Archive for the ‘Film i książka’ category

Nike 2012.

Październik 11, 2012

Dzień dobry.

Ojoj, nie poznałam się.

Jakiś czas temu dobrnęłam w mękach do połowy Księgi twarzy, a potem sprzedałam na Allegro.

pikfe

Stół, jaki jest.

Wrzesień 8, 2011

Dzień dobry.

Dziś wysilę lekko umysł i machnę odrobinę o książce, której lektura sprawiła mi naprawdę dużą przyjemność. Bo jest Yoda, a są też inne przyjemności, które z Yodowym stylem życia można pogodzić zupełnie bezstratnie. Jedną z nich jest czytanie, kiedy Yoda śpi pięknie, wyglądając jak szczeniaczek albo starowinka (nie pytajcie dlaczego – ona po prostu tak wygląda; w dodatku nie jak koteczek, co byłoby naturalniejsze w naszym przypadku, ale właśnie jak szczeniaczek).

Na książkę Stół, jak jest. Wokół kuchni w Polsce autorstwa Wojciecha Nowickiego trafiłam właściwie przypadkiem, choć tematy kulinarne mieszczą się jakoś tam w kręgu moich zainteresowań. Gdyby nie entuzjastyczny felieton Wojciecha Orlińskiego w którymś numerze Wysokich Obcasów nie miałabym najmniejszych szans, żeby dotrzeć do tej pozycji. Skąd mam tę pewność? Otóż, na okładce widnieje – jakże już staroświecka i nierynkowa – informacja o nakładzie: szokująca liczba dwóch tysięcy egzemplarzy.

Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę jest wygląd książki – nie jakiś potworny graficzny koszmar, w jakich specjalizuje się (przykładowo, bo nie oni jedyni) skądinąd ciekawe wydawnictwo Albatros (wydające mojego ukochanego McEwana: jednak żałuję, że to nie Znak się załapał) – ale skromna elegancja, piękna graficznie, na cudnym, gładkim, grubym papierze, wzbogacona dodatkowo fotografiami z archiwum autora.

Treść – tyleż skromna (jedynie sto pięćdziesiąt pięć stron, wliczając w to fotografie), co piękna: esej to bowiem poufały. A że pewnie nie wszyscy mieli tę niewątpliwą przyjemność zanurzyć się w W ogóle i w szczególe Anne Fadiman, czyli w zbiorze esejów poufałych właśnie, zacytuję: Eseista poufały nie zwracał się do milionów; mówił raczej do jednego czytelnika, zupełnie jakby siedzieli sobie we dwóch przy ogniu trzaskającym w kominku, z rozluźnionymi krawatami, ulubionymi środkami stymulującymi w ręku i perspektywą długiego, strawionego na rozmowie wieczoru przed sobą. Punkt widzenia twórcy eseju poufałego jest subiektywny, rama kontekstowa konkretna, styl dygresyjny, ekscentryczność wyrazista, a śmiech – zwykle na własny koszt. I chociaż taki eseista najczęściej pisał o sobie, to równocześnie wypowiadał się na jakiś temat, mówił o czymś tak sobie bliskim i budzącym tak wielki entuzjazm, że słowa, które zapisywał, przeniknięte były po prostu miłością. (Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe, Znak, Kraków 2010, strona ósma.)

Dokładnie taka jest książka Wojciecha Nowickiego, tyle, że zamiast przy kominku, siedzimy razem z autorem przy stole. Przy tym lekko dziwacznym polskim stole, zmieniającym się, jeszcze ubogim, a zarazem kipiącym od obfitości nowości, która bywa jednakże ciężkostrawna. Jak sam autor pisze – nie wystawi naszej kuchni, naszym stołom, naszym zwyczajom laurki.

I dostaje się karczmom przydrożnym i tej kuchni włoskiej w naszym wykonaniu, i temu, co uważamy za staropolską tradycję, i dietom, i kulturze jedzenia. Mamy także tragiczny dosyć obraz polskich szkół gastronomicznych (Na stole czekały na uczniów surowce – styropianowe tacki z porcjami jarzyn pod plastikiem, wprost z supermarketu, i olej rzepakowy. (…) Na oleju rzepakowym i jarzynach  ze styropianowej tacki nie można nauczyć się smaku. Bo gotowanie to długi proces, a na jego początku jest oglądanie, dotykanie, wąchanie; (…) Olej rzepakowy i suche jarzyny są w tym procesie przeszkodą nie do pokonania. ), jest i kelner polski. Sami wiecie, co się w restauracjach przydarzyć może i słusznie Nowicki zauważa, że nasz kelner to ktoś między poniżonym hrabią albo studentem na dorobku, albo nie daj Boże jednym i drugim jednocześnie.

Niedaleko szukać, w kawiarni w stolicy: nikt się nie pojawił, sama poszłam po menu; nikt się nie pojawił, sama poszłam złożyć zamówienie; na szczęście nie musiałam go już odbierać, ewentualnie można było próbować złapać, tak ciężko leciało na stół. Tam pracowała poniżona hrabianka.

Nowicki pisze o prawdziwym kelnerowaniu odwołując się do przykładu z Dziennika Sandora Maraiego, ja zacytuję Julię Child, z jej Mojego życia we Francji, bo choć jakościowo Marai nie do porównania, to jednak w gruncie rzeczy obydwa cytaty o tym samym mówią. Sięgnijcie do eseju Nowickiego, Marai dla bardziej wyrafinowanych gustów, z puentą nienaganną, a tymczasem Julia, w czasie swojej pierwszej wizyty we francuskiej restauracji : Gdy usiedliśmy, usłyszałam, jak dwóch biznesmenów przy sąsiednim stoliku zadaje kelnerowi, starszemu, dystyngowanemu mężczyźnie, pytania, a ten, gestykulując z katrą dań w dłoni, wyczerpująco na nie odpowiada.- O czym oni mówią? – zapytałam Paula. – Kelner opowiada im o daniu, które zamówili – odszepnął. – Z jakiej hodowli pochodzi kurczak, jak zostanie przyrządzony, jakie mogą zamówić do niego przystawki i które wina będą do niego najlepiej pasowały.

I ja tu popadam w dygresje, i ja nie mogę oprzeć się cytowaniu – w eseju Nowickiego na to wszystko także jest miejsce: na wspomnienia, na dygresje, na historyjki żartobliwe, na masę cytatów, od których zacytowania nie może się pohamować – ku przyjemności swojej i czytelnika. Czytając wiemy, że miał na pod orędziu masę cytatów, a uraczył nas – jednak z żalem – jedynie dwoma, trzema. Bo i na rygor formy musi być miejsce, a Nowicki, jako smakosz, zdaje sobie z tego sprawę doskonale.

Znać tu pasję i ogromną wiedzę, ale mamy jej tylko na smak, absolutnie nic ciężkiego. Jest  w tym eseju lekkość, łatwość czytania, subtelność. Czuć wyraźnie z jaką swobodą porusza się Nowicki w temacie, to erudyta, prawdziwy pasjonat, smakosz.

Czyta się Stół, jaki jest wspaniale, czuć niesamowitą łatwość i swobodę pisania, coś jak długi, leniwy posiłek w letni dzień. Francuska kuchnia być może: lekko, swobodnie, a i z wielką dbałością. I z miłością.

pikfe

Piękno myśli, piękno języka.

Marzec 11, 2011

Dzień dobry.

W zestawieniu z pustosłowiem Rachel Cusk – toutes proportions gardées – znajduję taki fragment.

Historia Polski i jej literatury wydaje mi się zwariowana i pełna paradoksów: naród słowiański, którego pisarze aż do renesansu posługiwali się wyłącznie łaciną; wielkie państwo, które przez stulecia stawiało czoło Niemcom, Turkom i Moskwie, ale które wskutek nadużycia swego systemu parlamentarnego dosłownie rozleciało się, a jego niegdyś słabi sąsiedzi podzielili je i wymazali z mapy Europy na ponad sto dwadzieścia lat; zadziwiająco żywotny naród, który popada w tępą apatię, a swoje cnoty objawia jedynie w okolicznościach, które każdą inną ludzką zbiorowość zgniotłyby i zniszczyły; wyrafinowany smak, który stworzył poezję liryczną, porównywalną z poezją Anglii elżbietańskiej, skombinowany z ironią i błyskotliwością, ale nieustannie zagrożony przez pijackie odrętwienie i parafiański bełkot; nawyk religijnej i politycznej tolerancji, nabyty w rządzonej przez obieralnego króla wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, potem wskutek zbiorowych nieszczęść ustępujący miejsca kalekiemu, chorobliwemu nacjonalizmowi; kraj, o którego lojalność w drugiej połowie dwudziestego wieku zabiegały dwie, współzawodniczące ze sobą potęgi, partia komunistyczna i Kościół rzymskokatolicki. Ten chaos pozornie tak niewspółmiernych, a przecież powiązanych ze sobą jakąś własną logiką elementów, może zawierać pewną lekcję o uniwersalnym znaczeniu.

Jest to jeden akapit ze Wstępu do wydania w języku angielskim, napisanego przez Czesława Miłosza w jego Historii literatury polskiej, wydanej przez Znak w 2010.

Dla mnie mistrzostwo świata w zwięzłości, bogactwie treści, kompozycji akapitu i doborze słownictwa. Jestem oczarowana.

pikfe

Arlington Park, czyli opowieść o paniach domu.

Marzec 7, 2011

Dzień dobry.

Rzadko piszę o książkach, które przeczytałam. Chyba nie mam ku temu wielkiego zacięcia i talentu, ale od czasu do czasu można spróbować, zwłaszcza, że zwykle lepiej mi idzie, kiedy książka mnie denerwuje.

I tak: nie wiem, czy powieść Rachel Cusk – Arlington Park – jest dobrą powieścią.Trudno mi ustosunkować się do tej książki. Z jednej strony podnosi ważne kwestie, takie jak tożsamość kobiet, ich rolę i miejsce jako matek i żon, ale z drugiej strony odnoszę wrażenie, że jest albo fatalnie przetłumaczona albo kiepsko napisana, a kobiety w niej to twory nieco neurotycznej wyobraźni Rachel Cusk. Lub też bardzo odległe od tego wszystkiego, co mnie jest znane.

Rachel Cusk to brytyjska pisarka, urodzona w Kanadzie w 1967 roku. Studiowała w Anglii, sporo podróżowała po Europie i Ameryce Południowej. Jest uznawana za jedną z najbardziej obiecujących pisarek młodego pokolenia.
Na wywiad z nią natrafiłam w Wysokich Obcasach („WO” z 13. listopada 2010) w czasie jednego z cięższych okresów mojej ciąży. Twarz angielskiej autorki spoglądała z okładki tygodnika, a napis tuż obok głosił, że zostając matkami – umieramy. Nie dziw zatem, że ochoczo zabrałam się za wywiad. Powitało mnie zdanie, że kiedy rodzisz pierwsze dziecko, po prostu umierasz.
Z racji faktu, że to jeszcze przede mną, dość ciężko jest mi ustosunkować się do tego twierdzenia, ale to, co dotyczy tożsamości kobiety w ciąży i po niej, żywo mnie interesuje. Po przeczytaniu wywiadu – że pozwolę sobie zacytować fragment: Kiedy kobiety zostają matkami, często słyszę taki tekst: O, teraz to rozumiem moją matkę. Gdy pytam je, co to znaczy, mówią, że kiedyś były w opozycji do swoich matek, wszystko robiły inaczej, a teraz mają dziecko i już zrozumiały, o co w tym chodzi, więc przeszły na drugą stronę. Trudno w takiej sytuacji powiedzieć, jaką wartość przedstawia to, co czujesz, ponieważ nagle bezrefleksyjnie przestajesz być sobą, a stajesz się częścią jakiejś mitologii , nabrałam ochoty na tę rewolucyjną prozę, zwłaszcza, że przeglądając portale internetowe dla przyszłych i świeżo upieczonych mam miałam wrażenie, że czeka mnie całkowite odmóżdżenie.

Zawiodłam się na Arlington Park.

Nie ma w tej książce praktycznie niczego, czego człowiek by się nie spodziewał. Poza tym jakoś nie mam poczucia, że mówienie o tym, że macierzyństwo nie jest czymś najwspanialszym, co może spotkać kobietę, jest jakimś wielkim tabu. Z pewnością było, ale chyba już nie jest tak źle. O tym się jednak mówi. Nigdy w życiu nie przeszłoby mi przez myśl potępić kobietę, która wyznaje, że ma dość siedzenia z dziećmi w domu i chciałaby wrócić do pracy.

Czego spodziewacie się po zbiorze krótkich opowiadań o dniu angielskich pań domu, białych, zamożnych kobiet wychowujących dzieci na przedmieściach Londynu?
Wspólnej wyprawy do centrum handlowego? Jest.
Obrazów zdesperowanych kobiet? Są
Kobiet zaniedbanych i otłuszczonych? Jasne.
W dresach? A jakże.
Materialistyczne podejście do życia? Bez wątpienia znajdziecie.
Rozlanych soczków i ciężkich wózków? Oczywiście.
Odwożenia do szkoły, jałowego życia towarzyskiego, oschłych mężów? Naturalnie.

To wszystko jest w książce Cusk, ale problem tkwi w tym, że ja niewiele ponad to znajduję. Hasło z obwoluty informuje, że ta książka to portret kobiet rozpaczliwie szukających spełnienia, ja jednak zaryzykowałabym, że to kobiety, które tego spełnienia znaleźć nie chcą. Ugrzęzły – w swoim odczuciu – ale czy w gruncie rzeczy jest im tak źle? Wygodnie i ciepło i luksusowych samochodach. Nie ma w nich woli, żeby zaryzykować i opuścić domy na przedmieściach. Ale uskarżać się – o, na to jest czas.

– I po cóż ja się tak wysilam? – powiedziała. Jej towarzyszka wzniosła oczy ku niebu:
– Człowiek sobie nieraz myśli: co ja tu w ogóle robię, prawda?
Rozmawiając, nieco odwracały od siebie twarze, ze wzrokiem badawczo utkwionym w horyzoncie.
– Dan wyjechał na cały tydzień do Paryża.
– Tak? Niektórym to dobrze.
– Znów tam kręci.
– No proszę.
– Na początku roku siedzieli tam prawie półtora miesiąca, ale musieli pojechać jeszcze raz, bo zapomnieli sfilmować wieżę Eiffla.
Druga kobieta prychnęła.
– Bardzo sprytnie.
– Oszaleć można. Mówię do niego: „To może teraz ja się tym wszystkim zajmę. Ty się niczym nie przejmuj i pozwól mi działać. Zostań w domu z dziećmi, a ja pojadę do Paryża”.
– Bo masz poczucie, że mogłabyś, nie? Zachowują się tak, jakby to było strasznie trudne, a człowiek co chwila sobie myśli, no wiesz, że da radę.
– Załatwię Paryż, wieżę, wszystko, i to dwa razy szybciej.

Rozumiałabym, gdyby bohaterki książki Cusk były w sytuacji materialnej tak ciężkiej, że nie mogłyby pozwolić sobie na nianię i po prostu nie miałyby wyjścia. Tymczasem wygląda na to, że taka droga życiowa to był ich wybór. Bo przecież mamy, do jasnej cholery, własną wolę!
Co gorsza, odnoszę wrażenie, że to kobiety, które działają zgodnie z zasadą „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” i po prostu nie chcą i nigdy nie znajdą szczęścia w życiu.  No bo czy szukający szczęścia w życiu człowiek zestawia ze sobą brudną bieliznę i miłość małżeńską?

Jak to się dzieje, że intymność przyzwala na aż taką słabość, takie zapuszczenie? Dlaczego za solenne przyrzeczenie, że spędzi resztę życia z Jamesem, Jessicą i Eddiem, mąż odwdzięczał się jej brudnymi gatkami w koszu na bieliznę, a dzieci – brakiem wszelkich uczuć? (strona 100)

Patrzą na życie i na ludzi z pogardą. Chciałyby, a nie mogą. Najlepiej byłoby, gdyby się zdarzyło samo, bez wysiłku. Nic nie ma dla nich znaczenia, jedynie ich znój, męka z dziećmi, męka z mężami, męka z pięknymi domami, których nie cierpią.
Nie mam jeszcze dzieci, nie mam ponad trzydziestu lat, ale takie spojrzenie na świat i na własne życie jest mi całkowicie obce. Jestem kobietą, a nie bezwolną istotą uwięzioną w patriarchalnym micie i jeśli coś mi się nie podoba, mogę próbować to zmienić, a nie tylko narzekać.
Nie podoba mi się bierność tych kobiet, ich wygodnictwo, ich – w gruncie rzeczy – prostactwo życiowe. Czy one zasługują na więcej?

Poza tym irytuje mnie styl Cusk – nadmiar słów, nadmiar metafor, które nie są spójne ze sobą, a do tego nie wnoszą żadnej treści, irytują jedynie kwiecistością.
No bo co to znaczy, że przyciemnione okna zdawały się unicestwiać otoczenie swoim niewidzącym wzrokiem. Juliet poczuła emanującą z powierzchni auta czystą, przemożną agresję albo odsłaniała krzywe, szare zęby, złowieszcze jak rząd nagrobków albo samochody przepływają jak intymne myśli albo – to już dla mnie mistrzostwa świata w pustosłowiu –  Zapłakany Eddie poszedł do salonu, gdzie wielkie , pokojowe oko telewizora utuliło go, zagarniając w obwiedzione lazurem nieba głębiny programów dla dzieci, emitowanych jak sen w pustym domu nawet podczas ich godzinnej nieobecności.
Nawet opis centrum handlowego nie trzyma się kupy, nie ma jednej spójnej myśli, która scalałaby całość.

Całość scala padający deszcz, burzowe chmury, dudniące o dachy krople, kałuże i przedzierające się przez ulewę kobiety z dzieciakami, wózkami, siatami. Trochę to za mało, żeby zachwycić i łamać tabu.

pikfe

P.S. Dla równowagi słowa zachwytu: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96942,7850496,Hit___Arlington_Park__kit___Trzeci_aniol_.html oraz

http://prowincjonalnenauczycielstwo.blogspot.com/2010/01/rachel-cusk-arlington-park.html

Niezdziadziały Mick.

Wrzesień 26, 2010

Dzień dobry.

Właściwie to miało być o czymś innym, o morzu i o flądrach i o znowu singlu byciem, ale z lekka sobie zakpił zbieg okoliczności.

Od dłuższego czasu (długo zanim zaszłam w ciążę) ogarnia mnie przeraźliwy lęk, że razem z Big B ZDZIADZIEJEMY. Wiecie, on będzie nosił gumowe, rozwalone klapki, a ja narzucę na siebie w domu powyciągane dreszysko. Będziemy jęczeć do siebie albo rzucać jakieś ohydztwa pod nosem. Utyjemy. Stracimy zainteresowanie. Będziemy zajadać pizzę na Krupówkach i kupować tandetne ciupagi naszym marudnym, rozkapryszonym i zaślinionym dzieciom. Na pewno widzieliście takie pary.

Masakra, co?

I szukam dowodów, że niekoniecznie trzeba zdziadzieć. I nawet mam takie pod nosem, w naszych rodzinach i to w dodatku nie jakieś wyjątki.

Ale… i tak się boję, że zdziadziejemy.

Chyba aż do dziś.

Pisałam coś na bloga na moim nieinternetowym komputerze, ale zgłodniałam, więc wzięłam kurczę gotowane, a żeby nie nudzić się zbytnio załączyłam sobie Bridges to Babylon Tour Rolling Stonesów. Wskoczyło na Out of Control i kiedy zobaczyłam Micka moją twarz rozjaśnił uśmiech.

On, rocznik czterdziesty trzeci (wówczas pięćdziesiąt pięć lat), siedmioro dzieci i cztery żony, a życie – jak sądzę – pod wieloma względami cięższe od mojego i proszę! On nie zdziadział!

Ja w ogóle ich uwielbiam – byłam na tym koncercie w Polsce (w 1998 roku…) i to było coś niezapomnianego. Nie chodzi wcale o imponującą oprawę, ale o samych Stonesów, legendę rocka, która po kilkudziesięciu latach wciąż grała z tą samą werwą i żywiołością; o grupę, która nie boi się zacząć koncertu od swojego największego hitu.

I tak, to było imponujące show, ale nie przeszkadzało Stonesom bawić się tym występem, imprezować momentami i czerpać z niego radość, która udzielała się wszystkim oglądającym. To był świetny koncert i świetna zabawa.

A jeszcze dziś Mick tak podniósł mnie na duchu 🙂 Tak więc uwaga, na starość będę jak Mick Jagger (a Big B  jak Keith Richards?! 😉 ). Nie zdziadzieję 🙂

pikfe

Mężczyzna idealny.

Maj 24, 2010

Dzień dobry.

Dziś krótko o nowym Robin Hoodzie.

UWAGA: SPOJLERY.

Mężczyzna idealny – tylko w kinie. Niestety.

Taka była moja refleksja po wyjściu z seansu nowego Robin Hooda, a właściwie nie tyle Robin Hooda, co Robina Longstride’a, bo z tym prawdziwym Robin Hoodem Ridley Scott bardzo się w swoim nowym filmie rozminął. Tak więc – nawiasem mówiąc – jeśli liczycie na łuki, spryt i walkę w lasach, srogo się rozczarujecie, ponieważ czeka was epicka bitwa na angielskim wybrzeżu (prawie jak
lądowanie w Normandii), ratowanie popadającego w ruinę majątku, brak Szeryfa z Nottingham oraz dużo gadania o wolności i równości, z Kartą Swobód włącznie. I prawie nie strzelają z łuku! Bliżej temu filmowi do Gladiatora niż do awanturniczej opowieści.
Tak, tak, ja wiem, że to story behind the legend, ale mimo wszystko jak człowiek idzie na Robin Hooda, to spodziewa się innego filmu niż Gladiator. Ale nie, nie wyszłam z kina niezadowolona, o nie. Fakt, że chęć obejrzenia prawdziwego Robin Hooda (np. Księcia Złodziei z Costnerem) drążyła mi dziurę w mózgu nie zmienił jednak generalnego odczucia – wyszłam z kina zakochana w Robin Hoodzie, mężczyźnie bez skazy.

Zacznijmy od tego, że mamy dwunasty wiek, a Robin – sierota – umie czytać, ze zrozumieniem w dodatku; na brudnego też nie wygląda. Nie to, żeby Big B był analfabetą albo brudasem, ale jednak znajomość alfabetu i przestrzeganie zasad higieny nie były normą wśród prostych żołnieży w średniowiecznej Anglii, tak więc zaliczam to Robinowi na plus: znacznie wyprzedał swoją epokę. Marion wprawdzie mówi, że jego ciuchy śmierdzą, ale klatę Robin ma czystą jak niemowlę, zresztą, błagam, jakiego człowieka ciuchy nie śmierdziałyby po kilkunastu dniach w drodze?

Poza tym Robin jest odważnym i dzielnym żołnierzem, skłonnym do poświęceń na polu bitwy: rzuca się w sam środek piekła, żeby uratować swojego młodszego kolegę; chroni króla na polu bitwy, a kiedy Robin siedzi zakuty, król ginie.

Robin siedzi zakuty wcale nie za pijaństwo, oszustwo czy burdy, nie, nie. Król zakuł go, ponieważ Robin powiedział prawdę, nie umiał kadzić nawet królowi. W dodatku z tej prawdy dowiadujemy się, że Robin zdecydowanie sprzeciwia się maskarom niewinnych islamskich kobiet, dzieci i starców. I to w dwunastym wieku! Niektórzy nie doszli do tego nawet w dwudziestym pierwszym.
Nie jestem też żadnym złodziejaszkiem prostym – honor przede wszystkim. Nie zapomina o obietnicy danej umierającemu rycerzowi i zwraca właścicielowi – wiele w czasie drogi ryzykując –  rycerski miecz. Jak to zwykle prości łucznicy w dwunastym wieku.
Dzięki spostrzegawczości, odwadze i sprytowi Robina, ale też jego niezaprzeczalnej charyzmie, Anglia zostaje uratowana przed najazdem Francuzów. Jednak Robin działa nie tylko globalnie, ale i lokalnie: ratuje podupadające gospodarstwo Lady Marion i jej teścia; po jego przyjeździe nędzna i biedna kraina zmienia się w raj mlekiem i miodem płynący. Ratuje Robin Anglię, ale i swoich ludzi w majątku. Jest zaradny, przedsiębiorczy i niczym się nie zniechęca. Jest tam, gdzie akurat być powinien.
I jest Robin filozofem, wrażliwym na cierpienie biednych i uciskanych. Pragnie, aby wszyscy byli równi; pragnie o to walczyć. Jako urodzony mówca, doprowadza do sojuszu zwaśnionych z królem baronów. Król jęczy na baronów, baronowie na króla, ale Robina wszyscy wysłuchali.

I jeszcze Robin szanuje kobiety – godzi się potulnie na spanie z psami, zamiast w łóżku z Lady Marion i nawet odwraca się z własnej woli, kiedy ona się rozbiera – w dwunastym wieku!
Do tego wszystkiego ma poczucie humoru i inteligencję. Jest skromny, nikomu się nie narzuca i od nikogo nie wymaga ryzykanctwa. Umie dać sobie radę w każdej sytuacji, nawet udawać szlachcica przed angielską królową i następcą tronu.
I jeszcze głos i uroda Russela Crowe, nie jakiegoś tam metroseksualnego kolesia, tylko prawdziwego mężczyzny.

I wad nie ma. No bo jakie?

I co taki biedny Big B ma zrobić? Może sobie tylko strzelić w łeb. Z łuku.

pikfe

Cytat na dziś.

Kwiecień 19, 2010

Dzień dobry.

Dziś Hemingway.

(…) podobnie jak malować trzeba tak długo, jak istnieje się samemu i są farby i płótno, a pisać, dopóki można żyć i jest ołówek i papier albo atrament czy jakaś maszyna, którą można to robić, albo coś, o czym chce się pisać – i człowiek czuje się głupcem i jest głupcem, jeżeli robi to w jakikolwiek inny sposób. (…)

Ernest Hemingway, Zielone wzgórza Afryki, Iskry 1984, strona 14.

przepisała cytat

pikfe