Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (7).

Dzień dobry.

Wczoraj wszystko całkiem mi się pomyliło, ominęłam Paryż w części piątej, która częściowo pomyliła mi się z szóstą… ach, co by tu gadać. Najlepiej, jeśli ktoś jest zainteresowany, wrócić raz jeszcze do części piątej i szóstej.

W 2003 i w 2004 byłyśmy już w Polsce i co tu dużo gadać – lipa 😉

Za to w 2007

… wyjeżdżałyśmy na Południe.

I tu może kawałek o trochę głupiej pikfe – ja bardzo bałam się podróży, trochę na zasadzie „co my zrobimy jak…?!”. Nie było dla mnie odpowiedzi, że najwyżej prześpimy się w aucie; odholują nas do warsztatu; będziemy głodne etc. Miała być tragedia. Nawet gdyby wszystko było zaplanowane, ja i tak bym się denerwowała.

I tak to gryzmoliłam do Big B: „Dla mnie to nie jest super, tak wsiąść do samochodu i jechać gdzieś, bez żadnej rezerwacji [a tak jechałyśmy na Południe] , tak po prostu bez niczego. (…) dla mnie pod pewnymi względami ten wyjazd to prawdziwy horror”.

No niestety, durna byłam jak jasna cholera. Pociecha to jedynie taka, że w końcu mi się odmieniło – ale jeszcze nie dziś.

W drodze nie było źle – a przez Masyw Centralny nawet pięknie, choć na zdjęciach tego nie widać 🙂 Widzicie tę żółtą plamę nad wycieraczką? To był nasz ulubiony rozpłaszczony robak.

I wiadukt w Millau. Przejazd przez niego kosztuje (wówczas kosztował) pięć euro, ale opłaca się. Wracjaąc postanowiłyśmy przyoszczędzić i straciłyśmy jakieś czterdzieści pięć minut…

Naszym celem była miejscowość Saintes-Maires-de-la-Mer w regionie Francji zwanym Camargue: i Morze Śródziemne, i plaże, i konie, i sady, i ptactwo wodne, i bagniska, i rezerwaty… zapowiadało się cudownie.

Ale niestety – ja byłam sztywna jak kij od szczotki, Olinus zmęczona po przejechaniu prawie ośmiuset kilometrów…

Polecamy darmową autostradę za Clermont-Ferrand, naprawdę bardzo przyjemna droga.

… a był piątek wieczór i kiedy po zmroku dojechałyśmy do cholernego Stes (tak w skrócie), okazało się, że nie ma tam pół wolnego łóżka. Był piątek wieczór i wszędzie tylko „complet”.

Woda na młyn takiego sztywniaka i posrajmajtka, jakim byłam, tak? Do tej pory wstyd mi za siebie. Fakt, że byłyśmy trochę w czarnej dupie – bo la Camargue to są bagna i wcale nie jest tak łatwo o nocleg, ale to do cholery nie góry Afganistanu! I też w końcu udało nam się coś znaleźć, po trzydziestu kilometrach, jednych z najgorszych chyba w moim życiu – i nie dlatego, że takie straszne były, tylko dlatego, że nadal mi za nie wstyd!

Ale to, że żyjemy, że mamy pokój z łazienką, że mamy co jeść, że jest spoko… nie to jeszcze nie dało mi do myślenia i psułam Olinusowi i sobie wakacje. Do Big B pisałam tak: Miałyśmy straszny dzień i oczywiście spełniły się wszystkie moje czarne przewidywania [nie powiedziałabym – nie musiałyśmy wzywać la laweta 😉 ]. Koniec końców nie wyszło tak źle [oooooooo!!!!!!], ale jestem ciągle bardzo zestresowana [ no bidulka, naprawdę, taki stres; wiecie, ja tak w tych listach ciągle – żałosne to było] i najchętniej wróciłabym do domu [ ja przepraszam, ja nie bluźnie, ale ja się pohamować tu nie mogę – kurwa, jaki debil ze mnie był], najlepiej dzisiaj.

Ja tego już więcej komentować nie będę, powiem tylko: będzie lepiej.

pikfe

P.S. W listach nadal tęsknię za Big B BARDZO. On się potem skarżył, że z czasem tęskniłam coraz mniej, aż do braku tęsknoty w ogóle 😉

Reklamy
Explore posts in the same categories: Francja, Gdzieś dalej

Tagi: , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: