Archive for the ‘Cytując innych’ category

Z Szymborskiej.

Styczeń 4, 2016

Dzień dobry.

Było na moim FB, ale niewielu go zna.

A tymczasem cytat wyjątkowo adekwatny i niezmiernie elegancki.

„Człowiek owładnięty nienawiścią. Znany od niepamiętnych czasów. Nie zmienia się; zmieniają się tylko środki, których używa, żeby postawić na swoim. Średnio groźny, jeżeli występuje w pojedynkę, co jednak nigdy nie trwa długo, ponieważ jest zaraźliwy. Pluje. Szerzy zamęt w przekonaniu, że robi porządek. Lubi wypowiadać się w pierwszej osobie liczby mnogiej, co początkowo może i nie ma uzasadnienia, ale po uporczywym powtarzaniu zaczyna mieć. Mija się z prawdą zawsze z przyczyn jakiegoś wyższego rzędu. Wyzuty z dowcipu – a jak już zażartuje, to uchowaj Boże. Świata nieciekawy; nie pragnie zwłaszcza bliżej poznać tych, których upatrzył sobie na wrogów, słusznie mniemając, że może go to osłabić. Do czynów brutalnych z reguły czuje się sprowokowany. Wątpliwości własnych nie ma, a cudzych sobie nie życzy. Specjalizuje się, oddzielnie, a chętniej łącznie, w nacjonalizmie, antysemityzmie, walce klas albo pokoleń oraz różnych prywatnych fobiach, którym musi dać publiczny wyraz. W czaszce ma mózg, ale to mu nie przeszkadza.”

Wisława Szymborska, „Wszystkie lektury nadobowiązkowe”, Znak 2015, strona 697 [fragment recenzyjki pt. „Monstrum. Jan Gondowicz, Zoologia fantastyczna – uzupełniona, układ systematyczny Adama Pisarka, Wydawnictwo Małe, Warszawa 1996].

pikfe

Reklamy

Portret 10.

Kwiecień 11, 2015

Dzień dobry.

Prevertowski Hawr, z którego nie można uciec. To miasto cieni, jakiś niespełnionych pragnień, miasto nieokreślone, miasto „drzwi które ktoś otworzył/ drzwi które ktoś zamknął”.[1]

 

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż potem, po latach, przybrała taki pozór. Owszem, zapamiętała dobrze ich pierwsze spotkanie, on jednak z pewnością nie zapamiętał jej. Zbyt dużo błahych ludzi, a ona w ich tłumie. Długo po tym w ogóle się nie widywali, on zajęty, zapracowany; ona zakochana, w nowym środowisku. Minęli się może na wąskich korytarzach, może coś o nim usłyszała, puściła to mimo uszu.

(Czytała w oryginale Małego Księcia, siedząc samotnie pod ścianą. Zapamiętał).

Nie wydawał się jej atrakcyjny, choć był pociągający. Wysoki, chudy, miał piękne dłonie, wspaniały głos i sposób bycia, który bardzo jej odpowiadał.

(Tylko raz powiedział jej, że bardzo się zmieniła i świetnie wygląda w okularach. Na więcej nie mógł sobie pozwolić).

Był swobodny, dowcipny, błyskotliwy, a jednocześnie do bólu rzeczowy, oficjalny, poważny, obowiązkowy. Lubiła takich mężczyzn, wyluzowanych sztywniaków.

(Była taka cicha).

Okazywało się, że oglądają podobne filmy; że podobne rzeczy ich bawią; że lubią tak samo spędzać czas; może nawet, że wrażliwość podobna, choć on o tyle bardziej cyniczny. Że dobrze im się od czasu do czasu rozmawia o niczym ważnym.

(Dogonił ją na ulicy, żeby chwilę pogadać).

Zaczęła o nim myśleć, zaczęła czekać na spotkania z nim, wymieniali emaile, ona z wypiekami na twarzy. To nie czasy smartfonów, to czasy kawiarenek, do których chodziło się „na Internet” raz w tygodniu. Wśród wrzeszczących małolatów z okolicznych kamienic, paląc papierosa za papierosem, czytała i pisała.

(Czuł się dziwnie odbierając maile od niej; czasem chciał napisać więcej).

Była chora. Trema paraliżowała ją za każdym razem, zawsze, nieodmiennie bała się, że powie coś głupiego, a potem notowała w zeszytach, że znowu zachowywała się bardzo głupio. Jak kretynka.

(Pożyczał jej książki, pod byle pretekstem. Mogli potem o nich rozmawiać bez wzbudzania podejrzeń).

Powiedziały, żeby się wystroiła; dekolt, spódnica, gołe nogi, szpilki. Przejrzała się w lustrze i wróciła do swojego pokoju. Pod niebieski sweter włożyła podkoszulkę, buty na obcasach zamieniła na płaskie i założyła rajstopy. Nie było jeszcze tak gorąco.

(Przywitał ją u siebie w mieszkaniu. Zaproponował owoce, odmówiła. Zaproponował wino, odmówiła, chociaż było schłodzone. Był nieformalnie, w krótkich spodenkach).

Stres to mało powiedziane. Gdyby napiła się tego wina, migrena zabiłaby ją w przeciągu pięciu minut. Na jego sofie?

(Porozmawiali. Była dzieckiem, wciąż, zbyt słabym, żeby to udźwignąć).

Potem byli inni. Były i inne. On przytył, ona schudła. Plotkowano, tu i tam, o nim; o niej nikt nigdy nie plotkował. Wmawiała sobie, że jest obojętna, ale nigdy nie była.

(Był zły na siebie).

I nagle coś się odmieniło. Miasto latem jest zupełnie inne. Niektórzy go potępiali, że mąci jej w głowie, nie przejmowała się. Siedząc przy nim czuła, że wszystko jest łatwe, że nie ma dla niej żadnych barier, że wszystko się powiedzie. Była cała w skowronkach, za każdym, każdym, każdym razem. Pierwszy raz swobodniej opowiadała mu o sobie, że chciałaby robić przetwory, że uwielbia mówić po francusku, ale jeszcze dobrze nie mówi (jak mogłaby tego nie dodać), że chyba chciałaby uczyć.

(Słuchał zafascynowany, z uśmiechem. Podobała mu się. Naprawdę).

Czekała na te spotkania. Jak mocno. Jak bardzo szczęśliwą ją czyniły, jak bardzo pijana ze szczęścia była potem. Świat był jej.

I nic.

(Nic).

Spotkali się, był zajęty. Nawet nie porozmawiali, wyszła na to cholerne zimno i ten cholerny śnieg. Ściągnęła czapkę, rozchełstała szalik, porozpinała płaszcz, a rękawiczki upchnęła w torbie. Marzła, do cholery, tylko tak dawała sobie radę. Prawie.

(Nie mógł. Po prostu nie mógł. Musiał jej dać do zrozumienia).

Upokorzona, nie chciała go więcej widzieć.

(Czasem patrzył na nią, kiedy nie mogła go zobaczyć).

Dlaczego?

(Nie wiedział, w każdym razie nie do końca).

 

***

To nie ja

to kwiaty które widziałem

śpiewają

to nie ja

to wino które wypiłem

śmieje się

to nie ja to miłość którą zgubiłem

płacze

Jacques Prévert

pikfe

 

 

[1] „Słowa”, J. Prévert, wyd. PIW, 1973, wybór: E. Fiszer, str. 26.

P.S. I to chyba na razie koniec Portretów.

Portret 9. Emocjonalny popapraniec.

Kwiecień 7, 2015

Dzień dobry.

Portret 9.

Emocjonalny popapraniec.

Z uporem maniaka nazywam go tak w pamiętnikach, tych pisanych prawie dekadę temu. Czasem zamiennie ze słówkiem dziwak. Nigdy nie określiłam, że widujemy się, raczej, że spotykamy się czasami. Nie rozumiem go; nie wiem, o co mu chodzi; zachowuje się, jakby wstydził się zaprosić mnie na bal ósmych klas; odwala takie numery, że nawet nie wiem, czy chce się ze mną dalej widywać. Pisze smsy o tym, jaka jestem wspaniała, a potem nie odzywa się przez tydzień. Planujemy wspólny wyjazd w góry, ale on ostatecznie rezygnuje, bo za bardzo mu się podobam (sic).

Na koniec, rozstrzygająca rozmowa, na kartkach pamiętnika nawrzucałam potem chłopakowi aż miło. Bo to w ogóle świetny dzień był.

Zaczęło się, kiedy dostałam na skórze dziwnych, okropnych, swędzących wyprysków. Potem było seminarium, na którym promotor zaproponował mi jakąś bezsensowną, banalną typologię z dupy. Następnie poszłam na konsultacje do jednego z adiunktów, a jego monolog zwalił mnie z nóg. Uznałam, że jestem głupia jak but i jeśli napiszę tę pracę, to będzie cud. Zresztą cała praca będzie do dupy, bo ja jestem do dupy. Na koniec dnia, niczym wisienka na torcie, spotkanie z nim. Zakomunikował mi, że sypiał, sypia i będzie sypiał z więcej niż jedną koleżanką i że nie chciałby mnie skrzywdzić.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.

Rozważania o nim zakańczam wujem Stefanem, mistrzem ciętej riposty.

***

A jednak.

Był nieprawdopodobnie interesującym partnerem do rozmowy; uważny, inteligentny, racjonalny, o świeżym, oryginalnym i krytycznym spojrzeniu na rzeczywistość. Nigdy nie powtarzał cudzych osądów, umiał spowodować, że nagle dostrzegałam coś z zupełnie innej, niespodziewanej perspektywy. Tam, gdzie spodziewałam się krytyki, słyszałam aplauz; tam, gdzie oczekiwałam entuzjazmu, czekała na mnie miazga.

Czytał wszystko. Widział wszystko. Pamiętał wszystko.

Jego wiedza budziła podziw, był jakby poza naszą, studencką skalą, choć nigdy się nie wywyższał. (Że skończył medycynę powiedział dopiero, kiedy utrzymywanie tego w dalszej tajemnicy byłoby nieuczciwością i robieniem ze mnie idiotki).

***

Po tej dekadzie, kiedy wróciłam do wspomnień z nim związanych, ubawiłam się tym wszystkim, ale nie tylko. Dostrzegłam też, jak wielka zmiana optyki nastąpiła w moim życiu.

Choć niewiele starszy ode mnie, był dużo dojrzalszy, podczas gdy ja byłam jeszcze podlotkiem. Wkurzała mnie jego dojrzałość, chyba nieco cyniczna i zblazowana, choć bardzo poważna; jego mogła zachwycać moja dziewczęcość i naiwność spojrzenia (niezamierzona, ale teraz tak właśnie to widzę), bo niewiele chyba było jej w jego życiu singla i playboya, na którego wprawdzie nie pozował, ale którym bez wątpienia był.

Kiedyś zupełnie go nie rozumiałam, dopiero z czasem zaczęło docierać do mnie, że w wielu sprawach miał rację. Albo, że może nie do końca, ale w sumie teraz byłabym skłonna zgodzić się z nim.

I choć kiedyś tak tego nie widziałam, mało szlachetnie wzorując się na Bridget Jones (?) i nazywając go emocjonalnym popaprańcem, był uczciwy i zobaczył naszą wspólną przyszłość znacznie wyraźniej niż ja. Zaoszczędził mi wielkiego zawodu, którego mógł uniknąć tylko mówiąc mi „nie”.

Tyle na szczęście zrozumiałam.

I może też, dzięki decyzji, którą wtedy podjął, gdzieś tam, w jego głowie, żyje jeszcze tamta pikfe.

pikfe

P.S. I spojrzenie Olinusa, Trzeciej Perspektywy. Mnie coś umknęło, jej nie.

Bardzo skromny, ale odmienił moją grupę (mieszankę ludzi z różnych miast, w różnym wieku, z różnych powodów studiujących zaocznie). Miałam nawet fajnych ludzi na roku i myślę sobie, że ta fajność była właśnie jego zasługą. Kiedy wszyscy połapali się, ile on wie, ile przeczytał i ile widział i że nie ma w nim żadnej pozy, absolutnie żadnej, to postanowili nie pozować, bo to byłoby głupie. Ja tak to widzę.
Jak kiedyś jedna PANI DOKTORANTKA źle go potraktowała – do końca zajęć nikt się do niej nie odezwał, a to były ćwiczenia! Nie chciał podważyć jej wiedzy, ale ona sobie tak ubzdurała, zrąbała go, a cała grupa wbiła wzrok w podłogę i ani słowa. Chyba na następnych zajęciach go przeprosiła.

Oli

„Słuchaj” *

Wrzesień 19, 2014

Nie byliśmy bogaci, ale też niczego nam nie brakowało. W czwartki piekliśmy chleb, bułki i chałkę. Wystarczało nam tego na cały tydzień. W piątki robiliśmy naleśniki. W szabat jedliśmy kurczaka i zupę z kluskami. Chodziliśmy do rzeźnika prosić o tłuste mięso. Im więcej tłuszczu, tym lepiej. Odwrotnie niż teraz. Zawsze było u nas mleko i ser, chociaż nie mieliśmy lodówki. Nie było tak wielu warzyw, ale nie było też na co narzekać. Byliśmy szczęśliwi. Nie wyobrażaliśmy sobie lepszego życia. Teraz nie docenia się rzeczy, które ma się na co dzień. My wtedy też nie docenialiśmy tego, co mieliśmy. Potem wszystko się zmieniło. Wojna była piekłem. Zostaliśmy z niczym. Odeszłam od rodziny. Żyłam w ukryciu.

Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, strona 19.

* Tytuł wpisu jest tytułem podrozdziału w książce.

pikfe

myśli właśnie o tym

Munro.

Luty 4, 2014

Dzień dobry.

Dom może być miejscem pracy dla mężczyzny. Przynosi on pracę ze sobą i znajduje odpowiednie miejsce do jej wykonywania; dom jest do nowej funkcji przystosowany najlepiej, jak tylko się da. Całe otoczenie liczy się z jego pracą. Mężczyzna nie musi więc odbierać telefonów, ciągle czegoś szukać, doglądać płaczących dzieci ani karmić kota. Może po prostu zamknąć drzwi. Ale wyobraź sobie (tłumaczyłam mężowi), że matka zamyka drzwi, a dzieci wiedzą, że ona sobie tam po drugiej stronie siedzi – nie umiałyby się z taką sytuacją pogodzić. (…) Tak więc dla kobiety dom nie jest taką samą przestrzenią jak dla mężczyzny. Ona nie może wejść i skorzystać z niego, a potem wyjść. Ona jest częścią domu, i to częścią nieodłączną.

Alice Munro, fragment opowiadania Biuro z tomu Taniec szczęśliwych cieni.

przepisała pikfe

Wypis z Książek.

Czerwiec 5, 2012

Dzień dobry.

Dziś krótko, acz dowcipnie i przerażająco zarazem. Z nowych Książek (nr. 2/2012) cytat krótki.

Artykuł tyczy autora właśnie wydanego Lęku o status, którą to książkę nawet zamierzałam kupić.

Ale chyba poważnie się zastanowię.

Otóż, pan Alain de Botton wyznaje w jednym z wywiadów: „Moi koledzy na osiemnastkę dostawali samochody i pokaźne czeki, ja nie. Dojrzewałem z poczuciem wielkiej krzywdy i żalu do całego świata”.

Biedaczyna.

pikfe

 

Eksperyment. Do przemyślenia.

Październik 23, 2011

Dzień dobry.

[Dziewięciomiesięczne] dziecko umieszczono na końcu trzymetrowego kojca, którego podłoga miała wzór szachownicy. Dwa metry od brzegu szachownica zmieniała się w szklaną taflę (wytrzymującą ciężar dziecka), co dawało złudzenie gwałtownego spadku. Aby sprowadzić dziecko nad do „urwisko”, na drugim końcu kojca umieszczono ruchomą zabawkę. Matkę ustawiono za dzieckiem. Polecono jej zrobić przerażoną minę ( zmarszczone brwi, uchylone usta z opuszczonymi kącikami), w momencie, gdy dziecko zbliży się do „urwiska”. Rozpoczyna się eksperyment: dziecko skuszone zabawką rusza w jej stronę, dopełza do „urwiska”, zauważa je i natychmiast się zatrzymuje. (…) Odwraca się w stronę matki i badawczo przygląda się jej twarzy. Gdy widzi przerażoną minę, natychmiast zawraca do punktu wyjścia. Doświadczenie zostaje powtórzone. Tym razem jednak matka ma się uśmiechać. Dziecko rusza, zatrzymuje się przy fałszywym urwisku, odwraca się, bacznie przygląda uśmiechniętej twarzy matki i uspokojone pędzi do przodu w kierunku zabawki.

Przy pierwszym podejściu powstała konotacja negatywna, spowodowana wyrazem lęku na twarzy matki. Dziecko podzieliło to uczucie i uciekło przed wyzwaniem. Za drugim razem, przejmując od matki pozytywną emocję, odważnie przemierzyło dystans dzielący je od zabawki. W obu przypadkach posłużyło się odniesieniem do twarzy matki, by ukierunkować sowje działanie. Za każdym razem przyswajało znaczenie, jakie matka nadawała doświadczeniu.

Bertrand Cramer, Co wyrośnie z naszych dzieci?, Wydawnictwo Nisza, strona 107.

pikfe

P.S. A Francję z pewnością uzupełnię.