Afirmacja.

Dzień dobry.

Mało ostatnio piszę, a jak się pewnie domyślacie, wynika to z ciągłej i bardzo intensywnej obecności Yody w moim życiu.
Nie mam zbyt wiele czasu dla siebie, zwłaszcza w porównaniu z okresem ciążowym, kiedy głównie leżałam w łóżku i miałam właściwie tylko wolny czas.

Nie, nie tęsknię za tym.
Nie, nie mam problemów z zatraceniem siebie.
Nie, nie uważam, żeby moje dziecko mnie niszczyło.

Jakoś tak się złożyło, że ostatnio wpadają w moje ręce teksty o tym, jakim to znojem, trudem, a nierzadko i tragedią jest… macierzyństwo. Dramat jakiś, trauma głęboka, problemy z tożsamością i samorealizacją.

Czasem to tak trochę wynika, jakby bycie matką było sztuką tak wielką, że bez pomocy armii specjalistów i psychologów (koniecznie psychologów!) w żaden sposób się tego nie udźwignie. Bo jak niby?

Jest dziecko. To już koniec.

Hej, jesteś zmęczona? wściekła, ze straciłaś wolnośc, ze on ciągle coś chce, płacze, ma roszczenia itd? i że nic nie dostajesz w zamian i tylko robisz kolo niego całymi dniami a nocami nie mozesz sie wyspac? masz ochote rzucic to w diabły, uciec, schowac sie i przespac nastepny tydzien? (Źródło tutaj) .

Niemowlę… ma roszczenia. Dobre, tak swoją drogą.

Nie neguję istnienia baby blues i depresji poporodowych, tak samo jak neguję istnienia depresji jako takiej. Sama doświadczyłam huśtawki hormonalnej po porodzie i sądzę, że byłam w czymś w rodzaju szoku. Przez dwa tygodnie wyłam jak bóbr i byłam, delikatnie mówiąc, bardzo drażliwa. Tuliłam moją córkę, a łzy ściekały mi po policzkach, ale przecież nie za moją utraconą wolnością albo z bezsilności spowodowanej… jej roszczeniami. I tak, potrzebowałam wsparcia: na szczęście w moim domu mieszka całkiem fajny facet, a kilkadziesiąt kilometrów dalej całkiem fajna siostra, do której można zadzwonić i która w kryzysie poratuje. No i przede wszystkim nie rozważałam, jak to strasznie jest.

Ale nie o tym chciałam, bo moim zdaniem to nie o depresje w tych artykułach chodzi, tylko o coś zupełnie innego: o egoizm, posunięty już do granic absurdu. O tę wstrętną samorealizację, która zbyt często przesłania wszystko po drodze, a jest tylko miałką kalką korporacyjnego bzdetu. O to, że z wyjścia do kina (klubu; na kawę; do knajpy) czyni się jakieś sacrum, którego strata – choćby chwilowa – jest dla duszy torturą nie do zniesienia.

Są w życiu różne czasy i macierzyństwo jest jednym z nich. Wymaga lekkiego przestawienia na nie myślenie o sobie. Jeżeli ja czytam, że matka noworodka myśli, że „nie dostaje nic w zamian”, to nie wiem, co mam powiedzieć.

Nie rozumiem tego. Jestem bezsilna wobec takich sformułowań.

Może ktoś mnie oskarży o brak ambicji, pasji czy czegokolwiek innego, ale ja mam teraz czas na kochanie mojego dziecka i nie mam problemu z faktem, że przestałam myśleć o sobie.

Wręcz przeciwnie: to zbawienne.

Tak, uwielbiam leżeć w łóżku i czytać; chodzić z Big B po wysokich górach; jeździć pociągiem do Miasta i włóczyć się po nim, od czasu do czasu wstępując gdzieś na kawę (i kiedyś – co mam nadzieję nie wróci – na papierosa) i nie myśląc o zmarzniętym nosku albo mokrej pieluszce; czasem lubię nawet usiąść na kanapie i po prostu posiedzieć.

Ale teraz jest czas Yody, a on nie będzie długo trwał, bo Yoda zaraz zacznie powoli oddalać się ode mnie i to wszystko inne, co na chwilę się oddaliło, wróci. A malutkie stópki i szyjka jak patyczek, bezzębny uśmiech i niemowlęcy rechot, niezdarne „mama” i pierwsze kroki: to przepadnie w przeszłości i nie da się kupić biletu na kolejny seans.

Szkoda mi każdej minuty z Yodą.

Dlatego kiedy po raz dwusetny idę na spacer z moją córką, nie myślę o tym, że mogłabym właśnie lecieć na kawę z koleżanką.

Kiedy zamawiam film w Internecie, nie rozpaczam, że nie widziałam go w kinie.

Idąc dnem Doliny Kościeliskiej i niosąc Yodę na rękach, nie zastanawiam się jak szłoby się wysoką, odległą granią.

O trzeciej w nocy widząc szeroko otwarte oczy Małego Bąbla, nie rwę włosów z głowy, że się nie wyśpię, tylko uśmiecham się, odpowiadając na jej zniewalający uśmiech.

Ja nie oceniam, już od dawna wiem, że każdy człowiek odnajduje szczęście w czymś innym.

Tylko, że chociaż trochę wiemy na co decydujemy się, zostając rodzicami.

Czemu – takie mam wrażenie – czasem łatwiej byłoby niektórym zaakceptować wyrzeczenia, do których zmusza ich praca niż te, których (podkreślam: tylko na chwilę) wymaga opieka nad dzieckiem.

Czy nawet tuląc do piersi całkiem zależne od nas maleńkie dziecko, nie potrafimy przestać już myśleć tylko o sobie?

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Przemyślenia, Yoda

Tagi:

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

6 komentarzy w dniu “Afirmacja.”

  1. Dobrawka Says:

    Amen Pikfe. Nie mam nic do dodania. Dziękuję za piękny wzruszający tekst.

  2. Dosia Says:

    Ty w ogóle jesteś chyba osobą, która odnajduje pozytywy w sytuacjach, na które nie do końca ma wpływ. To jest oczywiste zachowanie, ale kiedy rozglądam się dookoła widzę, że turpizm = rzadkość. Dzisiejszym światem rządzą same precedensy…
    „jest tylko miałką kalką korporacyjnego bzdetu” – podoba mi się to określenie, rozkładam je na czynniki pierwsze i śmieję się do rozpuku 🙂
    „O to, że z wyjścia do kina (klubu; na kawę; do knajpy) czyni się jakieś sacrum, którego strata – choćby chwilowa – jest dla duszy torturą nie do zniesienia” – gdyby to się odnosiło do każdego, byłabym już w najostrzejszym stadium depresji i na pewno miałabym swoje stałe miejsce w Houston (Houston, mamy problem! Od kilku lat Dośka nie była w knajpie z koleżankami…),

  3. dorota Says:

    Podpisuję się rękami i nogami. Tak właśnie miałam 🙂

    • santa maria Says:

      myślę, że każda z nas przeżywa macierzyństwo inaczej i powinna mieć do tego prawo
      prawo do żalu i rozczarowania, tak samo jak prawo do radosnego uniesienia – nie ma w tych kwestiach jakichś prawd obiektywnych, jest zawsze perspektywa skądś, czyjaś – warto to uszanować
      tyle, że nie na żalu czy samej radości się kończyć powinno, a na optymalizacji sytuacji – niezrealizowane kobiety mogłyby zastanowić się, jak zmienić sytuacje, by się realizować, rozkochane maluchami prawdziwie celebrować dany czas…

      ja nigdy nie czułam się tak zrealizowana jak właśnie teraz
      za dnia spełniona macierzyństwem (choć czasem brak mi fajnego faceta u boku), nocami cierpliwie podnosząc kwalifikacje – dość zresztą skutecznie

      niewypite kawki? na szczęście! do tej pory roztrwoniłam już dość czasu…

  4. pannajemiola Says:

    To piękne, że patrzysz na wszystko tak trzeźwo i zdrowo. Podoba mi się Twój punkt widzenia i podzielam Twoje zdanie na poruszone kwestie 🙂 Cieszcie się obie swoimi chwilami i sobą nawzajem jak najdłużej, nie ma co rozpamiętywać albo oczekiwać, najlepiej brać garściami z tego, co doświadczamy dziś, by później móc rozkoszować się nowymi doświadczeniami!

  5. pikfe Says:

    Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, ostatnio jestem tu rzadziej, stąd też zaległości w odpowiadaniu.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: