Archive for the ‘Ciąża’ category

Poród. A właśnie, że było jak w filmie!

17 lutego, 2013

Dzień dobry.

Ciągle chodzi mi po głowie wspomnienie porodu Stasiuka, a przez to wracam też do momentu, w którym na świat przyszła Yoda. Skłamałabym mówiąc, że były to chwile miłe.

Ból był potworny, na szczęście szokująco krótki. I to nie jest ból, który pamiętam mniej albo taki, który rozmył się gdzieś, kiedy położyli Yodę na moim ciele. Uczucie nieziemskie, ale ulga, że to już koniec – także. Przy czym naprawdę się nie nacierpiałam – na porodówce byłam… niecałą godzinę. Później szok – nie wszystko pamiętam, część jak za mgłą.

Pisałam tak po narodzinach pierwszej córki. Tamten poród był taki prawie zaplanowany – panicznie bałam się, że zacznę rodzić w nocy i chyba podświadomie ten lęk doprowadził do tego, że rodziłam w czasie pracy całego szpitalnego personelu. Rano mój lekarz prowadzący powiedział, że to dziś, co bardzo mnie zdziwiło, ponieważ nie czułam absolutnie nic, co zapowiadałoby poród. Tymczasem już za pięć czwarta Yoda była na świecie.

Acha, bolało jak – wybaczcie proszę – skurwysyn.

Tym razem nie bałam się, że urodzę w nocy i oczywiście w nocy urodziłam.

Wiecie, jak to wyglądało? Jak ktoś kiedyś powie oglądając film, w którym ludzie jadą na złamanie karku na porodówkę, a rodząca kopie i bluźni w samochodzie, że tak to tylko w kinie i śmiać się będzie widząc rodzącą wpadającą na izbę, wrzeszczącą prawie, że ona do porodu i dopadającą do windy, która magicznie otwiera przed nią swoje podwoje i rusza natychmiast na górę, gdzie rodząca wypada z windy i w szalonym ataku kolejnego skurczu wpada na ławkę w poczekalni, śmiertelnie wystraszając jakiegoś przyszłego tatę, który ucieka z przerażeniem; gdzie wpada do sali i wrzeszczy, że to już, a położne wyrzucają prawie za drzwi inną mamę, której dziecko spokojniej czeka; gdzie nie ma czasu absolutnie na nic, a potem rodząca wrzeszczy jak opętana na łóżku porodowym… więc jeśli oglądalibyście taki film i ktoś by wam powiedział, że to tylko w głupawych filmach tak to wygląda, to powiedzcie mu, że nie. Że tak właśnie może być w prawdziwym życiu.

I jak przeczytacie kiedyś, że pierwsza faza porodu to trwa tyle, a druga tyle, a trzecia tyle, to ja zapewniam, że wszystkie fazy da się upchnąć w jednej godzinie, więc lepiej nie oddalajcie się od szpitala…

No i oczywiście – bolało jak skurwysyn. Ale o bólu jeszcze napiszę.

pikfe

 

07.12.2012

9 grudnia, 2012

Dzień dobry.

07.12.2012, 1.38 – lekko bolesny skurcz, obudziłam się i zasnęłam.

07.12.2012, 2.08 – kolejny lekko bolesny skurcz, do jakich przywykłam. Zasnęłam.

07.12.2012, 2.20 – Pach! Odeszły mi wody. Kąpiel. Do samochodu już ledwo doszłam.

07.12.2012, 2.40 (?) – na porodówce nie wystarcza czasu na nic, tylko wciągam koszulę.

07.12.2012, 3.10 – Stasiuk jest na świecie.

Zdrowa, ważąca 3600 kg, mierząca 55cm, z ciemnymi włosami.

Kolejna Wielka Miłość.

pikfe

Za karę.

5 grudnia, 2012

Dzień dobry.

Za dwa dni 40. tydzień ciąży.

Za karę chyba.

A skurcze mam już dobrze ponad trzy tygodnie.

Wytrzymałość ma swoje granice.

pikfe

Zidiocenie przedporodowe.

10 listopada, 2012

Dzień dobry.

36. tydzień, pikfe ma silny syndrom wicia gniazda. Chodzi i przekłada, chodzi i przekłada, układa, chowa, wyjmuje, znowu chowa, przenosi itp.

Ostatnio w markecie, czekając na Big B ułożyła pedantycznie wszystkie książeczki dla dzieci od lat dwóch do pięciu… Całe małe stoisko uporządkowała, bo to (co każe układać) jest silniejsze niż biedna pikfe. Pewnie porządkowałaby dalej, ale na szczęście Big B wyratował z opresji swoim przybyciem.

Cholera, po prostu nie mogłam patrzeć na ten bajzel. No, nie mogłam.

pikfe

I jeszcze trochę narzekania.

26 września, 2012

Dzień dobry.

Dodam do poprzedniego wpisu, że do tego stopnia nie potrafię się teraz skoncentrować, że nawet jednej spójnej notki na temat własnych dolegliwości nie mogę, przepraszam, wymodzić.

Bo dochodzi ta dekoncentracja, rzyganie od czasu do czasu, niemożność spania na brzuchu (a tak zwykle śpię – no, ale to zrozumiałe, że w ciąży tak się człowiek nie wyśpi) oraz na rzekomo lepszym dla dziecka lewym boku (a tak śpię zaraz po brzuchu) – bo mam wtedy sensacje żołądkowe nie do wytrzymania. Robi mi się słabo, kiedy nie dojem (a sobie nie żałuję bynajmniej) oraz kiedy nie-wiem-dlaczego – w wersji hard ląduję na podłodze (ale nie gwałtownie, tylko tak lekko – o ile w ciąży coś może być lekko – osuwam się po ścianie) i siłą Mocy przyzywam szklankę Pepsi (moja Moc ma na imię Big B). Łazienkę odwiedzam co kwadrans, a w nocy mam koszmary dotyczące dziecka, siebie oraz życia – zwykle mam piękne sny, z których aż żal się budzić. Tyle, że nie w ciąży (o, błogosławiony stanie!) nie zasypiam byle gdzie w czasie dnia (teraz akurat nie zasypiam, bo jakoś Yody nie mogę zwykle przekonać…) i śpię jak normalny człowiek w nocy (ale chociaż Yoda śpi jak normalny człowiek w nocy, to już pikfe nie), a nie na odwrót!

Ciąża to nie choroba.

Całkowicie się z tym zgadzam.

Ciąża to najpiękniejszy czas w życiu każdej kobiety, my w końcu uwielbiamy rzygać, nie dosypiać, wyć bez powodu, mieć odruch wymiony na widok czegokolwiek; kochamy nie móc spać i uwielbiamy latać w nocy do łazienki, zgagę to często same sobie dla przyjemności fundujemy, a zaburzenia hormonalne to nasza druga natura. Wręcz ubóstwiamy skurcze i bóle głowy oraz kręgosłupa, a widok naszych opuchniętych stóp zawsze dodaje nam otuchy. Te wszystkie nie-dolegliwości-niechorobowe sprawiają nam prawdziwą frajdę. Trudno być szczęśliwszą! Przez te dziewięć miesięcy.

Ale przynajmniej na koniec czeka ozdrowienie… jak zwał, tak zwał 😉

pikfe

Ponarzekać.

24 września, 2012

Dzień dobry.

Żyję, mam się dobrze, mija dwudziesty dziewiąty tydzień ciąży.

Ciąży. Oj, ciąży.

Uwielbiam być mamą, natomiast nie cierpię być w ciąży. Jest to stan, który doprowadza mnie na skraj załamania nerwowego.

Wdrapanie się na byle (naprawdę – byle) wydmę to dla mnie wyczyn – chyba rozumiecie, że osobę, która potrafi wstać o czwartej rano, żeby chodzić po górach takie rzeczy irytują?

Spać muszę na siedząco, bo zgagę mam aż do odruchu – a im więcej piję, tym gorsza zgaga, ale im mniej piję, tym straszniejsze samopoczucie.

O ile śpię oczywiście – bo chociaż Yoda właściwie przesypia całe noce, to ja budzę się na każde karmienie (jak sądzę) kolejnego dziecka.

Z Yodą pozostają mi zabawy raczej stacjonarne, co też irytujące, bo ona akurat ma inne potrzeby, a ja chętnie bym z nią zaszalała.

Chodzę spać razem z Yodą, o wpół do dziesiątej i czasem mam wrażenie, że jestem bardziej nieprzytomna niż ona.

Nie cierpię – no trudno, powiem to – czuć ruchów dziecka. Niestety, po prostu mnie to nie cieszy okładanie od środka i tyle.

A związek emocjonalny z Ziarenkiem ( a bardziej prawdopodobnie z Ziarenką) jest tak nikły, jak był w tym czasie związek z Yodą.

Ponarzekałam.

A Yoda jest cudowna. I życie ogólnie również.

pikfe

P.S. Chociaż tego nie widać – wszystkie blogi śledzę z uwagą.

Nieoczekiwana zmiana planów.

16 Maj, 2012

Dzień dobry.

Człowiek snuje sobie plany… i nic z tego nie wynika.

Planowaliśmy lato bez ciąży i bez maleńkiego bobasa (jak w zeszłym roku).

Planowaliśmy następne dziecko na maj przyszłego roku, bo Yodę świetnie się przez lato chowało i zamierzaliśmy to powtórzyć. I ubranka powtórnie spożytkować.

Planowaliśmy wyjechać w tym roku w Tatry z Olinusem Prime i Kubatronem, którzy – tak twierdzą – z chęcią zaopiekowaliby się Yodą w dolinach, podczas gdy my moglibyśmy pójść na prawdziwą wycieczkę.

**

*

Robocza nazwa naszego kolejnego dziecka to Ziarenko. Wzięła się stąd, że kiedy po raz pierwszy tym razem zerknęłam w literaturę przedmiotu, okazało się, że przyszły mały ludzik jest wielkości ziarenka ryżu.  „Ryżyk” nie za bardzo pasuje, bo Yoda na ryżu właśnie uczy się samodzielnego jedzenia i bywa, że ryż jest przeklinany po zakończeniu próby jedzeniowej.

W chwili obecnej Ziarenko mierzy już trzy i pół centymetra, ale wszystkie najważniejsze badania jeszcze przed nami.

Ja czuję się całkiem dobrze (złe samopoczucie przy rocznym dziecku jest dość ryzykowne), tylko spać chodzę razem z Yodą i jem (czasem dziwne rzeczy) czterdzieści razy dziennie. Na noc sześć kanapek? Dałabym radę i dziewięć, ale Big B powiedział, że i kuchnia i bar kanapkowy – już zamknięte 😉 Bez Gorących Kubków Knorra (o, zgrozo!) żyć nie mogę i dawno nie jadłam nic lepszego niż chleb razowy.

Taaak, to jest fajne: jedzenie smakuje mi jak nigdy.

Różne rzeczy, które zwykle nie śmierdzą – śmierdzą jak nigdy. I to już takie fajne nie jest.

Nadal nie lubię być w ciąży i nadal nie potrafię kochać dziecka, które jest w brzuchu. Są jakieś emocje, to jasne, ale to nie jest miłość.

pikfe

P.S. Wybaczcie, że nie komentuję blogów, ale od pewnego czasu po prostu nie mogę – piszę komentarz, zatwierdzam i on… znika.

Ostatnie chwile.

3 Maj, 2011

Dzień dobry.

W czwartek idę do szpitala – o ile oczywiście nie trafię tam wcześniej. Próbowałam, ale bezskutecznie: było łażenie po schodach i układanie książek na półkach; skończyło się leżenie; kąpiele w ciepłej wodzie jak najbardziej.

I nic. Jak już pisałam – trzeba się od samego początku uczyć szanować fakt, że dziecko ma prawo do własnego zdania, które niekoniecznie jest takim, jakie najbardziej by się rodzicom podobało.

Mimo tego – niedługo urodzę. Nie ma innego wyjścia.

To są moje ostatnie chwile jako nie-mamy. Dziwne, bo ja wcale nie czuję się jak mama. Nie jestem umordowana ciążą, choć nieco mi już ciąży. Chciałabym urodzić, ale wielkiego parcia nie mam. Fizycznie znoszę wszystko dobrze, poza pewnym umęczeniem i dość silną potrzebą snu w tym ostatnim okresie.

Ale…

Chciałabym z powrotem stać się sobą. Nie jest to możliwe tak do końca, ale przynajmniej w sporej części – jest. Być dawną pikfe, bez brzucha, bez tej doczepki kobiety w ciąży.

Co do ciąży jako stanu fizjologicznego – nie zmieniłam zdania. Nie jest to coś  za którym będę jakoś dziko tęskniła. Wolę swoje ciało w wersji normalnej.

Wychowana w micie (?) cudowności macierzyństwa jakoś nie bardzo potrafię się w nim odnaleźć. Jeszcze dużo przede mną: kobietą, sadowniczką, partnerką – a nie tylko mamą.

Marzę o tym, żeby pojechać pociągiem do Miasta, na kawę, sama. Bez lęku, że urodzę, że coś się przytrafi z dala od szpitala, że zjem, coś czego nie wolno etc. Naprawdę o tym marzę.

Czy to dziwne marzenie?

Czy po porodzie zeświruję i zmienię się w Szaloną Mamunię? Zacznę mówić do Tygryska zdrobnieniami i Tygrysek stanie się centrum mojego świata? I będę mówić, że zrobiłyśmy dziś kupkę trzy razy?

To jest wizja, która kojarzy mi się z jakąś potworną niewolą i szaleństwem.

Nadal nie czuję się mamą.

Nie boję się bycia mamą, ale się nią nie czuję.

I nie mam z tym problemu – tylko myślałam, że będzie inaczej.

pikfe

Kokon.

13 kwietnia, 2011

Dzień dobry.

Nadszedł dziwny okres mojego życia, ten czas graniczny – tuż przed porodem. W niedzielę mam odstawić leki i zobaczymy czy Tygrysek zechce od razu przyjść na świat czy też będzie wolała jeszcze poczekać. Ja bym na jej cierpliwość nie liczyła, ale przecież – choć tylko trzykilowa istota  – to już jednak własne zdanie ma. I ten pierwszy raz uczę się jej zdanie szanować.

Trudno jest mi się skoncentrować na czymkolwiek, teraz mam trudność już nawet z czytaniem gazet i newsów w Necie. Najlepiej leży mi się i wygląda przez okno – widzę głównie niebo. Myśli krążą trochę bez ładu i składu, czas mija w niezbyt produktywny sposób, ale mnie to w tej chwili uszczęśliwia.

Fizycznie nie czuję się ciążą umęczona – mogę spać, brzuch wcale nie jest duży, zgaga dokucza, ale w sposób do przeżycia. Jasne, trochę się toczę i sikam częściej niż najbardziej liberalne ustawy przewidują, niemniej jednak nie mam z tym jakiegoś wielkiego problemu.
Bardziej dokuczliwe jest powolne poruszanie i ogólna ociężałość, niezbyt zgodne z tym jak działam normalnie – choć Big B uważa, że jestem POWOLNA! Jeśli tak, to teraz musiałam już zastygnąć całkowicie w jego oczach.

Jestem nerwowa.
Zdrobnienia w stylu „maluszka”, „dzidziusia”, „dzidzi”, „brzuszka” sprawiają, że zalewa mnie krew. Naprawdę. Nie potrafię opanować tężejącego głosu. Wpadam w szał. Urodzę dziecko, a nie „dzidzię”. Brrr.

Boję się porodu. Nie bólu, bo o tym w ogóle nie myślę, tylko samego wydarzenia.
Jak to jest?
Czy wszystko będzie w porządku?
Kiedy się zacznie?

Poród przekracza granice mojej wyobraźni.
Na nic mi opowieści i dobre rady, bo ona dotyczą tego, co działo się z ciałem, a nie tego, co działo się z głową.
To, co dzieje się z ciałem jest prostsze do wyobrażenia; to, co w głowie – całkowicie nierealne. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak będę się czuła.
Chyba nawet nie chcę słuchać innych porodowych historii, na nic mi one, tylko mętlik w głowie większy.

Czuję się trochę jak w kokonie.

pikfe

Zgaga…

1 kwietnia, 2011

… mnie zabije.

Sapię. Ciiiężkoooo.

Sunę. Pooowoliiiiii.

Znoszę (?) kopy w żołądek.

Znoszę (?) kopy w pęcherz.

I jestem już w 34. tygodniu 🙂

Uff, najpiękniejszy okres w życiu kobiety 😉

pikfe