Kulturoznawca bez pracy.

Dzień dobry.

Ostatnio, dzięki dość głośnej akcji GW, możemy poczytać o tzw. straconym pokoleniu, czyli o młodych ludziach po dyplomie, którzy miesiącami albo i latami bezskutecznie szukają pracy.

(Wtrącając dygresję, termin stracone pokolenie jest jednak nieco przesadny. Czemu? Można pobieżnie sprawdzić tu, a bardziej dogłębnie tutaj.)

Temat jest mi dość bliski i rozważałam go już wcześniej. O poszukiwaniu pracy i związanej z nim frustracji można przeczytać tu i tu, a moje refleksje w małym fragmencie przypomnę, a całość można odszperać tutaj.

I tak, cytując samą siebie:  Generalnie – i to kieruję do wszystkich osób, które studiują takie kierunki, jak kulturoznawstwo – trzeba robić bardzo dużo. Ja bym tak teraz zrobiła – od pierwszego roku walczyć o jakieś staże (… tylko jakieś sensowne, może najlepiej z jednego klucza?), może coś opublikować, zaczepiać się przy festiwalach, konferencjach, gdziekolwiek i … zdobywać doświadczenie, a na czwartym roku, kiedy zajęć już mniej, najlepiej poszukać sobie jakiejś bardziej stałej roboty. Ja byłam głupia i nie myślałam o tym, co będę robić po studiach (tzn. myślałam – byłam pewna, że po prostu wyjadę do Francji i … tam się zobaczy, bo na początek to przecież au-pair), a potem byłam jeszcze głupsza i poszłam na jeszcze jedne głupie studia, na których skończenie zabrakło mi cierpliwości, co było jeszcze głupsze niż pójście na nie. Wniosek jest łatwy do przewidzenia i smutno – prosty: niestety nie mądrzałam z wiekiem, a może wręcz przeciwnie. Głupiałam. Nie popełniajcie moich błędów. (…) Ale – ja, szukając pracy, zrobiłam za mało. Zdecydowanie. Powinnam własnoręcznie roznosić te cholerne cv&lm, niepotrzebnie dałam się wówczas tak sfrustrować, a dałam się niestety mocno. Siedziałam w domu, a to jest złe rozwiązanie. Jest tyle możliwości – choćby wolontariat, byle tylko nie siedzieć w chałupie. Wydawało mi się, że nikt mnie nie docenia, a po pierwsze – ja nie doceniałam samej siebie (co chyba niestety nie zmieniło się za bardzo), a po drugie – że niby za co miał mnie docenić potencjalny pracodawca? Wewnętrznym okiem zobaczyć, że w domu siedzi skulona i bidna pikfe, rozczulić się swoim wrażliwym ja przyszłego pracodawcy i zastukać do drzwi z bukietem kwiatów i zaproszeniem na stanowisko zastępcy dyrektora?!

Nadal zgadzam się z tym, co wówczas napisałam i to nawet zgadzam się bardziej. Ludzie z mojego roku, ci, którzy byli… hm… można powiedzieć albo najbardziej dostosowani do rynku albo po prostu mieli od początku jakiś plan na siebie, przynajmniej częściowo znaleźli dla siebie satysfakcjonujące zajęcia. Ale oni zaczęli wcześnie. Albo mieli dobry pomysł.

I dlatego, kiedy przeczytałam w Wysokich Obcasach wywiad z Anną Marią Nowakowską (której bloga również czytuję), poczułam, że w zasadzie mogłabym podpisać się pod tym, co powiedziała obydwiema łapkami.

Niestety, nie ma zmiłuj. Niestety, czy nam się to podoba czy nie, dyplom magistra się zdewaluował. Nie wystarczy rzucić nim nonszalancko na biurko przyszłego pracodawcy, żeby dostać robotę „kulturze”.

Widziałam ja przyszłych magistrów, których horyzonty myślowe były zawstydzająco zawężone.

Słyszałam o studentach kierunków humanistycznych, którzy nie mają nawet rozeznania na rynku polskiej prasy popularnej.

Opowiadano mi o magistrach kierunków humanistycznych, którzy bez krępacji piszą macieżyństwo.

Czego ja się spodziewałam po studiach? Czego my się spodziewaliśmy?

Patrząc na ludzi, którzy mnie otaczali – gwiazdki z nieba? Nie, pewnie nie. My po prostu nie planowaliśmy, zakładając, że jakoś to będzie. Czasem ktoś gdzieś się zaczepił, ale to raczej przypadkowo, żeby mieć pieniądze na bieżące wydatki.

Czasem znalazł się ktoś, kto pomyślał wcześniej o tym, co będzie robił po dyplomie. I te osoby wyszły na tym najlepiej.

I może to przykre, ale na co komu rok w rok tylu kulturoznawców? Nie jesteśmy potrzebni na rynku pracy (ale czy idąc na te studia nie wiedzieliśmy o tym?), ale to przecież nie znaczy, że jesteśmy bezwartościowi. Tę wiedzę, którą zdobyliśmy na studiach można przecież spożytkować inaczej, a zająć się przekwalifikowaniem na inne stanowisko, założeniem własnej firmy, czymkolwiek – byle nie narzekaniem, że chciało się być krytykiem filmowym, a się nie jest.

Ależ co to za problem? Jak się chce, jeśli to prawdziwa pasja, a nie usprawiedliwienie braku pracy i nędzy ogólnej, można założyć bloga i tam do woli krytykować. Bo być krytykiem tylko za pieniądze? Przecież nie tylko o pieniądze chodzi, ale także o pasję i satysfakcjonujące zajęcie. Czemu zatem nie osłodzić sobie nawet nudnej pracy biurowej lub jakiejkolwiek innej napisaniem krótkiej notki co tydzień? Czemu nie pisać choćby na bezrobociu? Bo bida i nędza ogólna? i stracone pokolenie?

Niestety, trzeba walczyć. Nawet po studiach humanistycznych. Żałuję, że wcześniej tego nie rozumiałam.

Bo prawda jest taka, że powinnam dostać kopa w dupę na rozpęd już na pierwszym roku. Nie dlatego, że byłam leniwa (bo nie byłam, nie jestem), tylko po to, żeby otworzyć wreszcie te głupie słodkie oczęta i zacząć planować swoją przyszłość z głową, a nie po polsku, romantycznie.

pikfe

P.S. Przy czym nie uważam, żeby moje studia były bezwartościowym i zmarnowanym okresem mojego życia. O tym można przeczytać tu.

Reklamy
Explore posts in the same categories: Przemyślenia

Tagi: , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

13 komentarzy w dniu “Kulturoznawca bez pracy.”

  1. santa maria Says:

    ja nawet myslalam, co bede robic, trzaskalam konferencje, publikacje, zagraniczne wyjazdy, wolontariat, nawet bloga „humanistycznego” tez mam (wespol z innymi Autorami)i… a moze – ale
    nagle to przestalo miec dla mnie znaczenie
    jakiekolwiek, najmniejsze
    -ten caly, tzw. sukces
    postanowilam to wszystko przegrac, by moc zaczac inaczej

    • pikfe Says:

      Tylko wiesz, Ty postanowiłaś. Miałaś wybór, dzięki swoim wcześniejszym staraniom i pracy. To przestało mieć znaczenie, ale miałaś możliwość sprawdzić, jak smakuje „ten cały, tzw. sukces”. I wybrać.

      • santa maria Says:

        mhm
        ale takie tempo i podejscie (racjonalne, zorientowane na zyski)maja swoja cene, mnie sprowadzily na kolana
        jak wiesz – zupelnie doslownie
        zawsze jest cos za cos
        gdybys nawet pracowala z tzw. kopem od pierwszych lat studiow, mogloby sie okazac, ze wyladowalabys teraz zestresowana w bardzo samotnym i smutnym miejscu
        a nie z sadem nieopodal
        blogosc studiowania daje wiele sil do pozniejszej walki – tak sadze…

      • pikfe Says:

        To lubię w blogowaniu – inne spojrzenia. Tak diametralnie inne spojrzenia – zawiewa świeżością i daje do myślenia.

        I teraz pytanie – gdzie Ty byś była, gdybyś tego kopa nie miała i nie spróbowała tego wszystkiego?
        To jest tak trudno oceniać.

        Uważam jednak, że popełniłam parę błędów w przeszłości, ale też: napisałam o tym wszystkim w szerszym kontekście zmagań (i narzekań) tzw. straconego pokolenia. Jeśli teraz chce się mieć po studiach zawód trzeba być albo fenomenalnym studentem albo w zasadzie od początku tego zawodu sobie szukać, a nie po pięciu latach załamywać ręce.

        Miałam (przynajmniej teoretyczną) szansę pisania doktoratu. I wiesz, podjęłam decyzję, że nie będę tego robić, bo nie dam rady. Stres bycia „za głupią” na doktorat by mnie wykończył. Mądra decyzja? Czy głupawa?
        Idealizuje się miejsca, w których się nie było.

        I wiesz, cieszę się, że podziękowali mi w korporacji po poronieniu. Mam odczucie – dokładnie tak, jak piszesz – że akurat tam nie byłabym najszczęśliwsza. Podjęłam trudne decyzje (wyprowadzka z dużego miasta na wieś, zamieszkanie z teściową, wreszcie brak niezależności finansowej) – czy to studenckie lata błogości dały mi tę siłę? Czy też może miałam nadzieję, że po prostu się ułoży? Jak po obronie.

  2. Kulka Says:

    Wydaje mi się, że obecnie nasz rynek pracy jest tak przekrzywiony, że w zasadzie nie wiadomo, jak zrobić, żeby było dobrze. Z jednej strony jest tak, jak piszesz – z drugiej, znam osoby, które przez całe studia robiły dodatkowe, kursy, staże, mają naprawdę imponujące CV i …kłopoty ze znalezieniem posady, bo dla wielu osób przeprowadzających rekrutacje w firmach są po po prostu potencjalnym zagrożeniem. Tak naprawdę, przy poszukiwaniu pracy nieraz odrobina szczęścia jest konieczna.
    Nota bane, co za zbieg okoliczności, że Twój post pojawił się w czasie, gdy u mnie zmiany dokładnie na tym polu 🙂

  3. Makkurokurosuke Says:

    Zgadzam się z wypowiedzią Kulki na temat rynku pracy. Sama mam to szczęście, że jestem po filmoznawstwie i mam pracę w zawodzie. Miałam to szczęście znaleźć się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu.
    Co do szans humanistów na rynku pracy, większość absolwentów ma studia, kursy, języki więc nie można powiedzieć, że któryś z nich jest lepiej wykształcony niż reszta,o przyjęciu pracy decydują szczegóły. Tak z mojego doświadczenia i obserwacji wynika. Mam wrażenie, że większość pracodawców nie ma pomysłu co zrobić z humanistą, a nie jest pewnie tak, że nic nie potrafią. Mam nadzieje, że jak uda mi się ścieżkę zawodową rozwinąć odpowiedni, to humaniści jeszcze będą istnieć, wtedy będę mogła przyjąć kilku do pracy:)

    Każdy popełnia błędy w życiu, nie da się wszystkiego przewidzieć, nie zawsze można znaleźć odpowiednie rozwiązanie.

  4. Phoebe Says:

    Ja jestem jedną z tych osób, która od początku studiów (bo na kulturoznawstwie jest sporo wolnego czasu)angażowała się w działalnośc wolontariacką, darmowe staże, praktyki w instytucjach kultury i póki co nie pomogło mi to w znalezieniu pracy mimo sporego doświadczenia…fakt, że ukończyłam studia dopiero 3 miesiące temu, więc jeszcze nie ogarnęła mnie frustracja i żal…ale trochę mi przykro, że hmm to nic nie dało…

    • pikfe Says:

      Przynajmniej nie możesz sobie nic zarzucić. Wiem, że to marna pociecha, ale w Twojej sytuacji wiadomo, że za niepowodzenia w znacznie większym stopniu odpowiadają obiektywne okoliczności, na które nasz wpływ jest przecież znikomy.

      • andrzejcio Says:

        Jak myśleliście że pójdziecie na kulturoznawstwo i będziecie mieli super fajną mega rozwojową i dobrze płatną pracę a teraz jesteście załamani to nie dziwcie się. Sami dostaliście to co chcieliście. Za dużo studencików się porobiło a mało ludzi wyuczonych w fachu. Ja sam poszedłem inną drogą niż 3/4 moich znajomych i po paru latach w zawodzie projektanta/wykonawcy ogrodów założyłem własną bardzo dobrze prosperującą firmę. Wam też życzę abyście znaleźli własne powołanie, ale na Boga nie idźcie tam gdzie 3/4 waszych znajomych po to by tylko mieć „magistra”. Za dużo w młodych ludziach dumy i pychy, to zaobserwowałem obserwując młodych ludzi ledwo kończących studia. Co z tegoże macie magistra jak osoby które nie mają tego papierku zarabiają lepiej od was 3-4 razy lepiej. PS nie piszcie pierdół że nie macie wpływu na własne życie, tak mówią osoby które z góry się skazują na porażkę, głowa do góry keep on rock!

  5. Emka Says:

    Witaj! Widzę, że Twój wpis ma już kilka latek, ale znalazłam go właśnie dziś, przypadkiem szperając w necie. Również kończyłam to nasze nieszczęsne kulturoznawstwo, aktualnie dobiegam trzydziestki i mam poczucie zmarnowanego życia. Poczytałam sobie Twój wpis i poczułam się, jakbym czytała o sobie. Przed laty popełniłam taki sam błąd co Ty, mianowicie idąc na studia (które autentycznie mnie interesowały), myślałam, że „jakoś to będzie”, zrobi się dyplom, a potem coś wykombinuje. Gdybym od początku postawiła na więcej aktywności własnej, nabywała dodatkowych kompetencji, brała udział w różnych wydarzeniach, zaczepiła się tu, czy tam, wszystko mogłoby być inaczej. A dodać do tego ogólne kompleksy, brak wiary w siebie i mamy gotowy przepis na życiową katastrofę. Teraz jestem magistrem kulturoznawstwa zapieprzającym w zakładzie produkcyjnym, który musi znosić współczucie rodziny, dziesiątki „złotych rad”, o tym, czego to nie powinnam zrobić ze swoim życiem i pogardliwe spojrzenia znajomych, patrzących na robolkę po studiach. Chciałabym coś zmienić w swoim życiu, pewnie, że tak! Jakieś studia podyplomowe, inna praca, nowe perspektywy. Jestem niezamężna, bezdzietna, w teorii mam mnóstwo czasu, żeby coś ze sobą zrobić. Kłopot w tym, że ta obrzydliwa robota pochłania mi tyle czasu i energii, że zwyczajnie nie mam siły, ani chęci. A o zmianę pracy ciężko, próbowałam, wysyłałam dziesiątki CV i nic… Chyba kpiąco patrzą na ten mój misz-masz w życiorysie zawodowym i pewnie wychodzą z założenia, ze absolwentka studiów siedząca latami jako szeregowy zapierdalacz w jakimś kołchozie to pewnie byle co… Tak się zresztą czuję i wpadam w coraz większego doła. Niektórym się oczywiście udało, ale to były osoby, które od początku wiedziały czego chcą, a nawet jeśli nie znalazły pracy w zawodzie, miały albo więcej życiowego przebicia, dzięki czemu szybko odnalazły się w innej branży, albo pochodziły z bogatych rodzin i nie musiały brać na szybko jakiegokolwiek zajęcia, żeby tylko zarobić. No albo miały facetów/narzeczonych, dzięki którym ustawiły się w życiu. A ja to takie nic… Wybacz śmiecenie na Twoim blogu, w dodatku na starym wątku, ale chyba musiałam się po prostu wyżalić 😛 Pewnosci nawet nie mam, czy to kiedykolwiek przeczytasz. Wpis pochodzi sprzed kilku lat, więc mam nadzieję, ze pomyślnie ułożyłaś sobie przez ten czas sprawy zawodowe. Pozdrawiam!

    • Phoebe Says:

      Emka, ja po kilku latach starań (też jestem po kulturoznawstwie) zarabiam trochę więcej niż średnia krajowa-PO KILKU LATACH, było bardzo ciężko, ale nie użalałam się nad sobą tylko wyprowadziłam na drugi koniec PL, bo tam dostałam pracę i opłacało się, mimo, że wszystko musiałam postawić na jedną kartę i zostawić bliskich. Wszystko zależy od nas samych. Nie miałam pieniędzy po studiach, wyjechałam do Holandii na 8 miesięcy-SAMA, zarobiłam tyle, że potem mogłam spokojnie przebierać w ofertach pracy i przyjąć taką, która mi odpowiada. Ty stawiasz siebie w roli ofiary – i robisz krzywdę sama sobie. Wszystko można zmienić, tylko to wymaga wysiłku, tylko my odpowiadamy za swoje życie – pamiętaj. I nie oglądaj się na tych, co mają bogatych rodziców, partnerów-mnóstwo ludzi doszło do czegoś samemu, ale mieli w sobie upór i chęć zmiany.

    • pikfe Says:

      Czytam zawsze wszystkie komentarze 🙂 Dziękuję, bo miło wiedzieć, że jeszcze czasem ktoś tu zagląda.

      Myślę, że Phoebe ma rację – my, kulturoznawcy (wybaczcie tą generalizację) mamy tendencję do użalania się nad sobą. To błąd, to takie dalsze trwanie w marazmie lat studenckich.
      W końcu – to nie wina studiów, tylko nasza.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: