Archive for the ‘Cytując innych’ category

Z Szymborskiej.

4 stycznia, 2016

Dzień dobry.

Było na moim FB, ale niewielu go zna.

A tymczasem cytat wyjątkowo adekwatny i niezmiernie elegancki.

„Człowiek owładnięty nienawiścią. Znany od niepamiętnych czasów. Nie zmienia się; zmieniają się tylko środki, których używa, żeby postawić na swoim. Średnio groźny, jeżeli występuje w pojedynkę, co jednak nigdy nie trwa długo, ponieważ jest zaraźliwy. Pluje. Szerzy zamęt w przekonaniu, że robi porządek. Lubi wypowiadać się w pierwszej osobie liczby mnogiej, co początkowo może i nie ma uzasadnienia, ale po uporczywym powtarzaniu zaczyna mieć. Mija się z prawdą zawsze z przyczyn jakiegoś wyższego rzędu. Wyzuty z dowcipu – a jak już zażartuje, to uchowaj Boże. Świata nieciekawy; nie pragnie zwłaszcza bliżej poznać tych, których upatrzył sobie na wrogów, słusznie mniemając, że może go to osłabić. Do czynów brutalnych z reguły czuje się sprowokowany. Wątpliwości własnych nie ma, a cudzych sobie nie życzy. Specjalizuje się, oddzielnie, a chętniej łącznie, w nacjonalizmie, antysemityzmie, walce klas albo pokoleń oraz różnych prywatnych fobiach, którym musi dać publiczny wyraz. W czaszce ma mózg, ale to mu nie przeszkadza.”

Wisława Szymborska, „Wszystkie lektury nadobowiązkowe”, Znak 2015, strona 697 [fragment recenzyjki pt. „Monstrum. Jan Gondowicz, Zoologia fantastyczna – uzupełniona, układ systematyczny Adama Pisarka, Wydawnictwo Małe, Warszawa 1996].

pikfe

Portret 10.

11 kwietnia, 2015

Dzień dobry.

Prevertowski Hawr, z którego nie można uciec. To miasto cieni, jakiś niespełnionych pragnień, miasto nieokreślone, miasto „drzwi które ktoś otworzył/ drzwi które ktoś zamknął”.[1]

 

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż potem, po latach, przybrała taki pozór. Owszem, zapamiętała dobrze ich pierwsze spotkanie, on jednak z pewnością nie zapamiętał jej. Zbyt dużo błahych ludzi, a ona w ich tłumie. Długo po tym w ogóle się nie widywali, on zajęty, zapracowany; ona zakochana, w nowym środowisku. Minęli się może na wąskich korytarzach, może coś o nim usłyszała, puściła to mimo uszu.

(Czytała w oryginale Małego Księcia, siedząc samotnie pod ścianą. Zapamiętał).

Nie wydawał się jej atrakcyjny, choć był pociągający. Wysoki, chudy, miał piękne dłonie, wspaniały głos i sposób bycia, który bardzo jej odpowiadał.

(Tylko raz powiedział jej, że bardzo się zmieniła i świetnie wygląda w okularach. Na więcej nie mógł sobie pozwolić).

Był swobodny, dowcipny, błyskotliwy, a jednocześnie do bólu rzeczowy, oficjalny, poważny, obowiązkowy. Lubiła takich mężczyzn, wyluzowanych sztywniaków.

(Była taka cicha).

Okazywało się, że oglądają podobne filmy; że podobne rzeczy ich bawią; że lubią tak samo spędzać czas; może nawet, że wrażliwość podobna, choć on o tyle bardziej cyniczny. Że dobrze im się od czasu do czasu rozmawia o niczym ważnym.

(Dogonił ją na ulicy, żeby chwilę pogadać).

Zaczęła o nim myśleć, zaczęła czekać na spotkania z nim, wymieniali emaile, ona z wypiekami na twarzy. To nie czasy smartfonów, to czasy kawiarenek, do których chodziło się „na Internet” raz w tygodniu. Wśród wrzeszczących małolatów z okolicznych kamienic, paląc papierosa za papierosem, czytała i pisała.

(Czuł się dziwnie odbierając maile od niej; czasem chciał napisać więcej).

Była chora. Trema paraliżowała ją za każdym razem, zawsze, nieodmiennie bała się, że powie coś głupiego, a potem notowała w zeszytach, że znowu zachowywała się bardzo głupio. Jak kretynka.

(Pożyczał jej książki, pod byle pretekstem. Mogli potem o nich rozmawiać bez wzbudzania podejrzeń).

Powiedziały, żeby się wystroiła; dekolt, spódnica, gołe nogi, szpilki. Przejrzała się w lustrze i wróciła do swojego pokoju. Pod niebieski sweter włożyła podkoszulkę, buty na obcasach zamieniła na płaskie i założyła rajstopy. Nie było jeszcze tak gorąco.

(Przywitał ją u siebie w mieszkaniu. Zaproponował owoce, odmówiła. Zaproponował wino, odmówiła, chociaż było schłodzone. Był nieformalnie, w krótkich spodenkach).

Stres to mało powiedziane. Gdyby napiła się tego wina, migrena zabiłaby ją w przeciągu pięciu minut. Na jego sofie?

(Porozmawiali. Była dzieckiem, wciąż, zbyt słabym, żeby to udźwignąć).

Potem byli inni. Były i inne. On przytył, ona schudła. Plotkowano, tu i tam, o nim; o niej nikt nigdy nie plotkował. Wmawiała sobie, że jest obojętna, ale nigdy nie była.

(Był zły na siebie).

I nagle coś się odmieniło. Miasto latem jest zupełnie inne. Niektórzy go potępiali, że mąci jej w głowie, nie przejmowała się. Siedząc przy nim czuła, że wszystko jest łatwe, że nie ma dla niej żadnych barier, że wszystko się powiedzie. Była cała w skowronkach, za każdym, każdym, każdym razem. Pierwszy raz swobodniej opowiadała mu o sobie, że chciałaby robić przetwory, że uwielbia mówić po francusku, ale jeszcze dobrze nie mówi (jak mogłaby tego nie dodać), że chyba chciałaby uczyć.

(Słuchał zafascynowany, z uśmiechem. Podobała mu się. Naprawdę).

Czekała na te spotkania. Jak mocno. Jak bardzo szczęśliwą ją czyniły, jak bardzo pijana ze szczęścia była potem. Świat był jej.

I nic.

(Nic).

Spotkali się, był zajęty. Nawet nie porozmawiali, wyszła na to cholerne zimno i ten cholerny śnieg. Ściągnęła czapkę, rozchełstała szalik, porozpinała płaszcz, a rękawiczki upchnęła w torbie. Marzła, do cholery, tylko tak dawała sobie radę. Prawie.

(Nie mógł. Po prostu nie mógł. Musiał jej dać do zrozumienia).

Upokorzona, nie chciała go więcej widzieć.

(Czasem patrzył na nią, kiedy nie mogła go zobaczyć).

Dlaczego?

(Nie wiedział, w każdym razie nie do końca).

 

***

To nie ja

to kwiaty które widziałem

śpiewają

to nie ja

to wino które wypiłem

śmieje się

to nie ja to miłość którą zgubiłem

płacze

Jacques Prévert

pikfe

 

 

[1] „Słowa”, J. Prévert, wyd. PIW, 1973, wybór: E. Fiszer, str. 26.

P.S. I to chyba na razie koniec Portretów.

Portret 9. Emocjonalny popapraniec.

7 kwietnia, 2015

Dzień dobry.

Portret 9.

Emocjonalny popapraniec.

Z uporem maniaka nazywam go tak w pamiętnikach, tych pisanych prawie dekadę temu. Czasem zamiennie ze słówkiem dziwak. Nigdy nie określiłam, że widujemy się, raczej, że spotykamy się czasami. Nie rozumiem go; nie wiem, o co mu chodzi; zachowuje się, jakby wstydził się zaprosić mnie na bal ósmych klas; odwala takie numery, że nawet nie wiem, czy chce się ze mną dalej widywać. Pisze smsy o tym, jaka jestem wspaniała, a potem nie odzywa się przez tydzień. Planujemy wspólny wyjazd w góry, ale on ostatecznie rezygnuje, bo za bardzo mu się podobam (sic).

Na koniec, rozstrzygająca rozmowa, na kartkach pamiętnika nawrzucałam potem chłopakowi aż miło. Bo to w ogóle świetny dzień był.

Zaczęło się, kiedy dostałam na skórze dziwnych, okropnych, swędzących wyprysków. Potem było seminarium, na którym promotor zaproponował mi jakąś bezsensowną, banalną typologię z dupy. Następnie poszłam na konsultacje do jednego z adiunktów, a jego monolog zwalił mnie z nóg. Uznałam, że jestem głupia jak but i jeśli napiszę tę pracę, to będzie cud. Zresztą cała praca będzie do dupy, bo ja jestem do dupy. Na koniec dnia, niczym wisienka na torcie, spotkanie z nim. Zakomunikował mi, że sypiał, sypia i będzie sypiał z więcej niż jedną koleżanką i że nie chciałby mnie skrzywdzić.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.

Rozważania o nim zakańczam wujem Stefanem, mistrzem ciętej riposty.

***

A jednak.

Był nieprawdopodobnie interesującym partnerem do rozmowy; uważny, inteligentny, racjonalny, o świeżym, oryginalnym i krytycznym spojrzeniu na rzeczywistość. Nigdy nie powtarzał cudzych osądów, umiał spowodować, że nagle dostrzegałam coś z zupełnie innej, niespodziewanej perspektywy. Tam, gdzie spodziewałam się krytyki, słyszałam aplauz; tam, gdzie oczekiwałam entuzjazmu, czekała na mnie miazga.

Czytał wszystko. Widział wszystko. Pamiętał wszystko.

Jego wiedza budziła podziw, był jakby poza naszą, studencką skalą, choć nigdy się nie wywyższał. (Że skończył medycynę powiedział dopiero, kiedy utrzymywanie tego w dalszej tajemnicy byłoby nieuczciwością i robieniem ze mnie idiotki).

***

Po tej dekadzie, kiedy wróciłam do wspomnień z nim związanych, ubawiłam się tym wszystkim, ale nie tylko. Dostrzegłam też, jak wielka zmiana optyki nastąpiła w moim życiu.

Choć niewiele starszy ode mnie, był dużo dojrzalszy, podczas gdy ja byłam jeszcze podlotkiem. Wkurzała mnie jego dojrzałość, chyba nieco cyniczna i zblazowana, choć bardzo poważna; jego mogła zachwycać moja dziewczęcość i naiwność spojrzenia (niezamierzona, ale teraz tak właśnie to widzę), bo niewiele chyba było jej w jego życiu singla i playboya, na którego wprawdzie nie pozował, ale którym bez wątpienia był.

Kiedyś zupełnie go nie rozumiałam, dopiero z czasem zaczęło docierać do mnie, że w wielu sprawach miał rację. Albo, że może nie do końca, ale w sumie teraz byłabym skłonna zgodzić się z nim.

I choć kiedyś tak tego nie widziałam, mało szlachetnie wzorując się na Bridget Jones (?) i nazywając go emocjonalnym popaprańcem, był uczciwy i zobaczył naszą wspólną przyszłość znacznie wyraźniej niż ja. Zaoszczędził mi wielkiego zawodu, którego mógł uniknąć tylko mówiąc mi „nie”.

Tyle na szczęście zrozumiałam.

I może też, dzięki decyzji, którą wtedy podjął, gdzieś tam, w jego głowie, żyje jeszcze tamta pikfe.

pikfe

P.S. I spojrzenie Olinusa, Trzeciej Perspektywy. Mnie coś umknęło, jej nie.

Bardzo skromny, ale odmienił moją grupę (mieszankę ludzi z różnych miast, w różnym wieku, z różnych powodów studiujących zaocznie). Miałam nawet fajnych ludzi na roku i myślę sobie, że ta fajność była właśnie jego zasługą. Kiedy wszyscy połapali się, ile on wie, ile przeczytał i ile widział i że nie ma w nim żadnej pozy, absolutnie żadnej, to postanowili nie pozować, bo to byłoby głupie. Ja tak to widzę.
Jak kiedyś jedna PANI DOKTORANTKA źle go potraktowała – do końca zajęć nikt się do niej nie odezwał, a to były ćwiczenia! Nie chciał podważyć jej wiedzy, ale ona sobie tak ubzdurała, zrąbała go, a cała grupa wbiła wzrok w podłogę i ani słowa. Chyba na następnych zajęciach go przeprosiła.

Oli

„Słuchaj” *

19 września, 2014

Nie byliśmy bogaci, ale też niczego nam nie brakowało. W czwartki piekliśmy chleb, bułki i chałkę. Wystarczało nam tego na cały tydzień. W piątki robiliśmy naleśniki. W szabat jedliśmy kurczaka i zupę z kluskami. Chodziliśmy do rzeźnika prosić o tłuste mięso. Im więcej tłuszczu, tym lepiej. Odwrotnie niż teraz. Zawsze było u nas mleko i ser, chociaż nie mieliśmy lodówki. Nie było tak wielu warzyw, ale nie było też na co narzekać. Byliśmy szczęśliwi. Nie wyobrażaliśmy sobie lepszego życia. Teraz nie docenia się rzeczy, które ma się na co dzień. My wtedy też nie docenialiśmy tego, co mieliśmy. Potem wszystko się zmieniło. Wojna była piekłem. Zostaliśmy z niczym. Odeszłam od rodziny. Żyłam w ukryciu.

Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, strona 19.

* Tytuł wpisu jest tytułem podrozdziału w książce.

pikfe

myśli właśnie o tym

Munro.

4 lutego, 2014

Dzień dobry.

Dom może być miejscem pracy dla mężczyzny. Przynosi on pracę ze sobą i znajduje odpowiednie miejsce do jej wykonywania; dom jest do nowej funkcji przystosowany najlepiej, jak tylko się da. Całe otoczenie liczy się z jego pracą. Mężczyzna nie musi więc odbierać telefonów, ciągle czegoś szukać, doglądać płaczących dzieci ani karmić kota. Może po prostu zamknąć drzwi. Ale wyobraź sobie (tłumaczyłam mężowi), że matka zamyka drzwi, a dzieci wiedzą, że ona sobie tam po drugiej stronie siedzi – nie umiałyby się z taką sytuacją pogodzić. (…) Tak więc dla kobiety dom nie jest taką samą przestrzenią jak dla mężczyzny. Ona nie może wejść i skorzystać z niego, a potem wyjść. Ona jest częścią domu, i to częścią nieodłączną.

Alice Munro, fragment opowiadania Biuro z tomu Taniec szczęśliwych cieni.

przepisała pikfe

Wypis z Książek.

5 czerwca, 2012

Dzień dobry.

Dziś krótko, acz dowcipnie i przerażająco zarazem. Z nowych Książek (nr. 2/2012) cytat krótki.

Artykuł tyczy autora właśnie wydanego Lęku o status, którą to książkę nawet zamierzałam kupić.

Ale chyba poważnie się zastanowię.

Otóż, pan Alain de Botton wyznaje w jednym z wywiadów: „Moi koledzy na osiemnastkę dostawali samochody i pokaźne czeki, ja nie. Dojrzewałem z poczuciem wielkiej krzywdy i żalu do całego świata”.

Biedaczyna.

pikfe

 

Eksperyment. Do przemyślenia.

23 października, 2011

Dzień dobry.

[Dziewięciomiesięczne] dziecko umieszczono na końcu trzymetrowego kojca, którego podłoga miała wzór szachownicy. Dwa metry od brzegu szachownica zmieniała się w szklaną taflę (wytrzymującą ciężar dziecka), co dawało złudzenie gwałtownego spadku. Aby sprowadzić dziecko nad do „urwisko”, na drugim końcu kojca umieszczono ruchomą zabawkę. Matkę ustawiono za dzieckiem. Polecono jej zrobić przerażoną minę ( zmarszczone brwi, uchylone usta z opuszczonymi kącikami), w momencie, gdy dziecko zbliży się do „urwiska”. Rozpoczyna się eksperyment: dziecko skuszone zabawką rusza w jej stronę, dopełza do „urwiska”, zauważa je i natychmiast się zatrzymuje. (…) Odwraca się w stronę matki i badawczo przygląda się jej twarzy. Gdy widzi przerażoną minę, natychmiast zawraca do punktu wyjścia. Doświadczenie zostaje powtórzone. Tym razem jednak matka ma się uśmiechać. Dziecko rusza, zatrzymuje się przy fałszywym urwisku, odwraca się, bacznie przygląda uśmiechniętej twarzy matki i uspokojone pędzi do przodu w kierunku zabawki.

Przy pierwszym podejściu powstała konotacja negatywna, spowodowana wyrazem lęku na twarzy matki. Dziecko podzieliło to uczucie i uciekło przed wyzwaniem. Za drugim razem, przejmując od matki pozytywną emocję, odważnie przemierzyło dystans dzielący je od zabawki. W obu przypadkach posłużyło się odniesieniem do twarzy matki, by ukierunkować sowje działanie. Za każdym razem przyswajało znaczenie, jakie matka nadawała doświadczeniu.

Bertrand Cramer, Co wyrośnie z naszych dzieci?, Wydawnictwo Nisza, strona 107.

pikfe

P.S. A Francję z pewnością uzupełnię.

Demotywator.

15 września, 2011

Dzień dobry.

Demotywator. Nie mój, ale jakby mój 🙂

http://demotywatory.pl/3443667/Szczescie

pikfe

Piękno myśli, piękno języka.

11 marca, 2011

Dzień dobry.

W zestawieniu z pustosłowiem Rachel Cusk – toutes proportions gardées – znajduję taki fragment.

Historia Polski i jej literatury wydaje mi się zwariowana i pełna paradoksów: naród słowiański, którego pisarze aż do renesansu posługiwali się wyłącznie łaciną; wielkie państwo, które przez stulecia stawiało czoło Niemcom, Turkom i Moskwie, ale które wskutek nadużycia swego systemu parlamentarnego dosłownie rozleciało się, a jego niegdyś słabi sąsiedzi podzielili je i wymazali z mapy Europy na ponad sto dwadzieścia lat; zadziwiająco żywotny naród, który popada w tępą apatię, a swoje cnoty objawia jedynie w okolicznościach, które każdą inną ludzką zbiorowość zgniotłyby i zniszczyły; wyrafinowany smak, który stworzył poezję liryczną, porównywalną z poezją Anglii elżbietańskiej, skombinowany z ironią i błyskotliwością, ale nieustannie zagrożony przez pijackie odrętwienie i parafiański bełkot; nawyk religijnej i politycznej tolerancji, nabyty w rządzonej przez obieralnego króla wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, potem wskutek zbiorowych nieszczęść ustępujący miejsca kalekiemu, chorobliwemu nacjonalizmowi; kraj, o którego lojalność w drugiej połowie dwudziestego wieku zabiegały dwie, współzawodniczące ze sobą potęgi, partia komunistyczna i Kościół rzymskokatolicki. Ten chaos pozornie tak niewspółmiernych, a przecież powiązanych ze sobą jakąś własną logiką elementów, może zawierać pewną lekcję o uniwersalnym znaczeniu.

Jest to jeden akapit ze Wstępu do wydania w języku angielskim, napisanego przez Czesława Miłosza w jego Historii literatury polskiej, wydanej przez Znak w 2010.

Dla mnie mistrzostwo świata w zwięzłości, bogactwie treści, kompozycji akapitu i doborze słownictwa. Jestem oczarowana.

pikfe

Arlington Park, czyli opowieść o paniach domu.

7 marca, 2011

Dzień dobry.

Rzadko piszę o książkach, które przeczytałam. Chyba nie mam ku temu wielkiego zacięcia i talentu, ale od czasu do czasu można spróbować, zwłaszcza, że zwykle lepiej mi idzie, kiedy książka mnie denerwuje.

I tak: nie wiem, czy powieść Rachel Cusk – Arlington Park – jest dobrą powieścią.Trudno mi ustosunkować się do tej książki. Z jednej strony podnosi ważne kwestie, takie jak tożsamość kobiet, ich rolę i miejsce jako matek i żon, ale z drugiej strony odnoszę wrażenie, że jest albo fatalnie przetłumaczona albo kiepsko napisana, a kobiety w niej to twory nieco neurotycznej wyobraźni Rachel Cusk. Lub też bardzo odległe od tego wszystkiego, co mnie jest znane.

Rachel Cusk to brytyjska pisarka, urodzona w Kanadzie w 1967 roku. Studiowała w Anglii, sporo podróżowała po Europie i Ameryce Południowej. Jest uznawana za jedną z najbardziej obiecujących pisarek młodego pokolenia.
Na wywiad z nią natrafiłam w Wysokich Obcasach („WO” z 13. listopada 2010) w czasie jednego z cięższych okresów mojej ciąży. Twarz angielskiej autorki spoglądała z okładki tygodnika, a napis tuż obok głosił, że zostając matkami – umieramy. Nie dziw zatem, że ochoczo zabrałam się za wywiad. Powitało mnie zdanie, że kiedy rodzisz pierwsze dziecko, po prostu umierasz.
Z racji faktu, że to jeszcze przede mną, dość ciężko jest mi ustosunkować się do tego twierdzenia, ale to, co dotyczy tożsamości kobiety w ciąży i po niej, żywo mnie interesuje. Po przeczytaniu wywiadu – że pozwolę sobie zacytować fragment: Kiedy kobiety zostają matkami, często słyszę taki tekst: O, teraz to rozumiem moją matkę. Gdy pytam je, co to znaczy, mówią, że kiedyś były w opozycji do swoich matek, wszystko robiły inaczej, a teraz mają dziecko i już zrozumiały, o co w tym chodzi, więc przeszły na drugą stronę. Trudno w takiej sytuacji powiedzieć, jaką wartość przedstawia to, co czujesz, ponieważ nagle bezrefleksyjnie przestajesz być sobą, a stajesz się częścią jakiejś mitologii , nabrałam ochoty na tę rewolucyjną prozę, zwłaszcza, że przeglądając portale internetowe dla przyszłych i świeżo upieczonych mam miałam wrażenie, że czeka mnie całkowite odmóżdżenie.

Zawiodłam się na Arlington Park.

Nie ma w tej książce praktycznie niczego, czego człowiek by się nie spodziewał. Poza tym jakoś nie mam poczucia, że mówienie o tym, że macierzyństwo nie jest czymś najwspanialszym, co może spotkać kobietę, jest jakimś wielkim tabu. Z pewnością było, ale chyba już nie jest tak źle. O tym się jednak mówi. Nigdy w życiu nie przeszłoby mi przez myśl potępić kobietę, która wyznaje, że ma dość siedzenia z dziećmi w domu i chciałaby wrócić do pracy.

Czego spodziewacie się po zbiorze krótkich opowiadań o dniu angielskich pań domu, białych, zamożnych kobiet wychowujących dzieci na przedmieściach Londynu?
Wspólnej wyprawy do centrum handlowego? Jest.
Obrazów zdesperowanych kobiet? Są
Kobiet zaniedbanych i otłuszczonych? Jasne.
W dresach? A jakże.
Materialistyczne podejście do życia? Bez wątpienia znajdziecie.
Rozlanych soczków i ciężkich wózków? Oczywiście.
Odwożenia do szkoły, jałowego życia towarzyskiego, oschłych mężów? Naturalnie.

To wszystko jest w książce Cusk, ale problem tkwi w tym, że ja niewiele ponad to znajduję. Hasło z obwoluty informuje, że ta książka to portret kobiet rozpaczliwie szukających spełnienia, ja jednak zaryzykowałabym, że to kobiety, które tego spełnienia znaleźć nie chcą. Ugrzęzły – w swoim odczuciu – ale czy w gruncie rzeczy jest im tak źle? Wygodnie i ciepło i luksusowych samochodach. Nie ma w nich woli, żeby zaryzykować i opuścić domy na przedmieściach. Ale uskarżać się – o, na to jest czas.

– I po cóż ja się tak wysilam? – powiedziała. Jej towarzyszka wzniosła oczy ku niebu:
– Człowiek sobie nieraz myśli: co ja tu w ogóle robię, prawda?
Rozmawiając, nieco odwracały od siebie twarze, ze wzrokiem badawczo utkwionym w horyzoncie.
– Dan wyjechał na cały tydzień do Paryża.
– Tak? Niektórym to dobrze.
– Znów tam kręci.
– No proszę.
– Na początku roku siedzieli tam prawie półtora miesiąca, ale musieli pojechać jeszcze raz, bo zapomnieli sfilmować wieżę Eiffla.
Druga kobieta prychnęła.
– Bardzo sprytnie.
– Oszaleć można. Mówię do niego: „To może teraz ja się tym wszystkim zajmę. Ty się niczym nie przejmuj i pozwól mi działać. Zostań w domu z dziećmi, a ja pojadę do Paryża”.
– Bo masz poczucie, że mogłabyś, nie? Zachowują się tak, jakby to było strasznie trudne, a człowiek co chwila sobie myśli, no wiesz, że da radę.
– Załatwię Paryż, wieżę, wszystko, i to dwa razy szybciej.

Rozumiałabym, gdyby bohaterki książki Cusk były w sytuacji materialnej tak ciężkiej, że nie mogłyby pozwolić sobie na nianię i po prostu nie miałyby wyjścia. Tymczasem wygląda na to, że taka droga życiowa to był ich wybór. Bo przecież mamy, do jasnej cholery, własną wolę!
Co gorsza, odnoszę wrażenie, że to kobiety, które działają zgodnie z zasadą „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” i po prostu nie chcą i nigdy nie znajdą szczęścia w życiu.  No bo czy szukający szczęścia w życiu człowiek zestawia ze sobą brudną bieliznę i miłość małżeńską?

Jak to się dzieje, że intymność przyzwala na aż taką słabość, takie zapuszczenie? Dlaczego za solenne przyrzeczenie, że spędzi resztę życia z Jamesem, Jessicą i Eddiem, mąż odwdzięczał się jej brudnymi gatkami w koszu na bieliznę, a dzieci – brakiem wszelkich uczuć? (strona 100)

Patrzą na życie i na ludzi z pogardą. Chciałyby, a nie mogą. Najlepiej byłoby, gdyby się zdarzyło samo, bez wysiłku. Nic nie ma dla nich znaczenia, jedynie ich znój, męka z dziećmi, męka z mężami, męka z pięknymi domami, których nie cierpią.
Nie mam jeszcze dzieci, nie mam ponad trzydziestu lat, ale takie spojrzenie na świat i na własne życie jest mi całkowicie obce. Jestem kobietą, a nie bezwolną istotą uwięzioną w patriarchalnym micie i jeśli coś mi się nie podoba, mogę próbować to zmienić, a nie tylko narzekać.
Nie podoba mi się bierność tych kobiet, ich wygodnictwo, ich – w gruncie rzeczy – prostactwo życiowe. Czy one zasługują na więcej?

Poza tym irytuje mnie styl Cusk – nadmiar słów, nadmiar metafor, które nie są spójne ze sobą, a do tego nie wnoszą żadnej treści, irytują jedynie kwiecistością.
No bo co to znaczy, że przyciemnione okna zdawały się unicestwiać otoczenie swoim niewidzącym wzrokiem. Juliet poczuła emanującą z powierzchni auta czystą, przemożną agresję albo odsłaniała krzywe, szare zęby, złowieszcze jak rząd nagrobków albo samochody przepływają jak intymne myśli albo – to już dla mnie mistrzostwa świata w pustosłowiu –  Zapłakany Eddie poszedł do salonu, gdzie wielkie , pokojowe oko telewizora utuliło go, zagarniając w obwiedzione lazurem nieba głębiny programów dla dzieci, emitowanych jak sen w pustym domu nawet podczas ich godzinnej nieobecności.
Nawet opis centrum handlowego nie trzyma się kupy, nie ma jednej spójnej myśli, która scalałaby całość.

Całość scala padający deszcz, burzowe chmury, dudniące o dachy krople, kałuże i przedzierające się przez ulewę kobiety z dzieciakami, wózkami, siatami. Trochę to za mało, żeby zachwycić i łamać tabu.

pikfe

P.S. Dla równowagi słowa zachwytu: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96942,7850496,Hit___Arlington_Park__kit___Trzeci_aniol_.html oraz

http://prowincjonalnenauczycielstwo.blogspot.com/2010/01/rachel-cusk-arlington-park.html