Kryzys.

Dzień dobry.

Jest Robert, jest X, jest kilkadziesiąt stron, na których opisałam ich losy. Parę osób przeczytało pierwszą wersję, niewiele się wypowiedziało. Nie jest to w żadnym razie arcydzieło, ale mnie się podoba, chciałabym dopowiedzieć tę historię do końca. I nie potrafię.

Najpierw, po szale powrotu, bohaterów bowiem stworzyłam już naprawdę dawno, wszyscy ode mnie odeszli. I zostałam w tej dziwnej, niedokończonej wersji Paryża sama jak palec. Nic nie dało się dokończyć, niczego dopowiedzieć. Wątki pourywane, zakończenie za mgłą tak gęstą, że nie do przebycia.

I nagle, przedwczoraj – są. Wszyscy. W rządku nieomalże, czekają aż zacznę. Wszystko jest jasne, każdy stoi na swoim miejscu i ma do opowiedzenia swój własny wątek. Zaplata go zręcznie z innymi, patrzą, czekają, zerkają na zakończenie, które w pewnym oddaleniu lśni jak diament. Wszystko jest jasne.

Sięgam z zapałem godnym być może lepszej sprawy do części drugiej, która zresztą wydawała mi się lepsza od pierwszej, i popadam w rozpacz. Nie mogę przebrnąć przez pierwszą stronę, a bohaterowie czerwienią się ze wstydu, kiedy przypominają sobie, w jaki paskudny sposób pozwolili się opisać.

Tekst, którego się wstydzę.

Historia, która chce być dokończona.

Bohaterowie, którzy czekają.

I ja, która płacze.

pikfe

P.S.

Od razu zaczęła płakać. Przez jeden moment próbowała się powstrzymać, ale to nie miało najmniejszego sensu. Te fotografie były jak oni.

Zobaczyła jego, tak, jak go pamiętała. Lata nie zatarły żadnego szczegółu z obrazu Roberta, który tkwił w jej pamięci. Siedział na ławce, patrzył na nią, pod słońce. Mrużył lekko oczy, widziała odsłoniętą szyję, piękną linię ramion. Wyprostowane sztywno plecy, których nigdy nie zapomniała. Miał na sobie jakąś spłowiałą bluzę dresową z kapturem i dżinsowe spodnie. Sportowe buty, które pomogła mu wybrać, kiedy poprzednia para po prostu się rozpadła. Nie widziała dokładnie, ale chyba opierał ręce o siedzisko ławki, często tak siadał, lekko pochylając się do przodu i częściowo opierając ciężar ciała na dłoniach. Słuchał jej.

Zobaczyła siebie, z ciemnymi włosami spiętymi w koński ogon, stojącą nad nim, częściowo zasłaniającą słońce. Mówiła coś, wyraźnie uniesiona. Pamiętała sukienkę, którą miała na sobie. Przywiozła ją ze sobą z Polski, była w niej na ostatnich Świętach Bożego Narodzenia. Krótka, koronkowa, w granatowym kolorze idealnie prezentowała się z kolią od Artura, czarnym kardiganem i butami na obcasie. Na zdjęciu brakło tej nieco pretensjonalnej elegancji. Miała zwykłe, ciemne półbuty, narzucony trencz i szal. Żadnej biżuterii, poza zegarkiem, widocznym na nieco uniesionej ręce. I te stare okulary w ciemnych oprawkach, teraz takie niemodne, jak wtedy ogromne szkła z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku.

Na następnym zdjęciu, zrobionym chwilę potem, on mówił, X słuchała. Patrzyła na niego i uśmiechała się, szeroko, szczerze, ładnie. Nie było tego widać, ale ona wiedziała, że wokół oczu robiły się jej lekkie zmarszczki, które Robert uwielbiał. Czasem mówił, że prosi o szczery uśmiech, tylko po to, żeby zobaczyć jej śmiejące się oczy.

Tak właśnie spędzali wtedy czas, siedzieli i rozmawiali, nic ich nie obchodziło. Jedzenie, sprzątnie, mieszkanie, dzieci. Nie mieli żadnych obowiązków, jak dwójka rozpuszczonych nastolatków.

Reklamy
Explore posts in the same categories: Przemyślenia

One Comment w dniu “Kryzys.”

  1. Justyna Gru Says:

    Pisz Pikfe, z radoscia przeczytam.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: