Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (10).

Dzień dobry.

„Rano byłyśmy w Arlse po cigalle, benzynę i pieniądze. Potem chciałyśmy jeździć konno, ale okazało się, że wyjazd jest dopiero o 15. Pojechałyśmy na plaże i spaliłyśmy sobie uda. O 15 na koniki. 1,5 h. Jechałyśmy po jeziorze i to było super. Był przewodnik, niemiecka wkurzająca rodzinka (tata, mama, córka, syn) i taka ohydna para.
Potem dom i kąpiel. Nie chciało nam się już nigdzie jechać. Asia pisała listy i kartki, a ja robiłam paznokcie.
Spakowałyśmy się i położyłyśmy się spać.”

Pamiętam – kiepsko zorganizowany dzień. I ostatni w rejonie Camargue. Całe szczęście, bowiem Camargue nas nie zachwyciło: to raczej rejon dla amatorów ptactwa wodnego; dla kogoś, kto ma własnego konia i może na nim jeździć po rezerwacie; dla ludzi, którym komary nie są straszne; dla tych, co lubią bagniska.

Bagniska jakoś nie kojarzą mi się z Francją 🙂

Zła organizacja dnia rozpoczęła się – jak to często bywa – już w łóżku: pokłóciłyśmy się o to kiedy i co będziemy jadły (nie rozumiem, zawsze jadłyśmy to samo, czyli prawie nic, hi, hi). Dotarłyśmy do Arles, gdzie znów się pokłóciłyśmy (o to, że Olinus mnie goni – pogania?) i poszłyśmy na herbatę (Wreszcie coś ciepłego!).

No i hit sezonu – Aby odnaleźć miejsce, gdzie kupiłyśmy magnesy – robaki, musiałyśmy powtórzyć całą trasę z przedwczoraj…

Już więcej naszych wspaniałych wyczynów organizacyjnych z tego dnia nie opisuję, są bowiem przerażające.

Pogoda na wygrzewanie się była bardzo dobra, bo świeciło mocne słońce, ale wiał też silny wiatr, więc nie było tak gorąco. Olinus co prawda narzekała na piasek (ona narzeka na takie rzeczy jak piasek na plaży), bo on strasznie nas zawiewał i faktycznie wyglądałyśmy dość śmiesznie, bo miałyśmy buzie czerwone od słońca i całe w czarnych drobinach piasku.

Ostatecznie, po spaleniu sobie ud, dotarłyśmy na konie.

Rejon Camargue słynie z wycieczek konnych, a my to bardzo lubimy, trudno było więc nie skorzystać.

Wiem, że było warto, choć cały czas jechaliśmy stępem, a konie w zasadzie szłyby tą trasą i bez jeźdzców, tak były przyuczone.  (…) kiedy konie wjechały [to konie jeżdżą?! Jakoś dziwnie to brzmi ;)] do wody (jechaliśmy przez staw) rozpłakałam się z wrażenia, takie to było cudowne przeżycie. Okolice rezerwatu nie są zbyt ładne, ale sam rezerwat owszem. Wielkie czaple stały na brzegach jeziorek porośniętych trzciną i nic sobie nie robiły z naszej obecności, podobnie zresztą jak i inne ptaki.

Jutro opuszczamy już Camargue. Ja oczywiście lekko cierpię z tego tytułu, ale jest już odczuwalnie lepiej, pisze jednak, że każdego dnia wieczorem jestem bliżej domu. Cóż, potem jakoś jakby mniej się z tego cieszyłam 😉

I na koniec coś niemiłego, ale z dobrą puentą.

A, Olinus właśnie przypomniała mi okropny incydent z koni – kiedy wyjeżdżaliśmy jakaś pani robiła nam na koniach zdjęcia i kiedy wracaliśmy można było je kupić. Wcale nie były ładne, raczej kiczowate, a poza tym jedno kosztowało osiem euro! Powiedziałam, że dziękujemy, ale ich nie weźmiemy, a ona na to, że jej to nie dziwi. Nie wiem, co miała na myśli, ale to było bardzo przykre, chyba przez te trzy wyjazdy to była najprzykrzejsza rzecz, jaka nas tu spotkała. Taki ohydny akcent końcowy miała ta miła wycieczka.

To nieprawda – a przynajmniej my tego nie doświadczyłyśmy – że Francuzi są niemili. Wręcz przeciwnie: wszyscy byli przemili. Zawsze i wszędzie.

Poza jedną babą.

To mało.

pikfe

P.S. Nadal tęsknię, ale Big B ma już trzymać za mnie kciuki.

 

Reklamy
Explore posts in the same categories: Francja, Gdzieś dalej

Tagi: ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: