Archiwum dla Maj 2012

Może nie złą, ale na pewno nie świętą.

Maj 29, 2012

Dzień dobry.

Na początku – ostatni wpis był oczywiście żartobliwy (pod kategorią Wesołkowatość). Nie potrzebuję psychologa dziecięcego (vide: matka wampirów), żeby wiedzieć, że dziecko może mieć swoje humory  i że siedzenie z mamą, kiedy pewnie chciałoby się być z tatą, może doprowadzić  do rozpaczy. Po prostu, to co udało się Big B było dla mnie w pierwszej chwili zaskakujące. Nie dlatego, że uważam, że ojciec nie jest w stanie uspokoić i nakarmić (codziennie mam dowody, że jest), tylko dlatego, że myślałam, że tu nic się nie da poradzić. Albo ewentualnie w mękach. A tu proszę – piętnaście minut i po sprawie. To mama się myliła.

A że według niektórych matka to instytucja nieomylna – ja pewnie zła jestem.

**

*

Temat macierzyństwa i tęsknoty rozwlecze się nie tylko na ten post. Nie mam niestety cudownej zdolności prostego i wyrafinowanego jednocześnie ujmowania własnych myśli, jak Santa.

Tęsknię. Czasem bardzo.

Zaglądam codziennie na strony, patrzę na Tatry za każdym razem inaczej wyglądające i naprawdę mi tęskno.

Tatry to wspaniałe wycieczki mojego dzieciństwa. Tamte wycieczki dały mi poczucie wyjątkowości  – bo byłam tam, gdzie nie każdy mógł (chciał) wejść, bo widziałam to, co nie wszyscy widzieli, bo to było wyzwanie z dreszczykiem, a ja się nie bałam.

A potem Tatry samodzielnie i odpowiedzialnie, bo z małym Uialem, któremu góry chciałyśmy (z Olinusem) pokazać. Od dzieciństwa minęło sporo lat, a dla mnie widok Tatr (czego się nie spodziewałam) był wstrząsający. Zobaczyłam panoramę gór i zaczęłam w zwykłym rejsowym autobusie wyć ze wzruszenia.

I na koniec Tatry z Big B, na początek miłości. To ja byłam jego przewodnikiem w czasie naszych pierwszych wspólnych wakacji. Entuzjazm tamtego pierwszego dnia był ekstatycznym doznaniem – nigdy przedtem nie doświadczyłam tak bardzo tego, co nazywa się potocznie skrzydłami miłości. Bez dużej dozy przesady i bez wdawania się w zbędne szczegóły jakoś tak się złożyło, że Tatry świadkowały naszej wspólnej historii, już od tamtego pierwszego wyjazdu.

A teraz mogę sobie na Tatry popatrzeć via kamery internetowe. I tak, zgadzam się, że to wcale nie Yoda nas ogranicza (jak pamiętacie, Yoda miałaby niańkę i niańka w postaci Olinusa i Kubatrona), tylko raczej Ziarenko, swoim pojawieniem się uniemożliwiające długie i forsowne – te, które obydwoje lubimy najbardziej – marsze po wysokich górach.

Ale zrobię to dla Ziarenka, nie zaryzykuję, tylko uwiędnę patrząc w ekran monitora.

Tatry są dla mnie ważne.

Tatry z Big B są ważne szczególnie.

**

*

Pamiętacie, co kiedyś pisałam, przy okazji pierwszych dwóch kresek?

Ale nie tylko – dobrze nam tu z Big B razem.

Wygodnie. Komfortowo. Bezproblemowo.

Przesypiamy noce i mamy czas dla siebie – dla siebie nawzajem i dla siebie osobno. Nie musimy się sobą dzielić. Ani sobą, ani naszą przestrzenią, ani naszym czasem.

Kiedyś zupełnie inaczej na to wszystko patrzyłam – euforycznie, ale też (tak mi się wydaje) nieco fałszywie. I nieco kompensacyjnie – dziecko miało mi dać (wtedy) coś, czego mi brakowało. Poczucia stabilizacji? Poczucia przywiązania do Big B? Poczucia szczęścia?

A teraz mam to wszystko, bez dziecka.

Tak, mówi się, że dziecko się urodzi i człowiek nie będzie sobie wyobrażał życia bez niego. Pewnie tak, ale tymczasem ma dopiero sześć tygodni (no cóż, wiem o ciąży już od jakiegoś czasu, ale najpierw lekarz, badania, a potem dopiero w eter) i jeszcze daleka droga do porodu. Mamy jeszcze czas, żeby zapragnąć nieprzespanych nocy i uznać, że bez miksowania zupek i zmieniania pampersów życie nie miało sensu.

I choć Yoda wzbogaciła nasze życie w sposób, którego nie potrafię wyrazić słowami, to nadal daleka jestem od uznania, że wcześniej było bez sensu.

A wcale nie uważam się za złą matkę.

pikfe

Zdjęcia pochodzą z serwisu http://www.zol.pl/webcam/ oraz z http://kamery.topr.pl/kamery.html#Morskie_Oko_kamera_2

P.S. Niestety nadal nie mogę komentować (udaje się to tylko na WordPressie).

Reklamy

Jestem złą matką.

Maj 25, 2012

Dzień dobry.

Przedwczoraj. Gorąco, duszno.

Yoda w nocy kiepsko spała, marudna za dnia.

Dwoję się i troję, żeby ten dzień mimo wszystko upłynął nam przyjemnie.

Yoda bynajmniej się nie stara.

Jest śpiąca i nie chce spać, wyje w łóżeczku jak by ją zarzynali.

Jest głodna i nie chce jeść ćwicząc na mnie swoje „ne!ne!”, chociaż zrobiłam jej truskawki ze śmietaną i cukrem (!) oraz zaserwowałam jogurt jagodowy (jej ulubiony).

Nici. Czarna rozpacz.

Przychodzi tata.

Zabiera córeczkę.

Po kwadransie obżarte dziecko śpi jak aniołek.

Hm.

pikfe

 

Dlaczego moje dziecko nie jest wampirem?

Maj 19, 2012

Dzień dobry.

Może ja jestem Matką Polką? Bo mnie jakoś nie przeszkadza, że mam dziecko i nie zbieram w głębi duszy negatywnych emocji, którymi nie wypada się dzielić.

Piszę jakby w polemice na list, który przeczytałam na portalu GW, zatytułowany Dzieci są jak wampiry.

Mam powiedzonko, które ukułam na własny użytek i którym dzielę się z innymi matkami, w pełni mnie rozumiejącymi: Dzieci są jak wampiry, które od kiedy się tylko pojawiają, zabierają nam nasz czas, uwagę i pieniądze. I tak już do końca życia. Stwierdzenie może nie jest zbyt miłe, szczególnie w Polsce, gdzie wisi nad nami presja Matki Polki, kochającej, opiekuńczej i poświęcającej się, ale prawdziwe.

Tak jakby Matka-Nie-Polka była niekochająca, nieopiekuńcza i niepoświęcająca się.

Szczerze mówiąc nie do końca nawet rozumiem stwierdzenie, że dziecko może być wampirem. W jakim sensie?

(…) zabierają nam nasz czas, uwagę i pieniądze (…) uważam je za potwory, które zabierają lub chcą zabrać cały mój czas i energię.

Wszystko w życiu zabiera nam czas, wszystkiemu należy poświęcić uwagę, a wielu rzeczom (ach, fryzjerom, ach, ciuchom – do czego odwołuje się Autorka) – także pieniądze. Bez energii także trudno cokolwiek zdziałać.

To jak? Dziecko powinno cicho leżeć i jeszcze dopłacać za siebie?

Znów brakuje mi tutaj tego, o czym już kiedyś pisałam: miłości. Bo choć Autorka pisze, że bardzo kocha swoje dzieci, to jakoś ta miłość wydaje mi się pokraczna.

Bo wampir nie kocha, relacja z wampirem do niczego dobrego nie prowadzi – a relacja z dzieckiem tak. Wampir (czy to dosłownie czy metaforycznie) żyje z nas, a nas to wykańcza (mniej lub bardziej metaforycznie).

Czy Yoda swoim uśmiechem, swoimi pierwszymi krokami, swoim „ma-ma” wykańcza mnie? Czy kiedy budzi się w nocy z wrzaskiem, ze mnie wypływa cała energia, córka kwitnie, a ja konam? A może kiedy uczy się jeść i rozlewa/ rozmaśla/ rozsypuje wszystko wokół siebie to tak, jakby rozmyślała mnie albo swojego tatę? Owszem, poświęcamy Yodzie czas, energię i pieniądze, tak jak sobie wzajemnie, jak innym bliskim nam ludziom, jak pracy i jak temu, co lubimy robić. A nasza córka nie jest wampirem, bo każdego dnia czyni nasze życie bardziej wartościowym, piękniejszym, jaśniejszym – a nie odwrotnie.

Zdaje się, że trudno jest wychować dziecko i jednocześnie oczekiwać od życia, że ułoży się tak, jakby tego dziecka w ogóle nie było. Bo wtedy chyba nie byłoby wampirem, tak?

pikfe

 

Nieoczekiwana zmiana planów.

Maj 16, 2012

Dzień dobry.

Człowiek snuje sobie plany… i nic z tego nie wynika.

Planowaliśmy lato bez ciąży i bez maleńkiego bobasa (jak w zeszłym roku).

Planowaliśmy następne dziecko na maj przyszłego roku, bo Yodę świetnie się przez lato chowało i zamierzaliśmy to powtórzyć. I ubranka powtórnie spożytkować.

Planowaliśmy wyjechać w tym roku w Tatry z Olinusem Prime i Kubatronem, którzy – tak twierdzą – z chęcią zaopiekowaliby się Yodą w dolinach, podczas gdy my moglibyśmy pójść na prawdziwą wycieczkę.

**

*

Robocza nazwa naszego kolejnego dziecka to Ziarenko. Wzięła się stąd, że kiedy po raz pierwszy tym razem zerknęłam w literaturę przedmiotu, okazało się, że przyszły mały ludzik jest wielkości ziarenka ryżu.  „Ryżyk” nie za bardzo pasuje, bo Yoda na ryżu właśnie uczy się samodzielnego jedzenia i bywa, że ryż jest przeklinany po zakończeniu próby jedzeniowej.

W chwili obecnej Ziarenko mierzy już trzy i pół centymetra, ale wszystkie najważniejsze badania jeszcze przed nami.

Ja czuję się całkiem dobrze (złe samopoczucie przy rocznym dziecku jest dość ryzykowne), tylko spać chodzę razem z Yodą i jem (czasem dziwne rzeczy) czterdzieści razy dziennie. Na noc sześć kanapek? Dałabym radę i dziewięć, ale Big B powiedział, że i kuchnia i bar kanapkowy – już zamknięte 😉 Bez Gorących Kubków Knorra (o, zgrozo!) żyć nie mogę i dawno nie jadłam nic lepszego niż chleb razowy.

Taaak, to jest fajne: jedzenie smakuje mi jak nigdy.

Różne rzeczy, które zwykle nie śmierdzą – śmierdzą jak nigdy. I to już takie fajne nie jest.

Nadal nie lubię być w ciąży i nadal nie potrafię kochać dziecka, które jest w brzuchu. Są jakieś emocje, to jasne, ale to nie jest miłość.

pikfe

P.S. Wybaczcie, że nie komentuję blogów, ale od pewnego czasu po prostu nie mogę – piszę komentarz, zatwierdzam i on… znika.