Archive for the ‘Cytując innych’ category

Demotywator.

15 września, 2011

Dzień dobry.

Demotywator. Nie mój, ale jakby mój 🙂

http://demotywatory.pl/3443667/Szczescie

pikfe

Piękno myśli, piękno języka.

11 marca, 2011

Dzień dobry.

W zestawieniu z pustosłowiem Rachel Cusk – toutes proportions gardées – znajduję taki fragment.

Historia Polski i jej literatury wydaje mi się zwariowana i pełna paradoksów: naród słowiański, którego pisarze aż do renesansu posługiwali się wyłącznie łaciną; wielkie państwo, które przez stulecia stawiało czoło Niemcom, Turkom i Moskwie, ale które wskutek nadużycia swego systemu parlamentarnego dosłownie rozleciało się, a jego niegdyś słabi sąsiedzi podzielili je i wymazali z mapy Europy na ponad sto dwadzieścia lat; zadziwiająco żywotny naród, który popada w tępą apatię, a swoje cnoty objawia jedynie w okolicznościach, które każdą inną ludzką zbiorowość zgniotłyby i zniszczyły; wyrafinowany smak, który stworzył poezję liryczną, porównywalną z poezją Anglii elżbietańskiej, skombinowany z ironią i błyskotliwością, ale nieustannie zagrożony przez pijackie odrętwienie i parafiański bełkot; nawyk religijnej i politycznej tolerancji, nabyty w rządzonej przez obieralnego króla wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, potem wskutek zbiorowych nieszczęść ustępujący miejsca kalekiemu, chorobliwemu nacjonalizmowi; kraj, o którego lojalność w drugiej połowie dwudziestego wieku zabiegały dwie, współzawodniczące ze sobą potęgi, partia komunistyczna i Kościół rzymskokatolicki. Ten chaos pozornie tak niewspółmiernych, a przecież powiązanych ze sobą jakąś własną logiką elementów, może zawierać pewną lekcję o uniwersalnym znaczeniu.

Jest to jeden akapit ze Wstępu do wydania w języku angielskim, napisanego przez Czesława Miłosza w jego Historii literatury polskiej, wydanej przez Znak w 2010.

Dla mnie mistrzostwo świata w zwięzłości, bogactwie treści, kompozycji akapitu i doborze słownictwa. Jestem oczarowana.

pikfe

Arlington Park, czyli opowieść o paniach domu.

7 marca, 2011

Dzień dobry.

Rzadko piszę o książkach, które przeczytałam. Chyba nie mam ku temu wielkiego zacięcia i talentu, ale od czasu do czasu można spróbować, zwłaszcza, że zwykle lepiej mi idzie, kiedy książka mnie denerwuje.

I tak: nie wiem, czy powieść Rachel Cusk – Arlington Park – jest dobrą powieścią.Trudno mi ustosunkować się do tej książki. Z jednej strony podnosi ważne kwestie, takie jak tożsamość kobiet, ich rolę i miejsce jako matek i żon, ale z drugiej strony odnoszę wrażenie, że jest albo fatalnie przetłumaczona albo kiepsko napisana, a kobiety w niej to twory nieco neurotycznej wyobraźni Rachel Cusk. Lub też bardzo odległe od tego wszystkiego, co mnie jest znane.

Rachel Cusk to brytyjska pisarka, urodzona w Kanadzie w 1967 roku. Studiowała w Anglii, sporo podróżowała po Europie i Ameryce Południowej. Jest uznawana za jedną z najbardziej obiecujących pisarek młodego pokolenia.
Na wywiad z nią natrafiłam w Wysokich Obcasach („WO” z 13. listopada 2010) w czasie jednego z cięższych okresów mojej ciąży. Twarz angielskiej autorki spoglądała z okładki tygodnika, a napis tuż obok głosił, że zostając matkami – umieramy. Nie dziw zatem, że ochoczo zabrałam się za wywiad. Powitało mnie zdanie, że kiedy rodzisz pierwsze dziecko, po prostu umierasz.
Z racji faktu, że to jeszcze przede mną, dość ciężko jest mi ustosunkować się do tego twierdzenia, ale to, co dotyczy tożsamości kobiety w ciąży i po niej, żywo mnie interesuje. Po przeczytaniu wywiadu – że pozwolę sobie zacytować fragment: Kiedy kobiety zostają matkami, często słyszę taki tekst: O, teraz to rozumiem moją matkę. Gdy pytam je, co to znaczy, mówią, że kiedyś były w opozycji do swoich matek, wszystko robiły inaczej, a teraz mają dziecko i już zrozumiały, o co w tym chodzi, więc przeszły na drugą stronę. Trudno w takiej sytuacji powiedzieć, jaką wartość przedstawia to, co czujesz, ponieważ nagle bezrefleksyjnie przestajesz być sobą, a stajesz się częścią jakiejś mitologii , nabrałam ochoty na tę rewolucyjną prozę, zwłaszcza, że przeglądając portale internetowe dla przyszłych i świeżo upieczonych mam miałam wrażenie, że czeka mnie całkowite odmóżdżenie.

Zawiodłam się na Arlington Park.

Nie ma w tej książce praktycznie niczego, czego człowiek by się nie spodziewał. Poza tym jakoś nie mam poczucia, że mówienie o tym, że macierzyństwo nie jest czymś najwspanialszym, co może spotkać kobietę, jest jakimś wielkim tabu. Z pewnością było, ale chyba już nie jest tak źle. O tym się jednak mówi. Nigdy w życiu nie przeszłoby mi przez myśl potępić kobietę, która wyznaje, że ma dość siedzenia z dziećmi w domu i chciałaby wrócić do pracy.

Czego spodziewacie się po zbiorze krótkich opowiadań o dniu angielskich pań domu, białych, zamożnych kobiet wychowujących dzieci na przedmieściach Londynu?
Wspólnej wyprawy do centrum handlowego? Jest.
Obrazów zdesperowanych kobiet? Są
Kobiet zaniedbanych i otłuszczonych? Jasne.
W dresach? A jakże.
Materialistyczne podejście do życia? Bez wątpienia znajdziecie.
Rozlanych soczków i ciężkich wózków? Oczywiście.
Odwożenia do szkoły, jałowego życia towarzyskiego, oschłych mężów? Naturalnie.

To wszystko jest w książce Cusk, ale problem tkwi w tym, że ja niewiele ponad to znajduję. Hasło z obwoluty informuje, że ta książka to portret kobiet rozpaczliwie szukających spełnienia, ja jednak zaryzykowałabym, że to kobiety, które tego spełnienia znaleźć nie chcą. Ugrzęzły – w swoim odczuciu – ale czy w gruncie rzeczy jest im tak źle? Wygodnie i ciepło i luksusowych samochodach. Nie ma w nich woli, żeby zaryzykować i opuścić domy na przedmieściach. Ale uskarżać się – o, na to jest czas.

– I po cóż ja się tak wysilam? – powiedziała. Jej towarzyszka wzniosła oczy ku niebu:
– Człowiek sobie nieraz myśli: co ja tu w ogóle robię, prawda?
Rozmawiając, nieco odwracały od siebie twarze, ze wzrokiem badawczo utkwionym w horyzoncie.
– Dan wyjechał na cały tydzień do Paryża.
– Tak? Niektórym to dobrze.
– Znów tam kręci.
– No proszę.
– Na początku roku siedzieli tam prawie półtora miesiąca, ale musieli pojechać jeszcze raz, bo zapomnieli sfilmować wieżę Eiffla.
Druga kobieta prychnęła.
– Bardzo sprytnie.
– Oszaleć można. Mówię do niego: „To może teraz ja się tym wszystkim zajmę. Ty się niczym nie przejmuj i pozwól mi działać. Zostań w domu z dziećmi, a ja pojadę do Paryża”.
– Bo masz poczucie, że mogłabyś, nie? Zachowują się tak, jakby to było strasznie trudne, a człowiek co chwila sobie myśli, no wiesz, że da radę.
– Załatwię Paryż, wieżę, wszystko, i to dwa razy szybciej.

Rozumiałabym, gdyby bohaterki książki Cusk były w sytuacji materialnej tak ciężkiej, że nie mogłyby pozwolić sobie na nianię i po prostu nie miałyby wyjścia. Tymczasem wygląda na to, że taka droga życiowa to był ich wybór. Bo przecież mamy, do jasnej cholery, własną wolę!
Co gorsza, odnoszę wrażenie, że to kobiety, które działają zgodnie z zasadą „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” i po prostu nie chcą i nigdy nie znajdą szczęścia w życiu.  No bo czy szukający szczęścia w życiu człowiek zestawia ze sobą brudną bieliznę i miłość małżeńską?

Jak to się dzieje, że intymność przyzwala na aż taką słabość, takie zapuszczenie? Dlaczego za solenne przyrzeczenie, że spędzi resztę życia z Jamesem, Jessicą i Eddiem, mąż odwdzięczał się jej brudnymi gatkami w koszu na bieliznę, a dzieci – brakiem wszelkich uczuć? (strona 100)

Patrzą na życie i na ludzi z pogardą. Chciałyby, a nie mogą. Najlepiej byłoby, gdyby się zdarzyło samo, bez wysiłku. Nic nie ma dla nich znaczenia, jedynie ich znój, męka z dziećmi, męka z mężami, męka z pięknymi domami, których nie cierpią.
Nie mam jeszcze dzieci, nie mam ponad trzydziestu lat, ale takie spojrzenie na świat i na własne życie jest mi całkowicie obce. Jestem kobietą, a nie bezwolną istotą uwięzioną w patriarchalnym micie i jeśli coś mi się nie podoba, mogę próbować to zmienić, a nie tylko narzekać.
Nie podoba mi się bierność tych kobiet, ich wygodnictwo, ich – w gruncie rzeczy – prostactwo życiowe. Czy one zasługują na więcej?

Poza tym irytuje mnie styl Cusk – nadmiar słów, nadmiar metafor, które nie są spójne ze sobą, a do tego nie wnoszą żadnej treści, irytują jedynie kwiecistością.
No bo co to znaczy, że przyciemnione okna zdawały się unicestwiać otoczenie swoim niewidzącym wzrokiem. Juliet poczuła emanującą z powierzchni auta czystą, przemożną agresję albo odsłaniała krzywe, szare zęby, złowieszcze jak rząd nagrobków albo samochody przepływają jak intymne myśli albo – to już dla mnie mistrzostwa świata w pustosłowiu –  Zapłakany Eddie poszedł do salonu, gdzie wielkie , pokojowe oko telewizora utuliło go, zagarniając w obwiedzione lazurem nieba głębiny programów dla dzieci, emitowanych jak sen w pustym domu nawet podczas ich godzinnej nieobecności.
Nawet opis centrum handlowego nie trzyma się kupy, nie ma jednej spójnej myśli, która scalałaby całość.

Całość scala padający deszcz, burzowe chmury, dudniące o dachy krople, kałuże i przedzierające się przez ulewę kobiety z dzieciakami, wózkami, siatami. Trochę to za mało, żeby zachwycić i łamać tabu.

pikfe

P.S. Dla równowagi słowa zachwytu: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96942,7850496,Hit___Arlington_Park__kit___Trzeci_aniol_.html oraz

http://prowincjonalnenauczycielstwo.blogspot.com/2010/01/rachel-cusk-arlington-park.html

Podsłuchane.

4 marca, 2011

Dzień dobry.

Nieładnie jest podsłuchiwać, ale kiedy ktoś leży na szpitalnym łóżku tuż obok, należałoby się wyrzec słuchu, a tego nie zaryzykuję.

Cześć kochanie. Czemu mnie odrzucacsz?
Acha.
Acha.
Mówiłam ci, że nie chcę.
Acha.
Ale ja wolę zrobić to sama.
Tak.
Ale ja się dobrze czuję. Mówiłam ci, że wolę zrobić to sama.
Tak, sama.
Tak, ale chcę sama posprzątać.
Nie, ale to nasz pokój.
Chcę sama.
Tam są moje rzeczy. Wiesz, że lubię, jak jest ułożone po mojemu.
Tam są moje rzeczy. Moje zapiski.

Chcę sama posprzątać pokój.
Przecież możesz mi pomóc.
Nie rozumiesz, że chcę sama?
Tak, sama.
Wolę sama ułożyć na półkach.
Tak? Ja też przez nią płakałam.
Słuchaj, chcę sama to zrobić.
Naprawdę.
To jest nasz pokój, nie chcę, żeby ona tam wchodziła.
Tam są moje zapiski, wolę sama to posprzatać.
Kochanie, proszę.
Tak, sama.
Nie rozumiesz?
Przecież tam leży moja bielizna, skarpetki, nie chcę, żeby ktoś to oglądał.
Chcę sama posprzątać.
Tak.
Sama.
Sama.
Nie rozumiesz?
To cześć.
Sama.

pikfe

Coś, czego nie cierpię.

16 lutego, 2011

Dzień dobry.

Już od jakiegoś czasu rzecz chodzi mi po głowie, a dziś wpis Dosi mnie zmobilizował.

Jak dać sobie radę z takim stanem? Depresyjnym, lękliwym, neurotycznym? Z galopem idiotycznych myśli o nieszczęściu, samotności i nieudolności? Z wymyśloną galerią problemów, która niepotrzebnie zaprząta głowę, odciągając od tego, co naprawdę ważne?

Każdy ma na to jakieś sposoby. I w związku z tym każdy chętnie doradzi.

Mój ulubiony zestaw – ten, którego nie cierpię – to: weź się w garść; jesteś silna; dasz sobie radę, bo musisz.

Dostaję gęsiej skórki, kiedy to słyszę. Już dawno mnie przestrzegano, że to jedna z najgorszych rzeczy, jakie można powiedzieć komuś, kto ma doła. Daj sobie sam radę.

Wbrew pozorom, całkiem sporo osób próbuje poprwaić w ten sposób humor innym. Dodać animuszu.

Mam nieco depresyjną naturę, mam złe okresy w życiu.

Ale na szczęście dostałam kiedyś parę dobrych rad. Nie tych, które napierają na mnie, jakbym miała udowodnić komuś, że jestem jakąś Superwoman. Bo nie jestem. Jestem normalnym człowiekiem, a nie takim, który wiecznie daje radę.

Są chwile, są dni, że nie daję.

Ale mam świadomość, że takie dni nie doprowadzą do niczego dobrego. I mam w pamięci dobrą radę, którą już dawno, dawno temu dostałam: zrób cokolwiek.

Idź na spacer.

Przygotuj obiad.

Zrób zdjęcie.

Uporządkuj książki.

Cokolwiek. Zrób to dla siebie, a nie po to, żeby komuś coś udowodnić.

Nie udawaj, że jest dobrze, kiedy nie jest. Daj głowie pocierpieć, ale nie zmuszaj jej do tego. Życie nie jest pasmem szczęścia, nie może zawsze być dobrze.

Zawsze może być gorzej, w tym może trzeba upatrywać jakiejś nadziei, jak ponoć Irlandczycy, choć to lekko perwersją trąci.

To, co się stało, nigdy nie jest najgorsze, bo najgorsze nigdy się nie zdarza: jeśli umiera droga i szanowana babka, to przecież mógłby umrzeć także drogi i szanowany dziadek; jeśli spali się zagroda, ale uratują się kury, to przecież mogły także kury paść pastwą płomieni; a jeśli nawet i one się spaliły, no, to nie wydarzyło się jeszcze najgorsze, bo samemu się nie umarło. A jeżeli nawet – wtedy mijają wszystkie troski (…)

(Heinrich Böll, Dziennik irlandzki, Znak 2007, strr. 125)

Czasem myślę: it could be worse.

Nigdy nie oczekuję litości w takich złych dniach. Czułości, bliskości, to tak. Ale nie litości. Litość byłaby zabójcza, bo pozwoliłaby mi leżeć w łóżku/ zastygnąć na kanapie.

Nie daję czasami rady, nie wstydzę się tego i potrzebuję szturchańca. Ciepłego mleka do łóżka, uśmiechu, tulenia i szturchańca.

Od usłyszenia, że trzeba wziąć się w garść prosta droga do myśli, że jest się mięczakiem, bo się nie umie, bo się zalega, bo jest źle. A to przecież nieprawda.

To nie usprawiedliwienie. To nieprawda. Smutek, strach są przecież częścią nas.

I dlatego tak bardzo potrzeba wtedy osoby, która to rozumie, nie chlapnie głupoty, tylko przez ten smutek poprowadzi. Pomoże, a nie wyręczy.

I pokaże, że może być pięknie. Bo przecież może.

pikfe

Ołtarz Umarłych.

2 listopada, 2010

Dzień dobry.

Na wczorajszy dzień.

„W życiu jego obok cienia Mary Antrim pojawiły się jeszcze inne duchy. A choć nie poniósł może większych strat, niż to się na ogół ludziom zdarza, większą przywiązywał do nich wagę. Śmierci bliżej nie oglądał, lecz w pewnym sensie głębiej ją odczuwał. Powoli też nabrał zwyczaju liczenia swych Umarłych, bo już we wczesnych latach życia przychodziło mu na myśl, że trzeba coś dla nich uczynić. Są tam przecież, w uproszczonej postaci, sprowadzonej do samej istoty swej osobowości, świadomie nieobecni, wymownie cierpliwi, są tam, każdy z osobna, jakby im tylko odebrano mowę. Nawet gdy już całkiem przestajemy odczuwać ich istnienie, gdy już nie dochodzi do nas żaden ich głos, oni przechodzą jeszcze ciągle swój czyściec tu na ziemi; żądają tak niewiele, że otrzymują, nieszczęśni, jeszcze mniej i umierają znowu, umierają co dzień, bo życie ich źle traktuje. Pozbawieni trwałej usługi i honorów, nie mają własnego miejsca, nie mają osłony i poczucia bezpieczeństwa. Żyjącymi opiekują się nawet skąpcy, podczas gdy dla tamtych nie czynią nic nawet ci, co uchodzą za najhojniejszych. George Stransom powziął więc z biegiem lat postanowienie, że przynajmniej on coś dla nich zrobi (…) W każdym razie Stransom stwierdził po latach, że systematycznie obcuje z tymi odsuniętymi na dalszy plan weteranami, których przecież nazywał zawsze w myślach: Tamci. Poświęcał im wolne chwile, nadawał kształt swojemu miłosierdziu. Jak do tego doszło, nie umiałby pewnie wytłumaczyć, dość że oczyma wyobraźni ujrzał ołtarz – taki, na jaki w końcu stać każdego – ołtarz z płonącymi świecami, poświęcony tajemnym obrzędom. (…) Stransom zrozumiał, że religia, jaką wpoił sobie w najwcześniejszych latach, była po prostu religią Umarłych.”

Henry James, Ołtarz Umarłych w: Drzewo wiadomości i inne opowiadania, 1977, Czytelnik, strona 181 – 183

Opowieści z biura.

18 czerwca, 2010

Dzień dobry.

Dziś oddaję głos Olinusowi Prime.

„Pałaszka nie lubiła ładnych dziewczyn i kobiet ładnych nie lubiła.
Młodych chłopców uwielbiała. Miała tyle trawy do koszenia, że dla
każdego by wystarczyło. Podobno odmawiali.
Pałaszka lubiła krzyczeć na innych, lubowała się w tym. Od zawsze i na
zawsze uważała się za osobę niezbędną i konieczną do poprawnego
funkconowania firmy.
Pewnego dnia Wielki Zet ogłosił, że do firmy musi wkroczyć CHRAP.
Drogą bardzo długiej selekcji wyznaczono osoby do specjalnej
CHRAP-TEAM. Pałaszka była jedną z tych osób. Nikt nie wie czy z tego
powodu urosło jej, i tak już niewyobrażalnie ogromne, mniemanie o
własnej doskonałości, ale również pośladki. Chodziły słuch, ze
konstrukcja budynku ugina się pod jej ciężarem…
W firmie źle się działo, zbliżał się termin wprowadzenia CHRAPA,
grożono zwolnieniami, zapowiedziano szkolenia, zablokowano urlopy.
Ludzie dzielili się grupy entuzjastów, pesymistów oraz wazeliniarzy.
Na czele tych ostatnich stał Raskak, niestety tak się wysmarował, że
się poślizgnął i zmarł.
Pierwsze szkolenie. Prowadząca: Pałaszka.
Po pierwszej godzinie ludzie byli wyczerpani. Nie dowiedzieli się
jeszcze niczego oprócz tego, że CHRAP to zupełnie inna filozofia, że
jak jej nie przyswoją to koniec ich kariery w firmie.
Pałaszka nie potrafiła mówić o niczym innym i nagle ludzie (niektórzy z
przerażeniem inni z zaciekawieniem, a jeszcze inni z rozbawieniem)
ujżeli jak pierwszy palec prowadzącej szkolenie znika w jej ustach.
Trysnęła krew. Drugi palec. Zręczność z jaką Pałaszka sie pożerała
budziła podziw u wszystkich na sali. Nikt nie próbował jej
powstrzymać. Ktoś zwymiotował. Ktoś wyszedł na Dużą Salę, ludzie
zaczęli zaglądać przez drzwi, pchali się, inni krzyczeli.
Nie wiadomo dokładnie co zostało z Pałaszki, krążyły o tym legendy.
Podobno wciągała swoje zwoje mózgowe jak makaron w sosie pomidorowym.
Znikała gdy patrzyli na nią wszyscy i z tego musiała być zadowolona.
W oficjalnym komunikacie podano, że to była zawał.
A to była pycha.

Olinus Prime

opublikowała pikfe