Portret 10.

Dzień dobry.

Prevertowski Hawr, z którego nie można uciec. To miasto cieni, jakiś niespełnionych pragnień, miasto nieokreślone, miasto „drzwi które ktoś otworzył/ drzwi które ktoś zamknął”.[1]

 

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż potem, po latach, przybrała taki pozór. Owszem, zapamiętała dobrze ich pierwsze spotkanie, on jednak z pewnością nie zapamiętał jej. Zbyt dużo błahych ludzi, a ona w ich tłumie. Długo po tym w ogóle się nie widywali, on zajęty, zapracowany; ona zakochana, w nowym środowisku. Minęli się może na wąskich korytarzach, może coś o nim usłyszała, puściła to mimo uszu.

(Czytała w oryginale Małego Księcia, siedząc samotnie pod ścianą. Zapamiętał).

Nie wydawał się jej atrakcyjny, choć był pociągający. Wysoki, chudy, miał piękne dłonie, wspaniały głos i sposób bycia, który bardzo jej odpowiadał.

(Tylko raz powiedział jej, że bardzo się zmieniła i świetnie wygląda w okularach. Na więcej nie mógł sobie pozwolić).

Był swobodny, dowcipny, błyskotliwy, a jednocześnie do bólu rzeczowy, oficjalny, poważny, obowiązkowy. Lubiła takich mężczyzn, wyluzowanych sztywniaków.

(Była taka cicha).

Okazywało się, że oglądają podobne filmy; że podobne rzeczy ich bawią; że lubią tak samo spędzać czas; może nawet, że wrażliwość podobna, choć on o tyle bardziej cyniczny. Że dobrze im się od czasu do czasu rozmawia o niczym ważnym.

(Dogonił ją na ulicy, żeby chwilę pogadać).

Zaczęła o nim myśleć, zaczęła czekać na spotkania z nim, wymieniali emaile, ona z wypiekami na twarzy. To nie czasy smartfonów, to czasy kawiarenek, do których chodziło się „na Internet” raz w tygodniu. Wśród wrzeszczących małolatów z okolicznych kamienic, paląc papierosa za papierosem, czytała i pisała.

(Czuł się dziwnie odbierając maile od niej; czasem chciał napisać więcej).

Była chora. Trema paraliżowała ją za każdym razem, zawsze, nieodmiennie bała się, że powie coś głupiego, a potem notowała w zeszytach, że znowu zachowywała się bardzo głupio. Jak kretynka.

(Pożyczał jej książki, pod byle pretekstem. Mogli potem o nich rozmawiać bez wzbudzania podejrzeń).

Powiedziały, żeby się wystroiła; dekolt, spódnica, gołe nogi, szpilki. Przejrzała się w lustrze i wróciła do swojego pokoju. Pod niebieski sweter włożyła podkoszulkę, buty na obcasach zamieniła na płaskie i założyła rajstopy. Nie było jeszcze tak gorąco.

(Przywitał ją u siebie w mieszkaniu. Zaproponował owoce, odmówiła. Zaproponował wino, odmówiła, chociaż było schłodzone. Był nieformalnie, w krótkich spodenkach).

Stres to mało powiedziane. Gdyby napiła się tego wina, migrena zabiłaby ją w przeciągu pięciu minut. Na jego sofie?

(Porozmawiali. Była dzieckiem, wciąż, zbyt słabym, żeby to udźwignąć).

Potem byli inni. Były i inne. On przytył, ona schudła. Plotkowano, tu i tam, o nim; o niej nikt nigdy nie plotkował. Wmawiała sobie, że jest obojętna, ale nigdy nie była.

(Był zły na siebie).

I nagle coś się odmieniło. Miasto latem jest zupełnie inne. Niektórzy go potępiali, że mąci jej w głowie, nie przejmowała się. Siedząc przy nim czuła, że wszystko jest łatwe, że nie ma dla niej żadnych barier, że wszystko się powiedzie. Była cała w skowronkach, za każdym, każdym, każdym razem. Pierwszy raz swobodniej opowiadała mu o sobie, że chciałaby robić przetwory, że uwielbia mówić po francusku, ale jeszcze dobrze nie mówi (jak mogłaby tego nie dodać), że chyba chciałaby uczyć.

(Słuchał zafascynowany, z uśmiechem. Podobała mu się. Naprawdę).

Czekała na te spotkania. Jak mocno. Jak bardzo szczęśliwą ją czyniły, jak bardzo pijana ze szczęścia była potem. Świat był jej.

I nic.

(Nic).

Spotkali się, był zajęty. Nawet nie porozmawiali, wyszła na to cholerne zimno i ten cholerny śnieg. Ściągnęła czapkę, rozchełstała szalik, porozpinała płaszcz, a rękawiczki upchnęła w torbie. Marzła, do cholery, tylko tak dawała sobie radę. Prawie.

(Nie mógł. Po prostu nie mógł. Musiał jej dać do zrozumienia).

Upokorzona, nie chciała go więcej widzieć.

(Czasem patrzył na nią, kiedy nie mogła go zobaczyć).

Dlaczego?

(Nie wiedział, w każdym razie nie do końca).

 

***

To nie ja

to kwiaty które widziałem

śpiewają

to nie ja

to wino które wypiłem

śmieje się

to nie ja to miłość którą zgubiłem

płacze

Jacques Prévert

pikfe

 

 

[1] „Słowa”, J. Prévert, wyd. PIW, 1973, wybór: E. Fiszer, str. 26.

P.S. I to chyba na razie koniec Portretów.

Reklamy
Explore posts in the same categories: Cytując innych, Portrety, Przemyślenia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: