Portret 11.

Dzień dobry.

Portret 11.

Nie uwierzylibyście.

440px-From_montmartre

Źródło.

 Nie powiem.

Nigdy byście nie uwierzyli, a przecież wystarczy, że zadzwonię do Olinusa albo do Sybiraczki, wypowiem magiczne słowo i nasze zeznania z pewnych legendarnych ferii spędzonych w pewnym legendarnym pensjonacie we Francji będą się I-D-E-A-L-N-I-E zgadzać. Potem zapytacie o ciąg dalszy, wykrzykniemy Paryż! I opowiemy słowo w słowo to samo.

Tak więc, to chyba jednak prawda.

***

L.

To jedyny mężczyzna, który był ode mnie niższy. Jedyny, który znał więcej języków niż ja (cztery). Jedyny, który dostrzegał mnie taką, jaką zawsze chciałam być. Jedyny, który potrafił przewidzieć moje reakcje i jedyny, który zawsze wiedział jak mnie podejść. Jedyny, który sprowadził dla mnie kreację z Paryża. Jedyny, który to samo zrobił dla moich sióstr.

Jedyny inny. Zupełnie inny od wszystkich. Nieprawdopodobnie żywiołowy i gadatliwy; urodzony organizator, urodzony optymista, urodzony fighter. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Nikt nigdy nie widział go z książką; siedzącego w kameralnym kinie; z tomikiem poezji na kolanach. Wszyscy widzieli go biegającego za piłką, pływającego na desce, szalejącego na rowerze górskim czy na nartach, cieszącego się życiem bez szczególnych roztkliwień.

Nie tworzył problemów, wszystko było dla niego proste. Margines wolności, który dawał zachodził na sąsiednią kartkę. Obdarzył mnie wielkim zaufaniem, które jednak okrutnie zawiodłam, spotykając się z Vincentem, jednym z jego najlepszych przyjaciół. Nie potrafił tego zrozumieć, nie umiał przestać mnie kochać, ale pozwolił mi odejść. Pozwolił mi odejść razem z Vincentem, obiecał, że jakoś się pozbiera. A potem płakał, ale nikt już tego nie widział.

Moje siostry narobiły wtedy strasznego rabanu. Lepiej ode mnie wiedziały, kto jest miłością mojego życia i z pewnością nie był to ten drugi, sądząc po ich protestach. I ja szybko przejrzałam na swoje wielkie, smutne oczy. Zrozumiałam, że nigdy nie będę w stanie pokochać Vincenta, że zawsze będzie mi brakowało żywiołowości, energii, radości życia L.

Spotkaliśmy się przypadkiem i żadne z nas nie zachowało zimnej krwi – klasyczna, publiczna awantura z początkowymi próbami mówienia opanowanym głosem. Później poszło już po całości, wywlekanie brudów, wzajemne oskarżenia, nic przyjemnego. Uciekłam, całkiem niepotrzebnie, bo wcale za mną nie poszedł.

Przesiedział tę noc w knajpie. Doszedł do wniosku, że wprawdzie nie życzy źle Vincentowi, ale też na pewno dobrze życzy sobie. Nie był typem cierpiętnika. I na pewno nie był typem romantyka. Przyjacielowi wydawało się zawsze, że każda miłość jest ostatnia, ale L. zawsze zostawiał sobie margines swobody i nie inaczej było tym razem. Nigdy nie potrafiłby poświęcić swojej niezależności, ale szanował też cudzą.

Nad ranem doszedł do wniosku, że nie będę szczęśliwsza bez niego. I że on nie będzie szczęśliwszy beze mnie. Włóczył się potem po mieście. W nocy wszystko wydawało mu się bardziej klarowne. Wspominał nasz związek, zastanawiał się, czemu zostawiłam go dla Vincenta, choć on, L., tak o mnie walczył. I tak bardzo się starał. Dręczył się. Wściekał.

Trafił w końcu na wzgórze Montmartre, gdzie ponownie się spotkaliśmy, jakimś nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności. Był już wtedy tak wściekły, że rzucił we mnie souvenirem, taką tandetną harmonijką z najbardziej kiczowatymi widokami Paryża. Zarzucił mi, że traktuję go protekcjonalnie, że jestem podła; nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. Kazałam mu się wynosić, używając jakiegoś kretyńskiego tekstu, i wtedy on powiedział coś, co zapamiętam do końca życia.

– Jaka ty jesteś głupia, przecież bez ciebie to nie ma sensu. Kocham cię.

I choć niczego innego nie chciałam wtedy usłyszeć, wrodzone poczucie dramatyzmu chwili nie pozwoliło mi rzucić się mu w ramiona ku ogólnej radości zgromadzonej gawiedzi. Zaczęłam uciekać schodami na dół. Szybko, zręcznie wymijając turystów, pozostawiłam zaskoczonego L. wysoko na górze. Nie byłby sobą, gdyby po chwili nie rzucił się w pogoń za mną. Nie byłby sobą, gdyby nie zrobił czegoś szalonego. Zjechał po poręczy, tak na złamanie karku, doprowadzając tłumy idące bardziej tradycyjnie do białej gorączki.

Na dole nie poprosił mnie o rękę, tylko obejrzał się za siebie i błagał, żebyśmy szybko stąd poszli. Pamiętam jak dziś jego lekko strwożone spojrzenie; ten charakterystyczny ruch głowy, który wykonuje człowiek, kiedy ktoś siedzi mu na karku.

Nie puściłam jego dłoni, dalej poszliśmy razem. Zapytał się mnie, czy jestem szczęśliwa, a ja roześmiałam się i odpowiedziałam mu.

– Jestem sobą.

Później zapytałam, co chciałby teraz robić.

– Nic ponad to, co robię – odparł z uśmiechem, ale dręczyłam go dalej.

– Surfować po baskijskim wybrzeżu – odpowiedział po chwili namysłu. – A ty?

– Pisać.

pikfe

Advertisements
Explore posts in the same categories: Portrety, Przemyślenia, Stary kufer

6 komentarzy w dniu “Portret 11.”

  1. olinusprime Says:

    Aaaaaa, płacz, rozpacz, RYK! A Z. to jest : w ogóle o boże! Jak ja tęsknię za nimi!

  2. weska100 Says:

    Byłam kiedyś na tych schodach…
    Dobrze się czyta…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: