Archiwum dla Sierpień 2011

O waleniu w dekiel.

Sierpień 15, 2011

Dzień dobry.

Długo myślałam o Waszych komentarzach i doszłam do wniosku, że chyba najlepiej będzie, jeśli odniosę się do nich w osobnym poście.

Taaaaak, wali mi w dekiel. I Big B też wali w dekiel.

Nasza córka jest najpiękniejsza i najmądrzejsza; zachwycamy się nią dwadzieścia cztery godziny na dobę; patrzymy, jak pięknie wygląda, kiedy śpi i namiętnie rozmawiamy z nią w jej własnym języku. Podporządkowaliśmy jej nasz tryb życia i bynajmniej nie czujemy się żywcem zakopani.

Zgadzam się z Dorotą – choć być może niektórzy uznaliby, że po prostu nie mam własnego życia – ten okres zbyt krótko trwa, żeby pozwolić sobie tracić czas. Ja przyznaję – żałuję każdej minuty, której nie spędzam z Yodą. I to jest może szaleńcze, straszne walenie w dekiel, ale odczuwam wtedy, nawet podczas naszych bardzo krótkich rozłąk, fizyczny niepokój i dyskomfort.

Yoda już teraz nie jest tym uroczym, pięknym noworodkiem, jakim była. Pewien okres jej życia już nieodwołalnie minął – to wspaniałe i przerażające jednocześnie. Tak mi się zdaje, że to przerażające może zrozumieć tylko rodzic, który patrzy na swoje rosnące każdego dnia dziecko, jest z niego dumny i jest nim zachwycony, ale jednocześnie wie, że z każdą chwilą ma tej istoty kochanej coraz mniej ( Z myślą o Dobrawce wytłumaczę się: z rozmysłem użyłam tu czasownika mieć, nie dlatego, że zdaje mi się, że posiadam Yodę jak przedmiot; tak łatwiej jest mi opisać, że Yoda z każdym dniem staje się coraz bardziej swoja, a coraz mniej swoich rodziców, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi).

I Sybirak nie dostanie bana, bo walenie w dekiel to tylko inne określenie na wielką, bezgraniczną miłość.

Słyszy się o ludziach, którym nie wali w dekiel po urodzeniu się dziecka. Na nieszczęście – czasem ogromne i na całe życie (bo o zupełnych patologiach nawet nie wspominam) – dla dziecka.

Zatem Sybiraku, ciesz się, walenie w dekiel uszczęśliwia.

pikfe

P.S. Walenie w dekiel nie przeszkadza nam jednak wrzeszczeć „NIE ZMIENIAM!!!!”, kiedy usłyszy się, że Yoda zrobiła kupę, a w sytuacjach, kiedy wrzask nie rozstrzyga – bo dochodzimy do perfekcji w wykrywaniu i wrzeszczymy jednocześnie – gramy w „papier, nożyce, kamień” o to, kto nie zmienia 🙂

Reklamy

Minęły już ponad trzy miesiące.

Sierpień 11, 2011

… odkąd urodziła się Yoda. Dokładnie trzy miesiące i sześć dni.
To mało i dużo jednocześnie.

Mało, bo ona nadal jest niemowlakiem i nadal wymaga właściwie takiej samej opieki, jak w dniu narodzin. Albo – co widać po mojej internetowej aktywności – większej (Inna rzecz, że na skutek okrutnych burz i wichur przez dość długi okres czasu byliśmy właściwie całkowicie offline).
Dużo, bo bardzo urosła (6250 gramów i 66 centymetrów w stosunku do 3300 gramów i 52 centymetrów z dnia narodzin) i bardzo dużo, imponująco dużo się nauczyła (jak każdy niemowlak). To niesamowite, ile taki maleńki człowiek nabywa umiejętności każdego dnia. Nieskończenie mnie to fascynuje – Yoda jest już zupełnie innym dzieckiem niż była miesiąc temu.

Życie z Yodą jest fascynujące, chociaż życie dodatkowo jeszcze zwolniło tempo (a z drugiej strony jakoś szaleńczo przyśpieszyło, ale to inna bajka), bo Yoda zatrzymuje się nad każdą rzeczą. Plakatem w restauracji, cegłą w murze, krzakiem, koło którego przechodziliśmy tak często, że przestaliśmy go zauważać. Dla niej świat jest ciągłym odkrywaniem. Dla nas też mógłby być (choć w inny sposób), ale zwykle nie mamy na to czasu.

I tym wszystkim, czego ten mały człowiek się nauczy i pozna, próbuje się z nami podzielić, więc nasza Yoda Mała Yoda gada jak najęta – wystarczy, że zobaczy znajomą twarz i od razu zaczyna koncert „aaaaa” i „eeee”, „aguuu” i „agliiii” i przeróżnych innych dźwięków. Kładziemy sobie Yodę na kolanach i gadamy z nią w jej języku, niesamowicie ją tym uszczęśliwiając. Wielka, trzeba powiedzieć, scena (jak napisał kiedyś Jerzy Pilch w Polityce):

Yoda: AAAAAAAA
pikfe/Big B: AAAAA
Yoda: aaaaaeeee
pikfe/Big B: aaeeeee
Yoda: aguuuu
pikfe/Big B: aguuuuu

Jej uśmiech – i prawdopodobnie uśmiech każdego niemowlaka, który uczy się komunikować ze światem, odpowiadającym na jego próby ciepłem i miłością – jest czymś nie do opisania. To piękno, radość i szczery zachwyt nad światem i sobą (chociaż jeszcze nieuświadomiony) połączone w idealnych proporcjach, takich jakie się już potem w naszym życiu nie zdarzają.

Poza tym Yoda jest właściwie bezproblemowa: zdarza się jej już przesypiać noce, bo nażera się jak nieprzytomna wieczorem i posiada umiejętność niesikania w nocy; kiedy dojada w nocy, nawet się nie budzi, więc cała rzecz nie zajmuje nam zwykle więcej niż kwadrans. Big B nie pamięta już, kiedy budziłam go w nocy.

Płacze sporadycznie i w 90% wiadomo, o co jej chodzi (kiedy zaczyna wyć przy cycku – chce być podniesiona do pionu, najczęściej po to, żeby odbeknąć, rzadziej po to, żeby zasygnalizować swój bunt przeciwko zasypianiu; kiedy zaczyna wyć w łóżeczku, znaczy to oczywiście, że chce być wzięta na ręce i chce oglądać, dalej oglądać świat; kiedy drze się na rękach u innych, chce do mamy).

Nie ma problemów w nieznanych sobie miejscach, powiedziałabym raczej, że lubi „zwiedzać”, bo nigdy nie płacze (poza kolejkami w sklepach – ale to akurat jest dobre, bo ludzie ustępują nam miejsca 😉 i poza domem zachowuje się zwykle jak anioł. (Ponieważ Big B odkrył, że nasze dziecko uwielbia obrazki („bawiąc się” z nią w jedną z „tatusiowych” zabaw, czyli kładąc  dziecko na swoich kolanach i czytając sobie książkę – a Yoda całymi minutami medytowała nad kolorową okładką), poszliśmy z Yodą do muzeum i to był strzał w dziesiątkę. Podejrzewam, że była jednym z uważniejszych oglądających obrazy Strzemińskiego. Poza tym mało kto gada do obrazu 😉 )
Dodatkowo obserwuję, że ostatnio nabywa umiejętności autozasypiania z kciukiem w buzi i więcej czasu potrafi spędzić sama: leżeć sobie w łóżeczku po zabawie w łóżku po spaniu (bo przecież śpimy w trójkę, jakżeby inaczej).

Czy Yoda jest rozpieszczona? Ktoś pewnie powiedziałby, że tak.
Bardzo dużo czasu spędza z nami, bardzo często jest noszona na rękach – właściwie zawsze, kiedy tego chce, ale ja nie wiem, czy dopuszczam kategorię rozpieszczenia trzymiesięcznego dziecka. Chyba nie.
Że niby miałby być chłodny chów i mam pozwolić jej płakać, zamiast wziąć ją na ręce i pokazać podwórkową lipę albo klamkę od okna czy inny arcyciekawy przedmiot? Chory – jak dla mnie – wymysł.
Długi czas Yoda spała u mnie na rękach (a ja często razem z nią – albo czytałam), straszono mnie okrutnie, że tak już będzie ZAWSZE, ale widzę, że teraz to powoli się zmienia: Yoda potrafi zasnąć sama, bynajmniej nie u mnie na rękach. Jest jej po prostu wygodniej, kiedy rozwali się na swojej poduszce („poduszce” czyli właściwie dwoma zeszytymi kawałkami bawełny z uwięzionym między nimi powietrzem) i wyciągnie nogi. Może się też do woli przeciągać. Ten „straszny” problem w gruncie rzeczy rozwiązał się sam.

Rozpuszczamy ją zatem, pieszczotami, byciem razem, uwagą i poświęcanym czasem. Całej trójce jest z tym świetnie.

pikfe