Archive for the ‘Ciąża’ category

Ostatnie chwile.

Maj 3, 2011

Dzień dobry.

W czwartek idę do szpitala – o ile oczywiście nie trafię tam wcześniej. Próbowałam, ale bezskutecznie: było łażenie po schodach i układanie książek na półkach; skończyło się leżenie; kąpiele w ciepłej wodzie jak najbardziej.

I nic. Jak już pisałam – trzeba się od samego początku uczyć szanować fakt, że dziecko ma prawo do własnego zdania, które niekoniecznie jest takim, jakie najbardziej by się rodzicom podobało.

Mimo tego – niedługo urodzę. Nie ma innego wyjścia.

To są moje ostatnie chwile jako nie-mamy. Dziwne, bo ja wcale nie czuję się jak mama. Nie jestem umordowana ciążą, choć nieco mi już ciąży. Chciałabym urodzić, ale wielkiego parcia nie mam. Fizycznie znoszę wszystko dobrze, poza pewnym umęczeniem i dość silną potrzebą snu w tym ostatnim okresie.

Ale…

Chciałabym z powrotem stać się sobą. Nie jest to możliwe tak do końca, ale przynajmniej w sporej części – jest. Być dawną pikfe, bez brzucha, bez tej doczepki kobiety w ciąży.

Co do ciąży jako stanu fizjologicznego – nie zmieniłam zdania. Nie jest to coś  za którym będę jakoś dziko tęskniła. Wolę swoje ciało w wersji normalnej.

Wychowana w micie (?) cudowności macierzyństwa jakoś nie bardzo potrafię się w nim odnaleźć. Jeszcze dużo przede mną: kobietą, sadowniczką, partnerką – a nie tylko mamą.

Marzę o tym, żeby pojechać pociągiem do Miasta, na kawę, sama. Bez lęku, że urodzę, że coś się przytrafi z dala od szpitala, że zjem, coś czego nie wolno etc. Naprawdę o tym marzę.

Czy to dziwne marzenie?

Czy po porodzie zeświruję i zmienię się w Szaloną Mamunię? Zacznę mówić do Tygryska zdrobnieniami i Tygrysek stanie się centrum mojego świata? I będę mówić, że zrobiłyśmy dziś kupkę trzy razy?

To jest wizja, która kojarzy mi się z jakąś potworną niewolą i szaleństwem.

Nadal nie czuję się mamą.

Nie boję się bycia mamą, ale się nią nie czuję.

I nie mam z tym problemu – tylko myślałam, że będzie inaczej.

pikfe

Reklamy

Kokon.

Kwiecień 13, 2011

Dzień dobry.

Nadszedł dziwny okres mojego życia, ten czas graniczny – tuż przed porodem. W niedzielę mam odstawić leki i zobaczymy czy Tygrysek zechce od razu przyjść na świat czy też będzie wolała jeszcze poczekać. Ja bym na jej cierpliwość nie liczyła, ale przecież – choć tylko trzykilowa istota  – to już jednak własne zdanie ma. I ten pierwszy raz uczę się jej zdanie szanować.

Trudno jest mi się skoncentrować na czymkolwiek, teraz mam trudność już nawet z czytaniem gazet i newsów w Necie. Najlepiej leży mi się i wygląda przez okno – widzę głównie niebo. Myśli krążą trochę bez ładu i składu, czas mija w niezbyt produktywny sposób, ale mnie to w tej chwili uszczęśliwia.

Fizycznie nie czuję się ciążą umęczona – mogę spać, brzuch wcale nie jest duży, zgaga dokucza, ale w sposób do przeżycia. Jasne, trochę się toczę i sikam częściej niż najbardziej liberalne ustawy przewidują, niemniej jednak nie mam z tym jakiegoś wielkiego problemu.
Bardziej dokuczliwe jest powolne poruszanie i ogólna ociężałość, niezbyt zgodne z tym jak działam normalnie – choć Big B uważa, że jestem POWOLNA! Jeśli tak, to teraz musiałam już zastygnąć całkowicie w jego oczach.

Jestem nerwowa.
Zdrobnienia w stylu „maluszka”, „dzidziusia”, „dzidzi”, „brzuszka” sprawiają, że zalewa mnie krew. Naprawdę. Nie potrafię opanować tężejącego głosu. Wpadam w szał. Urodzę dziecko, a nie „dzidzię”. Brrr.

Boję się porodu. Nie bólu, bo o tym w ogóle nie myślę, tylko samego wydarzenia.
Jak to jest?
Czy wszystko będzie w porządku?
Kiedy się zacznie?

Poród przekracza granice mojej wyobraźni.
Na nic mi opowieści i dobre rady, bo ona dotyczą tego, co działo się z ciałem, a nie tego, co działo się z głową.
To, co dzieje się z ciałem jest prostsze do wyobrażenia; to, co w głowie – całkowicie nierealne. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak będę się czuła.
Chyba nawet nie chcę słuchać innych porodowych historii, na nic mi one, tylko mętlik w głowie większy.

Czuję się trochę jak w kokonie.

pikfe

Zgaga…

Kwiecień 1, 2011

… mnie zabije.

Sapię. Ciiiężkoooo.

Sunę. Pooowoliiiiii.

Znoszę (?) kopy w żołądek.

Znoszę (?) kopy w pęcherz.

I jestem już w 34. tygodniu 🙂

Uff, najpiękniejszy okres w życiu kobiety 😉

pikfe

 

Po powrocie ze szpitala.

Marzec 22, 2011

Dzień dobry.

Nie musiałam uciekać, wypuścili mnie 🙂 Nawet nie musiałam przesadnie błagać, tylko obiecać, że będę grzecznie leżeć – nie wychodzi mi to do końca – i brać lekarstwa – co szczególnie trudne nie jest.

I tak od czwartku jestem w domu i szaleję z tego powodu ze szczęścia.

Dom pięknie pachnie, w odróżnieniu od szpitalnych korytarzy i pokoików.

Cudownie jest budzić się i słyszeć za oknem śpiew ptaków.

Fantastycznie jest, kiedy pierwszą osobą, którą się widzi jest Big B, a nie pani położna z termometrem i aparatem do mierzenia ciśnienia.

Dni są monotonne, ale to jest już tylko moja monotonia, bez telewizyjnych gwiazd i szalonych przyszłych matek 😉

*     *

*

I wyznaję teraz, że mnie szaleństwo też już lekko dopadło. Zaczynało się w szpitalu, ale tam nie miało szczególnie wielkich możliwości, żeby się w pełni rozwinąć. Za to w domu…

Z tym wiciem gniazda to prawda! Mogłabym (ale cóż, kiedy nie mogę) całe dnie układać, przekładać, porządkować, segregować, przekładać, przestawiać, przebierać, dopasowywać, układać…

Dobrze też, że są sklepy internetowe i że większość rzeczy mogę zaplanować i kupić sama. Poczytać opinie, poczytać o nowościach, podziwić się trochę: co też można dla dziecka kupić szokującego, także w cenie.

Poza tym ciąża wreszcie zaczęła sprawiać mi prawdziwą radość. Dobrze się z nią czuję. Miło mi i radośnie. Mogłaby się nawet nie kończyć! Smutek tylko, że muszę tak leżeć… Bo nie mam wielkiego brzucha, nie jestem opuchnięta i wymordowana. Jasne, brzuch trochę mi przeszkadza, ale wcale nie bardzo.

I naprawdę rozpiera mnie energia, Big B musi pilnować, żebym wracała do łóżka, a ja mam ochotę na… mycie kuchni…

Śpię świetnie, mam apetyt, a za bardzo nie tyję, dobrze się ze sobą czuję. I z Małą też dobrze się czuję.

Oby tak do końca 🙂

pikfe

 

Zmiana.

Marzec 16, 2011

Dzień dobry.

Jeśli jutro nie wyjdę z tego szpitala, to ucieknę. Mam taki zestaw w pokoju, że kurwa nie daję rady. Nie mam poczucia wyższości, ale jeszcze trochę tu poleżę i przysięgam, że mogę nie uniknąć jego wykształcenia.
Jak już kurwa napisałam, bluźni się; siorbie się i mlaska się; gapi się w telewizor; naturalnie narzeka się. Nie miałam jeszcze tak głośnego, wulgarnego i męczącego towarzystwa w pokoju.

Co telefon, to dzwonek bardziej szpanerski i obowiązkowo bardziej głośny. To chyba punkt honoru. Książka lub gazeta codzienna plasuje od razu na czymś w rodzaju planety Mars. W dodatku nie oglądam telewizji. I nie dokładam się w związku z tym. Ufo normalnie.
(Operatorze Telewizji Szpitalnej, dzięki Ci za zlikwidowanie promocji dzień za dwanaście złotych! Sugerowałabym podniesienie stawek. I tak wrzucą.)

Nie nadaję się tu z moją obecną wrażliwością.

Dzieje się coś dziwnego.
Coś, co całkowicie wymyka się opisowi i coś, czego nigdy nie doświadczyłam.
Potrzebuję ciszy. Banał życia mnie mierzi.
Czuję się tak, jakbym do końca się nie obudziła; jakbym do końca nie uczestniczyła w świecie.
Jakbym szła jakąś drogą wbrew mojej woli, a świat się zmieniał.
Siedziałam dziś w oknie i wyglądałam na ulicę oczekując tej zmiany, jakby miała nadejść, jakby musiała nadejść.

ZMIANA.

To jest słowo klucz.
Nie wiem, ja się zmieniam? Świat się zmienia? Rzeczywistość się zmienia?
Nie potrafię tego opisać.
Nigdy tego nie czułam.

Czuję się wyizolowana. Jakby wydestylowana, jakby nic ze mnie miało nie zostać, a jednocześnie jakbym nigdy wcześniej nie była bardziej sobą, jedną sobą.

I ja się do mojego zestawu pokojowego, kurwa, nie nadaję.

pikfe

Przepustka!

Marzec 10, 2011

Dzień dobry.

Chyba bardzo polubili mnie w szpitalu, bo wcale nie chcą mnie wypuścić.

Dziś nawet nie brali pod uwagę, że wyjdę, ale wcześniej cały czas była mowa, że może w czwartek, może w czwartek, więc dziś bez wezwania popędziłam po obchodzie pod zabiegowy, grzecznie poprosiłam o badanie i wybłagałam przepustkę, pod warunkiem, że będę cały czas leżeć.

Może i tak bardzo bym na to nie napierała, bo akurat nie mam najlepszych dni, ale wczoraj zakwaterowali w moim pokoju dziewczynę, która chrapała tak dramatycznie, że przespałam może trzy godziny. I stwierdziłam, że nie zniosę tego ani jednej nocy więcej.

Leżę więc w domu, jak fajnie.

Cisza, spokój, nie ma TV 🙂 Pytać nikogo o wietrzenie nie trzeba, Internet jest w sieci domowej, więc w zasadzie bez limitu. Same plusy.

I własna, czyściutka łazienka.

Zostało nam jeszcze 21 dni krytycznych i 21 dni nieco spokojniejszych – potem to już 37. tydzień, więc będziemy spokojni.

Tymczasem cieszę się z pobytu w domu, bo naprawdę nie wiem, ile potem będą chcieli mnie w tym szpitalu potrzymać. Z sympatii oczywiście 😉

pikfe

Wysłuchane.

Marzec 5, 2011

Dzień dobry.
I kroił się, kroił, aż się skroił kolejny weekend na oddziale. Trudno, choć to słońce i ciepłe powiewy na zewnątrz doprowadzają mnie do szaleństwa. Gniję tu zamiast kwitnąć tam.

Wczoraj rozmawiałam z jedną panią i cóż, nieco zbiłam ją z tropu. Bo ona mnie nie 🙂 Z góry przepraszam za brzydkie wyrazy, ale niestety nie dało się ich uniknąć.
Opowiadała – zresztą to osoba w sumie bardzo miła – o swojej pracy. Zeszło na nieprzyjemną atmosferę spowodowaną przez szefową, która jest – jak to pani określiła niezbyt elegancko – pojebana. Ponoć szefowie bywają, ale tu powód był mało… zawodowy.

– Wiesz – mówi do mnie pani – ona jest pojebana. To jest panna z dzieckiem. Mieszka z facetem, ale nie mają ślubu!
– O, to tak, jak my! – odpowiadam rechocząc w duchu, jako, że to pierwszy powód bycia pojebaną.
– Acha… ale oni nie zamierzają!
– No, my w sumie też nie. – odpowiadam rechocząc się już w głębi do rozpuku, a temat jakoś tak ulega zmianie.

Jestem pojebaną panną z dzieckiem czy jestem pojebana, bo jestem panną z dzieckiem?! 🙂

PANNĄ Z DZIECKIEM. Od dawna tego nie słyszałam.

Ja mam inny punkt widzenia: jestem bardzo szczęśliwą przyszłą matką, która każdego dnia ma wsparcie w przyszłym ojcu.
Reszta nie ma znaczenia.

pikfe