Archiwum dla Marzec 2015

Portret 4. Arkadia LOVE.

Marzec 31, 2015

Dzień dobry.

 

Arkadia LOVE zaczyna się tutaj.

https://pikfe.wordpress.com/2010/04/28/byc-gdzies-indziej-z-pewnym-hobbitem/

***

(…) Oprócz nich spotykamy jednak także inny rodzaj gier, takie mianowicie, które oparte są na dążeniu do stworzenia jak najintensywniejszej diegezy. Nie musi to być wcale zbieżne z symulacją, czyli wiernym odwzorowaniem bodźców (jak w systemach imersyjnych). Czasem wrażenie obcowania z kompletnym światem osiąga się sposobami bardziej ascetycznymi. (…)

Dotyczy to szczególnie takich przypadków, gdy powołanie świata odbywa się za pomocą środków wyłącznie językowych. Tak właśnie dzieje się w „wieloosobowych lochach”, czyli MUD-ach. (…) Pavel Curtis stwierdza dobitnie: MUD nie jest zorientowany na cel; nie ma rozpoczęcia, ani zakończenia, nie ma w nim „rezultatu”, ani też pojęć „wygranej” czy „zwycięstwa”. Mówiąc krótko, mimo iż użytkowników MUD-ów nazywa się potocznie graczami, MUD wcale grą nie jest.

Chociaż w popularnym rozumieniu rzeczywistość wirtualna to mnóstwo elektronicznych kasków i cyberrękawic (..) [MUD-y] są dokładnie tym samym, tyle, że obrazy nie są generowane przez komputer, ale tworzone w wyobraźni graczy.

***

I listy.

PicsArt_2015-03-30 20_25_25

Listy są niesamowite, mają w sobie coś z rozmowy na czacie, są żywe, barwne, dygresyjne. Przez lata nie straciły nic ze swojej świeżości. Są trochę jak obraz impresjonisty – obrazek chwili, tej, bardzo konkretnej, odczuwalnej, bliskiej skórze, a jednak pozbawionej jeszcze głębszej perspektywy, niosącej niesprecyzowaną treść.

Są o nim, ale tak bardzo pisane z myślą o odbiorcy, że ma się wrażenie uczestniczenia w rozmowie, że chce się odpowiadać. Protestować, zaprzeczać, kiwać z uznaniem głową.

Są plastyczne, wiodą od szczegółu do ogółu, ozdobione czasem rysunkiem, chaotyczne graficznie. Czasem pisane ołówkiem, czasem długopisem, zawsze na gładkim papierze.

Litery drukowane mieszają się z pisanymi, duże z tymi tycimi, odnośniki, strzałki, malutkie odstępy i wielkie akapity albo wielkie odstępy, malutkie akapity. Albo jedno i drugie. Jak mapa, rysunek, taka dodatkowa treść.

To listy pełne zwyczajnego, codziennego życia; listy pisane w wolnej chwili, o najdziwniejszych godzinach; listy dzielenia się emocjami, doznaniami, nastrojami.

Listy pytań, nadziei, przyszłości i teraźniejszości.

Pisane o wszystkim, także o tym, co najważniejsze; i o niczym, o tych wszystkich bzdurach, z których składa się nasze życie.

Listy – dialogi, nigdy wcześniej, ani nigdy później takich nie dostałam. To były listy pisane do mnie. Tak po prostu i aż tak mocno.

***

Nigdy nie pozwolił mi wypełnić się marzeniami.

Bo choć nigdy go nie było, to dzięki godzinom spędzonym w Arkadii, potem na gg, jeszcze potem w listach, cały czas przypominał o sobie takim, jakim był, a nie takim, jakim pragnęłabym go widzieć.

I jednocześnie, to jemu najbliżej byłoby do Tego Wyśnionego, tego, o którym marzyłam jako nastolatka – to on wysyłał kwiaty pocztą kwiatową; to on potrafił przejechać kilkaset kilometrów, żeby mnie zaskoczyć; to on sprowadził mi książkę z za granicy, bo wiedział, że jej potrzebuję, a nie mam ani środków, ani możliwości. To on pisał listy myśląc o mnie.

Tylko ja nie byłam wtedy zbyt rozumna.

Nigdy go nie poznałam.

I żałuję.

pikfe

Cytaty kursywą pochodzą z książki Piotra Sitarskiego Rozmowa z cyfrowym cieniem. Model komunikacyjny rzeczywistości wirtualnej, RABID 2002, strony 27 – 33.

Reklamy

Portret 3.

Marzec 30, 2015

Dzień dobry.

Pamiętacie może taki zespół, The Kelly Family?

thekellyfamily445w

***

Był romantyczny, opiekuńczy, czuły i namiętny.

(zasadniczo wykorzystywał nieletnią, ale nie miało wtedy żadnego znaczenia, że jest starszy ode mnie o jedenaście lat, a ja mam wczesne naście)

Był sławny, ale normalny.

Czasem bywał zepsuty przez sławę, ale wracał na dobrą drogę.

(alkohol, narkotyki, łatwe laski; prawdziwa miłość pozwala pokonać wszystko)

Pisał wiersze. Słuchał, kiedy czytałam mu swoje.

(i nieznajomość języka polskiego zupełnie nie przeszkadzała mu w recytacji poezji Leśmiana w kwitnącym sadzie przy świetle księżyca)

Chochlik, ochroniarz, siostra dostarczali mu pisane piórem na papeterii listy, na które zawsze odpisywał.

Raz nawet umarł razem ze mną na paryskiej ulicy.

Kiedy indziej zaplanował balonową wyprawę nad Europą i prawie spadł mi na głowę (ale przeżył tym razem).

Był artystą, twórczym, wrażliwym, z subtelnym poczuciem humoru.

Robił zdjęcia – i to długo przed erą Insta.

Czasem miał wątpliwości, wybierał źle, co czyniło fabułę bardzo dramatyczną.

***

Tysiące stron zapisanych naszymi opowiadaniami.

Sybiraczki, Olinusa i moimi.

Aż tłusto od kalek (jedwabna koszula zsuwała się z jej pleców nie raz, a jakże!), stereotypów, wątków typowo harlequinowych. Heroiczne próby rysunku psychologicznego postaci; bohaterskie pozory realizmu (czasem dialogi pisane były po angielsku); próbki nastoletniego humoru (lepiej nie wspominać); tworzone całe wyobrażone światy, w których w trójkę mogłyśmy przebywać razem, oderwane od tego wszystkiego, co w realnym życiu doprowadzało nas do łez/ frustracji/ wściekłości*.

Cały czas słuchając ich muzyki, w trójkę (w szóstkę?) przebywałyśmy tam, gdzie najbardziej nam się podobało, grając dorosłym na nosie.

Głupie.

Ale schronienie. Jakie wspaniałe schronienie można stworzyć we własnej głowie.

Jak wspaniale można przeżywać świat opisując swoje marzenia.

Jak cudownie móc się tymi marzeniami dzielić z tymi, którzy potrafią je zrozumieć.

On miał swoje sławne rodzeństwo.

Ja miałam swoje siostry.

I opowiadania.

 pikfe

 * Obiektywnie i z perspektywy lat patrząc, nie było to szczególnie ciężkie życie; raczej łatwe, lekkie i przyjemne. Ale wtedy – co oczywiste – nie miałyśmy tej perspektywy, a w wieku lat nastu byle drobiazg oznacza koniec świata, prawda?

Portret 2.

Marzec 29, 2015

Dzień dobry.

Przybrudzony pustak to jedyne słowa, jakie przychodzą mi do głowy, żeby go opisać. Może nie warto tu rozwodzić się nad nielicznymi i wątpliwymi zaletami tego człowieka jako mojego życiowego partnera. Szczęśliwie nigdy nim nie został, a sam miał jednak na tyle rozumu (i proszę, zaleta!), żeby się mną nie interesować w najmniejszym nawet stopniu.

Nie. Nie. Nie.

Nie miał ze mną nic wspólnego, nawet nie był w moim typie, a uczucia rodziły się powoli i w bólach, tylko po to, aby czmychnąć całkowicie zapomniane po zapoznaniu bohatera z Portretu1.

To jeden z tych mężczyzn, do których nigdy nie wracam myślami.

Wypełniacze nastoletniej próżni, nieudane eksperymenty, emocjonalne poligony.

Pustak był mi osobą obcą całkowicie, nie wiedziałam o nim kompletnie nic, poza faktem, że zwykle po piątkowych i sobotnich dichotekach był tak skacowany, że ledwo trzymał się na nogach. Nie wiem, czy znalazłby się choć jeden temat do rozmowy.

I ja wtedy zdawałam sobie z tego sprawę.

Nie próbowałam udać się w tajemnicy do budynku przypominającego oborę, w którym co weekend zbierał się kwiat okolicznej młodzieży i w okolicznych krzakach eksperymentował na wiele sposobów.

Nie próbowałam spotkać Pustaka gdzieś poza miejscem jego zamieszkania, tak niby przypadkiem, choć przynajmniej teoretycznie mogłabym próbować.

Nie próbowałam niczego.

On po prostu był, wypełniał tymczasowo lukę rycerza na białym koniu.

Rzadko widywany (oczekiwanie!) stanowił idealny obiekt westchnień – zero kontaktu, maksimum wyobraźni. Zero rozczarowań, bo zero prawdziwego człowieka.

Wymysł, w dodatku zupełnie nieprzystający do rzeczywistości.

Nie on jeden.

pikfe

Portret 1. Książę.

Marzec 18, 2015

Dzień dobry.

Właściwie nie wiem, kim był. Wiem za to doskonale, kim sobie wyobraziłam, że był…

 

Cinderella-and-Prince-Charming-cinderella-6672883-278-431

Nie był.

Ja, wówczas lat naście i to bardziej piętnaście niż dziewiętnaście, dziewczę wczesne liceum, żadnych papierosów, alkoholu, narkotyków, nawet bez głupiego pocałunku.

On, wówczas lat dwadzieścia ileś, student na filmówce, ojciec filmowiec.

Plener. Dyskoteka. Wszyscy podpici albo pijani. Atmosfera wakacyjna, świetna zabawa, choć chyba jeszcze nie zawsze rozumiałam wszystkie podteksty.

Zatańczył ze mną.

Wystarczyło.

Klasyka.

Zakochana do nieprzytomności.

Prawie od pierwszego wejrzenia.

I nic nie było, nawet pocałunku.

Gówniarą byłam.

Telefonu też nie było.

Za to morze łez.

Setki zapisanych stron.

Zatrzymanie akcji serca na dźwięk telefonu.

Miliony godzin poświęconych analizom zjawiska.

Miliardy marzeń.

Aż kusi, żeby otworzyć stare pamiętniki, bo ja tak naprawdę nie mogę go sportretować. Nie pamiętam, kim był, pamiętam tylko siebie. Jego w tym wszystkim prawie nie ma, tylko wyobrażenie nastolatki o tym, czym jest miłość.

Cóż, chyba jednak nie tym.

***

No dobra, przebrnęłam przez ten pamiętnik, ale to się chyba jednak nie nadaje do publikacji, choć jest dość śmieszne. Z początku wydał mi się „głupi i brzydki” . Nie pamiętałam również, że kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, był „potwornie skacowany”, co mnie – niewinną wówczas niewiastę – głęboko poruszyło. Zatem chyba nie było tak, jak zapamiętałam, od pierwszego wejrzenia. Pamięć jest potwornie zawodna. Na dyskotece użył sformułowania „last dance”, żeby ze mną zatańczyć. Uśmiechał się do mnie… zabójczo. Nie próbował mnie całować, nie wydawał mi się pijany. Wracając z pleneru siedzieliśmy obok siebie i słuchaliśmy jednego walkmana. A potem już tylko „sześć dni bez niego, sześć dni pustki”. I ten straszny „żal, że… że… nam nie wyszło, że zgubiliśmy się w tym potwornym świecie”.

Pięknie, prawda?

Młody człowiek nie wie, że przechodzi przez to samo, co inni. Nie wie, że z dużym prawdopodobieństwem to się skończy tak samo. Nie kuma.

Bo jest młody.

Wyjątkowy.

Inny.

Świeży.

Głupi.

Naiwny.

Boski.

pikfe

Moim dzieciom naprawdę dużo wolno.

Marzec 15, 2015

Dzień dobry.

Zapraszam na mój kolejny tekst na Perspektywach4 – Moim dzieciom naprawdę dużo wolno.

Powita Was Bloody Baby Shrek 😉

pikfe

”Macie­rzyń­stwo non– fic­tion. Rela­cja z prze­wrotu domo­wego”.

Marzec 10, 2015

Dzień dobry.

Zapraszam na kolejną recenzję, tym razem książki polskiej autorki, Joanny Woź­niczko– Cze­czott – ”Macie­rzyń­stwo non– fic­tion. Rela­cja z prze­wrotu domo­wego”.

pikfe