Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (8).

Dzień dobry.

O 2003 i 2004 nie ma już co pisać, byłyśmy w Polsce.

W 2007 wpis Olinusa dość enigmatyczny: „Wstałyśmy, ale nadal było ciężko. Pojechałyśmy do … Met, ale nie szukać pokoju tylko plażować. Trochę się odstresowałyśmy. Ja się spaliłam. Kupiłyśmy trochę rzeczy, ale miasto jest brzydkie i śmierdzące. Wieczorem chciałyśmy iść na spacer, ale było za dużo komarów. Samochód, stacja, ale się nie udało. Czytanie i spanie.”

Czytanie moich listów (a właściwe mojego skomlenia i ciągłego marudzenia, jak to mi źle) jest dość trudne, ale chcę odczarować trochę ten dzień.
Od rana pojechałyśmy do Saintes-Maires-de-la-Mer na plażę i na spacer. Choć tu widoki nieomalże pocztówkowe…


… nie zawsze było tak znowu bosko 😉

Samo miasteczko nas nie zachwyciło: jest bardzo prowizoryczne, nastawione tylko na sezon – a jak wiadomo z naszych rodzimych przykładów, to nigdy nie zachwyca. Oczywiście, architektonicznie jest w miarę jednolite (nie to, co u nas nad morzem, prawda?), ale to jednak nie St.Malo ze swoim przepięknym bulwarem.  Plaża też nie powalała na kolana, zwłaszcza, że na plaży pełno kiepów.

Zauważyliście pewnie, że nikt się nie kąpie? A to dlatego, że woda była ZIMNA JAK CHOLERA! Trzeba mieć nasze szczęście, żeby przetelepać się prawie trzy tysiące kilometrów do ciepłego morza i wejść do lodowatej wody!

Zachwyciło nas za to słońce, tak bardzo różne od naszego, bałtyckiego, że natychmiast obydwie się spaliłyśmy, jak to ujęła Olinus.

Ja tak pisałam do Big B: Jesteśmy na plaży i czuję się dużo lepiej, bo udało mi się trochę uspokoić. Nawet mogłabym powiedzieć, że jest mi dobrze. [cholera!] [Pomimo faktu, że] jest pełno muszek i komarów, (…), woda jest zimna, miasto brzydkie, dość dużo ludzi, to dla mnie jest ok i nawet mogłabym tu zostać.

No przyznajcie, trochę dziwna to ja jednak byłam 🙂

Po plażowaniu, krótszym niż sądziłyśmy – z racji wspaniałej intensywności słońca, wybrałyśmy się do Arles. No i Arles nas nie zachwyciło.

Bardzo dużo ludzi, brudno, głośno. Oczywiście, każde miasto ma swoje momenty.

Spacer był fajny, ale po południu miałam kryzys samopoczucia. No comment.

Odwiedziłyśmy szpital, w którym przebywał Van Gogh po tym, jak odciął sobie ucho i który uwiecznił na jednym ze swoich obrazów. Tam było pięknie.

Źródło: tu.

Pojechałyśmy jeszcze autem do Saintes… na stacje, ale niestety stacja była automatyczna, a automat nie chciał czytać naszej karty i tak zrobiłyśmy sześćdziesiąt kilometrów na darmo!

No i spacer wieczorem, w okolicach naszego hotelu: po przejściu kilkudziesięciu metrów wracałyśmy do domu BIEGIEM, gonione przez DZIKIE HORDY WYGŁODNIAŁYCH KOMARÓW!

Poprzedni i ten dzień były najgorsze: potem już tylko lepiej i siebie mniej się muszę wstydzić 🙂 Miałam przesilenie, czara goryczy się przelała i chyba całkiem wylała i było już dobrze. Ale jeszcze bardzo tęsknię za Big B!

A na dobranoc: flaming 🙂

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Francja, Gdzieś dalej

Tagi: , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: