Archive for the ‘Anglia’ category

Dawno temu w Snowdonii.

Czerwiec 30, 2011

Dzień dobry.

Czas na wspomnienia – oglądałam ostatnio zdjęcia z naszych zeszłorocznych wakacji i chociaż bardzo kocham Yodę, nigdy nie powiedziałabym, że przed jej narodzinami nasze życie było szare, pozbawione celu i sensu. Wręcz przeciwnie, wyglądamy na bardzo szczęśliwych i zadowolonych – i tacy też wówczas byliśmy.

Zeszłoroczne wakacje spędziliśmy w Anglii, głównie dzięki gościnie Ani Nowakowskiej, a potem także Lisów. I tam też po raz ostatni – na czas jakiś przynajmniej – odbyliśmy nasze górskie (choć nie tylko) wyprawy. I dziś wspomnienie z jednej z nich (Yoda śpi smacznie na moich kolanach) – wycieczki na najwyższy szczyt Walii, Snowdon.

Snowdon ma 1085 metrów wysokości, więc niezbyt wiele, jednakże zbudowana ze skał wulkanicznych i dodatkowo ukształtowana w czasie zlodowacenia, ma fragmenty i wymagające i nadające się także do wysokogórskiej wspinaczki. To właśnie tutaj ćwiczył Edmund Hillary przed swoim wejściem na Everest w 1953 roku.

Jasne, nie wspinaliśmy się tam, gdzie Hillary, ale mimo wszystko Snowdon nas zaskoczyła.

Nie zaczynaliśmy tak wcześnie jak zwykle w Tatrach licząc, że obłożenie turystyczne będzie mniejsze – i nie omyliliśmy się, ale podejrzewam, że wspomogła nas dość chłodna i deszczowa pogoda. Ponadto musieliśmy dojechać do Parku Narodowego Snowdonia – tuż obok Ania nie mieszkała 🙂

W Llanberis kupiliśmy mapę (na głównej ulicy to żaden problem, miasteczko żyje ze Snowdonu), wybraliśmy trasę i pojechaliśmy do Pen-y-Pass, naszego punktu startowego. Strasznie drogi parking, z tego co pamiętam dziesięć funtów.

Początek trasy, tak zwanej Pyg Track, zapowiadał się łagodnie, spokojnie i deszczowo.

Nie wiadomo, czemu Pyg Tarck tak właśnie się nazywa – być może z powodu przełęczy przez którą przechodzi (Bwich y Moch, czyli Pigs’ Pass) lub też dlatego, że używana była do transportu smoły (pyg) do kopalni miedzi.

Szlak ten jest uznawany za najtrudniejszy i najbardziej wymagający ze wszystkich sześciu prowadzących na szczyt. Wiedzie niższymi partiami masywu Crib Goch.Na Przełęczy Świn należy trzymać się lewej strony – tej z widokiem na Snowdon.

Na tabliczce informacyjnej zaznaczono, że przejście granią masywu Crib Goch jest extremaly dangerous, więc oczywiście zdecydowaliśmy, że właśnie to wejście wybieramy 🙂

W chmurach szczyt Crib Goch. Nie wygląda porażająco, prawda?

Szło się bardzo przyjemnie, pogoda w sumie była dobra, bo nie padało, a było chłodno, co przy podchodzeniu pod górę ma jednak pewne znaczenie.

Nieco bardziej rozchmurzony Crib Goch.

Spacer spokojny, mało wymagający. Widać, że ci co pisali tabliczki informacyjne nie wchodzili na Małołączniaka od strony Doliny Małej Łąki – przynajmniej tak myśleliśmy 😉

Przy szlaku leżały kamienie w wielkich torbach. Ktoś wie może czemu?

Na Przełęczy Świn pierwszy popas, tak przez nas lubiany. I widok na Snowdon z owej przełęczy. W dole Miners Track, jeszcze inna wersja wejścia na szczyt. Tuż za jeziorem Glaslyn (są dwa, Glaslyn, widoczne na zdjęciu, jest mniejsze i  położone wyżej) i łączy się z Pyg Track.

Na przełęczy musieliśmy zastanowić się nad planami pójścia granią Crib Goch – bardzo wiało, parę osób zawróciło. Zapytałam się ich, czy to przez ten wiatr i ogólną aurę, ale powiedzieli, że po prostu pomylili szlaki i zamiast dalej Pyg Track, poleźli tam, gdzie było extremaly dangerous.

Niemniej jednak bardzo wiało. Ale wiecie, Big B miał już jakąś wizję – skałki. Coś ostrzejszego niż nasze poprzednie spacerki po Peak District. Żal byłoby mu odmówić, zresztą pogoda naprawdę nie była aż tak dramatyczna, żebyśmy mieli rezygnować z lekkiej wspinaczki na rzecz czegoś, co wyglądało jak tatrzańskie Piekiełko.

Crib Goch nadal łagodny.

Widoki były piękne, takie górsko- angielskie.

Im jednak wyżej właziliśmy, tym góra pokazywała swoją (nieco) groźniejszą twarz. A wiało coraz mocniej. I mgła coraz bardziej nas otulała.

Aż w końcu naprawdę tzreba było się z lekka powspinać – i tego właśnie się nie spodziewaliśmy 😉

W okolicy szczytu wiało już naprawdę mocno, także nawet od czasu do czasu ogarniał mnie lekki lęk, zwłaszcza, że zrobiło się mocno skaliście, a i ekspozycja czasem była dość duża.

Na szczycie, na który szczęśliwie dotarliśmy w chmurze mgły, spotkaliśmy cztery osoby: dwóch chłopaków, Anglików (byli szczerze zdziwienie, że jesteśmy w GB na wakacjach) oraz ojca z synem, dość małym jeszcze. Wszyscy zastanawialiśmy się czy iść dalej czy zawrócić. Byliśmy najlepiej wyekwipowani z naszej szóstki, ponieważ mieliśmy mapę, ale za świetna to ta mapa nie była

Wiało mocno, a i niewiele co było widać. Nikt z nas nie wiedział co czeka nas dalej, bo nikt nie szedł tą trasą wcześniej.

W końcu, na chwilę dosłownie, grań Crib Goch ukazała się w morzu mgły.

Błagalna mina Big B mówiła sama za siebie. Anglicy też zdecydowali się iść dalej, a ojciec z synem postanowili zawrócić.

Potem jeszcze dość długo ich widzieliśmy i wiem, że my dokonaliśmy lepszego wyboru – na grani można było się chować po jednej ze stron, a oni, schodząc po zboczy byli bez przerwy wystawieni na wietrzysko i widać było, że schodzi się im bardzo ciężko. My za to mieliśmy niezły ubaw.

I widoki ładne.

Czasem miałam wrażenie, że to dekoracje do Władcy Pierścieni.

I w końcu uspokoiło się, skalista grań przeszła w ułożoną ścieżkę.

Zrobiło się cicho i zimno, a nam jak żyw stawał przed oczami Małołączniak 😉

Tak, tak, na drugim planie widać (ledwo co) owcę. Tam wypas owiec jest chyba mniej… kulturowy 😉

W okolicy szczytu zaczęli pojawiać się ludzie, w dużej dość ilości, co upewniło nas, że dobrze zrobiliśmy decydując się na start z Pen-y-Pass, a nie z Llanberis. Poza tym z Llanberis startuje kolejka, na sam szczyt. Ale nie, nie, nie Gubałówka, nie Kasprowy, nie Łomnica. Kolejka jest bardzo angielska.

Dotarliśmy na szczyt Snowdonu – ale zdjęcia nie mamy stamtąd żadnego. Mgła opatuliła dosłownie wszystko, dodatkowo zaczęło siąpić. Widoków więc żadnych, za to mieliśmy wątpliwą przyjemność napotkać kłócącą się polską parę (– Emil, ty kurwa chuju, ja dalej nie idę!  -To nie idź kurwa!!!! ), co poskutkowało schowaniem się za kamieniami i udawaniem, że nas nie ma. Czy nie mogliśmy napotkać jakiś miłych ludzi?

Zdecydowaliśmy się na powrót Pyg Trackiem i ponownie upewniliśmy się, że ryzyko (niewielkie, umówmy się) przejścia granią Crib Goch było warte swojej ceny. Pyg Track to prawdziwe Piekiełko.

Wchodzenie musi być i męczące i monotonne. Nasza droga wejścia na Snowdon taka nie była 🙂

A potem było już prędko – po ostrym podejściu Pyg Track ciągnie się nieomalże poziomo po zboczu Crib Goch. Ledwo, ledwo, ale udało się coś zobaczyć. Pierwsze jezioro to wspomniane Glaslyn, drugie zaś to Llyn Llydaw, jedno z bardziej znanych jezior w Wielkiej Brytanii, tłumnie odwiedzane.

I naturalnie, jak to zwykle w górach bywa – piękna pogoda zrobiła się, kiedy byliśmy już na samym dole. Big B patrzy na Pen-y-Pass o zachodzie słońca.

Wyprawa na Snowdon była chyba naszą najbardziej udaną wycieczką w czasie tamtego pobytu – zawierała bowiem elementy górskie. O innych wycieczkach może jeszcze napiszę, są zamki i kurhany, a grani już nie będzie.

pikfe

P.S. Napisanie tego tekstu zajęło mi ponad tydzień. Gdzie ten czas? Gdzie moja organizacja?

Yoda pożarła 😉

Reklamy

Coś, co przywołuje wspomnienia.

Luty 19, 2010

Dzień dobry.

Czasami siadamy i przypominamy sobie najfajniejsze momenty naszego życia. Wpada do głowy jakaś myśl, zerknie się na zdjęcie i człowiek zaczyna wspominać jakieś szalone wakacje, wyjątkowo udaną imprezę, miły dzień, który zapadł w pamięci. Wspomina, wspomina, a potem kończy i zapomina aż do następnego razu.

Ale czasem wspomnienia same przychodzą. Są intensywniejsze niż pamiętasz, jak… ?; wywołują pragnienie bycia na miejscu, tam,  teraz, cofnięcia się w czasie; wywołują tęsknotę za czymś, co minęło; uaktywniają jakieś inne rejony mózgu.

Dla mnie chłodne i słoneczne wrześniowe poranki pachną Paryżem. W takie poranki dzwoni do mnie Owca i mówi, że powinnyśmy być teraz w Paryżu, a ja już wcześniej jęczałam Big B, że powinnam być teraz w Paryżu z Owcą. Ta sama pogoda, to samo powietrze, to samo światło. Zawsze odwiedzałyśmy Paryż we wrześniu, zawsze świeciło słońce, a poranki były chłodne.

Wstawałyśmy z samego rana, czasem czekałyśmy w parku na otwarcie perfumerii (zgodnie z zasadą perfumy zamiast śniadania), a czasem biegłyśmy do popularnego muzeum, żeby zdążyć przed tłumami. Zwiedzałyśmy Paryż chodząc, czasem cały dzień; śmiałyśmy się do rozpuku, a kłóciłyśmy do łez. Piłyśmy kawę, zwykle koło 15, coś musiało postawić nas z powrotem na nogi. Miałyśmy cały czas tylko dla siebie. Chodziłyśmy i gadałyśmy; obserwowałyśmy ludzi; przepłacałyśmy za piwo; tworzyłyśmy nasz własny, osobny Paryż, którego poza nami nikt nie zna.

Mam też perfumy, Miracle. Kupiłam je na promie płynącym do Anglii, w 2008 roku, z Big B. Jechaliśmy razem samochodem, poza rezerwacją promu i celem podróży (dom Lisów, oczywiście) niczego nie planowaliśmy. Zatrzymaliśmy się w Dunkierce, następnego dnia zwiedzaliśmy jej okolice, płynęliśmy promem, pierwszy raz jechaliśmy razem nie po tej stronie drogi. I dla mnie moje Miracle pachnie właśnie tymi wspomnieniami – wiatrem na promie, plastikowymi łazienkami w tanich hotelach, skalistymi klifami Dover, panikującym Big B, kotem i cappuccino z Cambridge, Mieszczanami z Calais, kawą w Calais, cudownym spacerem z domu Lisów do ich miasteczka,  tunelem za jednego funta, ćwierćfunciakiem z serem, zatoką The Wash, gigantycznym korkiem za Londynem,  Stonehenge i meduzą. Otwieram moje Miracle i chcę uciekać z Big B na koniec świata.

Chciałabym mieć więcej takich wyzwalaczy wspomnień na mojej liście.

pikfe

Anglia u Lisów. Part two.

Październik 8, 2009

Dzień dobry.

Dziś dużo zdjęć, może niezbyt takich fajnych, ale mam się chęć się nimi podzielić. Podobało mi się w ostatnią sobotę na spacerze z Lisami i Big B i chcę, żeby Wam też się chociaż trochę spodobało.

W sobotę z lekka mnie nosiło, miałam ochotę pojechać dosłownie wszędzie. Z naszego spaceru do Peterborough wróciliśmy do Lisów po dwóch godzinach i ja w zasadzie już chciałam wychodzić gdzieś dalej, na spacer. Pogoda była bardzo fajna – wiało co prawda mocno, ale lubię wiatr, a poza tym było ciepło, od czasu do czasu wychodziło słońce i dawało tak piękne jesienne światło, że można było tylko wzdychać z zachwytu.

IMG_1373

Pojechaliśmy na spacer do Maxey, gdzie woda zalała starą cegielnię. Naprawdę bardzo mi się tam podobało.

IMG_1317

IMG_1326

Roślinność w Anglii jest inna. Uderzyło mnie to, kiedy byliśmy w Anglii we wrześniu zeszłego roku i wszystko było tak niesamowicie bujne i gęste i takie, czy ja wiem, zdziczałe, że przestałam się zastanawiać, czemu drzewa u Tolkiena prowadzą swoje sekretne życie. W Anglii narzuca się, że one je prowadzą.

W cieniu…

IMG_1335

… i w słońcu.

IMG_1350

IMG_1341

IMG_1342

Z Lisami i z Big B…

IMG_1337

… i z kaczką.

IMG_1359

Z kaczką z oddalenia…

IMG_1362

… i z kaczkami w Stamford (gdzie potem pojechaliśmy) z bliska.

IMG_1376

Stamford jest fajnym, małym angielskim miasteczkiem. Poszliśmy nad rzekę, ale zdążyłam zrobić tylko jedno brzydkie zdjęcie (to jest chyba najgorsze ze wszystkich, co?)…

IMG_1374

… i musieliśmy uciekać, bo nieźle się rozpadało. Stamford prawie w ogóle nie widzieliśmy, zmyło nas po prostu.

Po drodze rozmawiałam z Lisicą o służbie zdrowia w Anglii i chyba pokocham naszą, polską. U nas od bidy da radę iść prywatnie, kiedy państwowy lekarz już nie przyjmuje, tak? A w Anglii on nie przyjmuje, a porady prywatne to wydatek… dwustu funtów. I troszkę przestałam się dziwić, że angielski minister zdrowia przyjechał kiedyś do polski, żeby zbadać, jak to się u nas dzieje, że służba zdrowia tak całkiem nieźle daje radę. Hmmm.

W domu chłopaki grali, my trochę gadałyśmy, potem gadaliśmy razem i tak, nadal jestem pewna, że lubię do Lisów jeździć. Zjedliśmy pyszną zupę szpinakową (którą zrobiłam, ha!), napiliśmy się piwka i poszliśmy spać, bo rano trzeba było wyjechać parę minut po ósmej, żeby zdążyć na lotnisko.

Wylot – jak zawsze smutny, bo wizja wypicia wspólnej kawy z Lisicą oddala się niebezpiecznie, a wspólne picie kawy jest dobre dla naszego zdrowia psychicznego.

I jeszcze parę zdjęć chmur (nie mogłam sobie darować).

Wybrzeże Anglii.

IMG_1378

Chmury nad Europą.

IMG_1383

Chmury nad Polską.

IMG_1387

Mam nadzieję, że zobaczyć Lisicę, wypić z nią kawę i pogadać, zanim obie będziemy tego bardzo potrzebowały.

pikfe

Anglia u Lisów.

Październik 7, 2009

Dzień dobry.

Hmmm… przejrzałam zdjęcia z pobytu w Anglii i rezultat jest dość smutny – za piękne to one nie wyszły. Widać, że z tym aparatem czeka mnie ciężka praca. No, ale nic to – trzeba się zadowolić tym, co jest.

Zacznę może od tego, że to był wyjazd dość spontaniczny. W poniedziałek rano do Anglii poleciała paczka z prezentem, ponieważ jeszcze nie zakładaliśmy, że my też się pojawimy, ale po południu – kiedy okazało się, że będzie przerwa w zbiorach – już mieliśmy bilety. Na szczęście paczka doszła tego samego dnia, co my dolecieliśmy, więc mieliśmy szansę dać Lisicy prezent osobiście.

W dniu wyjazdu wpadałam w szał ze zdenerwowania i dość paradoksalnie marzyłam tylko o tym, żeby być już w samolocie. Nie boję się latać, boję się lotnisk i ich opresyjności – sprawdzanie dowodów chyba trzy razy, ważenie bagażu dwa, setki razy pokazywania karty pokładowej, kolejki, macania przez celników, ściąganie kurtki, szala, zegarka, paska, uff, nie cierpię tego. I to czekanie – w kolejce do odprawy bagażowej, w kolejce do odprawy celnej, w kolejce do wejścia do samolotu. Brrr. W samolocie udało nam się zająć miejsce przy oknie, więc tak bardzo mi się nie nudziło, choć myślałam, że przekręcę się z niewygody. Przed wyjazdem wrzuciłam jeszcze na blog (zgodnie z sugestią Lisa) wpis (dość nudnawy, o pogodzie, ale w tamtym stanie to był naprawdę szczyt moich możliwości), żeby tym bardziej zmylić Lisicę.

Zdjęcia chmur. Dla mnie to są fascynujące widoki, zwłaszcza, że na dole lało, przynajmniej w Polsce. Przy okazji pseudoreklama Ryanaira. Dobrze, może bilety są tanie, ale warunki adekwatne. Big B się nie mieści.

IMG_1267

IMG_1272

Z mrozem na szybie.

IMG_1277

IMG_1279

Lis odebrał nas (po szale czekania na walizkę, która – tak myślałam – na pewno zaginęła albo ktoś ją ukradł) z lotniska i udaliśmy się, dalej snując nasze knowania, do Peterborough. Po drodze kupiliśmy pizzę, a ja w swojej kłamliwej naturze smsowałam z Lisicą z samochodu i pisałam, że na pewno teraz nie przyjedziemy, bo są zbiory i praca i w ogóle nie ma takiej opcji. Czasem kłamstwo cieszy 😉 Na miejsce dotarliśmy dość późno. Jak już pisałam, Lis wysadził nas przed zakrętem, poczekaliśmy spokojnie jakieś dziesięć minut, poszliśmy, zadzwoniłam do drzwi, otowrzyła Lisica i ja w tym momencie pomyślałam, że musimy przedstawiać sobą naprawdę przerażający widok, ponieważ spojrzała na nas z wyraźnym strachem. Musiałam ją potem uszczypnąć 😉 Mnie jej widok bardzo ucieszył. Bardzo, bardzo, bardzo.

Następny dzień był spokojny, od rana Lisica rozpakowywała wszystkie prezenty, jakie dostała, co chyba każdemu sprawia dużą frajdę, a później poszliśmy (w trójkę, bo Lis niestety nie mógł wziąć dnia wolnego) do Peterborough moją ulubioną ścieżką przez łąki, ciche osiedla, tuż obok angielskich ogródków działkowych, na okropnym kawałku obok autostrady i w końcu nad kanałem. Tego dnia byłam zbyt zaabsorbowana, żeby robić zdjęcia. Trochę poszwendaliśmy się z Big B w trójkę, wypiliśmy kawę na ławce, a potem Big B poszedł, żebyśmy się trochę nagadały i odwiedziły M&S, gdzie kupiłam całkiem fajną koszulę. Poszłyśmy jeszcze na herbatę do Starbucksa i wróciłyśmy do punktu zbornego, gdzie chwilę czekałyśmy na Big B. On w swojej cudowności zrobił zakupy na obiad, więc jako, że z lekka przymieraliśmy z głodu, wróciliśmy do domu. Zrobiłam parę zdjęć koniom (lubię konie), ale wyszły paskudne. Mimo tego zamieszczę zdjęcie konia z uciętymi nogami, ponieważ jest to… krowokoń.

IMG_1283

W Anglii jest – pięknie (ale to lepiej chyba widać na zdjęciach Krzyśka Nowakowskiego), jest bardzo, bardzo, bardzo dużo dzieci oraz prawie tyle samo grubych ludzi. I te dzieci też niestety często są grube. No i oni wszyscy tam ciągle robią shopping.

W domu Big B zrobił obiad, a potem gadaliśmy, chłopaki trochę grali, piliśmy trochę piwko i zrobiła się fajna posiadówka z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Żałuję, że nie możemy częściej do siebie wpadać, ale jestem z Lisów dumna, bo naprawdę im się w Anglii udało i to tylko i wyłącznie dzięki ciężkiej pracy i własnemu rozsądkowi.

Następnego dnia rano wstaliśmy z Big B dość wcześnie i zrobiliśmy wypad do miasta, ponieważ chciałam zrobić parę zdjęć mojej ulubionej trasie. Najpierw wychodzi się nad kanał i idzie przez łąkę. Po piątkowej nocy była nieco upstrzona puszkami Fostersa. Ciekawy akcent.

IMG_1313

Później idzie się przez małe osiedle małych domków, które niezaprzeczalnie mają swój urok.

IMG_1285

IMG_1309

Stamtąd skręca się obok malowniczego kościoła.

IMG_1291

I idąc wzdłuż ogródków działkowych oraz autostrady dochodzi się wreszcie nad kanał, gdzie tylko na moich zdjęciach są świecące łabędzie 😉

IMG_1295

Poszliśmy malowniczą drogą obok katedry w Peterborough.

IMG_1308

I w końcu zobaczyliśmy (znów!) samą katedrę, o której można przeczytać tutaj i tutaj (po polsku) lub tutaj (po angielsku). I jeszcze dwa moje zdjęcia.

IMG_1300

IMG_1305

Być może Peterborough nie jest miastem obfitującym w jakieś dzikie atrakcje, ale ja je lubię. Pewnie dzięki Lisom. Jutro zapraszam na część drugą.

pikfe

Powróciliśmy z ziemi angielskiej.

Październik 6, 2009

Dzień dobry.

Tytuł wpisu może być z lekka zadziwiający, ale tak rzeczywiście jest – w niedzielę po południu powróciliśmy z ziemi angielskiej, gdzie dostaliśmy się w czwartek za pomocą tandetnego samolota Ryanair.

Nie mogłam nic napisać na blogu, bo to była niespodzianka urodzinowa dla Lisicy, bardzo bliskiej mi osoby. Uknuliśmy spisek z jej mężem, Lisem, który wzniósł się na wyżyny, hmm… robienia w balona swojej małżonki. Zalecił jej wzięcie dnia wolnego od pracy, nie zdradził się nawet jedną miną, choć mówił (a raczej pisał w mailu zatytułowanym Knowania, że jest podekscytowany). Lisica nie domyślała się (tak przynajmniej mówi) nic a nic i chyba się ucieszyła, kiedy nas zobaczyła, choć jej pierwsza reakcja była związana raczej z wielkim zdziwieniem i zaskoczeniem niż z radością.

Lis jest niezły… Nagadał Lisicy, że musi zostać dłużej w pracy, a pojechał po nas na lotnisko. Wyrzucił nas z auta przed zakrętem do domu, żeby wejść samemu i wybić z Lisicy resztki nadziei (jeżeli jakieś były). My czekaliśmy z naszą pizzą i w końcu zadzwoniliśmy do drzwi. nawet nie wiecie, jak ja się ucieszyłam, kiedy ją zobaczyłam.

Relacja z pobytu w P. jutro, a dziś nadal się cieszę, że mogłam iść z Lisicą na kawę i pogadać tak, jak kiedyś, na studiach. Jestem z niej bardzo, bardzo dumna. Jak kiedyś spotkacie Lisicę, możecie jej to ode mnie przekazać 🙂

pikfe

P.S. To był nasz (Big B i mój) kolejny wyjazd-niespodzianka. Jakieś dwa, może trzy lata temu zrobiliśmy Owcy i jej ówczesnemu chłopakowi niespodziankowy przyjazd nad morze; w zeszłym roku, razem z Owcą, zaskoczyliśmy mami i Uiala, teraz przyszła kolej na Lisy… Hmmm…. wniosek nasz był dość przerażający – podświadomie musimy uznawać się za jakąś wielką atrakcję.