardzo szybko rosną.

W pierwszym tygodniu, razem z mamą, wyglądały tak…

I z bliska.

Zbyt interesujące to one jeszcze nie były: głównie spały i jadły lub też jadły i spały. Od czasu do czasu któryś popiskiwał. Największa różnica: w wadze i wzroście. Wyraźnie się zmieniły: brzuchy im się ponapełniały i rosły z dnia na dzień.

Pod koniec pierwszego tygodnia zaczęły otwierać oczy, przy czym to nie jest tak, że nagle widzi się kocurka z pięknymi, niebieskimi ślepiami. Z początku kocie powieki są mocno zaciśnięte, a z czasem się rozluźniają, także, że wyglądają, jakby kot miał po prostu zamknięte oczy. Po jakimś czasie oko lekko się uchyla, przy wewnętrznym kąciku pojawia się dziurka i ona z biegiem czasu spokojnie się rozkleja. Nie od początku też kocie oczy są błyszczące: najpierw wyglądają jakby zaszły mgłą.

Kiedy zaczęły otwierać oczy, Dziewczynka zażądała, żeby przenieść jej dzieci do przykrytego od góry kartonu. Nie, nie, nie to, że ona sama się tym zajmie (nie za bardzo umie). Wyszła z kartonu jeden, zaczęła się drzeć, położyła przed kartonem dwa, drąc się ciągle i kiedy eksperymentalnie przełożyłam tam jednego kociaka, wlazła do środka i zaczęła mruczeć.

Trzeba umieć się w życiu urządzić.

Jutro jeszcze o kotach więcej.

pikfe

 

Poród w rodzinie.

3 października, 2010

Dzień dobry.

Nie pisałam o tym wcześniej, ponieważ na początku nie mieliśmy zarówno pewności, jak i Internetu, a potem – kiedy pojawił się brzuch – tylko Internetu. No, a potem czekaliśmy do rozwiązania.

Nasza kotka, Dziewczynka, była w ciąży i urodziła sześć kociąt nad ranem pierwszego października.

Nie planowaliśmy mieć małych kotów, choć – jak to bywa w przypadku wpadek – nie zachowywaliśmy się też zbyt odpowiedzialnie. Jedna ruja na wsi przeszła spokojnie, nie pojawił się żaden adorator, więc w czasie drugiej wypuszczaliśmy Dziewczynę na dwór i któregoś dnia spostrzegliśmy adoratora w skrzyniopaletach, razem z naszą kotką. Ich bzykanie zakończyło się sukcesem, bo po powrocie z wakacji u kotki objawił się brzuch. A potem już tylko rósł, aż Big B mówił, że kotka idzie na rekord i że będzie dziewięć 😉

Zrobiliśmy jej gniazdo z kartonu i ona zaakceptowała to miejsce, bo trochę tam polegiwała. W ostatniej fazie ciąży już prawie nie wychodziła na dwór (nie chciała), leżała głównie na boku i dyszała, wyraźnie zmęczona.

Zwykle zwinny i skoczny kot z trudem właził na parapet.

Zaczęło się trzydziestego września po południu – kotka zawołała nas do gniazda, chciała, żeby przy niej siedzieć i ją głaskać, tak więc siedziałam i siedziałam, ale to był tylko fałszywy alarm. Po jakimś czasie znowu się uspokoiła, ale tylko po to, żeby obudzić nas o trzeciej nad ranem swoim piskiem i drapaniem w drzwi. Zaczęła już plamić, a odOlinusa Prime wiedzieliśmy, że to początek porodu; zresztą ona od razu zaprowadziła nad do swojego kartonu i zaczęła mieć najzwyklejsze na świecie bóle parte.

Pierwszy poród był najtrudniejszy – kotek zaczął rodzić się ogonkiem (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że u kotów to normalne i zaczęłam strasznie panikować, ale na szczęście jest Big B i Internet; choć podobno – w innych  źródłach podali – taki poród może zakończyć się śmiercią, jednakże zdarza się to bardzo rzadko) i długo to wszystko trwało, prawie czterdzieści minut. Bolało ją chyba jak jasna cholera, bo darła się okropnie.

W końcu, o trzeciej trzydzieści dziewięć urodził się pierwszy kotek.

Chwilę po urodzeniu nie wyglądają najlepiej, jak takie małe obce. Kotka jednak zaraz zjada worek owodniowy, przegryza pępowinę i zjada łożysko (co o dziwno nie było dla mnie obrzydliwe).Na temat zjadania łożyska czytałam różne rzeczy – być może obydwie są prawdziwe: że kotka zjada je, żeby mieć zapas energii i móc zostać ze świeżo narodzonymi kociakami w gnieździe; że zjada je instynktownie ze względu na dużą zawartość oksytocyny, hormonu, który stymuluje wytwarzanie mleka i wzmacnia instynkt macierzyński.

Olinus Prime zbiła teorie jednym celnym zdaniem: To po co Siódmy je zżerał?!

(To była druga ciąża Dziewczynki, przy pierwszej asystowała Olinus Prime, Kubatron i Siódmy właśnie. I właśnie wtedy zjadł łożysko. Widocznie smaczne).

Potem koty rodziły się podręcznikowo – mniej więcej co trzydzieści minut – o czwartej dziewięć (kot cały czarny, z białym czubkiem ogona), o czwartej trzydzieści sześć (cały czarny) i o czwartej pięćdziesiąt osiem (z białym podgardlem). Trochę musieliśmy jej pomagać (była bardzo zmęczona), podtykać jej kotki do mycia; trochę przy porodzie asystował Siódmy, ale bez większego entuzjazmu.

Po czwartym Dziewczyna się uspokoiła, ułożyła na boku, przestała mieć bóle parte i naprawdę myśleliśmy, że to już koniec. Big B poszedł spać, a ja zostałam z nią jeszcze. I dobrze.

Za dziesięć piąta znowu zaczęła mieć bóle parte, znowu zaczęła się wydzierać i bardzo szybko i sprawnie w przeciągu kwadransa urodziły się dwa kolejne – jeden z białymi skarpetami i ostatni cały czarny.

Z ostatnim przez chwilę było dramatycznie, ponieważ… urodziła go do połowy (łepek został w środku), pozbyła się worka, umyła i straciła zainteresowanie dalszym rodzeniem, a tu łapki wierzgały, więc mocno musiałam ją zmobilizować do ostatniego wysiłku, a ona naprawdę miała już dosyć.

Ostatecznie skończyło się na sześciu ślicznych, żywych kotach.

Pierwszego dnia po porodzie wyglądają już bardzo ładnie, chociaż oczywiście są ślepe i nawet nie mogą ustać na łapach.

Dziewczyna jest bardzo ufna, można je na chwilę wyjąć z kartonu.

Inna rzecz to smutny los naszej kotki – ciągle leży, jak uwiązana, w kartonie. Myje je, liże, karmi praktycznie bez przerwy. Wyszłaby na dwór, ale dalej niż na parę kroków się nie oddali, instynkt zabrania.

Widać po niej, że jest udręczona. Jak tylko może, ucieka z kartonu, ale przecież ma ich sześć, któreś budzi się co chwila, więc ona zaraz musi wracać.

A przedtem było pięknie – wychodziła na całe dnie z domu, jadła myszki, wylegiwała się w trawie. Jednym słowem – robiła, co chciała i ograniczały ją tylko pory karmienia

Ciężki jest los matki.

Ojej.

pikfe

P.S. Teraz o małych kotach będę często pisać, bo to niezła zabawa będzie 🙂

Siódmy myśliwym (i zła wiadomość).

12 lipca, 2010

Dzień dobry.

Nasz kot nas zaskakuje – okazuje się być prawdziwym kotem myśliwym. Znosi nam ostatnio do domu małe wróbelki pół- loty, myszy półżywe oraz na szczęście całkiem martwe

Jego pierwsza zdobycz (młody wróbel – wiadomo, łatwiej je złapać) to było dla nas prawdziwe zaskoczenie.

Dla kota chyba zresztą też, ponieważ kompletnie nie wiedział, co dalej. Trochę próbował go ożywić, trochę go popilnował, a potem – niczym prawdziwy gentleman – odstąpił zdobycz Dziewczynie.

Dziewczyna trochę próbowała go ożywić, trochę go popilnowała, wnosiła do domu (ja wynosiłam), aż w końcu obydwa straciły całkiem zainteresowanie.

Podobno część właścicieli kotów próbuje tępić ich zainteresowanie ptakami. My nie. Trudno, kot jest drapieżnikiem, a wróbel (nawet mały) powinien się go strzec. Jeśli tego nie robi – trudno.

Nie przepadam za widokiem martwych zwierzątek, ale koty są wyraźnie zachwycone,  a to przecież ich zdobycz. Działa instynkt, z którym pikfe walczyć nie będzie, przynajmniej nie u kotów.

Później był drugi wróbelek, trochę bardziej wyrośnięty i żywa jeszcze mysz, której było mi szkoda, ale za późno Siódmy ją przyniósł i chociaż ją zabrałam, zdechła chwilę potem i  to raczej nie była przyjemna śmierć.

No, a ostatnio Siódmy przynosi nam (chyba nam, bo przecież ich nie zjada) ryjówki, na szczęście już martwe. I za każdym razem jest bardzo z siebie zadowolony – a my z niego.

Zła wiadomość jest taka, że dziś musimy oddać Internet i już więcej nie możemy go wypożyczyć. Czyli – o ile czegoś nie wymyślę, dopóki nie zrobimy tu sieci, nie mam od dziś Internetu. Może uda mi się jeszcze jutrzejszy chwast, ale później to już… cisza.

pikfe

28.06.2010

28 czerwca, 2010

Obydwa są w domu, zmęczone i baaardzo śpiące.

Big B wrócił.

A Wasz, jak się okazuje, owczarek pikfe jest uszczęśliwiony 😉

pikfe