Archiwum dla Luty 2012

Afirmacja.

Luty 18, 2012

Dzień dobry.

Mało ostatnio piszę, a jak się pewnie domyślacie, wynika to z ciągłej i bardzo intensywnej obecności Yody w moim życiu.
Nie mam zbyt wiele czasu dla siebie, zwłaszcza w porównaniu z okresem ciążowym, kiedy głównie leżałam w łóżku i miałam właściwie tylko wolny czas.

Nie, nie tęsknię za tym.
Nie, nie mam problemów z zatraceniem siebie.
Nie, nie uważam, żeby moje dziecko mnie niszczyło.

Jakoś tak się złożyło, że ostatnio wpadają w moje ręce teksty o tym, jakim to znojem, trudem, a nierzadko i tragedią jest… macierzyństwo. Dramat jakiś, trauma głęboka, problemy z tożsamością i samorealizacją.

Czasem to tak trochę wynika, jakby bycie matką było sztuką tak wielką, że bez pomocy armii specjalistów i psychologów (koniecznie psychologów!) w żaden sposób się tego nie udźwignie. Bo jak niby?

Jest dziecko. To już koniec.

Hej, jesteś zmęczona? wściekła, ze straciłaś wolnośc, ze on ciągle coś chce, płacze, ma roszczenia itd? i że nic nie dostajesz w zamian i tylko robisz kolo niego całymi dniami a nocami nie mozesz sie wyspac? masz ochote rzucic to w diabły, uciec, schowac sie i przespac nastepny tydzien? (Źródło tutaj) .

Niemowlę… ma roszczenia. Dobre, tak swoją drogą.

Nie neguję istnienia baby blues i depresji poporodowych, tak samo jak neguję istnienia depresji jako takiej. Sama doświadczyłam huśtawki hormonalnej po porodzie i sądzę, że byłam w czymś w rodzaju szoku. Przez dwa tygodnie wyłam jak bóbr i byłam, delikatnie mówiąc, bardzo drażliwa. Tuliłam moją córkę, a łzy ściekały mi po policzkach, ale przecież nie za moją utraconą wolnością albo z bezsilności spowodowanej… jej roszczeniami. I tak, potrzebowałam wsparcia: na szczęście w moim domu mieszka całkiem fajny facet, a kilkadziesiąt kilometrów dalej całkiem fajna siostra, do której można zadzwonić i która w kryzysie poratuje. No i przede wszystkim nie rozważałam, jak to strasznie jest.

Ale nie o tym chciałam, bo moim zdaniem to nie o depresje w tych artykułach chodzi, tylko o coś zupełnie innego: o egoizm, posunięty już do granic absurdu. O tę wstrętną samorealizację, która zbyt często przesłania wszystko po drodze, a jest tylko miałką kalką korporacyjnego bzdetu. O to, że z wyjścia do kina (klubu; na kawę; do knajpy) czyni się jakieś sacrum, którego strata – choćby chwilowa – jest dla duszy torturą nie do zniesienia.

Są w życiu różne czasy i macierzyństwo jest jednym z nich. Wymaga lekkiego przestawienia na nie myślenie o sobie. Jeżeli ja czytam, że matka noworodka myśli, że „nie dostaje nic w zamian”, to nie wiem, co mam powiedzieć.

Nie rozumiem tego. Jestem bezsilna wobec takich sformułowań.

Może ktoś mnie oskarży o brak ambicji, pasji czy czegokolwiek innego, ale ja mam teraz czas na kochanie mojego dziecka i nie mam problemu z faktem, że przestałam myśleć o sobie.

Wręcz przeciwnie: to zbawienne.

Tak, uwielbiam leżeć w łóżku i czytać; chodzić z Big B po wysokich górach; jeździć pociągiem do Miasta i włóczyć się po nim, od czasu do czasu wstępując gdzieś na kawę (i kiedyś – co mam nadzieję nie wróci – na papierosa) i nie myśląc o zmarzniętym nosku albo mokrej pieluszce; czasem lubię nawet usiąść na kanapie i po prostu posiedzieć.

Ale teraz jest czas Yody, a on nie będzie długo trwał, bo Yoda zaraz zacznie powoli oddalać się ode mnie i to wszystko inne, co na chwilę się oddaliło, wróci. A malutkie stópki i szyjka jak patyczek, bezzębny uśmiech i niemowlęcy rechot, niezdarne „mama” i pierwsze kroki: to przepadnie w przeszłości i nie da się kupić biletu na kolejny seans.

Szkoda mi każdej minuty z Yodą.

Dlatego kiedy po raz dwusetny idę na spacer z moją córką, nie myślę o tym, że mogłabym właśnie lecieć na kawę z koleżanką.

Kiedy zamawiam film w Internecie, nie rozpaczam, że nie widziałam go w kinie.

Idąc dnem Doliny Kościeliskiej i niosąc Yodę na rękach, nie zastanawiam się jak szłoby się wysoką, odległą granią.

O trzeciej w nocy widząc szeroko otwarte oczy Małego Bąbla, nie rwę włosów z głowy, że się nie wyśpię, tylko uśmiecham się, odpowiadając na jej zniewalający uśmiech.

Ja nie oceniam, już od dawna wiem, że każdy człowiek odnajduje szczęście w czymś innym.

Tylko, że chociaż trochę wiemy na co decydujemy się, zostając rodzicami.

Czemu – takie mam wrażenie – czasem łatwiej byłoby niektórym zaakceptować wyrzeczenia, do których zmusza ich praca niż te, których (podkreślam: tylko na chwilę) wymaga opieka nad dzieckiem.

Czy nawet tuląc do piersi całkiem zależne od nas maleńkie dziecko, nie potrafimy przestać już myśleć tylko o sobie?

pikfe

Reklamy

Pamiętacie?

Luty 17, 2012

Dzień dobry.

Olinus Prime i Kubatron w Chłapowie.

I kiedyś dawno, w czasach przed Yodą, ja w Chłapowie.

pikfe

(która jeszcze kiedyś coś napisze)