Archiwum dla Wrzesień 2011

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (15).

Wrzesień 30, 2011

Dzień dobry.

Dziś wyjazd z Mane i poczatek naszej niezłej eskapady, liczącej około 1200 kilometrów!

No i najgorsze co nas czeka to jeszcze pakowanie i wypakowywanie auta – szukanie wolnego pokoju po nocy, na bagnach, to nic w porównaniu z tym koszmarem. Obliczyłyśmy, że musimy to zrobić jeszcze 7 razy (Mane, 2x Limoges, 2x Ertetat, 2x Hannower), a mamy 13 pakunów + wieszaki…

Olinus Prime nie poświęciła zbyt wiele uwagi tej podróży: „Podróż. Nic ciekawego się nie działo. Ok. 19-20 zatrzymałyśmy się w Moulins w B&B. Szybko poszłyśmy spać, bo nie było zbyt fajnie, ale lepiej niż w F1. Pikfe była bardzo dzielna!”

A jednak ta podróż, ten nocleg, to nagromadzenie, to był dla mnie przełom. Pisałam do Big B, że dziś nie denerwowałam się podróżą ani nawet tym, że jest ciemno, a my nie mamy gdzie spać. Chyba nasze przygody w Stes mnie zahartowały, czuję się prawie, jakbym miała duszę podróżnika 😉Tym razem tylko pobieżnie zaplanowałyśmy, gdzie dojedziemy (Limoges), ale w trakcie drogi zmienił się paln (wspomniane Moulins) i to nie był dla mnie koniec świata. To było spoko, bardziej praktyczne, logiczniejsze w tamtej sytuacji, choć Limoges bardzo chciałam zobaczyć.

I w ogóle list tchnie optymizmem, że tak fajnie, że faje to trzeba spod lady kupować (bo na stacjach benzynowych nie są wystawiane na widok, a to niedziela była, kioski i markety były pozamykane), że dobrze się jedzie, że żal było Mane opuszczać, ale radość wielka na Północ jechać.

Post faktum, już w Polsce, Olinus opowiadała mi, że kiedy po zmroku zatrzymałyśmy się w Moulins w B&B i ja wysiadłam z uśmiechem i dziarskim krokiem ruszyłam w stronę  strasznego hotelu samoobsługowego, nie ględząc i nie jęcząc, to ona była w takim szoku, że zęby z podłogi zbierała. A ja nawet nie zauważyłam, po prostu, zachowałam się normalnie i zrobiłam to, co do mnie należało.

Taka ulga.

pikfe

Reklamy

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (14).

Wrzesień 29, 2011

Dzień dobry.

Na początek spojer całego dnia – ale jest tego wart 🙂 Odautorski komentarz Olinusa na niebiesko.

„Kolejny super dzień! Rano była parada balonów i zagadałyśmy się z gospodarzem, powiedział, żebyśmy pojechały do kanionu. Było cudownie, takie piękne miejsce, takie góry. [Wow, to chyba dlatego, że tak się ZAGADAŁAM PO FRANCUSKU, nie umiałam potem nic napisać po polsku…]. UWAGA PISOWNIA ORYGINALNA Z KALENDARZA: Zatrzymałyśmy się w jednym miastem i herbatę i sałatkę. Była BARDZO przystojny kelner. Spotkałyśmy głupich polaków z Turynu. Potem pojechałyśmy do Digne, ale tam nie było fajnie. Market i wróciłyśmy do domu.
Musiałyśmy się spakować :(„

Z samego rana obudziło nas delikatne, acz stanowcze pukanie do drzwi. Okazało się, że nasi gospodarze postanowili zbudzić nas na wielką paradę… balonów 🙂

Dość to było nieoczekiwane, ale ubawiłyśmy się po pachy oraz – co chyba bardziej istotne – zmodyfikowałyśmy nieco nasze mętne plany. Okazało się, że w okolicy jest przełom rzeki Verdon, który koniecznie musiałyśmy zobaczyć. Tak przynajmniej twierdzili nasi gospodarze. A że zagadali nawet „pas-de-francais” Olinusa, to musiałyśmy jechać. I dzięki nim…

Dziś spektakularnie.

To Lac de Sainte – Croix, które dopiero zapowiada to, co nas czekało.

I coraz bardziej, coraz bardziej…

Wiecie, dla nas to było niesamowite, bo myśmy się czegoś takiego nie spodziewały. I nadal jestem trochę pod wrażeniem tamtej niesamowitości, dlatego dziś nie opędzicie się od zdjęć.

Zresztą, ponieważ właściwie cały czas siedziałyśmy w aucie, też nie za bardzo jest o czym pisać – poza tym, że miałam myśli nieczyste… 😉

W liście do Big B cierpię na męki, że nie możemy tam razem połazić. Dla kogoś, kto jeździ w góry, żeby po nich chodzić, wycieczka autem jest istną torturą. Piękną, ale jednak torturą.

I dwa z moich ukochanych zdjęć z tego wyjazdu.

Niestety, nie trafiłyśmy na kwitnącą lawendę, było już bowiem po zbiorach, ale i tak pola lawendy to jest coś, co wzrusza.

A myśli nieczyste miałam w miasteczku La Palud-sur-Verdon, gdzie obsługiwał nas boski kelner i prawie się o niego pobiłyśmy, a sciślej o to, która pójdzie do toalety, żeby ta druga została sama przy stoliku. Hm. Jak to Olinus ujął w liście do K.: ” Na szczęście dla Was i na nieszczęście dla nas, wcale nie zwracał na nas uwagi.” 🙂

Na kolejnym zdjęciu widać, jak wiodła nasza droga.

Widoki tam są naprawdę zachwycające.

Ja przepraszam, może ja zanudzam z tymi zdjęciami, w końcu Terry Pratchett uznaje oglądanie czyiś zdjęć z wakacji za torturę piekielną, ale… i tak wykonałam gigantyczną pracę odrzucając wiele z nich na różnych etapach (przegląd pierwszy i drugi, kopiowanie, pomniejszanie, wklejanie), a poza tym zawsze możecie wyłączyć bloga pikfe w diabły. Ja nie mogłam się pohamować 🙂

Niestety, nie udało nam się zobaczyć tej najbardziej spektakularnej części, gdyż przegapiłam drogę i nie dało się już zawrócić, a poza tym pogoda się popsuła, tzn. popadało i wszystko natychmiast zaczęło parować.

Później pojechałyśmy przez Castellane do Digne, ale nas nie zachwyciło, jako, że w tamtym czasie obydwie miałyśmy awersję do dużych miast. Cóż, teraz kiedy to wspominam… bardzo ładnie tam było, tak uzdrowiskowo. Chętnie wróciłabym do Digne.

I czekała nas jeszcze niespodzianka w drodze powrotnej. Nagle zobaczyłyśmy coś takiego.

Te dość oryginalne formy skalne ciągną się przez cały kilometr, a najwyższy z „mnichów” (zwanych tak z racji podobieństwa do mnichów w habitach i kapturach) ma 114 metrów. Ładną panoramę można zobaczyć tu.

A cała nasza trasa tego dnia przebiegała tak:

To był nasz ostatni dzień w Mane. Podjęłyśmy bowiem decyzję, że skoro Północ Francji tak nas zachwyciła, to… jedziemy na Północ!

Pisałam do Big B tak:  Nawet nie denerwuję się tak jutrzejszą podróżą, chociaż to długa droga, ale co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, tak? Może też dlatego takie wakacje były mi potrzebne? Ja wiem, że przed Bolidem wiele kilometrów, a przed nami wiele noclegów, ale jakoś inaczej na to patrzę. W sumie za pierwszym razem trafiłyśmy dobrze i to, że nie spałyśmy w Stes… to cudowne. Teraz trafiłyśmy fantastycznie i nigdy nie znalazłybyśmy tego miejsca, gdybyśmy koło niego nie przejechały.

Oklaski 🙂

pikfe

P.S. Nie użyłam czasownika „tęsknić” i nie rozpisywałam się o tęsknocie.

P.S. 2

I jeszcze linki, jeśli ktoś nie ma dosyć zdjęć.

http://en.wikipedia.org/wiki/Verdon_Gorge

http://www.lesgorgesduverdon.fr/en/index.html

 

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (13).

Wrzesień 28, 2011

Dzień dobry.

Uwielbiam kalendarzyki Olinusa 🙂

„wyruszyłyśmy po śniadaniu w stronę wybrzeża. Po drodze kupiłyśmy fajni i wpadłyśmy w manie kupowania win. Kupiłyśmy chyba 7 butelek. Kupowałyśmy w takich małych, domowych winiarniach.
SUPER.
Na dłużej zatrzymałyśmy się w miasteczku Quinson. W końcu dojechałyśmy na wybrzeże. Było ładniej niż w Stes, ale bez przesady. Brzydka plaża. Miasto La Londe chyba.
W domu byłyśmy ok. 20, wcześniej jeszcze w markecie.
Myju-myju, papierosek, listy i spanie”.

Trasa nasza jak zwykle długa – bagatela 160 kilometrów w jedną stronę. Co za szczęście, że mamy Bolida!

Widoki – piękne.

Chyba nie dziwi, że uwielbiałyśmy jeździć – zwłaszcza, że na tych dość podrzędnych drogach, które wybierałyśmy, tłumów zwykle nie było.

To kolejny dobry dzień, choć oczywiście udało się nam pokłócić. Po papierosy zatrzymałyśmy się najpierw w markecie, ale okazało się, że tam niestety papierosów nie sprzedają. potem zatrzymałyśmy się w mieście o nazwie Geroux (chyba). I właśnie tam się pokłóciłyśmy, w dodatku w kiosku (we Francji kiosk to Tabac) i przy ludziach! Olinus pół godziny zastanawiała się jakie wybrać papierosy, co doprowadziło mnie do szału, najpierw ja chciałam wyjść, później ona, takie byłyśmy na siebie złe, że jeszcze chwila, a z miasteczka niewiele by zostało… W końcu dokonałyśmy tej trudnej czynności i kupiłyśmy Fleur de Savane (ale niestety bez filtra!) i Dunhille mentolowe.

Hm. 🙂 Lisica kiedyś pisała o pikfe w umiłowaniu szczegółu 🙂

Miasteczko Quinson, o którym wspomina Olga zapamiętałyśmy z dwóch powodów. Oto jeden z nich.

Drugi jest taki, że trwała akurat przerwa w pracy: i na ulicach nikogo. Zupełnie jak wymarłe miasteczko. Obiecałyśmy sobie, że przyjedziemy kiedyś do Quinson na zbiory winorośli, żeby może zobaczyć jak wyglądają mieszkańcy 🙂

Dalej piszę, że jechałyśmy przez naprawdę piękne tereny.

I z drugiej strony 🙂

I tu wiekopomna chwila następuje: Potem jechałyśmy przez tak piękne okolice, że pół drogi przepraszałam Olinusa za moje fochy, łzy, marudzenia, ględzenia i trucia, a drugie pół dziękowałam jej, że namówiła mnie na taką cudowną podróż.

WOW.

Później trafiło nas z tymi winami, o których pisze Olga. No, może nie były to najlepsze wina, bo byłyśmy dość ograniczone finansowo, ale jednak powiem, że to i tak była świetna zabawa. Miałyśmy pół auta win. Warto to zapamiętać, ta wiadomość będzie istotna w przyszłości.

W końcu dojechałyśmy na plażę.

Nic jakoś szczególnie zachwycające, po dramatycznych (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) i różnorodnych plażach Bałtyku.

Ale ta przyroda…

Podróżniki były z nas niezłe, dlatego krótki fragment należy się naszej bryce niesamowitej, Bolidowi. W Masywie Centralnym, pod górkę, nie dawał rady więcej niż 90km/h i musiałyśmy jechać pasem dla żółwi 🙂 Ale to cudowne auto, przejechałyśmy nim w sumie 6000 km 🙂 I Naprawdę MA BARDZO WYGODNE FOTELE. Na parkingu w La Londe – ale słabiutko go widać.

Chciałam tylko powiedzieć, że brak super auta nie jest żadną przeszkodą! Tego też nauczyła mnie Olinus, opowiadając w naszym Bolidzie, jak to znajomi wybrali się mega suvem do Chorwacji i wrócili na „la laweta” 🙂

I powrót: pamiętam, że stałyśmy w jakiś korkach. I pamiętam, że właśnie stojąc w tym korku zrobiłam to zdjęcie.

Miło jest czasem postać w korku.

No i na koniec mam najmocniejszy fragment!

Minął już kolejny dzień i chociaż coraz bardziej za Tobą tęsknię, to nie oczekuję powrotu do Polski ze szczerym i nieskrywanym entuzjazmem. Tu jest tak fajnie, tak pięknie.

pikfe

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (12).

Wrzesień 27, 2011

Dzień dobry.

Jest super 🙂

„Nasz pokój jest cudowny, jadłyśmy dobre śniadanie nad basenem i nie chciało nam się nigdzie wychodzić. Napisałam list do KillBilli, a pikfe do Lisicy. PO 12 się zebrałyśmy i pojechałyśmy do miasto Folklakier 🙂
Było super, takie miasteczko jakie sobie wyobrażałyśmy i udało nam się kupić dużo herbaty za 2 euro 🙂 Pisze to w kawiarni gdzie właśnie ją pijemy 🙂 Tylko zimno jest… niestety.
Pikfe kupiła sobie koszyk na zakupy, ja mydełko dla KillBilli i jeszcze dla babci. Pojechałyśmy jeszcze do markety i do domu. Zjadłyśmy „obiad”.
Długo nie mogłyśmy zasnąć.
Fajny dzień”

Tak, to był wspaniały dzień.

Wreszcie udało nam się zobaczyć takie Południe, jakie miałyśmy w głowach, a to za sprawą uroczego miasteczka Forcalquier obok którego leży nasze cudne Mane. I zdjęciówka.

Jak to jest, że Francuzom jakoś łatwiej przychodzi dostosowanie koloru okiennic do koloru okiennic sąsiada? Albo że mają jakoś tam czas zadbać o to, co jest przed drzwiami? Albo że nawet tandetne ozdoby nie wyglądają w takich miejscach tandetnie?

Jasne, natknęłyśmy się też na mniej urocze zakątki. Tych widoków raczej nie znajdziecie na akwarelkach z Południa 😉

List do Big B jest szokująco optymistyczny: że miły dzień, że dobry dzień, że zostaniemy tu przez jakiś czas, bo bardzo nam się podoba, że gospodarze uroczy, że fajny spacer, a miasteczko śliczne. I o kotach jest też.

Ani razu nie używam czasownika „tęsknić”, ale dość barwnie rozpisuję się o tym, jaką to mam wielką potrzebę pisania listów. I całe szczęście, że miałam tę potrzebę, choćby dlatego, że mogę teraz wyczytać, dlaczego Olinus wzięła słowo obiad w cudzysłów! Na przekąskę czarne oliwki w zalewie prowansalskiej, danie główne to bagietka z białym serem i pomidorem [orzesz w mordę] z solą z Camargue (to prezent dla AardvarKa, ale nie mamy soli, więc bezczelnie ją otworzyłyśmy 🙂 ), a po daniu głównym francuskim zwyczajem sery – camembert i rocquefort. Tak bogatego posiłku jeszcze tu nie jadłyśmy.

Widać, że już od pewnego czasu byłyśmy poza domem, brak ciepłych posiłków zaczynał nam lekko doskwierać. To pewnie dlatego jak głupie cieszyłyśmy się z herbaty za dwa euro 🙂

Wspięłyśmy się też na samą górę Forcalqier  i tam stoi taki oto budynek – ale zabijcie mnie, nie pamiętam co to było. Wbrew temu, co pisze Dosia, mam gównianą wiedzę!

I widoki takie były, chyba od budyneczku ciekawsze.

Planujemy też, co by tu robić: do Grasse za daleko na jednodniowy wypad, podobnie jak do Monte Carlo (w liście piszę, że Olinus chciała jechać pooglądać luksusowe auta 🙂 ). Może Toulon? No, nie wiemy. Z organizacją nie było u nas najlepiej. Dużo rzeczy przegapiłyśmy, ale może dzięki temu w jakiś sposób udało się nam uchwycić ducha.

pikfe

P.S. A coś takiego chcę mieć u siebie 🙂

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (11).

Wrzesień 26, 2011

Dzień dobry.

Od dziś zaczyna się bosko.

Ostatecznie i chyba na zawsze opuściłyśmy La Camargue. I śmiać można się z moich listów do Big B, ale tylko dzięki nim wiem DOKŁADNIE, jak jechałyśmy. Cóż, dla niego to musiała być naprawdę fascynująca lektura.

Ale my widoki miałyśmy wspaniałe.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie marudziła w liście o stresach, nerwach i innych głupotach. Wszystko jest tak LOGICZNIE opisane, UARGUMENTOWANE, PRZEMYŚLANE, a powinnam sobie po prostu powiedzieć „Chrzanić to!”, a nie tyle się zastanawiać i do tego stopnia siebie rozważać. Pojawiają się jednak jakieś błyski świadomości: To dziwne, czasem mam wrażenie, że psuję jej tę wycieczkę swoimi nerwami i swoim marudzeniem.

Cóż, wyjątkowo odkrywcze.

Krążyłyśmy w okolicach – jak przez mgłę pamiętam, że musiałyśmy zawracać z bardzo polnej drogi;  że rozmawiałyśmy z bardzo miłą osobą w sprawie pobytu, ale ona organizowała tylko turnusy; że gdzieś tam było za drogo.

W końcu zbliżyłyśmy się do Mane.

… i je zobaczyłyśmy – nie wiedząc oczywiście, że to właśnie tam zostaniemy.

Podjechałyśmy pod jakiś domek z napisem „pokoje” i tak zaczęłam mówić po francusku, że pani myślała, że jesteśmy z Niemiec… :/ Ona nic nie miała, ale miała jej rodzina, ona zaraz zadzwoni, ona się dowie, tu ktoś nam wskaże drogę albo nie, za kimś pojedziemy… i tak znalazłyśmy nasze Mane, miejsce, które ujęło nas za serca.

I wejście do pokoju. Wierzcie lub nie: cena była BARDZO przystępna.

Nasi gospodarze byli przemiłymi ludźmi – codziennie rano, uśmiechnięci, przynosili nam na tacach śniadanie, gawędzili, opowiadali, co można w okolicy zobaczyć. To wszystko było tak miłe, że do tej pory na wspomnienie robi mi się ciepło na sercu. Czuło się, że ci uroczy ludzie goszczą nas u siebie z przyjemnością.

Tego dnia pojechałyśmy jeszcze do Aix, po drodze podziwiając takie widoki.

W liście do Big B piszę:  Francuzi są dumni ze swojego kraju, dbają o niego, a poza tym mają coś takiego, jak architektura regionu – są tu brzydkie budynki, to jasne, ale nikt nie buduje dwupiętrowych zielonych pałaców z doryckimi kolumnami (albo dobrze je chowa). Pod tym względem Polska nie ma z Francją najmniejszych szans, ale jeśli chodzi o malowniczość przyrody, to nie mamy się czego wstydzić. Tu są piękne drogi pomiędzy górami, ale u nas nie ma po prostu tak wielkich gór. Nie ma w ogóle co porównywać nawet takiej małej wioski jak Mane z najdłuższą polską wsią, bo tam jest tak architektonicznie szkaradnie i drogi są w tak fatalnym stanie, że aż strach jechać [ zwykle jeździmy z Big B w Tatry przez Zawoję, stąd jej wspomnienie; normalnie kilkadziesiąt kilometrów depresji, nikogo nie obrażając]. Ale Francja to nie są tylko ukwiecone podwórka pięknych domków, ale też i te paskudne, zawalone śmieciami i wypłowiałymi od słońca tandetnymi zjeżdżalniami.

Aix… przejechałyśmy przez i wróciłyśmy do domu. W najmniejszym stopniu nie miałyśmy tego wieczoru ochoty na duże miasto. Trudno mówić, żebyśmy miały jakieś wielkie poczucie straty, bo kierowca w Aix strąbił Olinusa, choć ona miała pierwszeństwo, więc to zapewne miasto ludzi podłych 🙂

Udany dzień 🙂

pikfe

P.S. 1 Olinus zanotowała, co jadłyśmy na obiad: obiad: bagietka, serek topiony, pomidor, sok pom

P.S. 2 Cały list do Big B o tęsknocie, ale – uwga – na końcu nie piszę już, że tęsknię 🙂

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (10).

Wrzesień 25, 2011

Dzień dobry.

„Rano byłyśmy w Arlse po cigalle, benzynę i pieniądze. Potem chciałyśmy jeździć konno, ale okazało się, że wyjazd jest dopiero o 15. Pojechałyśmy na plaże i spaliłyśmy sobie uda. O 15 na koniki. 1,5 h. Jechałyśmy po jeziorze i to było super. Był przewodnik, niemiecka wkurzająca rodzinka (tata, mama, córka, syn) i taka ohydna para.
Potem dom i kąpiel. Nie chciało nam się już nigdzie jechać. Asia pisała listy i kartki, a ja robiłam paznokcie.
Spakowałyśmy się i położyłyśmy się spać.”

Pamiętam – kiepsko zorganizowany dzień. I ostatni w rejonie Camargue. Całe szczęście, bowiem Camargue nas nie zachwyciło: to raczej rejon dla amatorów ptactwa wodnego; dla kogoś, kto ma własnego konia i może na nim jeździć po rezerwacie; dla ludzi, którym komary nie są straszne; dla tych, co lubią bagniska.

Bagniska jakoś nie kojarzą mi się z Francją 🙂

Zła organizacja dnia rozpoczęła się – jak to często bywa – już w łóżku: pokłóciłyśmy się o to kiedy i co będziemy jadły (nie rozumiem, zawsze jadłyśmy to samo, czyli prawie nic, hi, hi). Dotarłyśmy do Arles, gdzie znów się pokłóciłyśmy (o to, że Olinus mnie goni – pogania?) i poszłyśmy na herbatę (Wreszcie coś ciepłego!).

No i hit sezonu – Aby odnaleźć miejsce, gdzie kupiłyśmy magnesy – robaki, musiałyśmy powtórzyć całą trasę z przedwczoraj…

Już więcej naszych wspaniałych wyczynów organizacyjnych z tego dnia nie opisuję, są bowiem przerażające.

Pogoda na wygrzewanie się była bardzo dobra, bo świeciło mocne słońce, ale wiał też silny wiatr, więc nie było tak gorąco. Olinus co prawda narzekała na piasek (ona narzeka na takie rzeczy jak piasek na plaży), bo on strasznie nas zawiewał i faktycznie wyglądałyśmy dość śmiesznie, bo miałyśmy buzie czerwone od słońca i całe w czarnych drobinach piasku.

Ostatecznie, po spaleniu sobie ud, dotarłyśmy na konie.

Rejon Camargue słynie z wycieczek konnych, a my to bardzo lubimy, trudno było więc nie skorzystać.

Wiem, że było warto, choć cały czas jechaliśmy stępem, a konie w zasadzie szłyby tą trasą i bez jeźdzców, tak były przyuczone.  (…) kiedy konie wjechały [to konie jeżdżą?! Jakoś dziwnie to brzmi ;)] do wody (jechaliśmy przez staw) rozpłakałam się z wrażenia, takie to było cudowne przeżycie. Okolice rezerwatu nie są zbyt ładne, ale sam rezerwat owszem. Wielkie czaple stały na brzegach jeziorek porośniętych trzciną i nic sobie nie robiły z naszej obecności, podobnie zresztą jak i inne ptaki.

Jutro opuszczamy już Camargue. Ja oczywiście lekko cierpię z tego tytułu, ale jest już odczuwalnie lepiej, pisze jednak, że każdego dnia wieczorem jestem bliżej domu. Cóż, potem jakoś jakby mniej się z tego cieszyłam 😉

I na koniec coś niemiłego, ale z dobrą puentą.

A, Olinus właśnie przypomniała mi okropny incydent z koni – kiedy wyjeżdżaliśmy jakaś pani robiła nam na koniach zdjęcia i kiedy wracaliśmy można było je kupić. Wcale nie były ładne, raczej kiczowate, a poza tym jedno kosztowało osiem euro! Powiedziałam, że dziękujemy, ale ich nie weźmiemy, a ona na to, że jej to nie dziwi. Nie wiem, co miała na myśli, ale to było bardzo przykre, chyba przez te trzy wyjazdy to była najprzykrzejsza rzecz, jaka nas tu spotkała. Taki ohydny akcent końcowy miała ta miła wycieczka.

To nieprawda – a przynajmniej my tego nie doświadczyłyśmy – że Francuzi są niemili. Wręcz przeciwnie: wszyscy byli przemili. Zawsze i wszędzie.

Poza jedną babą.

To mało.

pikfe

P.S. Nadal tęsknię, ale Big B ma już trzymać za mnie kciuki.

 

Jeśli to wrzesień, jesteśmy we Francji (9).

Wrzesień 24, 2011

Dzień dobry.

Ufff, wreszcie jest lepiej – Olinus notuje, że to był bardzo fajny dzień.

Wypad do Carcassonne – trochę ponad dwieście kilometrów w jedną stronę – był moim pomysłem. I przyznaję, że w sumie pomysłem dość dobrym. Takie widoki towarzyszyły nam prawie całą drogę – w tle gaj oliwny.

I jak tam pachniało! Coś niesamowitego – odurzający, letni bukiet ziół, rozgrzana palącym słońcem ziemia,  sól znad morza, po prostu coś niewyobrażalnego – powietrze pachnące ziołami prowansalskimi.

Podróż upłynęła nam bardzo miło, aż wreszcie zobaczyłyśmy mury dawnego miasta.

Oczywiście – ludzi tłum, ale i tak byłyśmy zachwycone.

Naprawdę. Nawet ja byłam zachwycona i tak właśnie zapamiętałam ten dzień – jako świetny. Bo bardzo, bardzo nam się podobało. Świetna i piękna była trasa, imponująca twierdza, fantastyczne widoki.

Tak pisałam w liście do Big B: Dziś, kiedy jechałyśmy do Carcassonne, miałyśmy okazję podziwiać rejony, które są naprawdę piękne, to dawny kraj Katarów. Pełno winnic, a właściwie to od pewnego momentu same winnice, a wśród nich domki z kamienia i średniowieczne miasteczka. Tam naprawdę jest przepięknie i tak właśnie wyobrażałam sobie Południe Francji.

I ze mną już jakby lepiej!

Opowiem Ci jeszcze o Carcassonne i o naszym bardzo przyjemnym dniu tam. Ponieważ wcale się nie stresowałam, czułam się bardzo dobrze [ niesamowicie odkrywcze, nieprwadaż? 😉 ] i udało się nam spędzić bardzo, bardzo fajny dzień, taki jak w 2004 w St. Malo.

Uśmiecham się do wspomnienia tego dnia, znów ogarnia mnie to ciepło, te wszystkie zapachy, widzę roześmianego i szczęśliwego Olinusa, czuję na skórze promienie tamtego słońca i przypominam sobie sklepik, w którym niesamowicie rozentuzjazmowanego kupiłyśmy dla Uiala stalowy sztylet (co może nie było zbyt mądre, ale nikogo nie zabił, a radość była ogromna). I nic mnie nie obchodzi, że to wszytsko może łzawo i banalnie brzmieć, dla mnie było rewelacyjnie i wspaniale jest wracać do tych wspomnień.

pikfe

P.S. Nadal bardzo tęsnię za Big B, ale już mniej miejsca poświęcam rozważaniom, kiedy to wracamy do Polski.