Archive for the ‘Gdzieś dalej’ category

Jak pięknie.

Luty 17, 2016

Dzień dobry.

chocholow

Zdjęcie pochodzi stąd: http://kamery.topr.pl/kamery.html#Morskie_Oko_kamera_2

pikfe

Może nie złą, ale na pewno nie świętą.

Maj 29, 2012

Dzień dobry.

Na początku – ostatni wpis był oczywiście żartobliwy (pod kategorią Wesołkowatość). Nie potrzebuję psychologa dziecięcego (vide: matka wampirów), żeby wiedzieć, że dziecko może mieć swoje humory  i że siedzenie z mamą, kiedy pewnie chciałoby się być z tatą, może doprowadzić  do rozpaczy. Po prostu, to co udało się Big B było dla mnie w pierwszej chwili zaskakujące. Nie dlatego, że uważam, że ojciec nie jest w stanie uspokoić i nakarmić (codziennie mam dowody, że jest), tylko dlatego, że myślałam, że tu nic się nie da poradzić. Albo ewentualnie w mękach. A tu proszę – piętnaście minut i po sprawie. To mama się myliła.

A że według niektórych matka to instytucja nieomylna – ja pewnie zła jestem.

**

*

Temat macierzyństwa i tęsknoty rozwlecze się nie tylko na ten post. Nie mam niestety cudownej zdolności prostego i wyrafinowanego jednocześnie ujmowania własnych myśli, jak Santa.

Tęsknię. Czasem bardzo.

Zaglądam codziennie na strony, patrzę na Tatry za każdym razem inaczej wyglądające i naprawdę mi tęskno.

Tatry to wspaniałe wycieczki mojego dzieciństwa. Tamte wycieczki dały mi poczucie wyjątkowości  – bo byłam tam, gdzie nie każdy mógł (chciał) wejść, bo widziałam to, co nie wszyscy widzieli, bo to było wyzwanie z dreszczykiem, a ja się nie bałam.

A potem Tatry samodzielnie i odpowiedzialnie, bo z małym Uialem, któremu góry chciałyśmy (z Olinusem) pokazać. Od dzieciństwa minęło sporo lat, a dla mnie widok Tatr (czego się nie spodziewałam) był wstrząsający. Zobaczyłam panoramę gór i zaczęłam w zwykłym rejsowym autobusie wyć ze wzruszenia.

I na koniec Tatry z Big B, na początek miłości. To ja byłam jego przewodnikiem w czasie naszych pierwszych wspólnych wakacji. Entuzjazm tamtego pierwszego dnia był ekstatycznym doznaniem – nigdy przedtem nie doświadczyłam tak bardzo tego, co nazywa się potocznie skrzydłami miłości. Bez dużej dozy przesady i bez wdawania się w zbędne szczegóły jakoś tak się złożyło, że Tatry świadkowały naszej wspólnej historii, już od tamtego pierwszego wyjazdu.

A teraz mogę sobie na Tatry popatrzeć via kamery internetowe. I tak, zgadzam się, że to wcale nie Yoda nas ogranicza (jak pamiętacie, Yoda miałaby niańkę i niańka w postaci Olinusa i Kubatrona), tylko raczej Ziarenko, swoim pojawieniem się uniemożliwiające długie i forsowne – te, które obydwoje lubimy najbardziej – marsze po wysokich górach.

Ale zrobię to dla Ziarenka, nie zaryzykuję, tylko uwiędnę patrząc w ekran monitora.

Tatry są dla mnie ważne.

Tatry z Big B są ważne szczególnie.

**

*

Pamiętacie, co kiedyś pisałam, przy okazji pierwszych dwóch kresek?

Ale nie tylko – dobrze nam tu z Big B razem.

Wygodnie. Komfortowo. Bezproblemowo.

Przesypiamy noce i mamy czas dla siebie – dla siebie nawzajem i dla siebie osobno. Nie musimy się sobą dzielić. Ani sobą, ani naszą przestrzenią, ani naszym czasem.

Kiedyś zupełnie inaczej na to wszystko patrzyłam – euforycznie, ale też (tak mi się wydaje) nieco fałszywie. I nieco kompensacyjnie – dziecko miało mi dać (wtedy) coś, czego mi brakowało. Poczucia stabilizacji? Poczucia przywiązania do Big B? Poczucia szczęścia?

A teraz mam to wszystko, bez dziecka.

Tak, mówi się, że dziecko się urodzi i człowiek nie będzie sobie wyobrażał życia bez niego. Pewnie tak, ale tymczasem ma dopiero sześć tygodni (no cóż, wiem o ciąży już od jakiegoś czasu, ale najpierw lekarz, badania, a potem dopiero w eter) i jeszcze daleka droga do porodu. Mamy jeszcze czas, żeby zapragnąć nieprzespanych nocy i uznać, że bez miksowania zupek i zmieniania pampersów życie nie miało sensu.

I choć Yoda wzbogaciła nasze życie w sposób, którego nie potrafię wyrazić słowami, to nadal daleka jestem od uznania, że wcześniej było bez sensu.

A wcale nie uważam się za złą matkę.

pikfe

Zdjęcia pochodzą z serwisu http://www.zol.pl/webcam/ oraz z http://kamery.topr.pl/kamery.html#Morskie_Oko_kamera_2

P.S. Niestety nadal nie mogę komentować (udaje się to tylko na WordPressie).

Pamiętacie?

Luty 17, 2012

Dzień dobry.

Olinus Prime i Kubatron w Chłapowie.

I kiedyś dawno, w czasach przed Yodą, ja w Chłapowie.

pikfe

(która jeszcze kiedyś coś napisze)

Zakopane z Yodą (4).

Styczeń 4, 2012

Dzień dobry.

Zaległości doprawdy straszne, ale nie mam jakoś ostatnio serca do siedzenia przed monitorem. I czasu też jakoś nieszczególnie dużo 🙂

Ostatnio skończyłam na zimnej, ale świątecznej atmosferze w Dolinie Jaworzynki, a tu już po Świętach i w dodatku w Nowym Roku. Mam nadzieję, że dla Was wszystkich będzie to dobry rok.

Ostatniego dnia naszego pierwszego pobytu w Zakopanym z Yodą wybraliśmy się… na Słowację. Ja wolałam iść do Morskiego Oka, ale Big B jakoś bardzo wyraźnie nie miał na to ochoty, więc postanowiliśmy udać się tam, gdzie już raz bardzo nam się podobało, ale nie mieliśmy okazji pozostać tam dłużej. W 2009 nad Szczyrbskimi Jeziorami złapał nas deszcz.

Tym razem nie.

Pogodę mieliśmy naprawdę piękną, ale przyznać trzeba, że tylko my: Szczyrbskie Jeziora położone są na wysokości 1315-1385 metrów i tak mniej więcej do wysokości 1300 metrów mgły i chmury panowały okrutne, także wielka była moja radość, kiedy wyjechaliśmy prosto w piękne słońce, tak miło i ciepło grzejące, że obiad zjedliśmy na restauracyjnym tarasie. A doły tak wyglądały – dla nas pięknie, dla tych co pod spodem, gorzej.

Po obejściu jeziora szlakiem dla prawdziwych twardzieli, czyli wygładzoną, płaską, świetnie utrzymaną drogą…

… doszliśmy do wniosku, że Szczyrbskie są miejscem, gdzie można się nieźle lansować. Pobudowane apartamentowce, gdzie nabyć można metry w cenach iście królewskich; knajp co-nie-miara; stacja kolejowa; i sklepy i sklepiki i całkiem, całkiem spory tłumek, dość nawet przerażający w pierwszej chwili. Polecam więc Jeziora, bo pięknie jest naprawdę, ale jeśli możecie, unikajcie weekendów i sezonu.

Wnikliwie opisaną panoramę znad Jeziora znajdziecie tutaj.

I dnia ostatniego, jak zawsze, pożegnaliśmy Tatry z Olczańskiego Wierchu. U AardvarKa, u mnie, bywa się tam, bo widoki zawsze przecudne.

Tylko ten smog nad Zakopanym…

My go oczywiście wcześniej czuliśmy, bo mieszkamy trochę ponad Zakopanym (kto chciałby mieszkać przy Krupówkach?!) i wjeżdżając tam człowiek ledwo dyszał, naprawdę. Pogody mieliśmy bezwietrzne, więc nad naszym uzdrowiskiem cała ta chmura wisiała i wisiała i wisiała… Ale w Tatrach Yodzie katar przeszedł, a wcześniej nie przechodził ponad trzy tygodnie.

pikfe

Zakopane z Yodą (3).

Grudzień 16, 2011

Dzień dobry.

Może w końcu uda mi się zakończyć? 🙂

Kolejny dzień naszej zakopiańskiej eskapady trochę rozminął się z tym, jaki miał być, szczególnie dla mnie. Wymyśliłam bowiem hotel na Kalatówkach, a to z jednego powodu: zamierzałam wygrzać się na tarasie. Dotarliśmy na rondo, potem spacerem do Kuźnic, które są całkiem nieźle zrewitalizowane, choć masa tandetnych sklepików tam pozostała.

I już na miejscu, tam, w Kuźnicach, okazało się, że hotel jest zamknięty z powodu remontu. Gdyby nie Yoda, nie byłoby problemu, ale przy takim małym szkrabie ciepłe miejsce jest jednak potrzebne. Od biedy mogłabym ją nawet nakarmić na dworze (nie ją rozbieramy, tylko mnie), ale zmiana pieluchy raczej nie wchodziłaby w rachubę.

Wybraliśmy zatem Dolinę Jaworzynki – po pokonaniu pierwszego trudnego odcinka, nasz wózek dawał sobie świetnie radę, a Yoda nawet się nie obudziła.

Dla mnie jednak ten spacer nie obfitował w wielkie atrakcje, ponieważ zamiast wygrzewać się w słońcu na tarasie, łaziłam w głębokim i lodowatym cieniu gór. Oczywiście, góry zwykle wynagradzają takie zaowdy i tak też było tym razem – chociaż zdjęcia wcale tego nie oddają.

Było tak cicho i spokojnie, tak Bożonarodzeniowo. Tak Bożonarodzeniowo jak wszyscy byśmy chcieli, tak prawdziwie.

I można było z wózkiem iść i iść, ale niestety – już na Przełęcz między Kopami nawet z naszym terenowym się nie wejdzie, więc z nadal śpiącą Yodą wróciliśmy do Kuźnic, gdzie obejrzeliśmy jeszcze plenerwoą wystawę starch fotografii. Naszą uwagę zwróciły szczególnie dwa zdjęcia.

Oto droga do Zakopanego w dziewiętnastym wieku.

I samo Zakopane, spokojna wiocha, odwiedzana w sezonie przez około 100 – 150 osób…

I tak kolejny dzień z Yodą się zakończył.

pikfe

Zakopane z Yodą (2).

Listopad 24, 2011

Dzień dobry.

Dziś zaczynamy spektakularnie, przynajmniej jak na miarę sześciomiesięcznego szkraba.

Tu można sobie porównać widoki 🙂

I jeszcze parę widoków ze szczytu Kasprowego, na który oczywiście wjechaliśmy kolejką. Teraz ludzi nie ma, a w dodatku na stronie PKL można podejrzeć sobie kamerką, czy pod kasami stoją ludzie. Bardzo wygodne.

Już wcześniej zaplanowaliśmy, że nie zjedziemy, tylko zejdziemy przez Roztokę Stawiańską, żółtym szlakiem do Murowańca. Godzina pięć, nawet maluch w nosidle da radę.

Na górze musieliśmy rozważyć, czy warto się decydować, a to dlatego:

Ścieżka była pokryta zamarzniętym śniegiem, wyślizganym już mocno. Na szczęście nadal było lekko na minusie, więc lód był suchy i stwierdziliśmy, że po prostu wystarczy iść wolno i spokojnie. Yoda w nosidełku u mnie, a ja asekurowana przez Big B – bez żadnych ciśnień udało się nam wolniutko pokonać najgorszy fragment pierwszej poważnej górskiej wycieczki Yody.

Potem było już tylko pięknie, choć Yoda jeszcze za mała, żeby widok odległych gór robił na niej wrażenie.

Owszem, zachwyciła się, kiedy szłyśmy kosodrzewinowym tunelem.

A w samym Murowańcu – pustym! – nasza córka nie zachwyciła nas, gdyż była całkiem przesrana i musieliśmy rozebrać ją do naga (co bardzo się Yodzie podobało, nam mniej, ponieważ w gruncie rzeczy było dość chłodno).

I teraz zwracam uwagę wszystkich niedoświadczonych jeszcze rodziców: stopy. W nosidełku, na barana, w plecaku na dziecko – stopy marzną. Bardzo, bo dziecko w ogóle nimi nie rusza. My byliśmy uprzedzeni, więc Yoda miała rajstopy, ciepłe skarpetki, wełniane skarpety i skórkowe buciki z futerkiem. I wiecie, czego dotknęliśmy, kiedy zdjęliśmy te wszystkie warstwy – zimnych jak lód stópek.

Wydaje mi się, że nie ma co wychodzić na jakieś długie spacery bez możliwość ogrzania stóp dziecka czymś z zewnątrz, choćby ciepłem własnego ciała.

Po kwaśnicy (Big B) i szarlotce (pikfe) wyruszyliśmy dalej – do Kuźnic przez Skupniów Upłaz – godzina trzydzieści pięć przepisowego zejścia.

Yoda znów usnęła, więc zeszliśmy naprawdę szybko, a i dobrze, bo godzina była już jak najbardziej odpowiednia do schodzenia.

I Przełęczy między Kopami na koniec.

Yoda zbudziła się pod sam koniec, wyjęliśmy ją z nosidła i spokojnym krokiem zeszliśmy do Kuźnic, bo Yoda uwielbia oglądać górskie świerki i trochę nawet do nich gada 😉

I to na tyle na dziś, bo Yoda wzywa, ale część dalsza będzie 🙂

pikfe

 

Zakopane z Yodą (1).

Listopad 22, 2011

Dzień dobry.

Nie bywam ostatnio zbyt często w Sieci, a co za tym idzie – na blogach i na blogu. Najgłębsza przyczyna tego stanu rzeczy to oczywiście Yoda – a jest mi szkoda każdej minuty. Poza tym w ostatnim tygodniu udało się nam wyskoczyć do Zakopanego. W gruncie rzeczy spowodowała to Yoda, a ściślej rzecz ujmując jej nieprzemijający katar. Postanowiliśmy udać się „do gór” w celach sanatoryjnych, ale i ku własnej przyjemności.

Jak to zwykle nam – nie chwaląc się za bardzo – pogoda dopisała, tak więc już pierwszego dnia zapakowaliśmy Yodę w ciepłe ubranka i pognaliśmy do Doliny Kościeliskiej.

Od razu na wstępie zaznaczę, że chciaż mój blog nigdy nie był piękny fotograficznie, to w tym przypadku może być nawet nieco gorzej. Zabrałam ze sobą tylko naszą malutką idiotkamerę i po prostu pstrykałam fotki.

Tego pierwszego dnia Yoda dość długo była aktywna i chociaż widoki nie robiły na niej żadnego wrażenia ;), to świerki – i owszem. Bardzo się jej podobały i nawet próbowała do nich zagadywać.

W schronisku Ornak PUSTO, co było fantastyczne. Wysiedzieliśmy się w słońcu, a Yoda – bez wątpienia w najbardziej luksusowych warunkach, bo w wózku i pod ciepłą pierzyną, się w tym słońcu wyspała. Spotkaliśmy też inną małą Yodę, już dwuipółletnią, która dzielnie zasuwała z rodzicami w kierunku Iwanickiej Przełęczy, co dało nam nadzieję, że i my niebawem nie będziemy musieli posuwać się tylko po dolinkach.

Następnego dnia wybraliśmy się do Doliny Chochołowskiej – oczywiście, ludzi prawie nie było, chociaż dostarliśmy tam dobrze koło dziesiątej. Trafiliśmy idealnie – na całkiem martwy sezon i na przepiękną pogodę.

W schronisku zadawaliśmy szpanu, żeśmy wleźli z wózkiem, ale naprawdę – to nie był jakiś wielki problem. Może dlatego, że nastawiliśmy się na mozół, a w sumie poszło bardzo ładnie? W Chochołowskiej jedyne dwa ciężkie fragmenty prowadzą po kocich łbach – niezbyt to komfortowe dla dziecka, ale na szczęście nasz wózek sprawdził się idealnie.

Na Polanie Chochołowskiej było naprawdę przepięknie.

A pod sam koniec okazało się, że Yoda ma już poczucie humoru, choc może nieco jeszcze dziwne. Big B pognał z wózkiem do auta, a ja szłam wolniej z Yodą na rękach i podziwiałyśmy zachód słońca u wylotu doliny.

Postanowiłam zrobić nam zdjęcie z ręki, co doprowadziło moją córkę do spazmów śmiechowych 🙂

pikfe