Dawno temu w Snowdonii.

Dzień dobry.

Czas na wspomnienia – oglądałam ostatnio zdjęcia z naszych zeszłorocznych wakacji i chociaż bardzo kocham Yodę, nigdy nie powiedziałabym, że przed jej narodzinami nasze życie było szare, pozbawione celu i sensu. Wręcz przeciwnie, wyglądamy na bardzo szczęśliwych i zadowolonych – i tacy też wówczas byliśmy.

Zeszłoroczne wakacje spędziliśmy w Anglii, głównie dzięki gościnie Ani Nowakowskiej, a potem także Lisów. I tam też po raz ostatni – na czas jakiś przynajmniej – odbyliśmy nasze górskie (choć nie tylko) wyprawy. I dziś wspomnienie z jednej z nich (Yoda śpi smacznie na moich kolanach) – wycieczki na najwyższy szczyt Walii, Snowdon.

Snowdon ma 1085 metrów wysokości, więc niezbyt wiele, jednakże zbudowana ze skał wulkanicznych i dodatkowo ukształtowana w czasie zlodowacenia, ma fragmenty i wymagające i nadające się także do wysokogórskiej wspinaczki. To właśnie tutaj ćwiczył Edmund Hillary przed swoim wejściem na Everest w 1953 roku.

Jasne, nie wspinaliśmy się tam, gdzie Hillary, ale mimo wszystko Snowdon nas zaskoczyła.

Nie zaczynaliśmy tak wcześnie jak zwykle w Tatrach licząc, że obłożenie turystyczne będzie mniejsze – i nie omyliliśmy się, ale podejrzewam, że wspomogła nas dość chłodna i deszczowa pogoda. Ponadto musieliśmy dojechać do Parku Narodowego Snowdonia – tuż obok Ania nie mieszkała 🙂

W Llanberis kupiliśmy mapę (na głównej ulicy to żaden problem, miasteczko żyje ze Snowdonu), wybraliśmy trasę i pojechaliśmy do Pen-y-Pass, naszego punktu startowego. Strasznie drogi parking, z tego co pamiętam dziesięć funtów.

Początek trasy, tak zwanej Pyg Track, zapowiadał się łagodnie, spokojnie i deszczowo.

Nie wiadomo, czemu Pyg Tarck tak właśnie się nazywa – być może z powodu przełęczy przez którą przechodzi (Bwich y Moch, czyli Pigs’ Pass) lub też dlatego, że używana była do transportu smoły (pyg) do kopalni miedzi.

Szlak ten jest uznawany za najtrudniejszy i najbardziej wymagający ze wszystkich sześciu prowadzących na szczyt. Wiedzie niższymi partiami masywu Crib Goch.Na Przełęczy Świn należy trzymać się lewej strony – tej z widokiem na Snowdon.

Na tabliczce informacyjnej zaznaczono, że przejście granią masywu Crib Goch jest extremaly dangerous, więc oczywiście zdecydowaliśmy, że właśnie to wejście wybieramy 🙂

W chmurach szczyt Crib Goch. Nie wygląda porażająco, prawda?

Szło się bardzo przyjemnie, pogoda w sumie była dobra, bo nie padało, a było chłodno, co przy podchodzeniu pod górę ma jednak pewne znaczenie.

Nieco bardziej rozchmurzony Crib Goch.

Spacer spokojny, mało wymagający. Widać, że ci co pisali tabliczki informacyjne nie wchodzili na Małołączniaka od strony Doliny Małej Łąki – przynajmniej tak myśleliśmy 😉

Przy szlaku leżały kamienie w wielkich torbach. Ktoś wie może czemu?

Na Przełęczy Świn pierwszy popas, tak przez nas lubiany. I widok na Snowdon z owej przełęczy. W dole Miners Track, jeszcze inna wersja wejścia na szczyt. Tuż za jeziorem Glaslyn (są dwa, Glaslyn, widoczne na zdjęciu, jest mniejsze i  położone wyżej) i łączy się z Pyg Track.

Na przełęczy musieliśmy zastanowić się nad planami pójścia granią Crib Goch – bardzo wiało, parę osób zawróciło. Zapytałam się ich, czy to przez ten wiatr i ogólną aurę, ale powiedzieli, że po prostu pomylili szlaki i zamiast dalej Pyg Track, poleźli tam, gdzie było extremaly dangerous.

Niemniej jednak bardzo wiało. Ale wiecie, Big B miał już jakąś wizję – skałki. Coś ostrzejszego niż nasze poprzednie spacerki po Peak District. Żal byłoby mu odmówić, zresztą pogoda naprawdę nie była aż tak dramatyczna, żebyśmy mieli rezygnować z lekkiej wspinaczki na rzecz czegoś, co wyglądało jak tatrzańskie Piekiełko.

Crib Goch nadal łagodny.

Widoki były piękne, takie górsko- angielskie.

Im jednak wyżej właziliśmy, tym góra pokazywała swoją (nieco) groźniejszą twarz. A wiało coraz mocniej. I mgła coraz bardziej nas otulała.

Aż w końcu naprawdę tzreba było się z lekka powspinać – i tego właśnie się nie spodziewaliśmy 😉

W okolicy szczytu wiało już naprawdę mocno, także nawet od czasu do czasu ogarniał mnie lekki lęk, zwłaszcza, że zrobiło się mocno skaliście, a i ekspozycja czasem była dość duża.

Na szczycie, na który szczęśliwie dotarliśmy w chmurze mgły, spotkaliśmy cztery osoby: dwóch chłopaków, Anglików (byli szczerze zdziwienie, że jesteśmy w GB na wakacjach) oraz ojca z synem, dość małym jeszcze. Wszyscy zastanawialiśmy się czy iść dalej czy zawrócić. Byliśmy najlepiej wyekwipowani z naszej szóstki, ponieważ mieliśmy mapę, ale za świetna to ta mapa nie była

Wiało mocno, a i niewiele co było widać. Nikt z nas nie wiedział co czeka nas dalej, bo nikt nie szedł tą trasą wcześniej.

W końcu, na chwilę dosłownie, grań Crib Goch ukazała się w morzu mgły.

Błagalna mina Big B mówiła sama za siebie. Anglicy też zdecydowali się iść dalej, a ojciec z synem postanowili zawrócić.

Potem jeszcze dość długo ich widzieliśmy i wiem, że my dokonaliśmy lepszego wyboru – na grani można było się chować po jednej ze stron, a oni, schodząc po zboczy byli bez przerwy wystawieni na wietrzysko i widać było, że schodzi się im bardzo ciężko. My za to mieliśmy niezły ubaw.

I widoki ładne.

Czasem miałam wrażenie, że to dekoracje do Władcy Pierścieni.

I w końcu uspokoiło się, skalista grań przeszła w ułożoną ścieżkę.

Zrobiło się cicho i zimno, a nam jak żyw stawał przed oczami Małołączniak 😉

Tak, tak, na drugim planie widać (ledwo co) owcę. Tam wypas owiec jest chyba mniej… kulturowy 😉

W okolicy szczytu zaczęli pojawiać się ludzie, w dużej dość ilości, co upewniło nas, że dobrze zrobiliśmy decydując się na start z Pen-y-Pass, a nie z Llanberis. Poza tym z Llanberis startuje kolejka, na sam szczyt. Ale nie, nie, nie Gubałówka, nie Kasprowy, nie Łomnica. Kolejka jest bardzo angielska.

Dotarliśmy na szczyt Snowdonu – ale zdjęcia nie mamy stamtąd żadnego. Mgła opatuliła dosłownie wszystko, dodatkowo zaczęło siąpić. Widoków więc żadnych, za to mieliśmy wątpliwą przyjemność napotkać kłócącą się polską parę (– Emil, ty kurwa chuju, ja dalej nie idę!  -To nie idź kurwa!!!! ), co poskutkowało schowaniem się za kamieniami i udawaniem, że nas nie ma. Czy nie mogliśmy napotkać jakiś miłych ludzi?

Zdecydowaliśmy się na powrót Pyg Trackiem i ponownie upewniliśmy się, że ryzyko (niewielkie, umówmy się) przejścia granią Crib Goch było warte swojej ceny. Pyg Track to prawdziwe Piekiełko.

Wchodzenie musi być i męczące i monotonne. Nasza droga wejścia na Snowdon taka nie była 🙂

A potem było już prędko – po ostrym podejściu Pyg Track ciągnie się nieomalże poziomo po zboczu Crib Goch. Ledwo, ledwo, ale udało się coś zobaczyć. Pierwsze jezioro to wspomniane Glaslyn, drugie zaś to Llyn Llydaw, jedno z bardziej znanych jezior w Wielkiej Brytanii, tłumnie odwiedzane.

I naturalnie, jak to zwykle w górach bywa – piękna pogoda zrobiła się, kiedy byliśmy już na samym dole. Big B patrzy na Pen-y-Pass o zachodzie słońca.

Wyprawa na Snowdon była chyba naszą najbardziej udaną wycieczką w czasie tamtego pobytu – zawierała bowiem elementy górskie. O innych wycieczkach może jeszcze napiszę, są zamki i kurhany, a grani już nie będzie.

pikfe

P.S. Napisanie tego tekstu zajęło mi ponad tydzień. Gdzie ten czas? Gdzie moja organizacja?

Yoda pożarła 😉

Reklamy
Explore posts in the same categories: Anglia, Gdzieś dalej

Tagi: , , , , , , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

8 komentarzy w dniu “Dawno temu w Snowdonii.”

  1. Kulka Says:

    Piękne zdjęcia!

    • pikfe Says:

      Zdjęcia wcale nie są piękne, raczej zwykłe 😉 – wiesz, tam trudno jest zrobić faktycznie brzydkie zdjęcie, bo widoki są bajeczne.

  2. pannajemiola Says:

    Niezwykłe widoki, niezwykłe wspomnienia… Ah, zazdroszczę Ci tych gór 🙂 Sama mam zbyt wielki lęk wysokości, by na takie wycieczki się wybierać. Widoki mi również skojarzyły się z Władcą Pierścieni 😀

  3. Dobrawka Says:

    Tęskni mi się do takich gór, przestrzeni, powietrza. Dziękuję za tą wirtualną wycieczkę 🙂 Następne pewnie jak pożeracze czasu troszeczkę podrosną. Pozdrawiam!

    • pikfe Says:

      Ooo, my w tym roku gdzieś pojedziemy 🙂 W jakieś niziutkie góry, chociaż popatrzeć 🙂
      Ja czekam na wspomnienie na Twoim blogu, tam to były wspaniałe wycieczki 🙂

  4. marcin33t Says:

    Piękny wpis, mam nadzieję, że też tam zawitam! 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: